Cisza sączyła się powoli, jak zdławiona w krtani myśl lub woda, przeciekająca przez pęknięcia w betonie na chodniku; wąską strugą, leniwie i z naturalną sobie pasywnością, spływała po kamieniach ich spotkania upiornie wolno, by zaraz potem wsiąknąć w grunt wprost pod ich butami, rozmiękczając nieco i tak już niestabilne podłoże.
Nie istniał jeszcze żaden punkt zaczepienia, ani żadna wspólna płaszczyzna, na której mogliby oprzeć tę relację, rodzącą się dopiero między nimi. Co za tym idzie, nie było pod nimi silnego fundamentu powiązania, a w zasadzie nawet: żadnego. Los skąpił im hojności, nie obdarowując ich ani nawet najmniejszym pretekstem, dla którego mieliby dalej ze sobą rozmawiać. Tego (pretekstu do rozpoczęcia interakcji) musiał szukać sam w odmętach własnej uprzejmości, by proponując mu wejście do holu, uczynić z tej chwili coś więcej, niż przecięcie się dwóch skrajnie różnych aur.
Wbrew pozorom nie robił tego
za darmo.
W zamian Miles zyskiwał cudzą o b e c n o ś ć – dostrzegał ją jako szczególną, łatwo zapamiętywalną formę. Po pierwsze, jako melancholię, która poruszała do myślenia tym intensywniejszego, im intensywniej patrzył na niego; po drugie jako niejednoznaczność, jaka przenikała przez ubrania aż do serca jego duszy.
E m o c j ę, która nie znikała bezpowrotnie, jak wiele innych wcześniej. Tych przygnębiających, które obejmowały jego ciało ledwie na chwilę i ledwie jak podszept, czy przesuwający się po nim szybko cień (za emocje tego typu – silne, trwalsze, bez zbędnej ulotności – dałby się pokroić).
A więc mężczyzna ten, choć nieznany, miał dla niego wyjątkowe
znaczenie.
Nadawał inny ton jego myślom i łatał samotność dzisiejszego wieczoru, jakby nagle ktoś przestawił jego wewnętrzny kompas na drogę usłaną silniejszymi doznaniami, nie pozwalając mu przy tym wrócić do obojętności.
I właśnie ta nieoczywistość, zamiast go zniechęcić, czy przestraszyć, wciągała go głębiej w uważną, niemal mimowolną obserwację cudzego ciała. Trudno było mu przy tym ocenić, czy apatia, osadzona w krawędziach ust i twarzy nieznajomego, kierowana była do niego, czy może raczej świadczyła jedynie o życiowym zmęczeniu. Trwał więc cierpliwie pod drzwiami, z plecami, które chłonęły chłód i gładkość powierzchni, obserwując, jak z sekundy na sekundę twarz chłopaka tężeje z zimna lub z narastających w głowie myśli lub ocen.
Kiedy po tak długim milczeniu wreszcie nadeszła ta chwila – głos chłopaka poniósł się po trakcie dystansu między ich ciałami – omal nie prychnął w rozbawieniu.
Powtórzenie jego własnych słów przez nieznajomego było prawie jak kpina, biorąc pod uwagę, że dał mu
tyle (tj. dużo) czasu na przemyślenie kwestii. Jednak nie wytknął mu tego. W zrywce uśmiechu zamknął ewentualną chęć skomentowania go w jakikolwiek sposób. Opuścił nawet podbródek do ziemi, by zamaskować gest, w pobłażliwym wzniesieniu kącików ust czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Przewidywał już odmowę, unosząc na niego wzrok i gotowy odepchnąć się od drzwi, gdy...
Herbata brzmi dobrze zabrzęczało w jego uszach zapamiętanym echem słów, a następnie zostało przypieczętowane paroma krokami w kierunku holu.
Odetchnął z ulgą, dotąd nie zdając sobie sprawy z tego, że w ogóle wstrzymywał wcześniej powietrze w płucach. Podbródek podniósł się ku górze, gdy mijający go obrys cudzej sylwetki zdominował cieniem jego własną, znacznie niższą, czemu towarzyszyło podświadome wyprostowanie pleców przez Milesa. W kolejnych sekundach odepchnął się od skrzydła drzwi, zamykając je za nimi.
—
Tylko w uzasadnionych przypadkach... — odpowiedź nadeszła stosunkowo szybko, płynnie wypełniając lukę po zadanym pytaniu. Miles w tym czasie zdążył kiwnąć głową witająco na krótkie „Panie Howard”, wypowiedziane przez recepcjonistę w holu. I był to jedyny moment, w którym dzielił skupienie na dwie osoby, w dalszej perspektywie zarówno myśli jak i wzrok koncentrując na chłopaku. Pracownika budynku zostawił tymczasem za plecami i wyrównał krok z nieznajomym, dochodząc do niego parę kafli później.
—
W tym kierunku — ramiona Milesa otworzyły się na moment w subtelnym geście, jedno zajęło powietrze za cudzymi plecami, jakby chciał go objąć, choć robił to bez wyraźnego dotknięcia, w szacunku i w naturalnym sobie spokoju odnajdując sposób na połączenie kurtuazji ze stanowczym prowadzeniem do celu. Druga dłoń, także wzniesiona, wskazała jednocześnie luźno i krótko w stronę wind.
Musnął go po plecach tylko raz, gdy jego własny krok okazał się wyprzedzać ten cudzy. Dalsze metry pokonał jednak wolniej, konsekwentnie parędziesiąt centymetrów za nim, póki nie znaleźli się w kwadracie windy.
Ciężkie, metalowe drzwi kabiny zasunęły się przed nimi niemal bezgłośnie, z ledwie przytłumionym, prawie niedosłyszalnym szelestem, odcinając ich od reszty świata grubą ścianą. Charakterystyczne kliknięcie piętra i pierwsze drgnięcie po tym, jak Miles kliknął odpowiedni guzik na panelu, zwiastowało dalszą drogę do apartamentu.
Dopiero wtedy, stojąc sam na sam z mężczyzną, znów się odezwał:
—
Jesteś pierwszym takim... — głos osiadł miękko w przestrzeni —
...przypadkiem — dodał wyjaśniająco, jako że powracał myślami do wcześniejszej kwestii.
Jedna z dłoni oparła ciężar na przewieszonej przez ramię, eleganckiej torbie, w której zwykł trzymać dokumentację i lunchboxa. Druga wsunęła się w kieszeń spodni, choć gest daleki był od aroganckiego. Zakończony wyciągnięciem niewielkich rozmiarów papierośnicy, stał się nowym zarzewiem pomocy.
—
Nie boisz się, że okażę się psychopatycznym sadystą? — słowa wypowiedział spokojnie, bez wyraźnej, dominującej emocji. Wysunął przy tym jednego z papierosów z pudełka, zawieszając dłoń w kierunku nieznajomego, gdyby ten zechciał jednak teraz lub później zrezygnować z walki z namokniętym tytoniem.
Wzrok zszedł poniżej twarzy chłopaka, przyglądając się ubraniu i ewentualnym gestom.
nadir al khansa