-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dalej chcesz więcej? To pytanie zawisło w jej głowie, czując nieracjonalną potrzebę rozbicia go na kilka czynników. Chciała, ale kiedy zapytał oto wprost skapitulowała. To dalej był moment, a o ile chciała być przy nim coraz bliżej, chłonąc każdą cząstkę jego ciała, to tyle jej wystarczało. Uniosła delikatnie oba kąciki ust ku górze.
— Tak i nie — stwierdziła finalnie, opuszczając głowę, jakby nie było w tym nic zaskakującego. Chciała móc pozwolić sobie na więcej, a jednocześnie ta chwila przytulenia, w której się znaleźli, była wystarczająca.
— Nie — droga butelka w cenie czynszu jej mieszkania? Poznała na tyle Charliego, by zrozumieć, że on nie oszczędzał, a za to ona nie chciała mieć wobec niego żadnych zobowiązań. Z nim lubiła spędzać czas, a z nie z jego pieniędzmi — boisz się, że spodobałaby Ci się normalność? — spytała całkiem niewinnie. Na pewno byłby na początku obrzydzony, zdziwiony, widząc bójki, ale równie zszokowany, widząc jak prości ludzie, potrafią się bawić. Tak jakby jutra miało nie być, idąc po prostu za głosem serca.
Uśmiechnęła się jedynie. Nie znał możliwości jej ust. Dosłownie i w przenośni. Ivy znała naprawdę bardzo barwne przekleństwa, ale przy Marshallu starała się powstrzymywać. Zresztą nie dał jej powodu do ich wypowiadania.
— Ivy, chcę być dla Ciebie po prostu Ivy — stwierdziła po paru sekundach ciszy. Chciała być dla niego po prostu Ivy. Cokolwiek to miało znaczyć, kiedy czuła jego bicie serca, nie była w stanie wypowiedzieć słowa przyjaźń. Tylko każda inna wypowiedź sprawiłaby, że zostałaby najgorszą osobą na świecie.
— Naprawdę? Jaka romantyczna data, łatwo ją zapamiętać — stwierdziła, licząc w głowie czas do jego urodzin. Trochę za późno na życzenia. Mogłaby powiedzieć, że nie wiedziała, ile ma lat, ale... doskonale wiedziała. Słuchała rozmów w dyżurkach, gdzie inne rezydentki, czy pielęgniarki mówiły o nim. Sama też sprawdziła informacje o nim w internecie — 23 maja i nie chcę żadnego prezentu. Wystarczą życzenia — uniosła delikatnie kąciki ust, wpatrując mu się intensywnie w oczy. Dostała od niego kubek i powinien się cieszyć, że nie sprawdziła jego ceny na miejscu. Prawdopodobnie już wtedy rozpoczęłaby pierwszy bunt.
— Mam wrażenie, że to niemożliwe — mruknęła cicho pod nosem — ale chciałabym... — dodała, patrząc mu prosto w oczy. Sama wizja zobaczenia oceanu była dla niej wręcz kusząca. Potrzebowała móc zanurzyć się w oceanie, popływać w nim, z kimś kto byłby w stanie rozumieć jego magię. Tyle że to były jedynie marzenia, przecież nigdzie by razem wyjechali. Jak to miałoby wyglądać?
— Nie. Do tego po prostu potrzeba odwagi — postukała mu palcem prosto w pierś, a zaraz na twarzy wymalował się jej najszczerszy uśmiech, jaki mogła mu ofiarować. Szybko zniknął jej z ust wraz z kolejnym pytaniem. Chciałaby móc na nim leżeć, panowała idealna cisza w stajni, a oni powoli dowiadywali się o sobie coraz więcej — przecież nie mogłabym częściej, to po co pytasz... — wymruczała, próbując, by to pytanie zniknęło. Chciała i to piekielnie, ale bała się. Życzenia potrafiły być naprawdę zgubne — na własnych warunkach? — powtórzyła za nim sprawę rodziców. Byli z innych światów. Powoli zaczynała rozumieć, że mogli wspierać go w biznesowej karierze, a niekoniecznie w karierze kosmonauty. To smutne, ale może musiała to zrozumieć?
— Kilka, ale jeszcze nie zdecydowałam — a jednym z głośniejszych pytań było jeszcze, czy przyjmą ją tam, gdzie będzie próbowała się dostać. Przymykała powoli oczy, czując jego dotyk. Powoli wyłączały się jej jakiekolwiek czujniki bezpieczeństwa. Chciała móc zasnąć w ramionach Marshalla, uciąć sobie drzemkę, chociażby krótką. Słuchała go jednym uchem, a tylko niektóre słowa do niej docierały — ty też zasługujesz na najlepsze — mruknęła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na całym świecie. Poniekąd taką była. Nie znali się zbyt długo, ale chciała móc widzieć uśmiech na jego twarzy, widzieć jego szczęście.
— Uda nam się wstać na nie? Zostaniemy tu tyle? — spytała lekko słabym głosem, poprawiając się jeszcze na Charlim. Ułożyła się delikatnie, poszukując najlepszego miejsca, na którym mogłaby się położyć. Znalazła, ale delikatnie musiała zarzucić przez niego nogą, wtulając się jak mała, słodka koala.
— Nie jestem mała... — wymruczała w ramach protestu, chociaż w jego ramionach wyglądała jak Dzwoneczek — dobranoc Charlie — powiedziała bezwiednie i zasnęła. Nawet nie wiedziała, kiedy odleciała do krainy snu. Śniły się jej... same grzeszne rzeczy. Choć wyglądała, jakby miała bardzo spokojny sen. Dawno nikt nie odesłał jej do krainy snu. Przywykła do samotności, a... Charlie znów po prostu był.
— Jeszcze chwila mamo... Nie spóźnię się do szkoły — powiedziała cicho, czują coś, co miało ją obudzić. Nic jej nie obchodziło. Była zmęczona, a ktoś do kogo się przytulała, był ciepły. Wtuliła się jeszcze mocniej i ani przez moment nie chciała otwierać oczu.