W odpowiedzi na jego słowa o tym, że tylko dzięki niemu Sal funkcjonował przez ten czas po "śmierci" brata, Sergio uśmiechnął się połową ust i pocałował go znowu w głowę, przytulając nieco mocniej. Tak, zdawał sobie z tego sprawę i wiedział, że gdyby nie było go przy boku najstarszego z rodzeństwa de la Serna, to mogłyby się wydarzyć różne rzeczy. Być może wtedy kto inny by go stawiał na nogi, być może szukałby wsparcia u Alvaro, może u najmłodszego z de la Sernów, ale być może pozostałby sam i był w naprawdę złym stanie. Sergio nie poczytywał tego sobie za jakiekolwiek bohaterstwo, wspaniałość ani nic z tych rzeczy - po prostu był jego mężem, więc oczywistym dla niego było, że był wsparciem w trudnych chwilach i starał się ze wszystkich sił, by pomóc mu przejść żałobę; ale jednocześnie wiedział po prostu że był wtedy bardzo potrzebny Salazarowi.
-
Przyznam, że mnie też nie pasuje do niego poddawanie się bez wykorzystania wszystkich możliwości, tak... - powiedział cicho, patrząc teraz gdzieś przed siebie. Ta informacja - mimo, że dość oczywista - wypowiedziana na głos brzmiała... strasznie. Dla Sergio była koszmarna nie dlatego, że tak bardzo lubił Santiago i nie chciał go stracić (choć owszem, bywały nawet momenty, kiedy go lubił), ale dlatego, że nie chciał, żeby jego mąż znów cierpiał po śmierci brata - tym razem tej prawdziwej. Możliwe, że tym razem będzie to łatwiejsze do przejścia, jednak wciąż będzie to ból, z którym trudno będzie sobie poradzić, a Martinez nie chciał, żeby jego mąż cierpiał.
Kiedy zaś ten odsunął się od niego i usadowił przed nim po turecku, wyglądając, jakby miał zaraz przyznać się, że to on zbił ten antyczny wazon babci, zaniepokojony Sergio patrzył na niego w napięciu, czując narastający ból spiętych mięśni między łopatkami i na barkach. Słuchał tego wywodu w milczeniu, ze spojrzeniem wbitym w męża i z miną nie wyrażającą żadnych emocji poza napięciem. W którymś momencie poprawił się na łóżku z pozycji półleżącej do siadu i objął kubek obiema dłońmi, wciąż z tą samą miną, z którą pozostał jeszcze jakiś czas po tym, gdy Salazar skończył mówić. Sergio nie bardzo wiedział, jak powinien zareagować na to wyznanie - Sal wyraźnie bał się, że zostanie zrugany, że Sergio będzie wściekły: to właśnie sugerowała cała jego postawa, jego kulenie się nad tym kubkiem (tak, siedział w miarę wyprostowany, ale Martinez dostrzegał drobne elementy mowy ciała, jak przygarbione ramiona, to spojrzenie wbite w kawę, ton jego wypowiedzi). On jednak nie był zły. Właściwie nie był jeszcze pewien, co czuje. Nie mógł być zły o to, w jakiej rodzinie ktoś się urodził i wychował - ważne było to, co robił, a nie to, czym zajmowali się jego bliscy. Mógł ewentualnie złościć się o to, że przez czterdzieści lat nie znał ogromnej części życia Salazara - bo nawet jeżeli ten nie kradł, jeśli nie zajmował się tym, co reszta jego rodziny, to przecież samo pochodzenie jest ogromną częścią człowieka, bardzo istotnym elementem jego życia. Kiedy do Martineza to dotarło, to rzeczywiście poczuł ukłucie bólu i irytacji, choć zapewne nie była to taka złość, jakiej się Salazar spodziewał.
Podrapał się w zamyśleniu po policzku, wciąż nie odrywając wzroku od mężczyzny i nadal zastanawiając się, jak na to zareagować. Jeśli będzie teraz na niego wrzeszczał, to do niczego nie dojdą - zresztą nie miał w tym momencie potrzeby wrzeszczeć. Czy wypytywać go o powody? Tego też w sumie chyba nie musiał robić: Sal przed chwilą powiedział, że bał się odrzucenia i to było logiczne wyjaśnienie. Sergio pewnie też by się go bał, gdyby był na jego miejscu. Ale...
-
Przez czterdzieści lat bałeś się, że cię odrzucę? - zapytał zduszonym głosem i sam zdziwił się, jak bardzo ściśnięte ma gardło, gdy usłyszał siebie. Kiedy wypowiedział te słowa na głos, poczuł bolesne ukłucie w sercu -
¿Cuarenta años no has confiado en mí lo suficiente como para decirme algo tan importante?
To, co teraz czuł, to nie była złość - jej zalążek tkwił w piersi Sergio, ale w tym momencie przeważał żal i - paradoksalnie - poczucie odrzucenia. Miał wrażenie, że ich małżeństwo było po części kłamstwem, skoro przez tyle czasu mężczyzna obawiał się reakcji Sergio i przez tyle lat nie zauważył, że może mu powiedzieć absolutnie o wszystkim. W tym momencie to, czy Salazar brał udział w jakichś kradzieżach, czy nie, zeszło na dalszy plan - być może Sergio o to jeszcze zapyta, ale teraz wszystkie jego myśli skupiły się na tym jednym aspekcie: na braku zaufania do niego, ba obawie o odrzucenie po praktycznie całym życiu przeżytym razem. Z pewnym zaskoczeniem zauważył, że wzrok mu się nieco rozmywa przez łzy, które pojawiły się w jego oczach - było ich jednak przynajmniej na razie na tyle mało, że Salazar raczej ich nie widział, Póki co jedynie trochę przeszkadzały Sergio w patrzeniu na męża.
Salazar Martinez