
Jest błaznem do zadań specjalnych, a dokładniej rzecz ujmując nie ma sobie równych w rozmowach z przedszkolakami. Potrafi przekonać kilkulatka, że zjedzenie brokułów to tak naprawdę 𝑧𝑏𝑖𝑒𝑟𝑎𝑛𝑖𝑒 𝑝𝑢𝑛𝑘𝑡𝑜𝑤 𝑚𝑎𝑛𝑦 𝑑𝑜 𝑤𝑎𝑙𝑘𝑖 𝑧𝑒 𝑠𝑚𝑜𝑘𝑖𝑒𝑚 - dzięki temu stał się najbardziej pożądaną opiekunką w mieście... Szkoda tylko, że sam wymaga opieki, ale nie mówcie tego dorosłym!
Najlepszy przewodnik w Toronto, choć niekoniecznie wiarygodny. Owszem turyści wystawiają mu 5 gwiazdek na TripAdvisorze, nie przejmując się tym, że po wycieczce z nim wiedzą o historii Kanady i miasta mniej, niż przed nią. Potrafi z kamienną twarzą opowiedzieć o tym, jak to pierwszy burmistrz miasta przegrał połowę budżetu w pokera z łosiem zupełnie nie przejmując się tym, że improwizuje podczas przedstawiania historycznych faktów.
No spójrzcie na niego - widzicie ten uśmiech? 𝑁𝑎 𝑠ł𝑜𝑑𝑧𝑖𝑎𝑘𝑎 - to metoda dzięki której potrafi wynegocjować darmową dolewkę kawy w kawiarni, darowanie mandatu, a nawet numer do osoby, która jeszcze kilka chwil wcześniej posyłała go do diabła.
Ma głowę pełną 🅓🅩🅘🅔🅒🅘🅝🅝🅨🅒🅗 pomysłów, dzięki temu potrafi sprawić, że każda, nawet najbardziej drętwa, paskudna lub sztywna sytuacja, zamienia się w przygodę, o której być może będziesz opowiadał z uśmiechem na twarzy. Tylko lepiej nie zabierać go na pogrzeby - just saying.
Archie nie umie w zobowiązania - dostaje nagłego zaniku pamięci lub przypomina sobie o bardzo ważnym spotkaniu, gdy tylko rozmowa zbacza w stronę „gdzie to zmierza?”, „może zostaniesz na śniadanie?” albo „kiedy oddasz mi te 20 dolców?”
Gdyby spóźnienie miało swoje poziomy to on śmigałby na legendarnym, bo dla niego czas to pojęcie względne i gdy umówisz się z nim na 20:00 to spodziewaj się go o 21:00 lub… w następny czwartek. Zawsze znajdzie sobie jakąś wymówkę, dziwnym trafem bardzo często przypada mu zaszczyt przeprowadzania szopa albo innego zwierzaka przez jezdnię.
Jest świetny w zaczynaniu, szkoda tylko, że większość jego zajawek i pasji trwa nie więcej niż 48 godzin.
𝐶𝑖𝑠𝑧𝑎 go trochę przeraża. 𝐶𝑖𝑠𝑧𝑎 w aucie, 𝐶𝑖𝑠𝑧𝑎 po pytaniu o przyszłość, 𝐶𝑖𝑠𝑧𝑎 po kłótni – robi wszystko, by tę cieszę wypełnić. Najczęściej wygłupia się i żartuje.
Choć zgrywa beztroskiego typa, ma słabość do sentymentalnych drobiazgów. Potrafi trzymać w portfelu bilet do kina z randki sprzed trzech lat albo kapsel od piwa, które pił z kumplem, który wyjechał z Toronto. Jeśli odkryjesz jego „pudełko wspomnień”, możesz przez przypadek odkryć innego Archiego.
Jego największą, ukrytą słabością jest lęk przed tym, że pewnego dnia obudzi się, powie żart i nikt się nie zaśmieje… a tak poważnie to boi się samotności.

To Archie był tym dzieckiem na placu zabaw, które miało najbardziej zdarte kolana i najgłośniej się śmiało. Kiedy pozostałe dzieci preferowały zabawę w piaskownicy on sprawdzał, czy da radę zjechać ze zjeżdżalni na stojąco w samych skarpetach. Może nie miał predyspozycji na lidera, ale niewątpliwie był magnesem na rówieśników. W szkole zawsze miał wokół siebie wianiuszek dzieciaków, był bowiem gwarancją tego, że z nim przerwa nigdy nie będzie nudna. Dodatkowo posiadał wyjątkową zdolność do wykręcania się z kłopotów, jak chociażby wtedy, gdy nauczycielka przyłapała go na wrzucaniu mentosów do coli w trakcie lekcji - wystarczył czaruący uśmiech, skomplementowanie nowej broszki i zamiast uwagi skończyło się na upomnieniu. Wtedy też zyskał tytuł klasowego negocjatora, który zawsze wskórał coś u nauczycieli, jeśli zaszła taka potrzeba. Jako nastolatek wielokrotnie słyszał, że jest jak chorągiewka na wietrze, ale on wychodził z założenia, że jest wolnym duchem, otwartym człowiekiem i nie daje się zaszufladkować. Potrafił jednego dnia zjeść lunch ze sportowymi asami, by po szkole nawalać w gry z największymi szkolnymi geekami. Nie przywiązywał uwagi do statusów i stał się tym kolesiem, który miał
Chociaż dorósł to za wiele powiedziane! Nie posiada jednej stałej pracy. Kilka dni w tygodniu melduje się w studiu Ubisoft, a jego praca polega na robieniu tego, co wychodzi mu najlepiej - spędzania godzin na graniu jednocześnie testując, czy jego postać nie wybuchnie przypadkiem po zjedzeniu dziesięciu wirtualnych jabłek, o! Co lepiej, może to robić w dresie i do tego dają darmową kawę. Cudnie! W niektóre dni dorabia oprowadzając turystów po mieście, zdarza się mu, że połowę faktów historycznych zastępuje barwnymi zmyśleniami, ale jego zawadiacki uśmiech wynagradza to wszystko, szczególnie gdy oprowadza grupę turystek. Weekendy z kolei staje za barem w klubie kumpla dorabiając jako terapeuta i barman w jednym. Trzy niepewne angaże, zero planów na przyszłość.
So what we smoke weed?
We’re just having fun.
We don’t care who sees!

