-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie był pewien, czy mimo wszystko nie rzuciłby czegoś na ten temat, gdyby nie usłyszał słów brata i nie dostrzegł, że ten chyba trącił go pod stołem, żeby może się przymknął. Tiago odebrał to raczej jako niechęć do tej rozmowy i uczestnictwa w niej, czemu się zresztą wcale nie dziwił, bo przecież Sal nie musiał tego wysłuchiwać i w ogóle angażować się w jakikolwiek sposób w problemy innych ludzi.
- Posłuchajmy o waszym nowym domu - odpowiedział w końcu, kiedy przełknął - Nie sądzę, żeby rozprawianie o tym, co wkurzyło Alvaro i czemu jestem winien w jego życiu, było odpowiednim tematem na pierwsze spotkanie po latach, chyba, że macie ochotę również powiesić na mnie jakieś psy. Wtedy proszę bardzo, jestem do tego doskonałym celem jako naczelny dupek i skurwysyn tego świata.
Uśmiechnął się jadowicie i odkroił sobie kolejny kawałek mięsa. Zauważył, że Alvaro smakuje, ale w tym momencie nie potrafił się z tego jakoś bardzo cieszyć. Owszem, trochę to złagodziło jego obecny nastrój ale nie na tyle, żeby szczerze się uśmiechnął i cieszył z tego, że umie gotować, że ludziom to smakuje.
Zaraz zresztą też pożałował swoich słów, bo uwiadomił sobie że atakuje gości właściwie bez powodu - po prostu dlatego, że tu byli i że Sergio zapewne chciał pomóc. Santiago nie sądził, żeby w jego pytaniu chodziło o zwykłe zaspokojenie ciekawości, tylko rzeczywiście odczytał jego słowa jako chęć pomocy. Westchnął ciężko, odłożył sztućce i przetarł twarz dłońmi.
- Lo siento - powiedział, wciąż z dłońmi przy twarzy, wciskając opuszki palców w swoje oczy - Nie zamierzałem was atakować... o ile rzeczywiście nie macie ochoty mi dowalić. Ale naprawdę sądzę, że lepiej, żebyśmy tę sprawę rozwiązali we dwóch, później, nie angażując w to was, bo nie ma po co. Nie po to tu przyszliście - popatrzył na obu mężczyzn, unikając patrzenia na partnera - spotkaliśmy się chyba raczej po to, żeby odnowić więzi rodzinne, prawda?
Uśmiechnął się, już mniej sztucznie, niż wcześniej, mniej teatralnie, a bardzie szczerze. Początkowa furia opadała do poziomu złości z rodzaju tych, która potrafiła tkwić w sercu nawet i przez lata, jeśli nie zostanie uspokojona rozwiązaniem problemu, ale jednocześnie pozwalała w miarę normalnie funkcjonować.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Jego widelec również zatrzymał się w połowie drogi do ust i chyba tylko cudem utrzymał go, by nie spadł na talerz i nie narobił przy tym cholernie dużego hałasu. Zamrugał, zaskoczony słowami Santiago, po czym odłożył z przesadną delikatnością widelec na stół i przez chwilę patrzył na partnera szeroko otwartymi oczami.
- Jak to "czemu jesteś winien w moim życiu"? - zapytał wreszcie cicho, po chwili milczenia i analizowania, czy na pewno chce wchodzić w tę dyskusję i czy to aby na pewno dobry pomysł. Santiago ewidentnie nie chciał rozmawiać o ich problemach przy innych ludziach, co w pewnym sensie rozumiał, bo znał Tiago nie od dziś, ale w propozycji Sergio nie dopatrywał się niczego złego, żadnego ataku czy czegoś w tym stylu, raczej troskę i chęć niesienia pomocy. Przez chwilę siedział z przedramionami opartymi o blat stołu, w końcu jednak obrócił się bokiem do stołu, a przodem do Santiago. Nie wyglądał, jakby chciał go atakować, jakby miał o coś pretensje ani jakby chciał się kłócić, wciąż przypominał raczej zagubionego chłopaka, który nie bardzo ogarnia co się wokół niego dzieje, bo świat dorosłych go przytłacza.
- Nie jesteś niczemu winien, Santiago. Zawdzięczam ci wszystko, co mam teraz i kim jestem, ale to nie jest wina, raczej zasługa. - dodał jeszcze, wciąż dość cicho, chociaż głos momentami mu drżał tak czy inaczej, nawet jeśli starał się mówić wolno i spokojnie. Zauważył, że Santiago nie chce na niego patrzeć i że tego unika, nie zamierzał więc zmuszać go na patrzenia na siebie, ale... no, chciał przynajmniej zrozumieć co ten miał na myśli, bo to nie dałoby mu spokoju. - Zraniłeś mnie tym, że przez ponad rok opłakiwałem twoją stratę, nie wiedząc, że przeżyłeś. Ale o tym wiesz, o tym już rozmawialiśmy i nie zamierzam ci tego wypominać. Czemu więc niby jesteś winien w moim życiu, poza tym?
Wiedział, że chwilowo znów wyglądało to tak, jakby ignorował obecność Martinezów, ale to nie było tak. Chciał po prostu wyjaśnić kwestię, która dość mocno go w tej chwili zajęła i raczej nie byłby w stanie tego zignorować i po prostu jeść dalej. Zresztą, coraz bardziej miał też wrażenie, że faktycznie potrzebują pomocy, potrzebują rozmowy z Sergio, ale z drugiej strony - nie chciał też zmuszać Santiago do czegoś, na co ten nie miał ochoty albo czego nie był w stanie po prostu przeskoczyć.
Santiago de la Serna Salazar Martinez @sergio
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- A jednak o tym mówisz - wtrącił, zerkając na niego spode łba, ciskając iskry oczami i cedząc słowa przez zęby - Nie wiem, czym ci tak bardzo zawiniłem teraz, że byłeś wobec mnie ironiczny, że postanowiłeś zrobić scenę przy chłopakach, że wyszedłeś niemal trzaskając drzwiami i nie było cię dziesięć minut, ale najwyraźniej zachowałem się wobec ciebie jak ostatni dupek, cokolwiek zrobiłem, więc nie mów mi teraz o jakichś, kurwa zasługach. Przestań. Po prostu przestań.
Zerwał się od stołu i popatrzył na brata i szwagra, wyprostowany jak struna.
- Przepraszam was na chwilę, ale muszę zapalić - zanim jebnę gnoja w łeb. Ostatnich słów jednak nie wypowiedział na głos, naprawdę nie chcąc psuć atmosfery, ale czuł, że teraz to on ją psuje przez sam fakt, że nie miał szansy się uspokoić, ochłonąć i poukładać sobie wszystkiego w głowie - Nie wychodźcie, proszę, chciałbym jednak mimo wszystko miło spędzić z wami ten wieczór, a nie robić jakieś nie wiadomo jakie dramaty z... Alvaro.
Przy ostatnim słowie zawahał się, bo początkowo chciał powiedzieć "z partnerem", ale ostatecznie uznał, że nie użyje tego słowa. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała ciężko z każdym oddechem, a ponieważ był zły i wstał dość szybko, zbladł i lekko zakręciło mu się w głowie. Nie zwrócił jednak na to uwagi, obrócił się na pięcie i wyszedł na taras, gdzie oparł łokcie o barierkę i zapalił papierosa, zaciągając się głęboko.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ja pierdole - westchnął ciężko, gdy Santiago oznajmił, że idzie zapalić i że mają zostać, bo chce spędzić miło wieczór, a nie robić "nie wiadomo jakie dramaty z Alvaro". - W taki sposób wyglądają wasze miłe wieczory? - podniósł się od stołu, opierając się o blat dłońmi i popatrzył poważnie, lekko poirytowany na Alvaro. - Na miłość boską, Palermo, masz czterdzieści lat, nie czternaście! - uderzył zaciśniętą w pięść dłonią w blat, a zaskoczony i wpatrzony w niego Alvaro aż podskoczył na krześle, nie spodziewając się ataku i z jego strony.
- Spakuj się i wróć do siebie, jeśli masz zamiar zachowywać się w ten sposób i psuć mu zdrowie! Co ty sobie wyobrażasz, co? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobił, po tym jak wyciągnął cię z rynsztoka, po tym, jak zabronił ci się kurwić i kazał się uczyć, żebyś wyszedł na ludzi... - nie pilnował się przesadnie z tym, żeby mówić cicho, właściwie nie był to jeszcze krzyk w jego wykonaniu, ale coś bardzo blisko, między podniesionym głosem a krzykiem właśnie.
- Jeśli spodziewał się, że będziesz zachowywać się jak rozkapryszony dzieciak, to nic dziwnego, że nie powiedział ci, że choruje, tylko wolał się zabić. - ostatnie słowa były lekko łamiące się, bo jednak nie mówiło mu się o tym łatwo: o chorobie i potencjalnej śmierci brata, której nie brał chyba jeszcze pod uwagę.
Santiago de la Serna Salazar Martinez Alvaro Salvatierra
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Salazar, nie rób tego, proszę - odezwał się cicho, unosząc rękę i kładąc ją na łokciu męża - Nie skacz na niego i nie mów takich rzeczy. Zaproponowałem pociągnięcie tego tematu, żeby Alvaro i Santiago się dogadali, liczyłem na to, że im pomoże nasza obecność, ale mówienie Alvaro takich rzeczy z pewnością mu nie pomoże.
Otworzył powoli oczy i popatrzył na Palermo, zastanawiając się czy rzeczywiście odpuścić, czy - skoro teraz nie było tu Santiago - może spróbować przynajmniej z nim wyjaśnić, co się wydarzyło. Może lepiej było porozmawiać z nimi oddzielnie...?
Nie był pewien, czy wolno mu się w to wszystko w ogóle wtrącać mimo, że mimowolnie obaj Martinezowie zostali wciągnięcie w najwyraźniej jakiś większy dramat rodzinny. Sergio jednak teraz miał rzeczywiście wątpliwości, czy to był dobry pomysł, żeby proponować im pomoc w rozwiązaniu problemu.
- Alvaro... - odezwał się po chwili, decydując jednak spróbować jeszcze raz, chociażby po to, żeby zrozumieć, co tu zaszło i żeby - być może - pomóc im to zrozumieć - Co tu się właściwie wydarzyło? Możesz mi powiedzieć? Chcesz powiedzieć? Czy wolicie rzeczywiście rozwiązać to sami? Tylko... nie jestem pewien, czy to się uda, skoro on jest taki wściekły, trochę się obawiam, że możecie sobie skoczyć do gardeł, a to nie byłoby dobre. Naprawdę życzę wam dobrze i chciałbym, żebyście się porozumieli. Nie zauważyłem żebyście wcześniej się tak żarli - co się teraz stało?
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Skoro nie wiesz czym zawiniłeś, to znaczy, że tamta rozmowa nic dla ciebie nie znaczyła - przemknęło mu przez myśl, gdy odprowadzał go wzrokiem na taras czy tam balkon. Nie odezwał się jednak, nie było po co.
Nie spodziewał się jednak ataku ze strony Salazara, więc gdy i ten na niego naskoczył, to dosłownie miał ochotę rozpłakać się i zniknąć. Z tego domu, z tego miasta, z tego świata, wszystko jedno. Naprawdę próbował, naprawdę chciał jak najlepiej, ale najwyraźniej bracia de la Serna mieli o tym inne zdanie; nie zamierzał więc się z nimi kłócić.
- Wiem, co dla mnie zrobił i przed chwilą, przed tym, jak na mnie naskoczył, może nie zauważyłeś, właśnie o tym mówiłem - odpowiedział na tyle spokojnie, na ile potrafił, mimo boleśnie kołaczącego mu w piersi serca i mimo drżenia w głosie, które zdradzało więcej, niż chciałby pokazać.
- A więc uważasz, że chciał się zabić, żeby nie musieć znosić rozkapryszonego dzieciaka, którym jestem, tak? Jesteś pewien, że to właśnie chciałeś powiedzieć, Salazarze? - zapytał przez zaciśnięte zęby, ale bardziej z bólem, niż ze złością; słychać było, że czuje się potraktowany bardzo niesprawiedliwie i że boli go to, czego wysłuchuje pod swoim adresem, ale mimo to starał się nie naskakiwać na Salazara - wiedział, że niczego dobrego tym nie osiągnie, a wszystko może się tylko jeszcze bardziej skomplikować.
Sięgnął po swój kieliszek, dolał do niego wina (utrzymał butelkę mimo drżącej dłoni, udało mu się też nie porozlewać, a w każdym razie nie jakoś mocno) i popatrzył na Sergio ze smutkiem; oczy miał wilgotne od zbierających się w nich łez bezsilności, ale nie próbował tego nawet ukryć, nie miał na to siły.
- Jest na mnie wściekły, bo zezłościło mnie to, że znów udaje, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. To druga nasza taka rozmowa w ciągu ostatnich paru dni, pewnie dlatego najpierw ja wybuchłem, a potem on... no, cóż, on nie może się nadal uspokoić, jak widać. - przeczesał włosy drżącą dłonią, oczy mając utkwione teraz tylko w Sergio.
- Ja się naprawdę staram, wiesz? Kurwa - jęknął cicho, słysząc, jak przy tym zdaniu mocno załamał mu się głos. Przetarł twarz dłonią i upił kilka łyków wina, na tyle sporych, że opróżnił tym samym większą część lampki. - Staram się, żeby czuł się jak najlepiej, żeby zdrowiał, żeby dobrze się odżywiał, żeby łykał te pieprzone leki... odkąd tu przyjechałem, to się staram być przy nim i go wspierać jak tylko potrafię. Jestem przemęczony, dłuższy czas źle sypiałem, albo nie sypiałem w ogóle, bo mam ważne stanowisko, małe dziecko i to pochłaniało mój czas, a resztę... resztę chciałem spędzać z nim po prostu. Jestem rozdrażniony, osłabiony, kilka dni temu dowiedziałem się, że właśnie przeszedłem stan przedzawałowy, a to wszystko w połączeniu z tym, że Santiago... no, powiedział mi ostatnio, że muszę przemyśleć to, czy chcę być z nim czy ze swoją wizją jego, bo być może powinienem odejść i może powinniśmy zostać przyjaciółmi. Więc widzisz, nie jesteś jedynym, który wpada na taki pomysł, może coś w tym jest. - spojrzał na Sala z mieszanką bólu i złości. - Myślę, że on żałuje tego, że w ogóle weszliśmy w związek; że łatwiej mu było, gdy nie zatruwałem mu życia swoją codzienną obecnością. I nie mówię tego, żeby ktokolwiek mi za cokolwiek dziękował czy czegokolwiek współczuł - wycelował palec wskazujący w Salazara, po czym powrócił spojrzeniem od Sergio - więc odpuść sobie, Salazar. Mówię o tym, bo już sobie nie radzę ze swoimi emocjami, a ty, Sergio, wyglądasz, jakbyś naprawdę chciał mi pomóc.
Sergio Martinez Salazar Martinez Santiago de la Serna
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- A co wynikło z ostatniej waszej rozmowy? - zapytał łagodnie, wciąż z dłonią na ramieniu męża - Właśnie to, co powiedziałeś: że on zapytał cię, czy chcesz być z nim, czy z wyobrażeniem jego? Dlaczego o to zapytał? Jak wyglądała ta rozmowa?
Nadal nie do końca rozumiał, o co chodziło w tamtym wybuchu wściekłości Alvaro, bo na ten temat Salvatierra wysłowił się jedynie kilkoma słowami, nie wyjaśniając dokładnie, o co chodziło.
- Co cię tak teraz wkurzyło, Alvaro? To, że ukrywał, że coś go zabolało? Dlaczego cię to tak rozzłościło, skoro on zawsze zachowywał się w ten sposób? Zawsze cię to tak wyprowadzało z równowagi?
Zerknął na stojącego do nich wciąż tyłem Santiago, palącego na tarasie. Miał wrażenie, że mężczyzna słyszy przynajmniej część tej rozmowy - ostatecznie nie był tak znów daleko i szyby z pewnością tłumiły ich słowa, ale część musiała do niego dobiegać. Nie zrobił jednak nic, żeby dać wyraz temu, że cokolwiek usłyszał - tylko stał i palił, patrząc przed siebie.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Alvaro próbował ułożyć sobie w głowie pytania Sergio, bo gdy dostawał kilka na raz, to musiał je sobie odpowiednio rozmieścić i zapamiętać, żeby niczego nie pokręcić; miał umysł analityczny, projektował najbardziej zaawansowane plany napadów na świecie, ale był tylko człowiekiem i niektóre rzeczy musiał sobie odpowiednio... rozpisać i rozrywać w głowie, powiedzmy.
- Ta rozmowa... w sumie wtedy chyba po raz pierwszy poczułem, że się rozsypuję i że już nie daję sobie rady sam ze sobą - wytarł nos wierzchem dłoni, wpatrzony w swój kieliszek, a raczej w te kilka łyków, które zostało na jego dnie. Poruszał nim lekko, tak, by wino obmywało ścianki szkła. - To było w ten dzień, w który przyleciałeś do Toronto - na chwilę podniósł głowę, spoglądając na Salazara, po czym wrócił wzrokiem do kieliszka. - Wiedziałem, że byłeś u niego i spodziewałem się, że jak wrócę, to... hm. - pociągnął nosem i zastanowił się chwilę. - Sam nie wiem czego się spodziewałem. Emocji, jakichś, jakichkolwiek, ale raczej z tych negatywnych. Smutku, złości? A Santiago wydawał się mieć dobry humor i to mnie... nie wiem jak to powiedzieć. - noga zaczęła mu lekko podskakiwać pod stołem. - No, po prostu mnie to zaskoczyło, bo spodziewałem się czegoś innego. Poszedłem do łazienki, bo poczułem się tak, jakby ktoś właśnie wyrządził mi jakąś wielką krzywdę, chociaż teoretycznie nic takiego się nie stało. Nie wiem czemu odebrałem to tak... personalnie. Musiałem sobie chwilę popłakać. A potem on przyszedł i rozmawialiśmy o tym, powiedziałem mu, że nie znoszę, kiedy udaje przede mną, że wszystko jest w porządku, kiedy wiem, że nie jest i że nienawidzę tego w nim, ale jednocześnie kocham go za bardzo, żeby go zostawić. - skrzywił się lekko, bo niby wiedział co wtedy mówił, pamiętał to, ale przyznanie tego na głos bolało bardziej i sprawiało, że miał o sobie jeszcze gorsze zdanie, niż normalnie.
- Żałuję, że to powiedziałem. Potem jakoś... no, rozmawialiśmy dość długo, udało nam się jakoś dogadać, opowiedział mi nawet o czymś ze swojego dzieciństwa, chyba na dowód, że nie chce przede mną grać, tylko chce być szczery. - napił się jeszcze wina, po chwili odstawiając pusty kieliszek na blacie stołu. - i tak, zawsze wiedziałem, że on tak ma, że udaje, że jest w porządku, że maskuje swoje prawdziwe emocje. Z tymże teraz... - poluzował nieco kołnierzyk pod szyją, bo miał wrażenie, że coraz ciężej mu się oddycha; chyba po prostu nie był przyzwyczajony do tego, żeby komukolwiek opowiadać o swoich problemach, a już zwłaszcza jeśli było to snucie opowieści o czym istotnym i bolesnym dla niego. - Teraz odbieram to tak, jakby mnie okłamywał, a wcześniej tak nie było, wcześniej nie odbierałem tego jako kłamstwa wymierzonego we mnie. Tyle że wcześniej nie udawał trupa przed ponad półtorej roku, podczas gdy moje życie straciło sens, może to o to chodzi. - odkrycie tego i powiedzenie tego na głos sprawiło, że zakręciło mu się w głowie, więc wsparł się dłonią o krawędź stołu, podnosząc się powoli na nogi. - Ale to nie sprawia, że kocham go mniej. Jest moim życiem, moim sensem, moim światłem i moim wszystkim i kurewsko mnie boli, gdy się kłócimy. - zrobił dwa chwiejne kroki w kierunku tarasu, ale zatrzymał się w porę, uznając, że Santiago na pewno nie chce go jeszcze oglądać na oczy. Westchnął ciężko, przymykając na moment oczy i żałując, że w ogóle się podniósł, bo teraz wirowało mu w głowie (może to te dwa kieliszki dość szybko wypitego wina dawały mu się właśnie we znaki) i nie był w stanie wrócić do stołu. - Chciałbym naprawić swoją głowę i przestać psuć coś, na czym mi cholernie zależy. A naprawdę mi zależy: na nim, na jego szczęściu, na nas.
Sergio Martinez Santiago de la Serna Salazar Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Spojrzał na męża pytająco, ale nie wypowiedział tego pytania na głos, za to próbował sobie przypomnieć, co ten opowiadał o rozmowie z bratem. Dał mu w pysk, ale później chyba omówili parę spraw i rozeszli się w pokoju...
- Jesteś pewien, że on wtedy ukrywał swoje emocje związane ze spotkaniem z Salem...? - zapytał ostrożnie, nie chcąc rozsierdzić Alvaro, nie chciał, żeby mężczyzna poczuł się, jakby zarzucano mu kłamstwo. Nieświadomie zacisnął palce nieco mocniej na ramieniu męża, obawiając się, czy Salvatierra zaraz nie wybuchnie - czy to złością, czy rozpaczą - Może faktycznie był wesoły? Ostatecznie zobaczył się wtedy z bratem po raz pierwszy od długiego czasu. Może nic wtedy nie ukrywał, tylko chodziło o to, co założyłeś względem jego emocji i kiedy nie zobaczyłeś swoich założeń w realizacji, to uznałeś, że znów się maskuje, a tym razem to nie było to? Powiedział ci w końcu, czy miałeś rację?
Podrapał się po głowie i przeczesał włosy palcami, po czym poprawił okulary, dając mężczyźnie czas na odpowiedź zanim odniósł się do reszty jego wypowiedzi.
- Rozmawialiście o tym, dlaczego udawał, że nie żyje? - zapytał, znów nieświadomie zaciskając palce trochę mocniej na ramieniu Salazara, ale z pewnością nie sprawiał mu tym bólu - nie był to aż tak mocny uścisk - Pytam, ponieważ Salazar opowiadał mi, co Santiago powiedział jemu na ten temat i chociaż również byłem na niego o to zły... chyba wciąż trochę jestem, to po tych kilku dniach, kiedy przemyślałem wszystko, to rozumiem, dlaczego to zrobił. Tylko właśnie - ważne jest, czy to wyjaśnił i czy zrobił to w taki sposób, w jaki wyjaśnił Salowi.
Kątem oka dostrzegł niewielki ruch na tarasie, a gdy tam spojrzał zauważył, że Santiago odwrócił nieznacznie głowę w bok w momencie, gdy Salvatierra powiedział, że chyba chodzi mu o to półtora roku; jakby słuchał. Widząc jednak, że Alvaro zmierza w stronę tarasu, z powrotem spojrzał przed siebie, w noc. Sergio jednak teraz już miał pewność, że cała ta rozmowa dociera do Tiago - i ucieszył się z tego, bo to również było ważne, żeby on to słyszał. Może poukłada sobie w tym swoim zakutym, zniszczonym traumami łbie.
- Alvaro, widzę, że jego też bolą wasze kłótnie - gdyby tak nie było, to nie wybuchłby tutaj i nie stwierdził nagle, że chce zapalić. Możliwe, że słabo go znam, ale poznałem go na tyle, żeby widzieć ból w jego oczach, nawet kiedy próbuje go ukrywać albo kiedy się wścieka dlatego, że coś go zabolało, a nie dlatego, że ktoś nie jest mu posłuszny. Zresztą gdyby go to nie bolało, to znając go, pewnie po prostu wydarłby się tu na ciebie. No i... przede wszystkim - nie zdecydowałby się na związek z tobą, skoro przez całe życie był och-jak-bardzo-hetero. Zależy mu na tobie. Tylko z drugiej strony... ciężko od niego wymagać, żeby nagle się zmienił, nawet jeśli próbuje. A z tego, co powiedziałeś - próbuje. Przecież on nikomu nie mówi o swoim życiu. Nie słyszałem, żeby z kimkolwiek o tym rozmawiał, żeby ktokolwiek cokolwiek wiedział o jego dzieciństwie od niego samego. Jeśli ktoś coś wiedział, to ze wspomnień kogoś innego, z plotek... nie od niego. Skoro coś ci powiedział, to odbieram to rzeczywiście jako próbę pokazania ci, że ci ufa i że chce... - sprostać twoim wymaganiom, pomyślał, ale uznał, że to nie będzie odpowiedni dobór słów - otworzyć się przed tobą. Nie uznawałbym jednak, że od teraz będzie miał wszystkie emocje na wierzchu, bo to raczej niemożliwe, żeby ktokolwiek zmienił się nagle, a tym bardziej, jeśli on... powiedzmy sobie szczerze: boi się swoich emocji. Nie wiem, czy mam tu rację, ale to całe jego maskowanie i wieczne udawanie, że nic go nie boli, nie smuci, nie osłabia; to, że ukrywał swoją chorobę - to wszystko wygląda, jakby on się bał pokazania komukolwiek, co przeżywa. Nie wiem, dlaczego, ale... mogę się domyślać.
Pomyślał o wszystkich opowieściach Salazara o wspólnym ojcu de la Sernów i biorąc pod uwagę, że Santiago spędził z nim całe dzieciństwo, miał go pod swoim dachem, to doprawdy nie dziwił się, że mężczyzna był w dorosłości tak strasznie skrzywiony i potrzebował wieloletniej terapii.
- Mówiłeś mu o tym, że teraz inaczej odbierasz to jego maskowanie przez to, że półtora roku udawał martwego?
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Z tego co mówił, to faktycznie nie był zły ani smutny, nie czuł w związku z tym spotkaniem żadnych negatywnych emocji. Chyba... chyba był spokojny, po prostu i miał raczej dobry humor. - pociągnął krótko nosem. - Ja miałem wyrzuty sumienia, że powiedziałem Salazarowi i chyba w związku z tym założyłem, że to spotkanie musi potoczyć się źle albo przynajmniej, nawet jeśli nie potoczy się źle, to że Santiago po prostu będzie na mnie wściekły, że powiedziałem jego bratu, bez jego wiedzy i zgody. Założyłem, że jak wrócę do domu, to czeka mnie awantura, a nie... - przełknął ślinę, znów mając ochotę ruszyć w stronę tarasu, zupełnie jakby ciągnęło go tam jakieś niewidzialne przyciąganie. - A nie pysznie pachnąca kolacja, wino i świece, i mężczyzna mojego życia witający mnie słowami "hola, mi amor".
Gdy teraz o tym opowiadał, gdy odpowiadał na kolejne pytania Sergio, coraz bardziej czuł się jak największy gnojek świata i jak osoba, która niczym nie zasłużyła na to, żeby być z kimś takim, jak Santiago.
- Powiedział, że przeprasza, że nie powiedział mi, że przeżył napad, ale że w tamtej chwili naprawdę chciał umrzeć i nie chciał, żebym go oglądał w takim stanie. Że chciał zginąć podczas napadu, w pracy, po swojemu, tak jak żył. - osunął się na krzesło, opierając łokcie o blat i ukrył twarz w dłoniach, ale nie przestał mówić, po prostu teraz nie chciał, żeby patrzyli na niego, gdy mówił. - Powiedział też, że nie pożegnał się ze mną, bo wiedział, że nie pozwolę mu odejść, że będę próbował go zatrzymać. - znów pociągnął nosem, po czym sięgnął po butelkę wina; dolewając sobie tym razem napełnił też inne kieliszki, a przynajmniej te, w których brakowało chociaż trochę czerwonego płynu. - I że chce, żebym go zapamiętał takim, jaki był, a nie jaki jest teraz. Żebym pamiętał swoją studniówkę, nasze napady, wspólne planowanie... i to, jakim był draniem. Ale nie chciał, żebym pamiętał, jak upadał.
Mówiło mu się coraz trudniej, bo miał coraz większą ochotę się po prostu rozryczeć; głos mu drżał, obraz przed oczami rozmywał mu się od gromadzących się w oczu łez i czuł, że ciało zaczyna mu nieprzyjemnie drżeć. Słuchał jednak Sergio i nie uciekał, mimo że miał wielką ochotę. Ucieczka od problemów była czymś dla niego typowym, niekoniecznie do innego pomieszczenia, ale w alkohol, w narkotyki, w ostry seks, w wulgaryzmy, w sarkazm... uciekał w różne rzeczy, żeby tylko nie pokazać, że jest tylko człowiekiem, którego można zranić i który ma uczucia. Czyli, kurwa mać, robił dosłownie to samo, co Santiago. Ta świadomość uderzyła go w środek głowy niczym obuch, wytłaczając mu powietrze z płuc z cichym, żałosnym szlochem. Znów ukrył twarz w dłoniach i pozwolił, by jego ciałem wstrząsnął dreszcz, zanim wreszcie znów podniósł głowę i spojrzał na Sergio, jego dłoń na ramieniu Sala i na starszego z braci, który z kolei przyglądał mu się cały czas, od dłuższego czasu już z zatroskaną miną, zamiast wymalowanej na twarzy złości.
- Wiem, że mu na mnie zależy - wykrztusił w końcu z trudem, wciąż łamiącym się głosem. - I wiem też, że nie mogę oczekiwać, że się nagle zmieni; w sumie nie powinienem tego oczekiwać w ogóle chociażby dlatego, że widzę, że to we mnie jest problem, a nie w nim. - pokręcił głową ze smutkiem. - Ale ja nie chcę, żeby on się zmieniał. Przecież go kocham, no; zakochałem się w takim Santiago i takiego Santiago znam, takiego kocham i z takim chcę być. - znów spojrzał smętnie w kierunku tarasu. Tak bardzo potrzebował się teraz przytulić do tego skończonego dupka, że nie macie pojęcia. - I nie, nie mówiłem mu o tym, bo sam do tego dotarłem dwie minuty temu. - parsknął krótko. - Powiem mu, jeśli jeszcze kiedyś będzie chciał ze mną rozmawiać.
Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez