-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- No quiero que nadie me toque, pero... quiero que me ayudes.- poprawił się nieco w wannie, zmieniając trochę pozycję; nogi wyciągnął przed siebie, wyprostowane, a plecy zsunął nieco po ściance wanny, układając się wygodniej, w pozycji półleżącej. Sposób w jaki teraz leżał sprawiał, że jego podbródek dotykał go tafli wody i niewiele brakowało, żeby jego głowa znalazła się pod powierzchnią, zwłaszcza jeśli poruszyłby się chociaż trochę, układając się wygodniej. - No me siento amenazada cuando me tocas. - dodał jeszcze, słysząc, że ma spojrzeć na Santiago i że ten chce mu pomóc, że nic złego się nie stanie i że jest bezpieczny. Nie był pewien czy czuje się już całkowicie bezpieczny, ale na pewno czuł się bezpieczniej niż poza domem, właśnie głównie dlatego, że miał przy sobie de la Sernę i że wiedział, że przy nim mu nic nie grozi.
- Yo también te quiero, Santi. - odpowiedział cicho na jego wyznanie, czując przy okazji, jak jego serce napełnia się przyjemnym ciepłem. Dawno nie słyszał, że ktoś go kocha, że jest dla kogoś jak rodzina i te słowa, w połączeniu z tym, że on sam czuł się przy Santiago jak w domu sprawiły, że miał ochotę się rozpłakać. Tym razem jednak nie z bólu ani ze smutku, a po prostu ze wzruszenia. Pociągnął jednak nosem, żeby tylko nie dopuścić do tej sytuacji, bo nie chciał znowu płakać tak naprawdę, raczej chciał już się uspokoić i dojść jakoś do siebie. Po chwili wahania sięgnął po leżącą na brzegu wanny gąbkę i w geście chyba największego zaufania, na jakie było go w tej chwili stać, podał ją po prostu Santiago, samemu podciągając się nieco w wannie. Pochylił się do przodu, podciągając kolana pod brodę i obejmując swoje nogi ramionami, jednak nie zasłaniał się przed nim całkiem, teraz po prostu bardziej dawał mu dostęp do swoich pleców i ogólnie tych tylnych części swojego ciała, bo tam miał najtrudniejszy dostęp i tam pomoc Santiago będzie wręcz nieoceniona.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wziął od niego gąbkę, a kiedy chłopak objął kolana rękami, zanurzył ją powoli w wodzie i powolnymi, delikatnymi ruchami umył mu plecy, zaczynając od karku i masując go nieznacznie, żeby tylko Alvaro przyzwyczaił się do jego dotyku i żeby się rozluźnił choć trochę. Wiedział, że to nie będzie łatwe, ale wychodził ze skóry, żeby maksymalnie mu to ułatwić. Jego koliste ruchy powoli - bardzo powoli - schodziły coraz niżej po jego plecach, za każdym razem o centymetr-dwa niżej, żeby nie stresować młodego. Po plecach (najbardziej bał się dotykać go na samym ich dole) delikatnym gestem poprosił go, by z powrotem oparł się plecami o ściankę wanny i umył mu ręce, ramiona, a potem - ostrożnie - szyję, by w końcu gąbka przesunęła się na klatkę piersiową Alvaro, a później - jeśli ten pozwolił - na brzuch. Oczywiście przerwał mycie wcześniej, jeśli zauważył, że sprawia tym chłopakowi zbyt duży dyskomfort albo młody wręcz zaprotestował. Miał jednak nadzieję, że ta czynność mimo, że nieprzyjemna, jednak nie jest z jego strony nie do zniesienia. Jeśli jednak Salvatierra nie protestował, Tiago umył też jego nogi, uważając, żeby nie dotknąć wewnętrznej strony jego ud.
- También tenemos que lavarte ahí - powiedział cicho, kiedy skończył, kucając teraz przy wannie i opierając się przedramionami o krawędź wanny - ¿Prefieres hacerlo tú mismo o prefieres que lo haga yo?
Wciąż pozostawał tym zadaniowym trybie, odcięty od swoich emocji i skupiony na emocjach Alvaro. Zapewne później będzie musiał to odreagować, ale w tym momencie miał wrażenie, że jego własne emocje są wyłączone, poza troską i czułością. Odcinał się również od swojego bólu powodowanego widokiem tych wszystkich siniaków, opuchlizn, krwi i zadrapań - jakimś cudem traktował je po prostu jak coś, co istnieje i tyle, nic takiego. Był absolutnie pewien, że kiedy w końcu sobie na to pozwoli, ten widok wróci do niego we wspomnieniach ze zdwojoną siłą i może ściąć go z nóg, ale teraz, przy chłopaku, te siniaki były gdzieś daleko stąd.
Alvaro Salvatierra
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Najbardziej spinał się podczas mycia brzucha, ale to głównie dlatego, że tamte miejsca, na co zresztą wskazywały siniaki, były dość mocno poturbowane i wszelki dotyk tam po prostu sprawiał mu ból. Starał się jednak być dzielnym i dużym chłopcem i znosić to wszystko na tyle spokojnie, na ile dał radę. Był z siebie nawet trochę dumny, że nie wpadał w panikę częściej, ani że ta panika nie była większa i obezwładniająca, na co parę razy naprawdę się zanosiło.
- No sé - odpowiedział cicho, patrząc na lekko różowe zabarwienie wody; domyślał się z czego wynikało, mimo że chciał tego przyznać nawet w myślach, a co dopiero na głos. Od początku jednak domyślał się, że całe zajście z tym, z kimkolwiek dane mu było się spotkać wieczorem, miało taki a nie inny finał. Czuł to gdzieś w kościach, nawet jeśli miałby ignorować fakt, że bolały go różne części ciała, głównie jednak te fragmenty, za które ktoś mógł go mocno złapać, przytrzymać, szarpnąć albo po prostu... no, nieprzesadnie delikatnie obchodzić się z jego ciałem podczas zbliżenia, powiedzmy to najdelikatniej jak się da. A teraz im dłużej myślał o tym, co się stało i o tym, że Santiago na pewno też potrafi łączyć kropki i że jest świadom co tamten facet mu robił, to tym bardziej czuł się brudny i tym bardziej miał ochotę krzyczeć, uderzać pięściami w ścianę i płakać. A im bardziej miał ochotę to robić, tym bardziej wiedział, że nie może pozwolić, żeby Tiago tu został.
- Creo... creo que puedo con ello. - odezwał się w końcu i zabrał mu gąbkę, zanurzając ją pod wodą. Obserwował przez chwilę jak na powierzchni wody pojawiają się bąbelki powietrza, zwłaszcza w momencie, gdy ścisnął gąbkę pod wodą. Widać po nim było, że był teraz bledszy niż jeszcze chwilę wcześniej; kręciło mu się też w głowie, ale nie chciał tego po sobie pokazać. Chciał wyjść na samodzielnego człowieka, który poradzi sobie w takiej sytuacji i nie będzie beczał jak baba. - ¿Puedes... puedes salir? Por favor. - sama świadomość, że musi teraz dotknąć się w tych konkretnych miejscach sprawiała, że nieprzyjemnie wirowało mu w głowie, a żołądek miał ściśnięty tak mocno, że miał wrażenie, że zaraz się porzyga. Tym bardziej więc nie chciał, żeby Santiago tu teraz był.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Llámame si necesitas algo. Y llámame cuando termines, y te ayudaré a salir, secarte y cambiarte - powiedział jeszcze w drzwiach, po czym zniknął za nimi, zamykając je cicho. Dopiero teraz, kiedy już Alvaro nie mógł go zobaczyć, oparł się plecami o ścianę, czując nagłe zawroty głowy. Nogi się pod nim ugięły, więc zjechał plecami po tej ścianie na podłogę, oddychając szybko i ciężko, jakby przebiegł jakiś maraton. Odchylił głowę do tyłu, próbując się uspokoić, ale było wprost przeciwnie: jego ciało chyba postanowiło upomnieć się "o swoje", bo zaczęło drżeć, było mu na przemian zimno i gorąco, a w karku i barkach poczuł ostry ból. Zakrył usta dłonią, przyciskając ją mocno do twarzy i oddychał teraz ciężko przez nos, usilnie starając się uspokoić: przecież, do cholery, nie mógł dać się ponieść emocjom, nie teraz, kiedy jeszcze był potrzebny Alvaro. W ogóle nie powinien, ale już z pewnością nie teraz, do diabła!
Poczuł, że oczy go pieką, ale na szczęście nie pojawiły się w nich łzy. Oderwał w końcu gwałtownie rękę od ust, oparł dłonie na podłodze, wyciągnął nogi przed siebie i wyprostował się, wpierając się plecami w ścianę. Odetchnął kilka razy głęboko, wstrzymując oddech, dopóki nie zakręciło mu się w głowie i dopiero to pomogło mu się nieco wyciszyć. Przetarł twarz dłońmi, przeczesał włosy palcami i odetchnął jeszcze kilka razy, tym razem już nie wstrzymując powietrza w płucach. Rozejrzał się po mieszkaniu półprzytomnie, jakby pierwszy raz je widział, po czym w końcu podniósł się niezgrabnie z podłogi i poszedł trochę chwiejny krokiem do salonu. Miał ochotę się napić, ale stwierdził, że w tym momencie to nie będzie dobry pomysł, więc tylko zapalił papierosa i wypalił go w absurdalnie krótkim czasie, zauważając, że wciąż jeszcze trochę drżą mu ręce. Nie było to jednak już tak bardzo widoczne, jak parę minut temu. Cały czas również nasłuchiwał, czy Alvaro sobie radzi i czy nie potrzebuje jakiejś pomocy.
Alvaro Salvatierra
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Odprowadził go wzrokiem do drzwi, skinieniem głowy zapewnił o tym, że zawoła go, gdy skończy albo gdy będzie czegoś potrzebował, a potem - gdy drzwi zamknęły się za Santiago - przez chwilę po prostu siedział, przyglądając się siniakom na swoim brzuchu i lekkim odciskom na wewnętrznej stronie ud. Przypuszczał, że te konkretne jeszcze nie są tak ciemne, jak zapewne będą jutro lub pojutrze, póki co były dość jasne, ale i tak widoczne, jakby ktoś zbyt mocno wciskał swoje palce w skórę chłopaka w tamtych okolicach.
Mimo że wcale nie chciał tego robić, to jednak zabrał się za mycie w tamtych rejonach, których nie dotykał Santiago. Nie było to łatwe, bo z jednej strony dotyk tam sprawiał mu ból fizyczny, wprawiając go w jeszcze większy dyskomfort, ale z drugiej trudno było mu się tam umyć ze względów psychicznych, po prostu. Gdy dotykał tamtych okolic, nawet jeśli delikatnie i nawet jeśli tylko tak, żeby po prostu się tam umyć, to i tak sprawiało mu to ból i chciało mu się krzyczeć; swoją drogą parę jęków zapewne wyrwało się z jego gardła, zanim zdążył je stłumić - w tym celu po prostu zacisnął zęby na swoim przedramieniu, uznając, że nic lepiej nie zagłuszy dźwięków, niż ta metoda. To ugryzienie również zabolało, bo nie silił się przesadnie na delikatność, ale może właśnie dzięki temu jakoś udało mu się znieść to, co musiał zrobić. Jego ręka na tym ucierpiała, bo zdobiły ją teraz ślady dwóch rzędów zębów chłopaka, ale przynajmniej jakkolwiek udało mu się to przebrnąć, mniej lub bardziej z godnością, ale zawsze.
Stwierdził, że będzie dzielny, że sam da radę wyjść z wanny, sam się wytrze i otuli ręcznikiem. Takie miał w każdym razie postanowienie. Przez pierwszą część planu jakoś w miarę bezboleśnie udało mu się przejść, bo mimo drżących lekko nóg udało mu się wyjść na posadzkę (i nie wywalić się przy tym rozbijając swój głupi pysk o brzeg wanny), a gdy już sięgnął po czysty ręcznik i gdy zaczął się wycierać znów nieprzyjemnie zakręciło mu się w głowie. Oparł się ręką o umywalkę, patrząc przy tym - niechcący akurat - na wiszące nad nią lustro. Jego wzrok prześlizgnął się po podrapanym policzku, po lekkich zasinieniach w okolicy warg, po mocniejszych śladach palców na szczęce i po ewidentnym duszeniu na szyi. Nie podobało mu się to, co widział, a przez jego głowę przebiegały coraz mniej optymistyczne, a coraz bardziej czarne i depresyjne myśli.
Lepiej by było, gdyby umarł - najlepiej, żeby ten facet po prostu go tam zabił. Oszczędziłby wtedy problemów Santiago, który i tak już nie miał z nim łatwo, bo nie mógł mieć łatwo, skoro przygarnął pod swój dach zlęknionego dzieciaka, który był zmuszony do zarabiania swoim ciałem, żeby jakoś przeżyć, gdy ojciec wywalił go na bruk. Ojciec go nie chciał, bo był nieudacznikiem i pedałem, dlaczego więc miałby go chcieć obcy facet, który po prostu go przygarnął, bo zrobiło mu się go szkoda?
I tak pewnie cię wywali, tak jak ojciec. Znudzisz mu się w końcu. Albo posłucha rodziny i stwierdzi, że faktycznie jesteś zbyt... problematyczny.
Kolejnym głośniejszym dźwiękiem, który dotarł do czekającego za drzwiami Santiago był trzask rozbijanego szkła. Alvaro, widząc kawałki lustra leżące w umywalce i na podłodze, powoli zaczął się cofać w stronę wyjścia z łazienki, z ręcznikiem zarzuconym na ramiona. Był zaskoczony tym, co się stało, bo wcale nie chciał rozbić tego lustra i nawet nie wiedział kiedy konkretnie to się stało. Wiedział co za to, że jeden z kawałków szkła znajdował się teraz w jego zaciśniętej dłoni, rozcinając skórę na jej wnętrzu - problem w tym, że nie pamiętał kiedy go chwycił i po co. Tym, czego jeszcze nie zarejestrował, było z kolei rozcięcie, ciągnące się gdzieś od nadgarstka niemalże do łokcia; krwawiące, bo krew skapywała z jego ręki na podłogę, ale na szczęście dość płytkie.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bardzo pożałował tej decyzji niedługo później, kiedy usłyszał trzask szkła pękającego i spadającego do umywalki i na podłogę. Natychmiast zerwał się i ruszył pędem do łazienki, wbiegając do niej praktycznie razem z drzwiami, a na jego twarzy malowało się przerażenie: doskonale wiedział, że lustra czy okna nie mają w zwyczaju rozbijać się same, zwłaszcza w takich momentach, kiedy jest przy nich człowiek na skraju wytrzymałości psychicznej - a domyślał się, że w takim właśnie stanie może być teraz Alvaro.
- Niño! - wrzasnął łamiącym się głosem, kiedy szeroko otwartymi z przerażenia oczami zobaczył tę krew na dłoni, a co gorsza - na przedramieniu chłopaka. Przyskoczył do niego, po drodze zrywając z wieszaka ręcznik do wycierania dłoni po myciu rąk i przycisnął go do rany na ręce młodego. Znowu się trząsł, teraz już zupełnie nie mogąc nad tym zapanować. Kiedy już uporał się z ciasnym owinięciem ręcznika wokół przedramienia Alvaro, szybkim i mocnym ruchem ręki wytrącił mu szkło z drugiej dłoni - zapewne to, że zrobił to w takiej kolejności, było kolejną głupotą, którą dziś zrobił, bo przecież Salvatierra mógł albo w tym czasie ciąć się w innym miejscu, albo zaatakować Santiago, ale de la Serna nie myślał teraz zupełnie trzeźwo.
Gorączkowo myślał, co teraz powinien zrobić. Rana nie wyglądała na szczęście na głęboką, chłopak też z pewnością nie przeciął tętnicy, bo krew jedynie lała mu się po ręce, a nie sikała po ścianach, ale tak czy inaczej trzeba było jakoś chłopakowi pomóc. Zabrać go do szpitala? Jeśli zabrałby go ta nagiego, to na pewno nie wpłynęłoby na niego dobrze, ale ranę pewnie trzeba było pozszywać, a Tiago nie bardzo umiał to zrobić. Zszywał kiedyś ranę kolegi, ale po pierwsze robił to raz, poza tymi kilkoma godzinami ćwiczeń, kiedy się tego uczył na potrzeby napadów, a po drugie to nie był napad, nie uciekali przed policją, nie musieli się kryć.
- Vamos al hospital - zarządził stanowczo, patrząc Alvaro w oczy wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu. Obawiał się, że jeśli powiedzą prawdę o tym, jak to się stało, to lekarze postanowią zatrzymać Alvaro na oddziale psychiatrycznym do obserwacji, a Santiago z jednej strony miał poczucie, że to byłoby właściwe rozwiązanie, skoro chłopak robił sobie krzywdę; ale z drugiej to mogłoby mu narobić jeszcze większego śmietnika w głowie, bo byłoby to zupełnie obce miejsce, stresujące jak jasna cholera.
Tiago wyprowadził Salvatierrę z łazienki, posadził na kanapie i na wszelki wypadek odsunął od niego wszelkie ostre przedmioty - Presiona esta toalla - rozkazał - Voy a buscarte algo de ropa en el armario.
Alvaro Salvatierra
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Yo no... yo no quería hacer eso. - wymamrotał cicho, spoglądając tym wzrokiem wzrokiem na szkło leżące na podłodze, które chwilę wcześniej Santiago wytrącił mu z ręki. Akurat z tego, że trzymał kawałek szkła zdawał sobie sprawę, ten fakt zarejestrował, ale naprawę nie pamiętał, żeby robił sobie krzywdę. Nie pamiętał ani rozbijania lustra, ani rozcinania sobie ręki. Wyglądał teraz na zagubionego. Posłusznie poszedł za Santiago do salonu i usiadł na kanapie, wciąż dociskając ręcznik do swojego przedramienia. Robił to dłonią, której wewnętrzna część była poraniona, więc przy okazji hamował też krwawienie z dłoni właśnie.
- No quiero ir al hospital. Por favor, no me lleves. Quiero quedarme en casa, contigo. - popatrzył na niego lśniącymi i wilgotnymi ślepiami, po chwilę wyciągając do niego rękę, tą, do której wciąż dociskał ręcznik. Była jednak sprawna, poza tą drobną kwestią rozcięcia, a i ono nie było zbyt głębokie, tylko po prostu trochę krwawiło. - Siéntate conmigo. Por favor. Vamos.
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Estas heridas necesitan ser suturadas - powiedział już mniej stanowczym głosem - No sanarán por sí solas, necesitan puntos de sutura.
Znów pomyślał o tym, że w ostateczności mógłby to zrobić sam, ale po pierwsze będzie krzywo, po drugie nie był lekarzem, więc nie wiadomo, czy będzie to zrobione chociażby poprawnie, a po trzecie nie miał w domu leków - ani do znieczulenia, ani antybakteryjnych czy przeciwwirusowych, a żeby wszystko było na pewno dobrze, to były one potrzebne. Po napadach jeszcze można (trzeba) było radzić sobie w ten sposób, ale teraz...?
Z drugiej strony był w stanie wyobrazić sobie ten stres, jaki chłopak musiał teraz przeżywać - wycieczka do szpitala z pewnością tylko by go pogorszyła, a Tiago chciał, żeby młody się choć trochę uspokoił, żeby zaczął jakoś funkcjonować. Najchętniej zapakowałby go tylko do łóżka, pozwolił się porządnie wyspać, a później próbował stawiać go na nogi, jak tylko by umiał.
Wreszcie jednak podszedł powoli i niepewnie do kanapy, usiadł obok Alvaro i popatrzył na niego z troską.
- No tengo ningún medicamento en casa para adormecerte o protegerte de bacterias y virus - powiedział cicho, nadal jeszcze nie będąc całkowicie przekonanym do pozostania w domu i prób pomocy Salvatierrze własnymi siłami.
Alvaro Salvatierra
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Podemos hacerlo con remedios caseros. - uśmiechnął się do niego lekko, wkręcając mu się pod ramię i przytulając się do boku Santiago, z przymkniętymi oczami i policzkiem wtulonym w jego koszulę na piersi. - Si me ponemos hielo en la herida, la zona se adormecerá, al menos lo suficiente como para que no duela demasiado cuando me la cosan. - dodał po chwili tonem oczywistości, unosząc głowę z jego piersi i spoglądając na twarz starszego, po czym znów przymknął oczy i oparł czoło o jego skroń, mocniej obejmując go w pasie i jeszcze mocniej się w niego wtulając. - También podemos limpiar los bordes de las heridas con alcohol de alta graduación, como el vodka. - kontynuował, wciąż tonem znawcy. - Otra opción es preparar una solución salina casera hirviendo agua con sal. Esto debería ser suficiente para la desinfección. - znów otworzył oczy, popatrzył prosto w oczy Santiago, a na jego ustach pojawił się szczery, ciepły uśmiech, lekko zawadiacki nawet. - Por eso tienes un pequeño genio en casa, para saber qué hacer en momentos como estos, ¿verdad?
Santiago de la Serna
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Espera aquí - rzucił i ruszył po apteczkę, która zabierał ze sobą na napady, na wszelki wypadek. Miał w niej kilka nici chirurgicznych w różnych rozmiarach, plastry, gazy, spirytus i kilka innych potrzebnych rzeczy. Po drodze z powrotem przyniósł też wódkę - nie zamierzał przykładać lodu do ran, bo po pierwsze skóra by wtedy zesztywniała, a poza tym taki zabieg mógłby narobić jeszcze więcej komplikacji - Bébelo. Nada de hielo, o se puedes hacer necrosis, y no voy a permitir que eso suceda.
Usiadł znów przy chłopaku, odczekał, aż ten wypije kilka łyków wódki, co raczej nie sprawi, że będzie mu dużo łatwiej przeżyć ból, ale być może choć trochę go otępi. Sam w tym czasie założył jednorazowe rękawiczki, polał je spirytusem, po czym gestem poprosił Alvaro o podanie sobie poranionego przedramienia.
- Va a doler la maldita sea - ostrzegł, patrząc chłopakowi w oczy i czekając na ewentualną zmianę zdania - Y no soy médico, no tendrá un aspecto bonito y podría ponerse feo. Aún puedes cambiar de opinión. Y si las cosas se complican, iremos al hospital.
Alvaro Salvatierra