-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Proszę, April. Pomóż mi, April. Dziękuję, April, jesteś bardzo miła — mruknęła do samej siebie pod nosem, imitując oschły ton Inari, gdy ta zeszła po schodach. Przytrzymała drzwi, faktycznie chcąc się na coś przydać. Miała za miękkie serce, żeby w tej sytuacji po prostu zwiać. Kusiło ją, żeby puścić drzwi w cholerę i wreszcie stąd wyjść, ale szybko odpuściła.
Ułożyła książki na podłodze, robiąc z nich prowizoryczną blokadę do drzwi. Jakoś się to trzymało. Oparła się plecami o drzwi, cierpliwie czekając, aż jej rozmówczyni wróci, najlepiej z Andersonem. Sięgnęła po telefon, chcąc nieco pobuszować w życiu Nilsinger z perspektywy internetu. Było jej obojętne, czy trafi na jej prywatne social media, czy raczej te zawodowe. Spodziewała się nawet artykułów w prasie, z których jasno będzie wynikało, że kobieta jest bezwzględną morderczynią. Tego ostatniego niestety nie znalazła. Przesunęła wzrokiem po leadach tekstów opisujących jeden z jej ostatnich projektów. To nie było aż tak ciekawe. Finch nie znała się na architekturze. Wiedziała, że nie da rady odpowiednio docenić jej osiągnieć bez rozmowy na ich temat z samą Nilsinger. Co innego, gdyby to ona opowiedziała jej o swoich ostatnich sukcesach. Wysłuchałaby jej uważnie, pojęłaby dużo więcej i pewnie byłaby pod wielkim wrażeniem. Ale na taką miłą rozmowę się nie zapowiadało.
Usłyszała wołanie z dołu. Już nabierała powietrza, żeby się wreszcie odszczekać, że wcale nie ma tak na imię, ale kolejne informacje nieco ostudziły jej bojowe nastawienie. To było dużo ważniejsze.
— Dzwonię — odkrzyknęła, chcąc dać znać, że przyjęła komunikat. Wybrała numer alarmowy, a jej umysł automatycznie przełączył się na tryb pracy, w którym przecież potrafiła ogarniać dwieście tematów naraz. Zrelacjonowała szybko dyspozytorowi, co zaszło i gdzie właściwie się znajdują. Rozłączyła się i pochyliła się nad schodami, czując, jak serce wali jej w piersi. Nie lubiła piwnic. Nie czuła się w nich komfortowo, przytłaczały ją. Ale to nie był moment na rozczulanie się nad swoimi lękami.
— Kurwa mać — mruknęła pod nosem i zbiegła wreszcie po schodach w dół. Im szybciej to załatwią, tym szybciej będzie mogła się stąd wydostać.
— Zaraz będą. Co się, kurwa, patrzysz. Ułóż go bokiem — warknęła, wyraźnie zirytowana całą sytuacją i własnymi problemami. Nerwy nie były dobrym doradcą, ale wyżywanie się na Inari było teraz najwygodniejszą i najprostszą metodą poradzenia sobie z lękiem. Kucnęła przy mężczyźnie i od razu rozluźniła mu krawat. Teraz wystarczyło ułożyć go w pozycji bocznej i liczyć, że karetka zjawi się szybko. Przesunęła facetem, rzucając Inari zniecierpliwione spojrzenie. We dwie poszłoby im zdecydowanie szybciej.
Inari Nilsinger
-
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Jej wzrok utkwił w twarzy Andersona — w przekrzywionych ustach, w tej nienaturalnej sztywności jednej strony ciała. Ten sam wzór. Ten sam bezwład. Ten sam moment, kiedy coś w człowieku nagle się łamie, choć ciało wciąż jeszcze leży na swoim miejscu.
Powietrze w piwnicy nagle zrobiło się cięższe. Nie archiwa. Nie kurz. Nie beton. Salon w domu Nilsingerów. Ojciec na podłodze. Szklanka z wodą rozbita na polerowanym parkiecie. Inari zacisnęła szczękę tak mocno, że aż zabolały ją zęby.
— Co się, kurwa, patrzysz. Ułóż go bokiem. — Słowa April przecięły wspomnienie jak nóż.
Inari zamrugała raz, powoli, jakby dopiero teraz wracała do rzeczywistości. Ręka, którą do tej pory trzymała przy sobie, drgnęła nieznacznie. Na sekundę wyglądała tak, jakby chciała się cofnąć o krok. Ale się nie cofnęła.
— Wiem — wyszeptała.
To nie było skierowane do April. Raczej do samej siebie.
Kucnęła przy Andersonie sztywno, jak ktoś, kto wykonuje czynność z instrukcji obsługi, nie z odruchu. Przez moment jej dłonie zawisły nad jego ramieniem, jakby mózg próbował przypomnieć sobie właściwą kolejność ruchów. Wszystko wróciło w ułamku sekundy.
— Przytrzymaj mu głowę — rzuciła krótko. Chwyciła Andersona za ramię i biodro. Zdecydowany ruch, ale widać było w nim odrobinę zbyt dużo siły, zbyt dużo napięcia — jakby chciała jak najszybciej mieć to za sobą. Wspólnie obróciły go na bok. Inari wyciągnęła jego rękę spod ciała i poprawiła ułożenie głowy, żeby drogi oddechowe pozostały drożne. Wszystko dokładnie tak, jak powinna. Technicznie. Poprawnie. Wszystko, czego uczyli na zajęciach z pierwszej pomocy w korporacji. Ale kiedy jej dłoń na moment dotknęła jego szyi, znów zobaczyła w głowie ojca.
Ten sam bezwład. Ten sam ciężar ciała.
Jej palce na moment zesztywniały. Wzięła płytki oddech przez nos i cofnęła rękę, zanim ktoś zdążył zauważyć. Potem usiadła na piętach obok Andersona, jakby kontrolowała sytuację. Jakby wszystko było pod kontrolą. Tylko jej spojrzenie było trochę zbyt nieruchome.
— Na pewno jadą? — spytała. — Na pewno podałaś właściwy adres? — Nie spojrzała na April. Skupienie się na Andersonie było jedyną rzeczą, która pozwalała jej nie wrócić myślami do salonu sprzed lat.
April Finch
-
Spójrz, na szyi coś tu masz
Ups, to chyba znowu ja
W pracy będą się z nas śmiać
W pracy teraz, jeszcze raz
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ratowanie czyjegoś życia nie było w jej planach na ten tydzień. Właściwie nie miała w kalendarzu zbyt wielu momentów na stres. Nie była pewna, czy cieszyła się, czy żałowała, że została na górze z postanowieniem, że poczeka, aż Inari tam wróci. Gdyby od razu poszła w swoją stronę, gdy kobieta zeszła po schodach, pewnie siedziałaby już w Uberze i jechałaby w stronę domu. Ale czy Nilsinger poradziłaby sobie z tą sytuacją sama? Sprawiała wrażenie dziwacznie niepewnej. A przynajmniej tak w swojej własnej, wyjątkowej skali. Może i April była zdenerwowana, ale nadal nie potrafiła życzyć jej tego, by borykała się z tą sytuacją sama. Nikt nie powinien. A już na pewno nie facet z podłogi.
Obserwowała go uważnie, kontrolując, czy oddycha. Teoretycznie wiedziała, co robić, jeśli przestanie, ale prosiła wszystkich bogów, jacy przychodzili jej do głowy, żeby do tego nie doszło. Nie chciałaby zawieść obcego człowieka w tak skrajnej sytuacji.
— Co to jest, kurwa, za kretyńskie pytanie? Oczywiście, że podałam — warknęła, podnosząc na nią wzrok. Ostatnie, czego teraz potrzebowała to dyskredytowanie. Miała nadzieję, że chociaż na kilka pokopanych momentów Inari się uspokoi i zacznie zachowywać jak ktoś dostosowany do życia w społeczeństwie, ale chyba nieco się przeliczyła. Sugestie od architektki na temat jej głupoty wcale jej nie zbijały teraz z tropu, podsycały tylko zirytowanie.
— Idź lepiej na górę, co? Poczekaj na nich przy wejściu i ich tu przyprowadź. Przydaj się jakoś — dodała, skinieniem wskazując w stronę schodów. Zmarszczyła brwi, wsłuchując się w ciszę przerywaną wyłącznie przez chrapliwy oddech Andersona. Nie była pewna, czy słyszy przytłumiony sygnał zbliżającej się karetki, czy to było tylko jej pobożne życzenie. Nie była w stanie określić nawet, czy siedziały tu od trzydziestu sekund czy piętnastu minut. Nilsinger o takie szczegóły wolała nie dopytywać.
Inari Nilsinger
-
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
— Słyszałam — powiedziała w końcu cicho. Nie było w tym zaczepki. Raczej stwierdzenie faktu. Przeniosła wzrok na April, krótko, kontrolnie, jakby sprawdzała, czy faktycznie ogarnia sytuację. Potem znów na Andersona. — Oddycha. — Mówiła bardziej do siebie niż do niej. Polecenie o wyjściu na górę zawisło między nimi, jak gilotyna. Inari nie ruszyła się od razu. Jej dłoń drgnęła lekko przy kolanie, jakby przez moment wahała się, czy zostawić to miejsce. Czy zostawić ten widok.
Salon. Podłoga. Już za późno.
Zacisnęła szczękę. Potaknęła urywanie. Podniosła się powoli, trochę zbyt sztywno, niby ciało nienadążające za decyzję umysłu. Otrzepała dłonie o spodnie, chociaż nie były brudne. Zanim ruszyła w stronę schodów, zatrzymała się jeszcze na ułamek sekundy.
— Jeśli przestanie oddychać… — zaczęła, ale urwała. April wiedziała. Skinęła tylko głową, jakby kończyła zdanie w myślach. Nie na warcie młodej. — Będą tu szybciej, jeśli ktoś ich poprowadzi. — Brzmiało rzeczowo. Praktycznie. Nilsinger odwróciła się i ruszyła w stronę schodów bez oglądania się za siebie, ale tempo miała odrobinę zbyt szybkie jak na jej zwykłą, kontrolowaną manierę chodzenia. Wyjście na górę to nie tylko „przydanie się”. Wspięła się po schodach szybciej, niż powinna, prawie ześlizgując prawą stopę na wygładzonym stopniu. Kroki odbijały się głucho od betonu, każdy następny trochę głośniejszy, trochę bardziej urywany. Kiedy wypchnęła drzwi na górze, powietrze uderzyło w nią chłodniejsze, czystsze — i na moment aż zakręciło jej się w głowie.
Zatrzymała się tuż przy wejściu. Ręce opuściła wzdłuż ciała, ale palce miała napięte, jakby wciąż coś trzymała. Jakby trzymała jego. Oddychała płytko. Za wolno. Za szybko. Nie tak! Spojrzenie uciekło jej gdzieś w bok, na ścianę, na podłogę, na wszystko, co nie było twarzą człowieka z przekrzywionymi ustami. Nie tutaj. Tutaj nie było parkietu. Nie było też szkła.
I nie było jego.
Zacisnęła szczękę.
— Skup się — mruknęła pod nosem, prawie bezgłośnie. Przesunęła dłonią po włosach, potem po karku i jakby chciała fizycznie strząsnąć z siebie obraz, który uparcie wracał. May
Wyprostowała się dokładnie w momencie, kiedy w oddali rozległ się sygnał. Najpierw cichy. Potem narastający, odbijający się od budynków donośnym echem świdrującym uszy. Karetka zatrzymała się gwałtownie przed wejściem. Niebieskie światła rozbłysły w oszklonym wejściu Gallery 1313. Goście oraz pracownicy podnieśli raban, nikt nie wiedział, co się dzieje.
Inari objęła szyję dłonią. Nie dopowiadała sobie tego, prawda? Pomoc naprawdę przybyła na czas? Mogła realnie coś zmienić.
Drzwi otworzyły się z metalicznym trzaskiem.
Dwóch ratowników wyskoczyło niemal jednocześnie — jeden już w rękawiczkach, drugi zarzucający na ramię torbę medyczną. Trzeci sięgał po nosze, wysuwając je płynnym, wyćwiczonym ruchem.
— Gdzie jest pacjent? — spytał pierwszy przypadkową osobę.
Teraz albo nigdy.
—Archiwum! — krzyknęła Inari, podbiegając w ich stronę. — Jest w archiwum! Drzwi otwarte, tam. — Wskazała ruchem ręki długi korytarz lśniący od złotych palm art deco. — To dyrektor galerii, ma objawy udaru. Nie rusza połową ciała, nie mówi. Rzęzi… Oddycha, ułożyłyśmy go na boku, ale...
Inari zabrakło powietrza. Pochyliła się i uderzyła piąstką w pierś, próbując złapać oddech. Poczerwieniała na policzkach.
Jeden z nich skinął głową, drugi już ruszał w jej stronę z noszami. Wszyscy ruszyli w stronę piwnic.
— Jest tam sam?
— May go pilnuje.
— Byłyście panie z nim, gdy to się wydarzyło?
— Nie, widziałam go parę minut temu, kiedy schodził do archiwum po papiery dla mnie. Zachowywał się normalnie…
Drzwi piwnicy trzasnęły. Ratownik z plecakiem otworzył je na oścież.
Nie zatrzymywali się. Wchodzili już do środka, rozkładając sprzęt w ruchu — torba otwarta, mankiet do ciśnienia wyciągnięty jeszcze zanim zeszli ze światła dziennego. Inari ruszyła za nimi.
— Drugi stopień jest nierówny! — rzuciła za nimi. Ich obecność wypełniła przestrzeń pełną chaosu i dodawała otuchy. Zwolniła dopiero przy ostatnich stopniach w głębi archiwum. Tym razem nie weszła pierwsza w sam środek zbiegowiska. Zatrzymała się parę kroków z boku, zostawiając ratownikom przestrzeń do działania i poklepała April, aby cofnęła się wraz z nią.
Stanęły przy okratowanym przejściu do skrzydła z wysokimi regałami pełnymi teczek. Jak ktoś, kto wie dokładnie, gdzie kończy się jego rola.
— May…? — wymamrotała słabo. — On… przeżyje. — Twarz Inari przeciął cień obawy. — Prawda?
April Finch