-
brain yoga, baby, namastenieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Choć Inari Nilsinger nie lubiła brudu publicznych taksówke, nauczyła się ponosić drobne ofiary na swojej drodze do chwały. Niechlujny Uber, z którego wysiadła na dolnym parkingu hotelu SoHo, zapewnił jej coś, czego nie mogło dać własne auto — anonimowość.
Z zadowoleniem stwierdziła, że ten poziom jest pusty. W lesie betonowych filarów stało tylko kilka samochodów, prawie każdy z inną rejestracją niż Ontario. Idąc przez parking, spojrzała na zegarek.
Dwadzieścia po drugiej. Idealnie.
Człowiek, z którym miała się spotkać, nie przywiązywał dużej uwagi do punktualności, więc Inari obrała za cel nauczenia go manier a jeśli to nie zadziała — utarcie nosa.
Honda Civic parkowała dokładnie w tym samym miejscu, co w czasie wszystkich poprzednich spotkań — zachodnia część garażu, nieopodal wejścia dla personelu pralni hotelowej. Nilsinger wolałaby spotykać się w apartamencie na górze, ale oczywiście konieczność zachowania środków ostrożności brała górę. To nie tak, że spotykała się w ramach czystego biznesu z kimś usytuowanym bardzo wysoko w hierarchii społecznej.
Idąc w stronę samochodu, czuła zdenerwowanie, jak nigdy dotąd. Zmusiła się do rozluźnienia ramion i usadowiła się na fotelu pasażera. Ciemnowłosy mężczyzna na miejscu kierowcy zawsze kojarzył jej się z koreańskim, upadłym idolem, którego ostatnią deską ratunku jest kombinatoryka stosowana. Kiedy się głupkowato nie uśmiechał, miał nawet sympatyczną twarz. Czerstwa, ale znośnie sympatyczną.
— Wyciągaj laptopa — poleciła szorstko. — Nie wyjedziemy, dopóki nie powiesz mi, czego się dowiedziałeś. Nie zamierzam o tym dyskutować przy jedzeniu.
Podwójne zabezpieczenie, na wypadek śledzenia, zakładało też bezpieczeństwo dla speca cyberbezpieczeństwa a zarazem, jak go określała Inari, urokliwego tłumoczka, Erica Stonesa. Grube ściany betonu oraz znikający w podziemiach zasięg utrudniał gumowym uszom szpiegowanie. Z kolei Eric przypominał jej samą siebie w młodych latach — ambitny, solidny i skrupulatny przy pracy, tylko z mniejszą charyzmą oraz skłonnością do głupkowatych żartów pozostawiających po sobie zażenowanie odbiorcy. Nadawał się przez to idealnie do przedsięwzięć, których Nilsinger nie mogła polecić swoim ludziom w firmie ani w firmie rodziców. Niezależny skoczek, sieciowy surfer. Ludzie inwestujący w niego w macierzystej firmie spodziewali się poważnych zysków, ale te „zyski” były szokująco śmiałe, a jednak, co wydawało się jeszcze bardziej niewiarygodne, ich wygenerowanie miało leżeć w sferze jego wpływów, gdy akurat nikt nie patrzył. Nikt nie musiał wiedzieć, że informacje pozwalające mu na prowadzenie w lokalnym wyścigu firm zapewniała mu Inari i jej wtyki w urzędzie.
Nilsinger przyuważyła w podłokietniku dwa kubki pełne zielonej mazi.
Matcha.
Wyciągnęła jeden z nich, obejrzała pod światło i z ociąganiem wyciągnęła z kieszonki skrojonego garnituru chustkę.
— Zatem? — Powoli otarła wieczko kubka. — Kto namotał w papierach Kilroy?
Podatkowe machloje stały się tematem numer jeden w środowisku architektów, choć nie wszyscy wiedzieli, co jest pięć. Wybrane grono pod anonimowymi nazwami wymieniało się informacjami na zamkniętym serwerze zwanym Katedrą i gdy jeden z Życzliwych wspomniał o możliwym błędzie w księgowości, którym zainteresowała się prokuratura, Nilsinger postanowiła na własną rękę sprawdzić problem. Tu Eric wchodził na scenę. Za przysłowiową miskę ramenu w Zakkushi niespełna pięć minut jazdy stąd.
Eric Stones
-
PC freezes? Oh well... let's go outside and throw snow balls at each other
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Oczywiście nie byłby sobą, gdyby po dotarciu do umówionego miejsca a przed samym zaparkowaniem ze względu na sporą ilość miejsca, nie wykonał wejścia smoka czyli pięknego manewru, zwanym driftem. O mały włos nie walnął w kontenery ze śmieciami, ale to szczegół. Najważniejsze, że jednak nie walnął i nie potrącił Inari, bo wtedy miałby przekichane. No i jednak wolał podzielić się informacjami, niż jechać do szpitala, gdzie musiałby powiedzieć co się stało. Pewnie by skłamał, bo jakby mógł powiedzieć, że A no bo wie pan panie doktorze... trochę za szybko jechałem i ją potrąciłem, ale naprawdę nie chciałem! Aż sobie wyobraził taką scenę i automatycznie pokręcił głową, bo taki scenariusz NIE mógł wchodzić w grę. Nie jeden drift wykonał w swojej życiowej karierze i do tej pory pomimo lekkich uderzeń w np. latarnię tyłem auta, człowieka nie uderzył.
- A gdzie jakieś proszę, hm? - spytał, doskonale wiedząc, że za ten tekst może zaraz oberwać po głowie, ale mimo wszystko postanowił zaryzykować. Bez względu na to, czy usłyszał to magiczne słowo, czy nie, wyciągnął laptopa - znaczy najpierw sięgnął po niego, bo leżał sobie na tylnym siedzeniu za siedzeniem pasażera. Poza laptopem wiózł też reklamówki z zakupami, bo lodówkę miał praktycznie pustą i zostały mu dwie... no dobra, trzy butelki alkoholu (z czego jedna już była do połowy opróżniona).
Także gdy torba z lapkiem znalazła się na jego kolanach, wyciągnął sprzęt, a torbę rzucił tak, że opierała się o jego nogi i wcisnął przycisk służący za włączenie laptopa. Zalogował się i odpalił co było trzeba.
- Tak śmiało, częstuj się. Między innymi dlatego się spóźniłem. - powiedział zgodnie z prawdą i dając Inari zielone światło na to, by napiła się kupionej przed przyjazdem tu matchy. Kochał matchę i mógł ją pić praktycznie codziennie - miał nawet zestaw służący do przyrządzania matchy, składający się z ceramicznej czarki oraz bambusowej miotełki (ubijaczki).
- Jeżeli chodzi o to kto namieszał, to wiele wskazuje na to, że tą osobą jest niejaki Trevor Russel. Nie wiem, czy cokolwiek mówi Ci imię tego gościa, ale z różnych źródeł wiem, że nie tylko ze sprawą Kilroy ma coś wspólnego, bo na koncie ma też kilka innych akcji. - odparł, wpatrując się w ekran laptopa i pokazując zdjęcie wspomnianego typka.
Inari Nilsinger
-
brain yoga, baby, namastenieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Blisko osadzone piwne oczy i płaski nos zwykle widywany u rdzennych mieszkańców Hawajów. Do tego gęste, kręcone włosy sterczące na wszystkie strony po uderzeniu pioruna. Zdjęcie nie obejmowało całej jego sylwetki, ale po pulchnych policzkach wywnioskowała, że musi być zawodnikiem życiowym wagi ciężkiej. Słowem: podobny do nikogo, kogo znała. To utrudniało dochodzenie.
Na myśl o przeciągającej się sprawie prychnęła pod nosem i usiadła głębiej w fotelu. Ani niewygodne, ani wygodne — coś pomiędzy. Dokładnie tak samo, jak świadomość, że wcale nie musiała się pokusić o sprawdzanie zaplecza Niamh. Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie miała pewności, co do przeszłości potencjalnych współpracowników a do tych — niestety — musiała Kilroy zaliczyć w przyszłości. Podobnie zresztą było z Ericiem. Zanim zdecydowała, Stones nadaje się do tej fuchy, musiała zasięgnąć opinii u kilku źródeł.
Oparła głowę o zagłówek i przymknęła oczy, co zwykle oznaczało, że wchodziła w pełen tryb skupienia.
— Wygląda jak zapuszczony mops — stwierdziła po dłuższym dumaniu i wzięła łyk matchy. Z zaskoczeniem zerknęła na kubek i przejechała językiem po zębach. Pokiwała głową z uznaniem. — Smaczna. To co jeszcze przewinął? Trzyma się utartych schematów i kombinuje z podatkami małych firm? Może to on kapuje prokuraturze na swoje wyczyny pod nazwiskiem biednych obywateli... — Parsknęła suchym śmiechem. To byłoby za proste... — Zaskocz mnie, Eric.
Nie musiała dodawać, że od tego zależało jego wynagrodzenie oraz czy poprosi ojiisana prowadzącego Zakkushi, żeby napluł Ericowi do zupy. Zawsze ochoczo pałaszował ramen Hattoriego.
Eric Stones
-
PC freezes? Oh well... let's go outside and throw snow balls at each other
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Lewą ręką wyciągnął kubek z matchą z uchwytu i postukał o niego palcami, a następnie upił łyk
- Ogólnie rzecz biorąc, gość najczęściej pojawia się przy interesach jako ktoś od „dogadania szczegółów”. Pośrednik, konsultant, czasem wspólnik na papierze. Niewielkie inwestycje, transport, nieruchomości. - zaczął, przenosząc wzrok na Inari a po chwili odstawiając kubek lecz nie do uchwytu, tylko postawił go na desce rozdzielczej.
- Problemy zaczynają się nagle. - kontynuował po krótkiej przerwie, jakby chciał dodać nuty tajemniczości.
- Kontrole skarbowe, dziwne przelewy, sprawy w sądzie. Ktoś zostaje z długami albo zarzutami, a Russel… - Eric poruszył dłonią w powietrzu tak, jakby z pół zamkniętej dłoni ją rozkładał - Puf i magicznie znika z dokumentów. Ciekawe, czy kiedyś mu się znudzi czy prędzej go zamkną. trzecia opcja była taka, że gość postanowi uciec z kraju, ponieważ zacznie być za bardzo rozpoznawalny.
- Pojawia się gdzie indziej, przy innym biznesie, z nową wizytówką i czystym kontem. - w skrócie: mieli do czynienia z kimś, kto bawił się w pranie pieniędzy i przekręty podatkowe. Trochę kojarzyło mu się to z kimś kto miał
Eric skrzywił się lekko.
- Podejrzewam, że ktoś mu za to płaci i to całkiem niezłą sumkę. - dodał śmiertelnie poważnie.
- Inaczej. Nie wierzę, że gość działa sam. - dodał zgodnie z tym, co czuł i co mu się wydawało, tylko jeszcze nie doszedł ani nie znalazł żadnego sponsora Trevora.
- Zadowolona? Możemy iść jeść? - spytał, robiąc oczy kota ze Shreka i sięgając ponownie po swój kubek z matchą - pytał, ponieważ powoli robił się głodny.
Inari Nilsinger
-
brain yoga, baby, namastenieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Trevor Russel. Zapuchnięta twarz, małe oczy, nos jak po nieudanym spotkaniu z drzwiami.
— Mops — powtórzyła spokojnie. — Tylko taki, który gryzie cudzymi zębami.
Przez chwilę patrzyła na zdjęcie, jakby próbowała zobaczyć w nim coś więcej niż twarz. Potem sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyciągnęła cienki, czarny pendrive. Położyła go na konsoli między nimi i stuknęła w niego paznokciem. Nie powiedziała ani słowa. Spojrzała tylko na Erica. Wystarczyło. Kiedy sięgał po laptopa, oparła głowę z powrotem o zagłówek.
— Jeśli ktoś go wynajmuje, to nie do drobnicy — mruknęła do siebie pod nosem. — Pośrednicy tej klasy nie pracują dla sportu. — Otworzyła jedno oko i spojrzała na ekran laptopa. — Rozszerz siatkę. — Wymowna pauza. — Chcę wiedzieć, kto z nim współpracuje. Kto go wystawia w papierach. Kto go wyciąga, kiedy robi się gorąco i przede wszystkim… kto mu płaci. — Wzięła łyk matchy. — Interesuje mnie też jedna rzecz bardziej niż reszta. — Wcisnęła kubek do cupholdera i pochyliła się lekko w stronę Erica. — Dlaczego ktoś użył go przy firmie Kilroy. — Jej twarz nie zdradzała kompletnie nic. — Oszustwa podatkowe to zwykle narzędzie. Nie cel. Więc chcę wiedzieć, co właściwie próbowano przykryć. Bo mops sam z siebie nie zaczyna gryźć.
Kiedy Eric skończył kopiować pliki, Inari bez słowa zabrała pendrive i wsunęła go z powrotem do kieszeni.
Jakiś czas później...
Kilka przecznic dalej światło nad wejściem do Zakkushi rozlewało się ciepło po mokrym chodniku. W środku pachniało bulionem, grillowanym mięsem i sosem sojowym. Zamiast głośnych rozmów, najbardziej charakterystyczną cechą restauracji azjatyckiej były odgłosy głośnego siorbania klusek oraz łamania drewnianych pałeczek. Usiedli przy barze. Za ladą Hattori — starszy mężczyzna o rysach przypominających rybę nadymkę i rękach, które wyglądały, jakby potrafiły przygotować ramen nawet z zamkniętymi oczami — skinął im głową na powitanie.
— Miso shoyu i tamtanmen — powiedziała Inari. — I zimną jaśminową. Jak zwykle, ojiisan.
Hattori już sięgał po miskę. Czekając na jedzenie, Inari wyjęła coś z wewnętrznej kieszeni aktówki. Małe, przezroczyste pudełko ochronne o grubości około centymetra może i nie wyglądało imponująco, lecz jego zawartość już tak — twardy akrylowy slab, taki, w jakim przechowuje się kolekcjonerskie karty. Położyła je na barze między nimi, a światło lamp nad ladą natychmiast odbiło się w gładkiej powierzchni plastiku. W środku znajdowała się zapłata, której Eric wyglądał podczas każdego ich spotkania. Na górnej krawędzi obudowy znajdowała się etykieta gradingowa.
W środku znajdowała się karta Psyduck EX. PSA Grade 8 — Near Mint / Mint.
Nie była to zwykła karta z dziecięcej talii. Tło mieniło się holograficznym połyskiem, który przy każdym poruszeniu zmieniał odcień od chłodnego błękitu po zielonkawą iryzację. Psyduck był przedstawiony w charakterystycznej pozie — obie łapy przyciśnięte do skroni, oczy lekko rozbiegane, jakby właśnie próbował powstrzymać nadchodzący ból głowy albo przypadkową eksplozję psychiczną. Efekt holograficzny sprawiał, że wokół niego wirowały drobne świetlne fale przypominające rozchodzące się w wodzie kręgi. Rogi były niemal idealne, powierzchnia czysta, jedynie mikroskopijne ślady użytkowania sprawiały, że karta nie osiągnęła dziewiątki albo dziesiątki.
Inari przesunęła pudełko w stronę Erica jednym palcem.
— Wydanie z krótkiej serii. Nie jest łatwa do zdobycia w tym stanie. — Spojrzała na kartę, jakby oceniała jej wartość jeszcze raz. — Ósemka. — Uniosła wzrok na Erica. — Dziewiątki za lepiej wykonane zadanie. Na razie potraktuj to jako motywację.
Miski z gorącym ramenem wylądowały między nimi. Inari uśmiechnęła się krótko do Hattoriego z wdzięcznością.
Eric Stones
-
PC freezes? Oh well... let's go outside and throw snow balls at each other
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Mhm, dokładnie. - zgodził się, kiwając lekko głową. - Będzie się dawał pogłaskać a na koniec szczeknie i znajdzie nowego właściciela. - dodał, bo w sumie tak się Stonesowi skojarzyło. On sam bardzo lubił pieski, lecz ze względu na pracę, wolał zostać wyłącznie przy rybce. Doskonale wiedział, że miałby problem z porannym spacerem, a w dodatku czasami musiał zostać ciut dłużej w biurze a tak, musiałby kombinować i albo prosić kogoś z rodzeństwa o pomoc, albo musiałby zatrudnić psią niańkę, która wyprowadzałaby czworonoga regularnie. Zaraz jednak przestał rozmyślać, tylko skupił się na słowach Inari kierowanych do niego oraz sięgnął po pendrive’a, doskonale wiedząc, co ma robić. Urządzenie po krótkiej chwili znalazło się w jednym z wolnych portów USB, a Eric zaznaczył folder nazwany TR, wykonał całkiem znaną kombinacją ctrl+c i po wybraniu przestrzeni na urządzeniu przenośnym, wcisnął ctrl+v, a na ekranie pojawiło się okienko informujące ile czasu zostało do końca kopiowania. Plik ważył coś koło 800/900 MB i prędkość zależała od tego, czy na penie było jeszcze sporo miejsca, czy może Inari powinna pomyśleć nad selekcją i wykonaniem kopii zapasowej. Rozszerz siatkę. powtórzył sobie w myślach tak, jakby chciał tym sposobem zapamiętać kolejne zadanie. Tylko kurwa, czy dam radę? przygryzł nerwowo wewnętrzną stronę policzka zastanawiając się, od czego powinien zacząć. Czyżby najbliższe kilka nocy miał praktycznie nie spać lub spać po kilka godzin?
- Myślę, że wynajmują go jakieś grube szychy, bo takim zawsze łatwiej jest później pozamiatać lub zwalić na kogoś innego. Zwykłych szaraków raczej nie byłoby stać na takie akcje. - stwierdził, choć możliwe, że istniały jakieś wyjątki wśród wspomnianych szaraków.
- Jeśli mogę… dlaczego akurat to Cię najbardziej interesuje? - spytał z całkowicie czystej ciekawości. Oczywiście planował dowiedzieć się i tego, lecz z tego co wiedział, poza Kilrory, istnieli także inni architekci.
- Dobrze szefowo. Postaram się zebrać wszystko, czego potrzebujesz, choć może być to… skomplikowane. - dodał, przełykając ślinę i biorąc kilka łyków matchy, jakby te łyki mialy mu dodać sił. Czuł się tak, jak za czasów szkolnych gdy otrzymał zadanie domowe, które będzie sprawdzane na następnej lekcji.
Po pewnym czasie…
Eric uwielbiał ramen zarówno taki prawdziwy, jak i instant - nie bez powodu miał nim zawaloną całą szafkę w kuchni - dlatego cieszył się jak dzieciak, gdy ponownie miał spotkać się z Inari w japońskiej restauracji. Już od wejścia do jego nozdrzy wdarł się przyjemny zapach, a do uszu wpadały przeróżne dźwięki: smażenia, rozmów, śmiechów, uderzanych szklanek o stolik… Stones rozejrzał się i zaraz dostrzegł znajomą twarz. Ruszył by zająć wolne miejsce obok Nilsinger i skinął głową na powitanie gdy zauważył Hattoriego.
Zasłonił kurtynę milczenia na swoje spóźnienie - choć tym razem było MNIEJSZE niż przy poprzednim spotkaniu - i nawet nie próbował się usprawiedliwiać, bo zwyczajnie uważał, że nie ma sensu.
- Dla mnie będzie tonkotsu, wakame i mochi. - bo poza ramenem, miał też ochotę zjeść coś jeszcze. A! No i oczywiście nie odpuściłby deseru. Uwielbiał mochi, dlatego nie zamierzał z nich rezygnować. - A do picia herbatę wiśniową. - powiedział bez zastanowienia, chociaż kusiły go jeszcze szaszłyki… ale to albo domówi, albo zamówi podczas następnej wizyty. Zamrugał kilkakrotnie, kiedy zauważył pudełeczko i zmarszczył brwi. Spojrzał to na Inari, to na leżący przed nim przedmiot - powtórzył tę czynność dobrych kilka razy, bo zwyczajnie nie dowierzał. Nachylił się nad kartą, lecz nie śmiał jej wziąć w ręce.
- To…. - zaczął, wskazując palcem bo przez przezroczysty plastik widział, co znajdowało się w środku. Aż wydał z siebie dźwięk - coś w stylu krzyknięcia z ekscytacji i czym prędzej wsadził sobie pięść do buzi. Niektórzy pewnie patrzyli i zastanawiali się, czy z Erickiem wszystko okej, lecz szczerze powiedziawszy ani trochę go to nie obchodziło. Jak mogli go obchodzić ludzie, gdy przed sobą miał tak niesamowicie wyjątkowo oryginalna karta, którą podziwiał wiele razy. Przy którymś spojrzeniu na Inari, zadał jej pytanie, które go nurtowało.
- Ty… nie żartujesz? Naprawdę mi ją dajesz? - aż przejechał dłonią po włosach, bo co jak co, ale takiego obrotu spraw to się kompletnie NIE spodziewał. Szczególnie, że on sam nie miał żadnego wyjątkowego upominku przy sobie. Poza tym nie sądził, że cokolwiek dostanie podczas tego spotkania.
- Ja, ja… nie wiem co powiedzieć. - naprawdę, z tej ekscytacji miał wrażenie jakby zapomniał języka w gębie.
- Pozwól zatem, że zapłacę za Ciebie. - rzucił nagle, bo taki pomysł mu przyszedł do głowy, chcąc się odwdzięczyć. Aczkolwiek czy było to równoznaczne z limitowaną, a zarazem bardzo trudną do zdobycia kartą? Oczy mu zaświeciły jaśniej, gdy usłyszał, że ma to potraktować jako motywacją.
- Będę się starał Inari-ssi. - odparł i wykonał coś w stylu ukłonu lecz tylko samą głową oraz jedną dłoń ułożył w pięść, a drugą jakby tą pięść przykrywał. Tak, właśnie użył języka, którego używał głównie podczas rozmów z dziadkami, którzy mieszkali w Korei specjalnie, by podkreślić szacunek, jakim darzył panią architekt.
Inari Nilsinger
-
brain yoga, baby, namastenieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Oparła się wygodniej o oparcie krzesła, przyglądając mu się, gdy próbował się jakoś odwdzięczyć. Propozycja zapłaty padła mimo uszu, niemal niezauważona, wywołując na twarzy Inari coś pomiędzy rozbawieniem a kompletnym brakiem potrzeby. Machnęła lekko dłonią.
— Daj już spokój. — Nie dlatego, że nie doceniała. Raczej dlatego, że to było… nieadekwatne. Jego ukłon zatrzymał jej spojrzenie na ułamek sekundy dłużej. Minimalne skinienie głowy z jej strony — przyjęcie.
Cisza między nimi nie była niezręczna. Parujące miski przed nią kusiły zapachem ostrych przypraw tantanmenu.
Inari przesunęła palcem po krawędzi stołu, jakby układała coś w głowie.
— Będzie dla ciebie coś jeszcze — rzuciła w końcu. Spojrzała na niego uważniej. — Niedługo. Dodatkowe zadanie, poza sprawunkami z Russelem. Proste też nie, ale jeśli nie padniesz po drodze... — Kacik jej ust drgnął minimalnie. — Dostaniesz pierwszą dziewiątkę. Z mojej osobistej kolekcji. — Wskazała lekko podbródkiem na Psyducka. Nie wyglądało, jakby rzucała słowa na wiatr. — Zdobyłam ją na turnieju w Chicago, parę lat temu — dodała po chwili, prawie obojętnie. — Szesnastolatek. Bardzo pewny siebie. Oj, ależ pokładał wiarę w swoją Palkię. — Spojrzenie utkwiła gdzieś nad głową Hattoriego uwijającego się przy udonie. — Myślał, że rozbije mój ówczesny deck Bastiodonów i Skarmorych. — Minimalne przechylenie głowy. — Nie rozbił. — Zero przechwałki, czysty fakt. — Płakał. — Chwila ciszy. Wzruszyła ramionami. — W końcu sam oddał kartę. — Jakby to kończyło historię. Inari stuknęła dwukrotnie paznokciami w blat, przypominając sobie krzyk zaryczanego bachora. — Więc… postaraj się. — Nie uśmiechnęła się, ale coś w jej spojrzeniu wyraźnie zdradziło, że dobrze się bawiła, wspominając porażkę nastolatka. — Szkoda byłoby ją komuś oddać za darmo drugi raz. Jedzmy.
Eric Stones