ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001
Obrazek
Archie był niepoprawnym optymistą, to prawda wszystkim dobrze znana. Jednak okazało się, że nawet w tym jego idealnym świecie zdarzają się sytuacje, które wywalają go z butów. Niewątpliwie jednym z takich momentów była wiadomość o tym, co spotkało Abby. Kiedy telewizory wręcz płonęły od najświeższych wiadomości, a czerwone paski przejmowały wszystkie programy, Archie leżał rozwalony na kanapie z telefonem w ręku i chillowal beztrosko. Wysłał przyjaciółce nawet zdjęcie telewizora z dopiskiem, że czeka ją ciężka zmiana jeśli pracuje, więc po wszystkim mogą wyjść na browara dla wyluzowania. Dopiero gdy dotarła do niego informacja zwrotna, że ona sama brała w tym udział, zderzył się z ponurą rzeczywistością i na moment zapomniał jak się oddycha. Nagle jego optymizm się gdzieś ulotnił, ale czy można się mu dziwić? Dla kogoś, kto zawsze wierzy, że wszystko będzie dobrze, nagłe zderzenie z brutalną, śmiertelną rzeczywistością może być paraliżujące, prawda? I takie było! Szybko też dopadło go poczucie winy, bo kiedy on wylegiwał się i cieszył się z głupot, ona prawdopodobnie walczyła o życie. Tak naprawdę trwał w tym paraliżu dopóki nie dowiedział się, że Abby żyje, a wtedy nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Miller przekuł cały skumulowany w nim strach w nadpobudliwą opiekuńczość przynosząc jej tonę jedzenia i upewniając się, że żaden sufit nie wali się jej na głowę. Skuteczność tych działań niestety wydawała się trochę kiepska, więc musiał wytoczyć ciężkie działa.
I właśnie z tego powodu stał w salonie przyjaciółki z dumnie wypiętą piersią do przodu. — Dobra, mała — dzieliło ich dziewięć centymetrów, więc było to już bardzo blisko dziesięciu, a wiemy, że dziesięć centymetrów to tak naprawdę bardzo dużo, co nie? Więc mógł do niej mówić mała. — Koniec tego zalegania na kanapie w czterech ścianach — oznajmił rzucając w jej stronę foliową torbę. — Otwieraj — ponaglił uśmiechając się od ucha do ucha. W środku znajdowało się coś, co na pierwszy rzut oka bardziej przypominało brązową szmatę, ale po rozwinięciu jej mogła zobaczyć nadruk smutnego, płaczącego ziemniaka z napisem Before Archie. On z kolei z dumą prezentował swoją wersję ziemniaczka — w różowych okularach i z brokatem! Nad nim widniał napis After ArchieŁapiesz? — zapytał obracając się wokół własnej osi, by zaprezentować jej też tył swojej koszulki, choć ona miała nadrukowane to samo. — Oficjalnie staliśmy się drużyną kręglarską. Zapisałem nas jako Ziemniaczane Pulpy z Whitby, a te koszulki dają nam pięćdziesiąt procent zniżki na nachosy, napoje i darmowe buty — buty wątpliwej jakości, ale to wciąż prawie jak wygrana na loterii i żal nie skorzystać!
Podszedł do niej bliżej i kucnął, a jego głos podobno spoważniał o pół tonu, co jednak w jego wykonaniu nie było zbyt dobrze wyczuwalne i tylko znawca (czyt. Abby) by się na tym poznał. — Wiem, że sufit ci się zawalił na głowę… dosłownie. i to straszne gówno, nie ma co, ale dzisiaj obiecuję ci, że jedyne co będzie spadać to kręgle — wyciągnął mały paluch przed nos przyjaciółki w oczekiwaniu na przypieczętowanie tej obietnicy. — No dalej, wkładaj ziemniaka — zachęcił, a na twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech, gdy już się podniósł i zrobił krok w tył. — Zapomniałem dodać, że to Stowarzyszenie Kręglarskie dla Par, więc dzisiaj jesteś moją dziewczyną iiii szykuj się na ostrą rywalizację z innymi bo… — zakręcił kilkukrotnie dłońmi wznosząc lekko ręce w górę jakby liczył na werble —... Ziemniaczane Pulpy z Whitby NIE PRZEGRYWAJĄ!!!


Abby Wallace 🥔+🥔=🏆
Winnie the Pooh
nudy, stania w miejscu, kierowania moją postacią
27 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


015.
There was before you
and there was with you



Ciężko jej było wrócić.
Normalność w życiu Abby w ostatnim czasie stała się pojęciem mocno względnym. Z domu wychodziła jedynie do pracy, odwołała wszystkie spotkania ze znajomymi pod pretekstem grypy, którą złapała na oddziale pediatrii, a do tego przestała używać metra. Czy można było jej się dziwić? Ciężkiej głowy może nie, ale tego, że odmówiła pomocy psychologa w placówce trochę już tak. Typowy hipokryta — innym pomaga, sobie samemu praktycznie nigdy. Bo przecież każdemu z takimi przeżyciami pierwsze co by doradzała, to pomoc specjalisty. A jednak ona wybrała katowanie się we własnych czterech ścianach, pod ciepłym kocem z ogromnym napisem cuddle buddy, paczką chipsów w ręce i udawanym uśmiechem, który przyklejała na twarz wraz z wszystko jest git, gdy ktokolwiek pytał.
A jednak — kiedy stanął przed nią sam Archie Miller, z dłońmi zarzuconymi na biodra i niebieskim spojrzeniem, intensywnie w nią wpatrzonym, ciężko było jej udawać cokolwiek. Znał ją jak nikt inny. Wiedział, kiedy ukrywała emocje. Wiedział to najlepiej, bo podobną jej wersje widział w wieku dwunastu lat, kiedy pożegnała młodszego brata. Ludzie spod metra może i nie byli rodziną, ale też je przecież mieli. Każde z nich miało do kogo wrócić z tamtej podróży, a jednak wraz z głośnymi krzykami, które wciąż odbijały się w jej uszach, ich serca przestały bić pod stertą gruzu. Jej również by przestało, gdyby nie strażak, który odciągnął ją w ostatniej chwili.
Westchnęła głośno na gryzące pod skórą wspomnienia i po raz kolejny podniosła spojrzenie na przyjaciela. Chciała, żeby tu był. Doceniała, że przyszedł tu mimo tego, że sukcesywnie powtarzała mu, aby tego nie robił, a jednak w tym samym czasie czuła, że nie była w stanie dać mu tego samego poziomu dobrej energii. Chociaż może mogła przynajmniej spróbować?
Ale ta kanapa jest zajebiście wygodna — jęknęła, rozciągając się na niej na całej szerokości, przesuwając dłońmi wzdłuż oparcia. — No zobacz sam, usiądź sobie, Miller — postukała kilkakrotnie w materiał, kompletnie zapominajać, że miała mu wytknąć fakt, iż wcale nie była m a ł a, tylko on lekko przerośnięty, przy okazji przypominając, że kiedy mieli po jedenaście lat, to ją pierwszą wyciągnęło do góry i przez kilka miesięcy była od niego wyższa! Nie była jednak w stanie tego zrobić, bo w następnej sekundzie została bezczelnie zaatakowana bliżej niezidentyfikowaną torbą.
Nawet nie pytała co znowu wymyślił. Akurat po nim można było spodziewać się absolutnie w s z y s t k i e g o. Zacisnęła palce na folii i jednym, pewnym ruchem rozerwała materiał. Ściągnęła brwi, próbując rozplątać koszulkę, a kiedy tylko jej oczom ukazał się obłędnie uroczy, smutne ziemniaczek, zaśmiała się głośno. I szczerze. Chyba pierwszy raz odkąd wróciła.
Jesteś niemożliwy — inaczej nie dało się tego skomentować. Dokładnie tak samo, jak nie była w stanie zapanować nad głową, która zaraz pokręciła się na boki z niedowierzaniem wymalowanym na jej twarzy. — Oczywiście, że łapie! Te koszulki opisują całe moje życie — stwierdziła kompletnie szczerze. Nie miała pojęcia, co dokładnie miał w sobie, ale zawsze kiedy był obok wszystko — ale to wszystko — nabierało kolorów i automatycznie stawało się lepsze. Nawet i teraz, od razu było jej jakoś lepiej.
Kręgli natomiast za nic się nie spodziewała. Bardziej liczyła na to, że po prostu posiedzi z nią w mieszkaniu, może coś obejrzą? Tylko kogo ona starała się oszukać. Oczywiście, że wymyślił coś kompletnie odstrzelonego i oczywiście, że już ich zapisał, dobrze wiedząc, że w takim wypadku nie była mu w stanie odmówić. Chociaż z początku walczyła z własną głową. Kłóciła się z nią, podczas gdy oczy uważnie obserwowały, jak podchodzi bliżej i kuca tuż przed nią, jak z ogromnym uśmiechem na ustach opowiada jej o ziemniaczanych pulpach z Whitby (które swoją drogą brzmiały za-je-bi-ście) i robi wszystko, by mu zaufała. A jednak to już była pewna tendencja, że Archie w starciu z jej własną głową miał zdecydowaną przewagę, chociażby w tym, że ona za nic nie potrafiła mu odmówić, kiedy patrzył na nią swoimi niebieskimi, błyszczącymi tęczówkami. Po prostu nie umiała. Dlatego też po chwili wyciągnęła mały paluszek w górę, ani na moment nie ściągając z niego spojrzenia.
Przyznaj się, że zapisałeś nas na turniej dla par, bo dobrze wiedziałeś, że w starciu jeden na jeden po prostu skopałabym ci tyłek — nachyliła się w jego kierunku, chowając twarz za wyciągniętym palcem, który z początku tylko delikatnie muskał ten jego, by już po chwili się wokół niego zawinąć, tym samym przyjmując jego propozycję. — Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają — dodała już o wiele bardziej stanowczo, robiąc przy tym dziwnie (jak na nią) groźną minę, pokazując tym samym poziom waleczności, jaki w niej wzbudził. Była w tym zdaniu również pewna dwuznaczność, którą można było podciągnąć pod jej aktualną sytuację, jednak nawet nie chciała kierować swoich myśli w tamtą stronę.
Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają.
Ona również nie miała zamiaru.
Dlatego złożyła pinky promise, drugą rękę zaciskając mocniej na koszulce z ziemniakiem i ostatni raz spojrzała w niebieskie oczy przyjaciela nim zerwała się z miejsca.
Ziemniaczane Pulpy z Whitby NIGDY NIE PRZEGRYWAJĄ!! — krzyknęła, tym razem podskakując kilkakrotnie w miejscu, jakby chciała nie tylko wpoić sobie do głowy ten mocny statement, ale również strzepać z siebie wszelkie wątpliwości. Skakała tak do momentu, aż nie poczuła, że zaczyna łapać ją skurcz w łydce.
Okej — westchnęła. — Daj mi jakieś pięć minut — poprosiła i nawet nie czekając na jego odpowiedź, ruszyła w stronę sypialni. Zaraz potem zaś przebiegła prosto do łazienki, odpalając tryb turbo w ogarnianiu. Zrzuciła z siebie o wiele za duże dresy i przyodziała jeansowe spodnie wraz z p i ę k n ą ziemniaczaną koszulką, które leżała idealnie. Włosy spięła, przy okazji ogarniając twarz do poziomu zwanego znośnym. Tak jak obiecała — po pięciu minutach stała już ponownie w salonie z zupełnie nową energią. Chyba dzięki tej koszulce.
Dobra, Archibald — złapała jego jasne spojrzenie. — Zbieraj się. Czas skopać trochę tyłków — Oznajmiła, tym samym meldując swoją gotowość do wyjścia.

Archie-lifesaver Miller aka fav potato (づ๑•ᴗ•๑)づ🥔̤̮
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
For good luck!
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Archie nie potrafił w tragedie i jego mechanizmy obronne odpalały się automatycznie, byleby nie dopuszczać do bólu. On nie analizuje, tylko zagłusza, a wszystko to za sprawą ironii. Bardzo prawdopodobne, że gdyby spłonęło mu mieszkanie to żartowałby, że już nie musi martwić się brudnym piekarnikiem. Abs raczej świetnie znała te jego triki na ataki paniki, a raczej miała świadomość tego, że gdy coś złego się mu przytrafia to przeważnie bawi się w ducha. Znika, nie odbierając telefonów, nie odpisując, po prostu zaszywając się w jakimś randomowym barze na końcu miasta, spędzając niekiedy dwie doby - jeśli nie dłużej - na graniu. W końcu gdzie najlepiej uciec przed żyćkiem? Ależ oczywiście, że do wirtualnego świata! Tam zasady są jasne, wie jak wygrać i wszystko jest prostsze, a jak świat się wali wystarczy zresetować. On od najmłodszych lat zawsze przeskakiwał problemy jak nie żartem to ucieczką do gier, ważne żeby nie musiał siedzieć w ciszy i analizować… a już na pewno nie bawiłby się w terapię. Co innego jeśli tragedia dotyka jego bliskich, tutaj mechanizmy obronne nieco ustępują trosce. Wtedy terapia nagle ma jakieś uzasadnienie, znikanie nie wchodzi w grę, a nawet idzie to w drugą stronę - nagle jest go pełno, dopóki nie upewni się, że wszystko wraca na dobre tory. Teraz też musiał się upewnić, że z nią wszystko będzie dobrze.
Oooo Abs… jak jest tak wygodna jak zajebiście teraz wygląda, to aż żal ściska moje jędrne pośladki, że tego nie uraczę, ale nie mydl mi tu oczy prężąc się na niej — pogroził swoim karcącym spojrzeniem chwilę po tym, jak wycelował w nią koszulką, by ponownie mocniej oprzeć dłonie na biodra. Musiał się pilnować, by przypadkiem nie złamać się, bo jeśli ktoś miał moc przekonywania Archiego to właśnie ona, a dzisiaj to on powinien przekonywać ją, że warto wyjść już z dziupli.
Kiedy usłyszał ten radosny śmiech przyjaciółki zgiął rękę w łokciu i zamachnął się pięścią energicznie w dół, aż po biodro, w niemym TAK! Mission accomplished! Radość Abby była jego słodkim zwycięstwem w tej chwili iiiii właśnie wtedy go zaskoczyła.
Nagle, bez ostrzeżenia.
Rozwaliła szczerością.
Jesteś niemożliwy.
Spodziewał się wszystkiego! Nawet tego, że w odwecie rzuci w niego koszulką ze smutnym kartoflem i na niego nakrzyczy, że on ma lepszą, ale… tego? Tego to się nie spodziewał. Czuł jak pieką go uszy — a trzeba zaznaczyć, że piekły go głównie wtedy, gdy był ekstremalnie zawstydzony, albo absurdalnie szczęśliwy, a teraz miał chyba kumulację doznań — pewnie dlatego wbił swoje spojrzenie we własnego ziemniaka modląc się w duchu, by nie zauważyła, że błyszczą mu oczy niczym ten brokat na koszulce. — No wiesz... — zaczął, a jego głos na sekundę stracił swoją radosną pewność siebie. — Staram się — wzruszył beztrosko ramionami. — Cieszę się, że doceniasz jakość usług After Archie — wyznał i przez moment chciał do niej podejść i uścisnąć ją tak mocno, żeby wycisnąć z niej resztki strachu, ale to tak nie działało. Zamiast uścisku zaśmiał się lekko i zmierzwił swoją czuprynę chyba próbując wyczesać z niej swoje lekkie zawstydzenie.
Dobra, Abs, przestań mi tu słodzić, bo pomyślę, że chcesz, bym zapłacił za twoje nachosy — mrugnął do niej, odzyskując pewność siebie, choć jego uszy wciąż płonęły zdradziecką czerwienią. Poza tym on i tak stawia dzisiaj. — Skoro łapiesz ziemniaczany vibe, to złaź z tej kanapy. Świat czeka na Ziemniaczane Pulpy z Whitby — i nie było opcji, że zostaną w czterech ścianach. Tego już próbowali i nie dało oczekiwanych efektów, musiał pójść o krok dalej i pewnie lepiej by było, gdyby jednak spędzili symbolicznie czas pod gołym niebem, bo wtedy sufit nie byłby im straszny, ale Archie się w tańcu nie pierdoli, więc padło na terapię szokową — gdzie wątpliwej jakości dach, dużo bodźców w postaci neonów i dźwięków, tłum ludzi i huk kręgli najwyraźniej miał dać pożądane efekty. A tak szczerze? Był fanem gier, konkurencji zespołowych i nie miał traumy, więc najzwyczajniej w świecie nie pomyślał, że jego pomysł ma potencjał na katastrofę.
Co ma być to będzie!
Teraz najważniejsze było to, że kiedy przykucnął obok niej pinky promise zostało przyjęte z wyjątkowo groźną dziarską miną, a zaraz po nim Archie teatralnie złapał się na klatkę piersiową. — Cios poniżej pasa, Abs! Prosto w moją ziemniaczaną dumę! — odparł rzucając się w tył powalony sugestią, że w starciu jeden na jeden by przegrał. Szybko jednak się pozbierał, bo dobrze wiedział, że sobie żartowali.
POZA TYM — o c z y w i s t e, że by wygrał, heloł?!
Głowa przez chwilę chodziła mu góra dół w rytm jej podskoków, po czym dał jej 5 minut tak jak o to prosiła, choć spodziewał się, że potrwa to dłużej. Jakie było jego zdziwienie, kiedy faktycznie po pięciu minutach stanęła przed nim w ziemniaczanej koszulce.
Wyglądasz legendarnie! — i podzielając jej zaangażowanie radośnie opuścił mieszkanie kierując swoje kroki do samochodu. Na szczęście nie musiał się tłumaczyć, ona dobrze wiedziała, że jego jeep woła o pomstę do nieba i bezpiecznie będzie jak potrzyma drzwi w trakcie jazdy, nie jechali wspólnie pierwszy raz.
Kiedy dotarli do kręgielni przedarli się przez pomieszczenie pełne automatów z grami, które Miller miał w większości obcykane, aż dotarli do sali, która o tej porze była zarezerwowana właśnie dla Stowarzyszenia Par. Ogarnęli obuwie, pozbyli się kurtek i w chwili, gdy wchodzili na salę z głośników uderzył w nich kawałek Westa - Stronger, a ich dwoje niczym Wataha z Kac Vegas weszli na salę z głowami uniesionymi wysoko ku górze. W Bangkoku może nie wylądują, ale lokal miał trochę vibe Las Vegas, więc należało się bawić! Abby momentami zdawała się mieć nietęgą minę, ale Archie nie dawał jej przestrzeni na jakąkolwiek panikę, krótko mówiąc - nie zostawiał luki przez którą mogłaby się mu wymknąć. Zamiast tego złapał ją za rękę. — Wkraczamy, Abs — syknął przez zęby, nie przerywając marszu pośród konkurencyjnych par, kiedy zmierzali do swojego toru. Cel był jasny: tor numer siedem, darmowe nachosy i uśmiech Abby.
Gdy stanęli przed swoim torem uniósł ręce lekko w górze jakby liczył, że Abs podskoczy i energicznie zbije z nim piątaki, jednocześnie robił skanowanie wzrokiem po przeciwnikach. — Może być trudniej niż przypuszczałem — zacmokał kiwając lekko głową. — Zobacz na dwunastej, to chyba jacyś weterani — Państwo Henderson przy torze numer pięć byli z wiekowej półki, jakieś siedemdziesiąt plus na pewno tutaj stuknęło, o czym z resztą świadczyły ich błękitne koszulki z napisem: Still Rolling… since 1952. Wydawali się bardzo skoncentrowani na tym konkursie, bo już lecieli z rozgrzewką przy torze. To jednak nie powstrzymało Archiego przed przyjemnością jaka wynikała z jedzenia. — Skoczę po nachosy — nie ma się co oszukiwać, miał na nie ochotę od kilku dni i bez nich ten konkurs byłby stracony. Wróci z zamówieniem to też się rozgrzeją. — Co chcesz do picia?


Mrs. Potato Head🎳🥔👀
Winnie the Pooh
nudy, stania w miejscu, kierowania moją postacią
27 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doceniała usługi After Archie.
I to bardziej niż myślał, chociaż może na pierwszy rzut oka wcale tego nie pokazywała. Życie często pisało dla nich różne, niekiedy oddalone od siebie o kilkaset kilometrów scenariusze, jednak oni w tym wszystkim zawsze znajdywali do siebie odpowiednią drogę. Byli przy sobie, kiedy wszystko dookoła zdawało się nie działać. Ona przy nim, a przede wszystkim on przy niej. Na każdy zły dzień, czy łzę w oku, Miller jako jedyny wiedział, jak sprawić, żeby na jej ustach na nowo pojawił się uśmiech. Żeby odgonić czarne chmury, które zawładnęły myślami i zrobić miejsce na słońce. I nawet teraz — to wszystko co robił, powoli, małymi krokami stawiało ją na nogi. A po chwili nawet dosłownie postawiło, do tego stopnia, że w końcu poszła się przebrać.
Wyglądasz legendarnie!
Uśmiechnęła się szeroko na te słowa. On również wyglądał wybornie. Głównie dlatego, że zgarnął dla siebie o wiele lepszą koszulkę i wcale nie musiał być smutnym ziemniakiem. Chociaż z drugiej strony Archibald zawsze wyglądał dobrze. Nawet kiedy się nie starał. Ale tą uwagę akurat Abby postanowiła zachować dla siebie.
Zaprezentowała się przyjacielowi z przodu, z boku i jeszcze z obrotu, a zaraz potem narzucała już na siebie pierwsze, lepsze buty — bo przecież i tak będą je zmieniać — oraz kurtkę, która swoje lata świetności miała jeszcze w trakcie jej studiów. Zupełnie jak fura Millera, której drzwi trzeba było trzymać w jednej ręce, a pas w drugiej, bo zapięcie zepsuło się w osiemdziesiątym piątym. Całe szczęście podróż odbyła się bez tragedii ani pościgu policji i po kilkunastu minutach w końcu pojawili się w kręgielni. Ruszyła za nim, przy okazji rozglądając się po licznych maszynach. Większość była zajęta przez dzieciaki i kilka przez starszych ludzi, którzy wyglądali, jakby nie ruszali się z miejsca już od kilku dni.
Wkraczamy, wkraczamy — zawtórowała mu, kiwając głową, kiedy w śmierdzących, granatowo-czerwonych bucikach byli gotowi wejść na przypisany dla nich tor. Minę faktycznie miała średnią, szczególnie, kiedy za plecami ciągle coś stukało, a ona jakoś mimowolnie się straszyła, przywołując nieprzyjemne wspomnienia. Niemniej jednak kiedy Miller wystawił w jej stronę dłonie, podskoczyła, malując na twarzy (jeszcze nieco udawany) uśmiech, następnie wertując wzrokiem ich konkurencje, przytrzymała spojrzenie na wspomnianych przez swojego kompana Handersonach.
Słuchaj no — nachyliła się, przysuwając twarz do ucha Archiego. — Zawsze możemy podmienić im wszystkie kule na podstawce na te najcięższe — wzruszyła ramionami, dzieląc się z przyjacielem tym jakże diabelskim planem. Z jednej strony wcale nie chciała połamać staruszków, ale przecież szczęściu trzeba było jakoś pomóc, nie? Abby może i miała średni humor, może miała w głowie demony wydarzeń z Detroit, ale ponad wszystko uwielbiała konkurować. A kiedy w to wszystko wchodził Miller, uwielbiała również wy-gry-wać. Tak więc jak trzeba było pokrzywić emerytom kręgosłup — so be it!
Może być jakaś lemoniada. Najlepiej coś kwaśnego — uśmiechnęła się delikatnie, kiedy Archie zbierał od niej zamówienie, przenosząc ciężar ciała z palcy na pięty. I tak w kółko. — Nie zapomnij sosów do nachosów! — krzyknęła za przyjacielem, kiedy kierował się do baru. Abby natomiast przeszła się dookoła stolika, który na następną godzinę miał stać się ich bazą.
W pierwszej kolejności rozsiadła się wygodnie i poprawiła buty. Następnie ruszyła wzdłuż toru, przyglądając mu się uważnie, jakby faktycznie miało to jakikolwiek wpływ na rozgrywkę, która miała nadejść. Przejrzała też kule, jakie mieli do dyspozycji i praktycznie od razu zauważyła, że brakowało wśród nich dziewiątki. Jej szczęśliwej dziesiątki. Wszystko niższe było dla niej za lekkie, a zaś dziesiątka wydawała się ciężko latać. Zobaczyła jednak, że tor obok ich przeciwnicy mieli ich aż trzy, dlatego nawet dużo się nad tym nie zastanawiając, po prostu tam podeszła i chciała dokonać wymiany. Uczciwej swoją drogą, bo dać im ósemkę, której nie mieli wcale.
Hej lala, a co ty robisz?! — jej czyny nie zostały jednak niezauważone, bo nim zdążyła wsadzić palce w dziurki (xd), wyrósł obok niej średniej postury mężczyzna ze śnieżnobiałymi zębami i fryzurą tak ulizaną żelem, że chyba poszło na nią całe opakowanie. — Nie pomyliło ci się coś? — dopytał, zarzucając ręce na biodra.
No właśnie, nie pomyliło ci się coś? — tuż obok niego zaraz pojawiła się równie odstrzelona kobieta w ciemnych włosach i krótkiej spódniczce. Wallace zmrużyła oczy zastanawiając się, w jakim celu powtarzali po sobie słowa, jednak finalnie postanowiłą to po prost zignorować. Zacisnęła mocniej palce na kuli.
Biorę jedną, bo macie takie trzy, a my nie mamy żadnej — wyjaśniła spokojnie. Nie miała w zwyczaju szukać problemów, chociaż bardzo często one po prostu same ją znajdowały. — Nie uważacie, że to uczciwy deal?
Nie — facet odszczekał praktycznie od razu, układają swoje wielkie łapska na kuli w jej rękach. — Oddawaj to!

my favourite potato on earth (づ๑•ᴗ•๑)づ🥔
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
For good luck!
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Archie sprawiał niekiedy (czyt. bardzo często) wrażenie odklejonego od rzeczywistości dzieciaka, ale w dużej mierze były to pozory, a on za tym wizerunkiem krył bardzo spostrzegawczego człowieka, szczególnie jeśli w grę wchodzili przyjaciele. Nie umknęło więc jego uwadze to, że Abby wcale nie czuła się tak pewnie i momentami robiło się nerwowo, ale teraz już nie było szans na wycofanie się. Trzeba było brnąć przed siebie w imię ojczyzny! A raczej w imię spokoju Abby, który stopniowo odzyskają. Już on się tym zajmie.
Abs! — wyszeptał z głębokim uwielbieniem jej imię, aż oczy mu rozbłysły. — Ty genialny ziemniaczany potworze! — dodał przyglądając się jej z mieszanką zachwytu i przerażenia - g e n i a l n y to był pomysł. Pani Henderson właśnie ruszyła z rozgrzewką nadgarstka, ale oni mieli już plan jak skutecznie go obciążyć. — Pan Henderson lubi się zamachnąć — wskazał na dziadka ćwiczącego rozmachy — już widzę jak leci razem z kulą przez tor — ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co z kulą nigdy nie wyrżnął na torze!
Plan na parę numer 5 - bo Archie numerował ich sobie w myślach torami - był już wstępnie ustalony, ale jedzenie było równie ważne co strategia, więc nie tracąc czasu uciekł do baru, po drodze jeszcze przytakując Abby na wzmiankę dotyczącą sosów, ale nie był pewny czy to słyszała. Nieważne!
Oparł się o bar z gracją człowieka, który zamierza wykupić cały lokal i zagadał do barmana, który wyglądał, jakby ktoś mu życie taboretem przetrącił i marzył jedynie o powrocie do domu. Zamiast końca zmiany miał przed sobą radosnego Archiego. — Dobry wieczór, przyjacielu! — wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Dzisiaj jest wielki dzień! Wiesz jaki? — zapytał figlarnie poruszając swoimi brewkami. — Dzień w którym Ziemniaczane Pulpy z Whitby piszą historię legendarnego zwycięstwa! A ty jesteś szczęściarzem i będziesz mieć w tym swój udział — pewnie zżerało go z ciekawości jaki udział jest mu przypisany, co ni? Jego zdegustowana mina była tego czystym dowodem. — Ja i moja Bulwa — skinął głowę w stronę torów — potrzebujemy najlepszego paliwa jakie macie w tym przybytku — oznajmił całkowicie poważnie. — Lemoniadę, kwaśną! Dwa razy oczywiście. A teraz…. — wzrokiem przeleciał menu — nachosy. Te legendarne. Taaaaaaką górę — ręce wyciągnął ku górze robiąc jakiś dziwny zamach na boki — nam daj i nie oszczędzaj na serze. Do tego full zestaw sosów do wyboru — oznajmił kończąc w końcu i kiedy tak stał czekając, aż ich ser osiągnie odpowiedni poziom płynnoś i, kątem oka dostrzegł poruszenie przy torach i to z udziałem Abby. Zmrużył oczy obserwując z dystansu to co tam się dzieje, wyglądało trochę jak szarpanina o kulę. Nie rzucił się może pędem n a ratunek, ale gdy tylko zauważył identyfikator barmana na ladzie, wiedział co ma robić. Z kieszeni spodni wygrzebał słuchawkę samochodową i wetknął sobie ją do ucha, po czym porwał identyfikator leżący na barze. Przypiął go sobie tuż nad ziemniakiem w okularach i zgarnął tackę z prowiantem z lady, nim Trevor - podobno, tak było na plakietce - zorientował się, co się wydarzyło.
Dzięki za prowiant szefie! — zawołał na odchodne i skierował swoje kroki w kierunku torów, gdzie coś się działo.
Podszedł do nich, odstawił tacę na stolik i rozstawił nogi prawie tak szeroko, jak ten ulizany goguś przed nim. Natychmiast też przyłożył palec do słuchawki bluetooth w uchu. — Centrala, mamy naruszenie w sektorze szóstym. Podejrzany wykazuje nadmierne przywiązanie do mienia wspólnego — powiedział brzmiąc przy tym jak robot, jednocześnie patrząc gogusiowi prosto w oczy nie okazując ani odrobinki emocji. Nie spogladał też na Abby, bo prawdopdoobnie, gdyby to zrobił, to by się spalił wybuchając śmiechem. Dla jasności wypiął tez pierś z identyfikatorem dumnie do przodu, że niby on tutaj robił. Po tym komunikacie puścił słuchawkę i zniżył trochę głos zwracając się bezpośrednio do ulizanego typka. — Słuchaj stary, prosta sprawa — zaczął spokojnie — to zakrawa o naruszenie Kodeksu Dobrych Praktyk Stowarzyszenia Kręglarskiego dla Par. Blokowanie kul to poważne wyklroczenie, grozi za to… — przerwał nagle powazniejąc i znów nacisnął sluchawkę zamieniając się w robota. — Tak, potwierdzam. Osobnik ma podejrzanie ulizaną fryzurę, prawdopodobnie stwarza zagrożenie poślizgowe na torze. Czy mamy zgodę na procedurę dyskwalifikacji? — Archie zawiesił głos, udając, że słucha odpowiedzi. — Rozumiem. Ostatnie ostrzeżenie — i znów wrócił spojrzeniem do gogusia, który wyglądał na mocno zdezorientowanego.
Masz dziesięć sekund na puszczenie tej kuli kolego inaczej czeka was dyskwalifikacja — ostrzegał, po raz ostatni ze śmiertelną powagą na swojej twarzy, choć w głębi siebie umierał ze śmiechu, ale dla miny tego wyżelowanego człowieka było warto.
Tak naprawdę to chciał mu na wstępie wygarnąć, żeby zdejmował te swoje wyżelowane łapy z ręki jego przyjaciółki, ale w ostatniej chwili się powstrzymał przed niekontrolowanym wyskokiem, bo nerwy w niczym jej nie pomogą, a i spaliłyby jego życiową rolę. Co jednak nie zmieniało faktu, że teraz bacznie obserwował, czy ta jego dłoń w końcu się od niej odczepi, bo w końcu dzisiaj była jego dziewczyną i tylko on sobie mógł na to pozwalać, ot co!

Na ratunek Mojej Bulwie! 🦸🏼‍♂️🥔🧀
Winnie the Pooh
nudy, stania w miejscu, kierowania moją postacią
ODPOWIEDZ

Wróć do „National at The Well”