Zadziwiało ją jak łatwo potrafili wracać do rzeczy, które wydarzyły się dawno temu, jakby żadne słowo, które między nimi padło nigdy tak naprawdę nie znikało. Oboje nosili je gdzieś ze sobą, odkładali w pamięci na później, a potem wyciągali zupełnie niespodziewanie, w najmniej oczywistych momentach. Myślała kiedyś, że to tylko ona miała tę skłonność; że tylko ona z upodobaniem obracała jego własne zdania przeciwko niemu, wyciągała je po tygodniach, wplatała w rozmowę z tą charakterystyczną dla siebie mieszanką złośliwości, ironii i sarkazmu. Była to przecież jej ulubiona forma komunikacji z nim - półżart, pół zaczepka, słowa podszyte czymś więcej, czego nigdy nie wypowiadała wprost.
Tymczasem Rhys wcale nie pozostawał w tyle. Już nie raz przyłapała go na tym, jak robi dokładnie to samo - sięga do przeszłości i przywołuje jej własne zdania z taką pewnością, jakby dopiero przed chwilą je usłyszał. Tak jak teraz. Tak jak z tymi
skomplikowanymi rzeczami. Przecież to ona kiedyś powiedziała coś bardzo podobnego, niemal mimochodem, podczas jednej z tych rozmów, które miały być zwykłą wymianą złośliwości; a on zapamiętał. I teraz odwrócił to z lekkością, która sprawiała, że kącik jej ust uniósł się w cichym, nieco nieobecnym uśmiechu.
Bo miał rację.
Uwielbiał rzeczy skomplikowane. Sprawy trudne, niejednoznaczne, takie, które dla innych byłyby powodem, żeby się wycofać. Dla niego były wyzwaniem. Dla niej jednak to wszystko - ta relacja, to co rosło między nimi od tygodni wcale nie wydawało się tak zawiłe. W jej odczuciu było wręcz przeciwnie - proste, naturalne, oczywiste.
A może tylko bardzo chciała takie je widzieć.
Kiedy zaczął wymieniać kolejne rzeczy, te wszystkie cechy, które w jego ustach miały brzmieć jak lista ostrzeżeń, Margo przytaknęła lekko. Raz, potem drugi i jeszcze trzeci. Nie przerywała mu, nie wtrącała się, pozwalając mu mówić, jakby każde z tych zdań potwierdzało coś, co już dawno wiedziała.
Bo miał rację również w tym.
Był impulsywny; był uparty; był nieznośnie przekonany o własnej racji. Potrafił wpaść w gniew szybciej niż ktokolwiek powinien. Bywał niecierpliwy, nieprzewidywalny, momentami zupełnie nie do zniesienia. Nie lubił, gdy ktoś próbował nim kierować, robił wszystko po swojemu, często ignorując zdrowy rozsądek. Spóźniał się notorycznie, palił za dużo papierosów, pił
złą whisky i jeszcze gorszą kawę. Żywił się byle czym, przeklinał częściej niż powinien i miał irytującą skłonność do zamykania się w sobie wtedy, gdy najbardziej chciało się do niego dotrzeć - to wszystko było prawdą.
A jednak kiedy patrzyła na niego teraz, siedzącego naprzeciwko niej przy tym stoliku, żadne z tych słów nie brzmiało jak powód, żeby się odwrócić.
Bo przy tym wszystkim był też kimś zupełnie
innym.
Był człowiekiem, który bez słowa stawał obok niej, kiedy sytuacja tego wymagała. Kimś, kto potrafił stanąć za jej plecami albo przed nią w zależności od tego, czego akurat potrzebowała. Kto obejmował ją w milczeniu, gdy nie było sensu nic mówić, i kto nawet w środku kłótni nie potrafił tak naprawdę zostawić jej samej. Nawet wściekły pozostawał obok. Nawet wtedy, gdy odpychał wszystko dookoła, jej obecność była czymś, czego nie odcinał.
Chronił ją; wspierał ją. Rozumiał więcej niż kiedykolwiek przyznałby na głos. A kiedy jego dłonie odnajdywały jej talię albo kiedy patrzył na nią w t e n sposób, który znała już aż za dobrze, świat wokół nich potrafił na chwilę przestać istnieć.
Dla niej to wszystko było w a ż n i e j s z e niż każda z jego wad.
Może dlatego, że w całej tej ludzkiej niedoskonałości był dla niej dokładnie taki, jaki powinien być.
I d e a l n y.
Jej spojrzenie pozostało na nim przez chwilę dłużej. Spokojne, uważne, miękkie w sposób, którego nie dało się pomylić z żadną z ich codziennych słownych potyczek. Jej palce wciąż spoczywały blisko jego dłoni na blacie stołu i przez moment przesunęły się jeszcze odrobinę bliżej, jakby ten drobny gest był naturalnym przedłużeniem wszystkiego, co właśnie przemknęło jej przez myśli. A potem zapytała po prostu cicho:
- I co z tego? - nie było w tym wyzwania ani ironii. Nie było prowokacji, którą zwykle rzucała w jego stronę. Zamiast tego mógł usłyszeć wyłącznie spokój i szczerą pewność, jakby naprawdę nie rozumiała, dlaczego uważał to wszystko za coś, co mogłoby ją odstraszyć.
Jej kciuk przesunął się powoli po jego knykciach.
- Rhys - powiedziała ciszej, niemal miękko.
- Przed domem moich rodziców powiedziałam, że nigdy nie chciałabym cię naprawić i to się nie zmieni. Dla mnie jesteś dokładnie taki jaki powinieneś być - nie użyła wielkich słów, nie nazwała uczucia, które rozświetlało jej spojrzenie, gdy na niego patrzyła. A jednak było w nim coś tak o c z y w i s t e g o, że trudno byłoby je pomylić z czymkolwiek innym.
Rhys Madden