ODPOWIEDZ
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mara czasami się zastanawiała czy się nie wyprowadzić gdzieś, gdzie jest ciepło, słonecznie i można na spokojnie wygrzać tyłek, a nie musieć zawinąć się dwadzieścia trzy tysiące razy szalikiem zanim się wyjdzie z domu, aby nie zamarznąć. Zazdrościła Willowi, który teraz pewnie wylegiwał się na plaży popijając drinki z palemką i wyrywając każdego dnia inną laskę. Że też skubany nie dał znać, że ucieka z Toronto. Wzięłaby urlop i poleciałaby z nim popatrzeć na ładne, umięśnione ciała bez koszulki. Zamiast tego musiała zostać w tym zimnym, deszczowo - śniegowym mieście, w którym wiało i było paskudnie. Tak, miała dzisiaj zły humor. Tak, marzyła o ciepłym, przyjemnym miejscu, gdzie będzie mogła ogrzać swoje zmarznięte dłonie.
Wracała akurat ze spotkania w jednej z prywatnych placówek, gdzie wzięła dodatkowe godziny. Co innego mogłaby robić jako samotna kobieta w ciągu tygodnia wieczorami poza pracą? Chyba tylko pić, ale tak do lustra, to jednak trochę żałosne. Tak samo jak żałośnie zapowiadał się powrót do domu, gdy wychodząc z budynku przed jej twarzą była zakorkowana cała ulica. Próbowała znaleźć w aplikacji jakąś taksówkę, ale bez szans przez wypadek na drodze. Nie pozostało jej nic innego jak przejść przez park na drugi koniec, licząc że stamtąd będzie łatwiej coś złapać.
Idąc alejką trzymała mocno w ręku parasol, aby schronić się przed opadami oraz wiatrem. Droga jej się niestety dłużyła i już przeklinała w duchu ten dzień. Nagle jej uszu dobiegły dziwne odgłosy… stada ptaków? Rozejrzała się wokół dostrzegając po chwili, całkiem niedaleko, chmarę gołębi wokół jakiejś postaci próbującej się przed nimi obronić. Rudowłosa niewiele myśląc podbiegła i używając swój ulubiony zielony parasol, zaczęła je nim odganiać.
- Wypierdalać!- krzyknęła jakby chciała wyrzucić z siebie złość o pogodę i korki na te biedne istoty, które w rzeczywistości takie niewinne nie były, skoro całą grupą atakowały jednego osobnika! Oby tylko Mara nie przywaliła jej swoim parasolem. Oczywiście nie celowo!


syd ashford
26 y/o
For good luck!
171 cm
logistics data analyst Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
I wonder what will happen
to my heart, starving for love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Toronto. Przeogromna metropolia. Miejsce, w którym Syd w dalszym ciągu próbowała się odnaleźć. Po jednej ze zmian postanowiła po prostu wyjść na spacer. Jej szef był przerażający. Niesamowicie przystojny, jednak nadal przerażający. I właśnie to przerażało ją chyba najbardziej… że w ogóle tak o nim myślała. O jego aparycji. Nie powinno jej to przecież obchodzić, prawda? Powinna skupiać się wyłącznie na pracy, raportach i na tym, jak dobrze wyjdzie jej projekt, który jej powierzył. Przez ostatnie dni pracowała do późnych godzin, więc dzisiaj chciała skończyć o w miarę normalnej porze. Wychodząc z biura, założyła kurtkę, owinęła się szalem, naciągnęła czapkę i wzięła głęboki wdech, zanim wyszła na zewnątrz z plecakiem zarzuconym na ramiona. Zimno uderzyło ją w policzki, wywołując to dziwnie nieprzyjemne kłucie. Zmrużyła oczy i ruszyła przed siebie, gdziekolwiek poniosą ją nogi, przy okazji jedząc kanapkę, którą wyciągnęła kilka chwil wcześniej w windzie.

Wtedy zaczęło padać… najpierw lekko, a później coraz mocniej. Zauważyła wejście do parku, w którym jeszcze nigdy nie była, więc wbiegła do środka. Po chwili dostrzegła ogromne drzewo, pod którym mogłaby się schować, jednak kiedy szła w jego stronę, usłyszała to znajome, przerażające gruchanie. Zaraz potem trzepot skrzydeł. A chwilę później jeszcze więcej tego dźwięku. Spięła się w miejscu. Nie wiedziała, czy krzyczeć, czy może się nie ruszać, ale ptaki zbliżały się do niej coraz bardziej. Dopiero wtedy zorientowała się, że wciąż trzyma w ręku kawałek kanapki. O NIE... CHCĄ MOJĄ KANAPKĘ!!! pomyślała przerażona po czym rzuciła ją odruchowo, a one wzbiły się do góry tylko po to, by po chwili znowu polecieć w jej kierunku. Wydobyła z siebie piskliwy okrzyk, a chwilę później usłyszała soczyste przekleństwo i jakiś zgiełk. Nie widziała, co się działo, bo miała zamknięte oczy, ale gdy po chwili zorientowała się, że sytuacja została opanowana - poza kilkoma miejscami na chodniku, które zostały porządnie obsrane - było już dobrze. Stabilnie.
Spojrzała na rudowłosą dziewczynę, a potem na jej zielony parasol. Syd szybko się wyprostowała, odgarnęła włosy z twarzy i posłała jej nieco zawstydzony uśmiech. - Um, dzięki za pomoc. Wcale nie musiałaś! - zerknęła na nią speszona. - Jak widać… nie lubimy się z... gołębiami.

redhead
ODPOWIEDZ

Wróć do „Corktown Common”