30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dokładnie tak myślała. Wiedziała, że zostałaby zignorowana. Właściwie nie musiała się nad tym długo zastanawiać, bo przecież słyszała to już wcześniej, od niego. Kilka dni temu, kiedy pierwszy raz wspomniała o swoich odkryciach, to właśnie Rhys był tym, który kazał jej wyhamować. To on powiedział, że rzuca oskarżeniami bez dowodów, że nie może opierać się na przeczuciach i fragmentach informacji. To on przekonywał ją, że Ventresca pojawia się w tylu sprawach, przy tylu nazwiskach, że próba powiązania wszystkiego w jedną całość była prawdopodobnie ślepym zaułkiem. Przypadkiem. Stratą czasu. A teraz stał naprzeciw niej i z tą samą pewnością sugerował, że powinna iść do przełożonego i zgłosić swoje odkrycia, pozwalając, żeby ktoś inny się tym zajął.
Nie rozumiała jego sprzeczności i chyba właśnie to męczyło ją najbardziej. Ta rozmowa nie była już nawet kłótnią o Mimmo’s ani o Ventrescę. Była kolejną z ich awantur - głośną, ostrą, pełną emocji, które wylewały się z nich obojga szybciej niż potrafili je kontrolować. I jak każda z tych kłótni, wysysała z niej energię w sposób niemal fizyczny. Czuła to w ciężarze ramion, w napięciu karku, w tym dziwnym zmęczeniu, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy między nimi iskrzyło za mocno. Kłócili się gwałtownie, jakby każde słowo było kolejnym uderzeniem, a po takich starciach zawsze zostawała cisza, w której nie miała już siły na nic więcej.
Otworzyła usta, żeby mu odpowiedzieć. Już układała słowa w głowie, już była gotowa wytknąć mu tę absurdalną sprzeczność, która stała przed nią teraz w ludzkiej postaci.
I wtedy powiedział t o zdanie.
Na moment wszystko w niej zamarło. Ojciec.
W końcu tam właśnie trafił - w miejsce, które kiedyś pokazała mu w zaufaniu, w chwili słabości, wierząc, naiwnie jak się teraz okazywało, że nie użyje tego przeciwko niej. Przez sekundę po prostu patrzyła na niego w milczeniu, jakby nie była pewna, czy naprawdę usłyszała to, co przed chwilą padło. Czy naprawdę zrobił dokładnie to o czym kiedyś myślała; to czego tak bardzo się obawiała - że kiedyś, w odpowiednim momencie, kiedy zabraknie mu argumentów, sięgnie po coś prywatnego.
Jej palce zacisnęły się powoli, niemal niezauważalnie. - Pieprz się, Rhys - słowa padły cicho, ale uderzyły w powietrze z ciężarem, którego nie dało się pomylić z niczym innym. W jej spojrzeniu nie było już gniewu; było coś znacznie gorszego - rozczarowanie. - To jest poziom, na który schodzisz? - przyglądała mu się w milczeniu, jakby próbowała zobaczyć w nim kogoś kogo znała jeszcze kilka minut temu. - Zabrakło ci argumentów, więc sięgnąłeś po coś takiego. Wyciągnąłeś mojego ojca i rzeczy, które powiedziałam ci, bo ci ufałam - jej spojrzenie stwardniało. - Użyłeś tego w chwili, kiedy było ci wygodnie - to zdanie zabrzmiało ciszej niż poprzednie, ale właśnie dlatego było jeszcze bardziej dobitne.
Jej ramiona opadły minimalnie, jakby nagle ubyło z nich napięcia, które jeszcze chwilę wcześniej trzymało ją w miejscu. - Doprowadzałeś mnie do granicy już tyle razy, ale nigdy nie sięgnęłam po twoje prywatne sprawy - to była prawda, która wisiała między nimi ciężej niż wszystko inne. Przez sekundę jeszcze na niego patrzyła, nie wściekle, nie z pogardą, ale z czymś znacznie bardziej bolesnym.
Potem odwróciła się bez słowa. Ruszyła w stronę drzwi, nie zatrzymując się ani na moment. Nie interesowało jej czy pójdzie za nią, czy zostanie w miejscu w którym stał. Nie interesowały jej kluczyki, broń ani Mimmo’s. Po wszystkim co właśnie padło było to ostatnie miejsce, do którego chciała się teraz udać.
Chciała tylko ciszy i dystansu.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
35 y/o
Indulge in local cuisine
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedział, że wykonał o krok za daleko. Dostrzegł to w jej twarzy, w rozczarowaniu znaczącym jej mimikę cieniem, urazie głęboko schowanej w spojrzeniu. Gdzieś na dnie jego świadomości pojawiła się iskierka poczucia winy, zaledwie mały fragment, zbyt mały by mógł przedrzeć się na powierzchnię.
Powierzchnia bowiem była utkana z czegoś znacznie grubszego niż złość.
A na jej szczycie tkwiła d e s p e r a c j a.
Z desperacją ruszył do drzwi ignorując jej słowa, skupiając się na czynach - na tym, że kobieta z pewnością odwróci się, skieruje do wyjścia. Nie mógł pozwolić, żeby pojechała do tego klubu. Nie mógł pozwolić jej na wmieszanie się w ten sam brud, w którym tkwił po same kolana. Na samą myśl o tym, że któryś z capo zapamiętałby jej twarz, w jego żyłach krew zmieniała się w lód. Mafia obiektywnie mogła być uznawana za zagrożenie i spore ryzyko przez każdą osobę, niezależnie czy pracującą w policji, czy nie. Ale Madden w i d z i a ł Ventrescę.
Widział krwawe ślady zdobiące posadzki na zapleczu Mimmo's. Nieprzytomne spojrzenia zastraszonych współpracowników Carbone'a. Widział sine nadgarstki kobiet pracujących za barem. Widział wszystkie te rzeczy, których widzieć nie powinien, które każdego wieczora ciążyły na jego sumieniu, umacniając go w przekonaniu, że nie reagując był tego częścią.
- Nie zostawiasz mi innych opcji - warknął, docierając do drzwi przed nimi wyłącznie własnym desperackim zrywem. Nie ośmielił się chwytać jej za rękę, nie śmiał w ogóle jej dotykać - ale zagrodził drzwi własnym ciałem, w tym ostatecznym podrygu buntu dla wszystkiego, co próbowała teraz zrobić. - Weszłaś tu już z postanowieniem, co robisz następne. Nie dbasz o to, co ja o tym myślę ani nie słuchasz niczego, co do ciebie mówię.
Jego plecy wryły się we framugę drzwi, pięści zacisnęły w napięciu, którego nie potrafił już kontrolować. Wiedział, że nie miał prawa jej zatrzymywać - tak samo jak wiedział, że nie miała obowiązku słuchać niczego, co spłynęło z jego ust. Ale w ten egoistyczny i desperacki sposób całkowicie to ignorował.
- Nie dbasz o to, czym ryzykujesz pchając się do Mimmo's i mieszając się w Ventrescę. Wszystko, co mówię, sprowadzasz do moich prób ograniczenia cię albo kontrolowania - kontynuował, nie ruszając się ani o krok nawet gdyby jej pięść siłą usiłowała odsunąć go z przejścia. Jego klatka piersiowa unosiła się coraz szybciej, w górę i w dół, gdy zdradliwe szpony czegoś obcego zaciskały się na jego sercu, na wzór paniki. - Nic się dla ciebie nie liczy poza tym, na co t y masz ochotę. Nie obchodzi cię to, co ja o tym uważam i nie obchodzi cię to, co stanie się ze m n ą.
Nie potrafił znieść myśli, że Sergio Carbone znałby jej twarz.
Że znalazłaby się tak blisko diabła, który trzymał w dłoniach jego smycz. Diabła, który nie zatrzymałby się przed zamordowaniem policjantki, który skrzętnie wykorzystałby obecność Margo w Mimmo's by na niego wpłynąć. By z jej pomocą założyć na jego szyi pętlę i zaciskać ją wedle własnej woli.
Miała rację mówiąc, że pozwalał wpływać ich relacji na swój osąd. Czuł to, wraz ze strachem trzymającym go w miejscu, z tym paskudnym uczuciem, które cofało go dwa lata wstecz w trakcie bezsennych nocy. Które teraz wyobrażało sobie jej włosy, mokre, opadające luźno na nieruchome, sine ramiona oparte o białą porcelanę przyozdobioną szkarłatem.
- Może ty potrafisz oddzielić nasze życie służbowe od prywatnego w perfekcyjny sposób i traktować mnie jak zwykłego współpracownika - wydusił, nagle dostrzegając, że słowa opuszczają jego gardło z coraz większym trudem. - Ale ja nie potrafię. I nie zamierzam na to patrzeć.
Bezsilność rozchodziła się po jego ciele jak macki - docierając do jego ramion, rozluźniała ściśnięte pięści, pozwalała dłoniom bezwładnie zwisać wzdłuż ciała. Dochodząc do barków sprawiała, że opadały lekko, poddając się pod ciężarem grawitacji. Gdy zasnuła jego spojrzenie niczym cień, wraz z nią pojawiły się pośpiesznie budowana ściana, jakby odgrywając obojętność był w stanie faktycznie w nią uwierzyć i przestać się tym przejmować.
Nie zamierzał na to patrzeć, ponieważ nie chciał tego znosić. Wizja Ventresci mieszającej się z n ó w w jego życie, zostawiającej kolejną bliznę na jego sercu, wyduszała powietrze z jego płuc, a on pragnął nabrać dystansu byle tylko móc go znów zaczerpnąć.
- Rób co chcesz - odrzucił wreszcie, orientując się, że dalej tkwi w miejscu, siłą trzymając ją we wnętrzu mieszkania. Jego głos zadrżał lekko, cała chęć maszerowania wraz z nią do Mimmo's wyparowała z niego w ciągu kilku chwil, wraz z wizją jej splątanych włosów zmoczonych szkarłatem.
Odsunął się, wypuszczając kobietę na zewnątrz, samemu wracając do salonu.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ventresca przestała mieć dla niej znaczenie w chwili, w której padło tamto zdanie. Wszystko co wydarzyło się później zaczęło rozmywać się w tle jak coś odległego, nieważnego, niemal obcego. W głowie Margo wciąż odbijało się tylko jedno zdanie, powtarzane w kółko jak echo, które nie chciało ucichnąć. Nie pamiętała już nawet dokładnie, w którym momencie rozmowa skręciła w tę stronę. Pamiętała tylko ten, w którym coś w niej pękło - żal był znacznie cięższy do udźwignięcia niż gniew.
Kiedy stanął w drzwiach, blokując jej przejście, nie próbowała go odepchnąć. Nie dlatego, że nie mogła, raczej dlatego, że nagle nie miało to już znaczenia. Przez krótką chwilę patrzyła na niego w milczeniu, słuchając kolejnych słów, które wypływały z niego w nerwowym pośpiechu. Dopiero gdy wspomniał, że nie obchodzi jej co stanie się z nim, coś w niej drgnęło. Uniosła lekko brwi, jakby to zdanie naprawdę ją zaskoczyło. - Co niby miałoby ci się stać? - zapytała w końcu cicho. - Gdybym naprawdę nie dbała o twoje zdanie, nawet bym ci o tym nie powiedziała. Po prostu bym to zrobiła - te słowa padły spokojnie, niemal rzeczowo, jakby były czymś oczywistym, czymś co znowu musiała mu tłumaczyć.
Na chwilę umilkła, przesuwając spojrzeniem po jego twarzy, próbując zrozumieć jak w ogóle znaleźli się w tym miejscu. - Naprawdę zaczynam się zastanawiać, czy to zawsze będzie tak wyglądać - mimo że jej głos pozostawał spokojny, dało się usłyszeć w nim lekkie drżenie. - Za każdym razem kiedy się nie zgodzimy będziesz wyciągał prywatne rzeczy tylko po to, żeby mnie zranić? Bo wtedy masz poczucie, że odzyskujesz kontrolę? - to pytanie zawisło między nimi ciężko. Nie było w nim oskarżenia krzyczanego w złości. Było coś znacznie gorszego - wątpliwość.
Właśnie to było najtrudniejsze. Nie to, że się pokłócili; nie to, że powiedział coś ostrego. Ale to, że zrobił dokładnie to czego zawsze się obawiała. Użył jej słabości przeciwko niej. A jeśli potrafił zrobić to raz, to co powstrzymywało go przed zrobieniem tego znowu?
Ta myśl ukłuła ją boleśnie.
Jej spojrzenie zmiękło, kiedy powiedział, że traktuje go jak z w y k ł e g o współpracownika. Coś w niej poruszyło się lekko, nie gniew, nie żal, tylko coś bardziej kruchego. - Nie prowokuj mnie - powiedziała ciszej, a w głosie pojawiła się nuta ostrzeżenia. - Dobrze wiesz, że tak nie jest - przez krótką chwilę patrzyła na niego tak, jakby chciała powiedzieć coś więcej. Jakby w głowie układała słowa, które mogłyby wyjaśnić wszystko, co od dawna wisiało między nimi. Ale nie wypowiedziała ich, a zamiast tego pokręciła lekko głową. - Naprawdę nie chcesz, żebym zaczęła tłumaczyć jak cię traktuję - jej usta drgnęły niemal niezauważalnie. - Bo ani twoja głowa, ani twoje serce nie są na to gotowe - zdanie padło cicho, ale miało w sobie ciężar czegoś znacznie większego niż zwykła odpowiedź w kłótni; między słowami ukryła to co do niego czuła - to co oplatało jej serce tak mocno, by wątpiła, że cokolwiek i kiedykolwiek mogłoby to uczucie zastąpić.
Mimo tego musiał jednak nauczyć się odgradzać pracę i życie po niej grubą ścianą. Inaczej zwariuje - oboje zwariują.
Przez chwilę jeszcze stała w miejscu, czekając na to czy coś w nim drgnie. Ale kiedy odsunął się od drzwi, pozwalając jej przejść, nie zawahała się ani sekundy. Minęła go powoli, bez dotyku i bez spojrzenia. Korytarz wydał się nagle chłodniejszy, cichszy, jakby odcinał ją od napięcia, które zostało w mieszkaniu.
Zatrzymała się jeszcze na moment w progu, odwracając głowę tylko na tyle, by jej głos dotarł do salonu. - Nie martw się, nie wybieram się dzisiaj do Mimmo’s - potem wyszła, zamykając za sobą drzwi z cichym kliknięciem, które w tej ciszy zabrzmiało zaskakująco ostatecznie.

koniec

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”