-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak, też pamiętam, że było ze mną kiepsko - uśmiechnął się smutno pod nosem. - i nie wiem co bym zrobił, gdyby cię wtedy przy mnie nie było. Funkcjonowałem przez ten czas chyba tylko dlatego, że postawiłeś mnie jakoś na nogi i że przy mnie byłeś.
Mówił szczerze, bo nie sądził, że udałoby mu się jakkolwiek ogarnąć samego siebie, jeśli nie miałby wsparcia swojego męża.
- Nie wiem, nie pytałem go o to, ale zakładam, że tak... jak go znam, to raczej nie poddał się ot tak, tylko musiał wiedzieć, że dalsza walka nie ma sensu i że tak czy siak niedługo umrze. To nie w jego stylu, żeby miał najpierw nie wykorzystać wszystkich możliwości. - teoretycznie nie był tego w stu procentach pewien, ale z tego co znał swojego brata, a znał go jednak dość dobrze, to dosłownie trudno było mu sobie wyobrazić, żeby dokonał tej mniej lub bardziej samobójczej akcji podczas ostatniego napadu, gdyby nie przekonanie, że i tak niedługo umrze.
I tak, owszem, Sal wiedział jak to wszystko brzmiało, wiedział, że wszystkie dramatyczne rozmowy zaczynały się mniej więcej od tych słów, których on użył, jednak mimo to nie spodziewał się, że Sergio pomyśli o tym, że mógłby mieć kogoś innego albo po prostu nie być szczęśliwy w tym małżeństwie. Był szczęśliwy, nie wyobrażał sobie życia z kimkolwiek innym, a Sergio stanowił od wielu lat centrum jego wszechświata i to pozostawało niezmienne.
Odsunął się odrobinę, ale tylko na tyle, żeby usiąść po turecku i obrócić się przodem do niego, wciąż z kubkiem kawy w dłoniach; nie zostało mu jej w kubku zbyt dużo, ale przynajmniej ta odrobina powinna pozwolić mu przeprowadzić tę rozmowę w miarę płynnie i na tyle bezboleśnie, na ile się dało.
- Nigdy nie opowiadałem ci o... o całokształcie mojej rodziny, powiedzmy. Nie mówiłem ci, że pochodzę z rodziny, w której od małego byliśmy uczeni tego, jak zabierać coś, co nie należy do nas, jak rozpoznawać prawdziwe i fałszywe pieniądze i jak oceniać wartość diamentów i innych kamieni szlachetnych. - westchnął cicho pod nosem, nie patrząc teraz na niego, tylko w środek swojego prawie pustego kubka. - Santiago uważa, że powinienem ci powiedzieć, że nasza rodzina jest... - odchrząknął krótko. - No, złodziejami, jakkolwiek by to nie brzmiało. I żeby nie było - ja też od dawna uważałem, że powinieneś wiedzieć, po prostu... bałem się powiedzieć ci prawdę, a im dłużej byliśmy ze sobą, tym było to trudniejsze. Bałem się, że będziesz o mnie źle myślał i że mnie zostawisz. - starał się panować nad głosem (ostatecznie - on i Santiago byli w sporej części zbudowani z tej samej krwi), ale nie bardzo mu to wychodziło, więc jego głos drżał lekko, gdy mówił i trochę się łamał w tych trudniejszych, bardziej wymagających szczerości momentach.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Przyznam, że mnie też nie pasuje do niego poddawanie się bez wykorzystania wszystkich możliwości, tak... - powiedział cicho, patrząc teraz gdzieś przed siebie. Ta informacja - mimo, że dość oczywista - wypowiedziana na głos brzmiała... strasznie. Dla Sergio była koszmarna nie dlatego, że tak bardzo lubił Santiago i nie chciał go stracić (choć owszem, bywały nawet momenty, kiedy go lubił), ale dlatego, że nie chciał, żeby jego mąż znów cierpiał po śmierci brata - tym razem tej prawdziwej. Możliwe, że tym razem będzie to łatwiejsze do przejścia, jednak wciąż będzie to ból, z którym trudno będzie sobie poradzić, a Martinez nie chciał, żeby jego mąż cierpiał.
Kiedy zaś ten odsunął się od niego i usadowił przed nim po turecku, wyglądając, jakby miał zaraz przyznać się, że to on zbił ten antyczny wazon babci, zaniepokojony Sergio patrzył na niego w napięciu, czując narastający ból spiętych mięśni między łopatkami i na barkach. Słuchał tego wywodu w milczeniu, ze spojrzeniem wbitym w męża i z miną nie wyrażającą żadnych emocji poza napięciem. W którymś momencie poprawił się na łóżku z pozycji półleżącej do siadu i objął kubek obiema dłońmi, wciąż z tą samą miną, z którą pozostał jeszcze jakiś czas po tym, gdy Salazar skończył mówić. Sergio nie bardzo wiedział, jak powinien zareagować na to wyznanie - Sal wyraźnie bał się, że zostanie zrugany, że Sergio będzie wściekły: to właśnie sugerowała cała jego postawa, jego kulenie się nad tym kubkiem (tak, siedział w miarę wyprostowany, ale Martinez dostrzegał drobne elementy mowy ciała, jak przygarbione ramiona, to spojrzenie wbite w kawę, ton jego wypowiedzi). On jednak nie był zły. Właściwie nie był jeszcze pewien, co czuje. Nie mógł być zły o to, w jakiej rodzinie ktoś się urodził i wychował - ważne było to, co robił, a nie to, czym zajmowali się jego bliscy. Mógł ewentualnie złościć się o to, że przez czterdzieści lat nie znał ogromnej części życia Salazara - bo nawet jeżeli ten nie kradł, jeśli nie zajmował się tym, co reszta jego rodziny, to przecież samo pochodzenie jest ogromną częścią człowieka, bardzo istotnym elementem jego życia. Kiedy do Martineza to dotarło, to rzeczywiście poczuł ukłucie bólu i irytacji, choć zapewne nie była to taka złość, jakiej się Salazar spodziewał.
Podrapał się w zamyśleniu po policzku, wciąż nie odrywając wzroku od mężczyzny i nadal zastanawiając się, jak na to zareagować. Jeśli będzie teraz na niego wrzeszczał, to do niczego nie dojdą - zresztą nie miał w tym momencie potrzeby wrzeszczeć. Czy wypytywać go o powody? Tego też w sumie chyba nie musiał robić: Sal przed chwilą powiedział, że bał się odrzucenia i to było logiczne wyjaśnienie. Sergio pewnie też by się go bał, gdyby był na jego miejscu. Ale...
- Przez czterdzieści lat bałeś się, że cię odrzucę? - zapytał zduszonym głosem i sam zdziwił się, jak bardzo ściśnięte ma gardło, gdy usłyszał siebie. Kiedy wypowiedział te słowa na głos, poczuł bolesne ukłucie w sercu - ¿Cuarenta años no has confiado en mí lo suficiente como para decirme algo tan importante?
To, co teraz czuł, to nie była złość - jej zalążek tkwił w piersi Sergio, ale w tym momencie przeważał żal i - paradoksalnie - poczucie odrzucenia. Miał wrażenie, że ich małżeństwo było po części kłamstwem, skoro przez tyle czasu mężczyzna obawiał się reakcji Sergio i przez tyle lat nie zauważył, że może mu powiedzieć absolutnie o wszystkim. W tym momencie to, czy Salazar brał udział w jakichś kradzieżach, czy nie, zeszło na dalszy plan - być może Sergio o to jeszcze zapyta, ale teraz wszystkie jego myśli skupiły się na tym jednym aspekcie: na braku zaufania do niego, ba obawie o odrzucenie po praktycznie całym życiu przeżytym razem. Z pewnym zaskoczeniem zauważył, że wzrok mu się nieco rozmywa przez łzy, które pojawiły się w jego oczach - było ich jednak przynajmniej na razie na tyle mało, że Salazar raczej ich nie widział, Póki co jedynie trochę przeszkadzały Sergio w patrzeniu na męża.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Teraz był przerażony tym, że przez swoje lęki - przez to, że nie powiedział mu o tej części swojego życia, która jednak faktycznie była ważnym aspektem, jak stwierdził Sergio - może stracić człowieka, który był dla niego całym światem i jedynym sensem, gdy wszystko inne ten sens traciło. Nie chciał tego, bał się, że go straci, że sam - swoim milczeniem - spowodował, że jego mąż nie będzie już chciał z nim być, a to była naprawdę przerażająca wizja. Siedział więc teraz cały czas w tej samej pozycji, po turecku, lekko zgarbiony, trzymając w dłoniach kubek, jakby ten był jego jedynym stałym punktem na wzburzonych wodach oceanu.
Słysząc pytania Sergio, zwłaszcza to zdane po hiszpańsku, poczuł, jakby oberwał z pięści w brzuch. Nie miał jednak pretensji, w sumie nie dziwił się, że Martinez tak to odbiera, zwłaszcza słysząc o tych nowościach (na pewno dla niego były to nowości) po tak długim czasie bycia razem. Miał prawo poczuć się skrzywdzony i nic dziwnego, że tak się poczuł.
- Tu nie chodzi o brak zaufania, Sergio - potrząsnął głową, jakby samym tym gestem starał się odpędzić ten pomysł od siebie i od męża; od męża zwłaszcza, bo to jemu przyszło do głowy coś takiego i może z jednej strony się nie dziwił, że jego ukochany o tym pomyślał, ale z drugiej... no, z drugiej była to naprawdę bardzo paskudna myśl i Salazar nie mógł się z nią ot tak po prostu zgodzić. - Bałem się ci powiedzieć, bo wstydziłem się... - zawahał się chwilę, podnosząc wzrok z zawartości kubka na swojego męża, mimo że niełatwo mu się o tym mówiło w ogóle, a co dopiero patrząc na niego. - Wstydziłem się tego, że to lubię. Że sprawia mi to przyjemność, po prostu. Uznałem, że nie w takim człowieku się zakochałeś i takiego zapewne w ogóle nie chciałbyś poznać. - przełknął ślinę, wbijając mocniej palce w trzymany kubek. - Ale nie ma to nic wspólnego z brakiem zaufania.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak, kiedy się nad tym zastanowił, uświadomił sobie, że odczuwał zawód. Wciąż jednak chyba przeważał żal - o to, że mężczyzna mu nie ufał. Bo mimo jego tłumaczeń, Martinez nadal w ten sposób odbierał jego milczenie na ten temat przez te wszystkie lata.
- Czyli powziąłeś jakieś założenie na mój temat - na temat tego, co poczuję - odezwał się w końcu - i uznałeś je za bardzo prawdopodobne, tak? I bałeś się, że cię odrzucę mimo wszystkiego, co nas łączy, nie ufałeś temu, że jednak wynik szczerej rozmowy może być inny, niż zakładałeś? Wybacz, że wracam do tego braku zaufania - w końcu się poruszył, na chwilę odrywając przy tych słowach wzrok od męża i machając ręką, jakby chciał rozpędzić ewentualne protesty, których się teraz spodziewał - po prostu nadal tak czuję: że nie ufałeś, że będę w stanie to przyjąć, nie ufałeś, że cię nie zostawię.
Westchnął ciężko i wbił spojrzenie w swój kubek, znów milknąc na chwilę.
- Salazar, nie wiem, co czuję w związku z tym, że lubisz kraść - powiedział ciszej i nieco mniej wyraźnie - chyba muszę się z tą myślą oswoić. Ale ona jest dla mnie w tym momencie mniej ważna, niż myśl o naszej relacji, bo zabolało mnie to, że bałeś się, jak to przyjmę, dlatego tak długo trzymałeś tę informację dla siebie. Myślę, że przeszliśmy w życiu już bardzo wiele, że jesteśmy ze sobą tyle lat, że zdążyliśmy się dobrze poznać... A w każdym razie: poznać nasze reakcje, nasze emocje, zdążyliśmy ułożyć komunikację między sobą na tyle, żeby nie mieć podobnych obaw i żeby nie sądzić, że przez jedną cechę jednego drugi nagle odwróci się na pięcie i odejdzie. Przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało... Ty nie zatrzasnąłeś mi drzwi przed nosem, kiedy do ciebie wróciłem, kiedy prosiłem, żebyś mnie znów do siebie przyjął i w dodatku miałem syna. Dlaczego ja miałbym cię odepchnąć, kiedy dowiedziałem się, że lubisz kraść? - znów podniósł wzrok i utkwił go w twarzy męża. Miał ochotę powiedzieć coś jeszcze, ale w tym momencie przychodziły mu tylko do głowy pytania o kradzieże, a uznał, że teraz jeszcze nie czas na nie. To nie one były tu teraz najważniejsze, najpierw chciał porozmawiać o tym, co było między nimi dwoma.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- No, dobrze - przyznał w końcu niechętnie, spoglądając na niego i wyglądając, jakby miał ochotę zapaść się pod ziemię. - Nie myślałem o tym w kategoriach braku zaufania, ale tak, założyłem, że wściekniesz się na mnie, gdy się dowiesz i że prawdopodobnie mnie zostawisz. - potarł kilkakrotnie czubek nosa palcami, co w tym momencie było gestem raczej świadczącym o tym, że próbuje się uspokoić. - Wiem, że stawianie sobie założeń na czyjś temat nie jest właściwe i że nie powinno się tego robić; w końcu mój mąż jest psychologiem i siłą rzeczy czegoś się w związku z tym dowiedziałem o ludzkiej psychice. - westchnął ponownie i wywrócił lekko oczami, w końcu dopijając te dwa samotne łyki kawy i odstawiając kubek na szafkę nocną. Po krótkiej chwili wahania przysunął się nieco do Sergio, wciąż siedząc po turecku i dotykając teraz kolanem jego nogi. Mimo że sprzeczka, o ile można to tak nazwać, nie została jeszcze do końca zażegnana, to Sal potrzebował bliskości Sergio i nie mógł na to nic poradzić.
- Lo sé. Tienes razón. - skinął głową, kładąc ostrożnie otwartą dłoń na kolanie mężczyzny i przebiegł wzrokiem po jego twarzy; trudno było mu patrzeć bezpośrednio w oczy Sergio, ale starał się patrzeć choćby na jego i jego twarz, bo wiedział, że to też jest ważne w komunikacji, a nie chciał, żeby Sergio poczuł, że jego mąż ukrywa przed nim coś jeszcze. - Nie mam logicznego wyjaśnienia na to, że się bałem, że mnie zostawisz. Nie myślałem o tym w innych momentach, w sensie... w innych aspektach naszego życia nie zakładałem, że możesz mnie rzucić. No dobra, jestem trochę zazdrośnikiem, czasem mam ochotę przejrzeć twój telefon, ale tego nie robię, bo ci ufam. Mniej chyba po prostu ufam temu, że ktokolwiek mógłby być ze mną... no, tak po prostu, ze mną. Jakby nie miał innych lepszych opcji na partnera. - wywrócił oczami, trochę teraz na siebie zły, że znowu pozwolił odezwać się tej części swojej osobowości, która była nieśmiała, niepewna i nie bardzo wierzyła w siebie. - Nieważne. W każdym razie... przepraszam, że nie powiedziałem ci wcześniej, że mówię ci to dopiero po tylu latach. I przysięgam, że nie chcę już przed tobą niczego ukrywać, bo zawsze czułem się jak szmata i ostatni gnojek, gdy ukrywałem przed tobą tę część swojego życia.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Mnie też ciężko uwierzyć, że ktoś chce być po prostu ze mną - powiedział cicho - ale wierzę, że ty tego chcesz i wierzę, że nasz związek nie rozpadnie się przez jakąś głupotę, tylko jeśli miałoby to nastąpić, to z bardzo poważnego powodu. Nie znajduję takiego, bo jednocześnie sądzę, że wszystko jest do przejścia, do omówienia i wspólnego rozwiązania. Chyba tylko zdrada, taka potężna, mogłaby nas rozdzielić, a tej się nie spodziewam, bo ci ufam i wierzę, że mnie kochasz, mimo wszystkich moich wad, mimo tego, że być może czasem jestem niewystarczający, że czasem się wściekam, czasem za dużo pracuje, czasem ciężko się ze mną porozumieć, czasami nie rozumiem, co się do mnie mówi, a innym razem jestem zupełnie bezużyteczny, bo jestem zmęczony. Ale te cechy mam od zawsze, z nimi mnie wziąłeś do swojego życia, z nimi przyjąłeś mnie do niego z powrotem, więc wierzę, że są to rzeczy, które jesteś w stanie we mnie tolerować. I tak samo jest z twoimi cechami, bo nikt przecież nie jest idealny. Więc nie wierzę, że któryś z nas mógłby zdradzić drugiego - znów przeniósł spojrzenie na męża, tym razem pełne już nie tylko żalu i zawodu, ale także miłości - Wiec nie sądzę, że cokolwiek byłoby w stanie nas rozdzielić. Tylko musimy ze sobą rozmawiać, nie ukrywać niczego, problemy rozwiązywać wspólnie.
Po tej przemowie znów pomyślał o podaniu mu swojego telefonu, żeby uspokoić jego niepokój o ewentualną zdradę, ale nie był pewien, czy już nadszedł odpowiedni na to moment.
- Być może istnieją "lepsze" opcje na partnera, ale nie są one lepsze dla mnie, ¿sabes? - kącik jego ust powędrował do góry, a oczy nieco mu się rozjaśniły - Pokochałem właśnie ciebie i z tobą chcę spędzić resztę mojego życia, niezależnie od tego, czy jesteś pływakiem, pisarzem, czy złodziejem. Swoją drogą, w takim razie już wiem, skąd tak kwieciste i pełne, wiarygodne opisy emocji złodziei i innych przestępców w twoich powieściach, skąd takie opisy napadów. Czy opisujesz tam to, co przeżyłeś? Napadałeś na banki, muzea, jubilerów? Kradłeś dzieła sztuki? Czy to złodziejstwo u ciebie w rodzinie raczej ogranicza się do mniejszych przestępstw, jak włamania do prywatnych mieszkań albo kieszonkowstwa, a te książki, to już czysta wyobraźnia?
Jednak sięgnął po swoja komórkę, odblokował ją i położył przed Salazarem.
- Nie zdradzam cię. Przejrzyj, co chcesz - powiedział łagodnie.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Pues no sé si es verdad que nadie es perfecto. Porque tú sí lo eres. - uśmiechnął się nieco szerzej, sięgając palcami do opadających Sergio na czoło włosów, które odgarnął czułym gestem, patrząc przy tym na jego twarz z iskierkami szczęścia powracającymi do jego własnych oczu. Cieszył się, że chyba udało im się w miarę szybko dogadać, bo mimo że wciąż widział lekki żal w oczach Sergio, to widział tam też miłość i czułość, których najwyraźniej nie sposób było się pozbyć nawet robiąc coś tak idiotycznego, jak ukrywanie przed mężem przez czterdzieści lat związku swojej "kryminalnej" części życia.
- Jesteś najlepszym co mnie spotkało w życiu, wiesz? - westchnął cicho, wciąż rozczulony, gładząc go teraz delikatnie po policzku. Jego dłoń zatrzymała się jednak gdy usłyszał pytanie o jego powieści i o opisy, które zawierały; zrobiło mu się trochę wstyd, chociaż nie był pewien dlaczego właściwie, ale nie cofnął ręki. Zamiast tego położył ją na boku jego szyi, gładząc skórę mężczyzny kciukiem.
- Tak, po części opisuję to, co przeżyłem, chociaż staram się nie robić tego w ten sposób, żeby to wszystko brzmiało jak przyznanie się do winy. - kącik jego ust drgnął w półuśmiechu. - Tak, napadałem na banki, muzea i jubilerów. Tak, kradłem dzieła sztuki, brylanty i diamenty warte fortunę i dokumenty, których nikt nie chciał ujawniać, bo były zbyt cenne i zbyt obciążające. - przechylił głowę na ramię, przyglądając mu się z mieszanką czułości i zaskoczenia, zwłaszcza gdy dostrzegł kątem oka, jak Sergio kładzie przed nim swój telefon. Zamrugał, spoglądając na urządzenie, po czym popatrzył znów w oczy ukochanego, po chwili opierając czoło o jego czoło.
- Lo sé, cariño. No quiero averiguarlo, te creo. - trącił nosem jego nos, ignorując zupełnie leżący przed nim telefon Sergio.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- No, no soy perfecto y lo sé - odpowiedział rozbawiony - Ty też jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało i naprawdę chcę spędzić resztę życia z tobą, nie wyobrażam sobie niczego innego.
Jego uśmiech nieco się poszerzył, kiedy usłyszał, że Salazar nie chce, żeby jego książki wyglądały jak przyznanie się do winy - tak, to brzmiało logicznie. Nie można było opisywać wszystkiego zbyt dokładnie i tak, żeby można było te historie połączyć z rzeczywistością, bo wtedy policja mogłaby uznać, że autor może mieć coś wspólnego z daną sprawą.
- W każdym razie wiesz, że zawsze możesz do niego zajrzeć - odpowiedział w temacie telefonu, kiedy Sal zignorował urządzenie i wyglądał, jakby nie zamierzał choćby na nie spojrzeć - znasz kod blokady, więc nie będziesz miał z tym problemu, jeśli jeszcze kiedyś najdą cię jakieś wątpliwości i ochota sprawdzenia, z kim i o czym piszę. Bierz go, kiedy chcesz, mówię poważnie. Nie ma sensu, żebyś się zastanawiał, zamiast po prostu sprawdzić.
Przytulił na chwilę policzek do jego dłoni, przeczesał włosy palcami i dopił swoją kawę, poważniejąc. Przyszło mu do głowy kolejne pytanie, ale nie był pewien, czy w ogóle je zadawać: czy poznanie prawdy było mu rzeczywiście do czegokolwiek potrzebne? Może nie warto rozdrapywać ran? Musiał jednak przyznać, że zżerała go teraz ciekawość i chciał ją zaspokoić, choćby po to, żeby mieć pełen obraz sytuacji.
- Santiago też jest złodziejem, tak? Mówiłeś, że cała twoja rodzina jest... On też? I... ten wypadek... to nie był wypadek, tylko skutek jakiegoś napadu? Byłeś tam?
Zastanawiał się, kiedy ostatnio Salazar brał udział w jakimś napadzie i jak to robił, że Sergio przez tyle lat się nie zorientował.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ja też nie wyobrażam sobie swojego dalszego życia, jeśli miałbym spędzić je bez ciebie - przyznał szczerze, zaciskając palce na jego ramieniu, po czym przybliżył się jeszcze trochę i pocałował go delikatnie w policzek, wreszcie usadzając się tak, jak siedział wcześniej, czyli z plecami opartymi o poduchy i ścianę, z tą tylko różnicą, że teraz siedział ramię w ramię z Sergio, stykając się z nim ramionami, a nie wkręcił mu się pod rękę jak poprzednio. Nie był pewien, czy mu wolno, więc póki co musiał się zadowolić taką pozycją.
Zerknął na niego nieco niepewnie, słysząc, że może zaglądać do jego telefonu, jeśli tylko poczuje taką potrzebę i że bez sensu, żeby się zastanawiał nad zawartością telefonu, skoro może ją po prostu sprawdzić. Uśmiechnął się niepewnie i pokiwał głową, zgadzając się, że w razie konieczności sprawdzi telefon męża, ale miał nadzieję, że ta konieczność nieprędko się pojawi. Nie chciał tego robić, bo jednak telefon był dość prywatną kwestią każdego człowieka i uważał, że Sergio miał prawo do tej prywatności, tak czy siak cieszył się, że w razie czego miał taką możliwość i że mąż sam go do tego zachęcał.
- Tak, Santiago też jest złodziejem i... nie był to wypadek. Ale daj mi sekundę, bo nie chcę, żeby się okazało, że czegoś nie powinienem ci mówić, bo ktoś poczuje się z tym nie w porządku, ostatecznie to nie tylko moje tajemnice - westchnął cicho, w międzyczasie sięgając po telefon i wciąż kontynuując rozmowę z Sergio napisał do brata. Zabrał też mężowi kubek i poszedł do kuchni, uznając, że skoro zaczęli rozmawiać na tematy złodziejskie, to raczej na dwóch czy trzech pytaniach się nie skończy, a im obu przyda się kolejna kawa.
Wrócił od męża chwilę później, z dwoma kubkami pełnymi aromatycznej kawy i ponownie zajął swoje miejsce, podając uprzednio kubek mężowi. Wyciągnął nogi przed siebie, napił się odrobinę i znów spojrzał w telefon, odkrywając, że Santiago odpisał; no proszę, na starość nauczył się odpisywać w miarę szybko na wiadomości przemknęło mu przez myśl, ale uznał, że nie będzie tego wypowiadał na głos. Odłożył telefon na materac i popatrzył na Sergio, teraz gotów, by udzielić mu odpowiedzi.
- A więc jeśli chodzi o to, co nazywałem wcześniej wypadkiem, to... cóż, podczas ostatniego napadu, w którym Santiago brał udział, w pewnym momencie do środka banku weszła policja, zaczęło robić się niebezpiecznie i Tiago mówi, że był pewien, że wyłapią ich wszystkich i umieszczą w więzieniach albo pomordują, więc gdy już wiedział, że prawdopodobnie nie wyjdą stamtąd wolni i żywi, to postanowił wysadzić tunel. Wcześniej rozmieścił tam ładunki wybuchowe, ale mówił, że miał nadzieję, że nie będzie musiał tego robić. Plan był taki, że pozwoli uciec reszcie, a sam zatrzyma policję w tunelu, dlatego... no, dlatego ten tunel detonował, gdy słyszał, że są już niedaleko. Wiedział, że zginie tam razem z nimi, ale wtedy już wiedział od jakiegoś czasu, że jest chory i że... - zawahał się chwilę i widać było, że kolejne słowa nie przechodziły mu z łatwością przez gardło. - że i tak umrze, więc chciał przynajmniej zapewnić bezpieczeństwo reszcie ekipy. No i Alvaro; wydaje mi się, że przede wszystkim jemu. - oparł tył głowy o ścianę i odchylił głowę w taki sposób, żeby móc patrzeć w sufit. - On był tam wtedy, z nim, w tym tunelu. Santiago kazał mu spierdalać i dopiero gdy ten się oddalił, to wysadził tunel. - odchrząknął krótko, bo słyszał po swoim głosie, że mówi mu się coraz trudniej przez ściśnięte gardło i chciał je jakoś choć trochę rozluźnić. Przed kolejnym potokiem słów wziął dwa większe łyki ze swojego kubka.
- Nie brałem udziału w tym napadzie, a w każdym razie nie było mnie na miejscu. Pomagałem przy planie, przy tworzeniu go i opracowywaniu szczegółów, ale nie miałem w planach wejścia do środka. - westchnął cicho i obrócił głowę tak, by znów spojrzeć na męża. - Chociaż poradziliby sobie pewnie i bez mojej pomocy, bo obaj są genialni w tworzeniu napadów, które wyglądają jak małe arcydzieła. - uśmiechnął się smutno.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy Sal wrócił, Sergio wziął od niego kubek i znów objął go obiema dłońmi, słuchając opowieści męża. Wszystko to brzmiało dla niego dość abstrakcyjnie: bank, tunel, który wysadził Santiago, grzebiąc się w środku z policją po to, żeby ratować resztę, bo sam i tak umierał... I jeszcze w tym wszystkim Alvaro.
- Czyli wychował sobie wspólnika...? - wyrwało mu się, zanim dokładnie przemyślał to pytanie. Widział jednak, że mężczyźnie trudno się o tym wszystkim mówiło, dlatego po chwili wahania objął go ramieniem i przytulił do siebie, dając całusa w głowę - Muszę przyznać, że Santiago musi być niezwykle zdolny, skoro zawalił się na niego tunel, a on i tak to przeżył - mruknął, próbując rozluźnić atmosferę - Żałujesz, że cię tam nie było? Wiesz... wolałbym jednak, żebyś nie pakował się w takie rzeczy, bo chciałbym nadal mieć męża. Nie odwiedzać go w więzieniu, chciałbym móc się do ciebie przytulać, rozmawiać z tobą, oglądać głupawe filmy... A nie mieć piętnaście minut widzenia raz na miesiąc. Dobrze, że nie było cię przy tym napadzie z tym tunelem. Alvaro też nie powinno tam być, to nie jego bajka, on przecież nie pochodzi ze złodziejskiej rodziny, tylko był wychowywany przez złodzieja. Tiago nie powinien go w to wciągać.
Odetchnął głęboko przeczuwając, że Salazar zaraz znów się zepnie mając wrażenie, że Sergio ma kolejne pretensje do jego brata, ale nie, właściwie ich nie miał - wyrażał tylko swoje zdanie.
Salazar Martinez