52 y/o
Indulge in local cuisine
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Santiago spojrzał krótko na Alvaro, kiedy ten odezwał się w jego obronie. Trochę mu ulżyło, gdy usłyszał, ze Salvatierra nie czuje się przez niego układany na własną modłę, że nie czuje tego wszystkiego, co zarzucał mu Salazar; bo Kocur rzeczywiście nie chciał robić tego wszystkiego, co najwyraźniej widział w nim brat. tym niemniej, nie chciał już więcej nic mówić, nie miał zamiaru tłumaczyć bratu całego związku i swojej relacji z Alvaro - tym bardziej, że jeśli Sal widział w niej takie rzeczy, które właśnie wykrzyczał, to może i miał w tym jakąś rację, a Tiago po prostu nie zdawał sobie sprawy z tego, co robił...? Może rzeczywiście był aż takim skurwysynem - większym, niż kiedykolwiek zamierzał, bo choć dużo krzywdy zrobił ludziom świadomie i z premedytacją, to Alvaro czy rodzeństwa nigdy nie zamierzał krzywdzić. Nigdy, poza tym jednym razem, kiedy "zginął" - ale tu uważał, że ból po jego "śmierci" będzie lepszy, niż długotrwałe oglądanie go umierającego. I tylko tyle. Innej krzywdy nie zrobił im świadomie, ale być może faktycznie był aż tak zły i zepsuty, jak Sal mu zarzucał. Nie próbował wiec się bronić, bo nie widział sensu. Poza tym nie chciał uskuteczniać tu znowu awantury, bo naprawdę nie po to się chyba spotkali, żeby na siebie wrzeszczeć, jeszcze w dodatku przy dziecku.
Kiedy mały zaczął wyciągać do niego łapki, Santiago uśmiechnął się do niego smutno i również wyciągnął do niego ręce. Obawiał się sam wziąć go sobie na kolana, bo nie ufał swoim mięśniom i temu, że nie upuści małego podczas tej czynności, więc zawsze kiedy chciał potrzymać małego, prosił Alvaro żeby sam posadził synka na jego kolanach. Tak też stało się teraz: Santiago gestem poprosił o posadzenie mu małego na kolanach, a kiedy Palermo mu go podał, Kocur jedną ręką objął chłopca, asekurując go, żeby nie spadł, a drugą podał mu palec do złapania. Widok synka, jego wesołej twarzyczki i miłości w jego oczach zawsze uspokajał de la Sernę. Teraz też Kocur skupił się na małym, potrząsając lekko dłonią, za którą chłopiec go trzymał - i dzięki temu nie rozryczał się przy tym cholernym stole. Nie miał ochoty już w ogóle mówić nic więcej, więc teraz się nie odzywał. Mimo to wciąż czuł się jak ostatnia szmata, która tylko śmierdzi w kącie i wszystkim przeszkadza, której trzeba się wreszcie pozbyć.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
55 y/o
For good luck!
178 cm
emerytowany sportowiec, czasem złodziej, aktualnie głównie pisarz na home office
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne
typ narracji3 os. l.p.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szczerze mówiąc Salazar nie miał pojęcia co go ugryzło, bo nie robił tego z premedytacją. To nie było tak, że postanowił sobie teraz psuć wieczór już doszczętnie i że za punkt honoru wziął sobie jak najmocniejsze wbicie noża w serce swojego brata. Prawdopodobnie gdyby się zastanowił dłużej nad swoim obecnym postępowaniem doszedłby do wniosku, że wciąż ma do niego pretensje o to, że udawał trupa przez prawie dwa lata. To było w sumie ciekawe, bo w pewnym sensie naprawdę rozumiał jego zachowanie, rozumiał to, że nie chciał, by rodzina oglądała go umierającego, w rozmowie z Santiago nawet powiedział w pewnym momencie, że prawdopodobnie sam zachowałby się podobnie, ale... cóż, najwyraźniej rozumienie sytuacji i potrafienie wczuć się w nią to jedno, natomiast pozbycie się żalu to zupełnie inna kwestia, znacznie trudniejsza i wymagająca więcej pracy. Żal nie chciał zniknąć od razu; Sal pewnie potrzebował po prostu więcej czasu, żeby to w zupełności wymazać i pogodzić się z bólem, który musiał przejść po śmierci brata, która tak naprawdę nie była jego śmiercią.
Gdy Alvaro się odezwał Sal siedział lekko pochylony do przodu, jego noga wciąż podskakiwała, a zęby co chwilę zaczepiały o kciuka; wyglądał trochę tak, jakby obgryzał skórki, ale w rzeczywistości po prostu potrzebował tego gryzienia, żeby się uspokoić.
Milczał jakiś czas, zaskoczony spokojem Palermo; spodziewał się chyba kolejnej kłótni, a Alvaro był zadziwiająco spokojny i opanowany, mówił rzeczowo i zachowywał się, jakby po prostu został zraniony, ale jednocześnie jakby wcale nie miał zamiaru robić z tego awantury, tylko chciał przegadać to, co zostało powiedziane.
Tym razem to Sal poczuł się ostatnim sukinsynem. Na chwilę ukrył twarz w dłoniach, biorąc głębsze, wolniejsze oddechy, po czym znów spojrzał na Alvaro i na swojego brata, teraz siedzącego z małym brzdącem na kolanach. Ten widok sprawił, że poczuł ukłucie w sercu; uwielbiał być ojcem, tęsknił za posiadaniem małego dziecka w domu i to, że widział teraz Alvaro i Santiago z małym Tiago sprawiało, poczuł się jeszcze gorzej, niż przed chwilą. Ostatecznie zebrał się w sobie, pociągnął nosem i powiódł spojrzeniem od jednego do drugiego.
- Przepraszam za swoje zachowanie - odezwał się cicho. - Nie powinienem tego mówić, nie powinienem wyciągać wniosków na temat waszego związku, bo faktycznie nic o nim nie wiem. Przepraszam, że zasugerowałem, że jesteś potworem, wcale tak o tobie nie myślę, Santiago. - przez chwilę milczał, patrząc na brata z bólem i ewidentnymi wyrzutami sumienia w oczach. - Przepraszam też ciebie, Alvaro, że dorabiam sobie teorie do tego, jak mój brat cię traktuje. Nie wiem dlaczego to powiedziałem, bo naprawdę nie uważam, że jest złym człowiekiem. - otarł nos wierzchem dłoni. - Przepraszam was obu, naprawdę. I ciebie - spojrzał na Sergio, wyglądając teraz, jakby miał ochotę zapaść się pod ziemię. - że musiałeś tego słuchać i musisz się teraz za mnie wstydzić.

Sergio Martinez Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
56 y/o
For good luck!
183 cm
emerytowany pływak, obecnie psycholog Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
-
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion//ono/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sergio już raz usadzał swojego męża, kiedy ten naskoczył na Alvaro, więc nie zrobił tego po raz drugi uznając, że jeśli będzie to robił zbyt często, to Sal jeszcze gotów pomyśleć, że też jest układany na modłę tego, jak sobie jego mąż go wyobraża; że Sergio zabrania mu wyrażać swoje zdanie. To nie było tak - Martinez jedynie chciał, żeby wreszcie zapanował spokój, żeby mogli w spokoju zjeść, napić się i porozmawiać jak ludzie. Najwyraźniej jednak ta rodzina była tak pokrzywiona emocjonalnie, że przynajmniej chwilowo było to niemożliwe - najpierw musieli na siebie pokrzyczeć, powyrzucać sobie różne rzeczy, żeby ewentualnie może później przejść do normalnego zachowania. Siedział więc i nie odzywał się przez ten czas uznając, że może jednak lepiej nie będzie się więcej wtrącał, bo ktoś w końcu wkurzy się i na niego, że tyle gada i że próbuje ich poukładać. Spojrzał ze współczuciem na Santiago, który teraz wyglądał jak siedem nieszczęść, jak człowiek, który czuje się pokonany i pobity. Podobało mu się natomiast to, co potem powiedział Alvaro. Sergio popatrzył na niego z uznaniem, ciesząc się, że chłopak nie odwrzaskuje, nie ciągnie awantury, tylko usadza jego męża. Znał Sala i wiedział, że ten odpala się szybciej, niż ktokolwiek zdąży zauważyć i że czasem on sam nie rozumie swoich wybuchów; sam nie bardzo wiedział, co może na to poradzić. Nie mógł być jego terapeutą, bo byli za blisko. Co prawda czasami próbował rozmawiać z Salazarem na ten temat, próbował podać mu jakieś mechanizmy, którymi może powstrzymać takie wybuchy do czasu, aż się nad nimi zastanowi, aż zrozumie, z czego wynikają i ewentualnie z nic zrezygnuje. Póki co jednak zdaje się, że to nie działało.
Kiedy Sal przeprosił i zdawało się, że naprawdę żałuje swojego wybuchu, Sergio westchnął ciężko i napił się wina. Ponieważ opróżnił swój kieliszek, tym razem to on polał wszystkim i rozejrzał się po swojej pokręconej rodzinie.
- Słuchajcie, widzę, że jest między wami dużo napięć - odezwał się ostrożnie - We mnie też, przyznaję, bo przecież też należę do tej rodziny. Należę, prawda? - znów spojrzał na każdego pytająco, szukając potwierdzenia, że nie traktują go jak kogoś obcego mimo że on się tak czuł: jakby był kimś z zewnątrz, kimś, kto jest tu na doczepkę. Nie był pewien, jak bardzo jest rodziną dla Salvatierry i de la Serny - Tak czy inaczej jest tu kilka wyjść: albo będziemy w tym tkwić i wreszcie się pozabijamy, albo spróbujemy to jakoś rozwiązać. Możemy pójść razem na jakąś terapię... ale Santiago już powiedział, że do żadnego psychologa nie pójdzie. Trzecie wyjście jest więc takie, że zrobimy sobie coś w rodzaju sesji. Może to być choćby i teraz, skoro już jesteśmy w tak trudnych tematach i najwyraźniej nie możemy z nich wyjść. Możemy teraz się umówić, że się wygadamy. Wszyscy - spojrzał znacząco na Santiago, wbijając w niego ostre, stanowcze spojrzenie swoich ciemnych oczu - Tylko z kilkoma warunkami: nikt nikomu nie przerywa. Nikt na nikogo nie krzyczy. Każdy mówi wyłącznie o sobie i swoich uczuciach i emocjach. Jeśli wspomina o kimś innym, to wyłącznie opisując sytuację po to, żeby zaraz opowiedzieć o tym, co w związku z nią czuje, bez żadnych oskarżeń, bez obrzucania się winą i inwektywami. Jasne?
Napił się znowu, parząc na małego Tiago na kolanach Santiago, który teraz patrzył na chłopca, wyraźnie uciekając przed spojrzeniami reszty. Sergio zauważył, że mężczyzna nie wziął dziecka na swoje kolana sam, tylko Alvaro musiał mu go podać i zastanowił się, czy to wynikało właśnie z jego choroby. Czy nie ufał sobie, czuł, że jest za słaby, żeby unieść chłopca? Jeśli tak, to musiało być z nim gorzej, niż wyglądał przy tym stole. Ale Sergio zwrócił też uwagę wcześniej na to, że poruszał się stosunkowo powoli, nie jak wcześniej: szybko, stanowczo, zamaszystymi ruchami. Kiedyś też z pewnością zacząłby się drzeć na Salazara, a teraz wyraźnie się od tego powstrzymywał. Sergio nie podejrzewał go o nagłą dojrzałość do tego, żeby nie wszczynać awantur, raczej podejrzewał, że to również mogło mieć związek z jego chorobą i osłabieniem.
- To jak robimy? Olewamy temat i udajemy, że nic się nie dzieje, próbujemy przejść nad tym do porządku dziennego i ewentualnie okazjonalnie drzemy na siebie ryje; czy próbujemy wyrzucić z siebie, co nam leży na sercu co być może choć trochę oczyści atmosferę między nami?

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
40 y/o
CHRISTMASSY
173 cm
Inżynier energetyki / dawniej złodziej Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimieszane
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Alvaro nie do końca wiedział dlaczego udało mu się zachować spokój, ale zakładał, że mogło być to spowodowane tym, że chwilę wcześniej udało mu się uspokoić emocje dzięki rozmowie z Sergio. Naprawdę mu to pomogło, naprawdę czuł się lżejszy i chyba właśnie to sprawiło, że nie wybuchł, gdy Salazar urządził sobie z Santiago tarczę do gry w darta. W innych okolicznościach najprawdopodobniej nie byłby tak spokojny i prawdopodobnie wdałby się z Salazarem w pyskówkę, a to raczej nie doprowadziłoby do niczego dobrego.
Posadził małego na kolanach Santiago, gdy ten wyraził taką chęć - wiedział, że de la Serna nie chciał podnosić go samodzielnie, bo bał się, że zrobi mu krzywdę, że niechcący go upuści chociażby, więc zawsze gdy chciał wziąć go kolana (albo gdy to mały dopominał się wzięcia na kolana, jak teraz) Alvaro pomagał, sadzał młodego na kolanach swojego partnera i jeśli było trzeba, to również miał oko na to, żeby nie wydarzyło się nic złego. Zauważył jednak, że Santiago jest w stanie asekurować małego Tiago, że nauczył się jak ochraniać go przed ewentualnym zsunięciem się z kolan i że w ogóle miał naprawdę dobre podejście do dzieci, co jakoś samo w sobie napełniało jego serce ciepłem i miłością. Kiedyś usłyszał, że nie było nic bardziej seksownego, niż facet, który ma dobry kontakt z dzieckiem i który potrafi się nim zająć i chyba był skłonny przychylić się do tego zdania. A jeśli nie był to najseksowniejszy widok, to na pewno jeden z bardziej rozczulających, jakie Palermo kiedykolwiek oglądał.
Teraz obserwował Santiago i młodego, słuchając jednak tego, co mówił Salazar - nawet zerknął na niego w pewnym momencie, żeby ten wiedział, że Palermo go słyszy i że nie ignoruje tego, co ten mówił. Brzdąc z kolei złapał palec Kocura całą swoją rączką, a gdy ten potrząsnął dłonią Tiago roześmiał się radośnie, zapiszczał i chwilę później jakby nigdy nic wpakował sobie palec ojca do buzi. Palermo parsknął krótkim śmiechem, widząc to, po czym pochylił się, żeby pocałować malca w czubek głowy, a potem, korzystając z okazji, że był tak blisko, oparł głowę o ramię Santiago, przymykając oczy.
- Przyjmuję - mruknął tylko w odpowiedzi do Salazara, po czym siedział tak przez chwilę, z czołem opartym o ramię Santiago, przynajmniej dopóki nie usłyszał propozycji Sergio. Wtedy odsunął się od przyjaciela, w sumie i tak nie będąc pewnym, czy ten życzył sobie jego bliskości, usiadł znów z tą nutą swojej argentyńskiej nonszalancji graniczącej z hiperpewnością siebie, po czym sięgnął po napełniony przez szwagra kieliszek.
- Nie wiem, jeśli chcecie, to możemy spróbować "sesji", tylko nie bardzo wiem o czym mielibyśmy... mówić. - wzruszył ramionami i napił się wina, znów spoglądając na syna i na swojego partnera. Chłopczyk wciąż pałał upodobaniem do palca Santiago, który sobie radośnie ciumał, co jakiś czas powtarzając "da-da". Wiercił się też trochę, ale chyba nie na tyle, żeby Kocur miał problem z utrzymaniem go.

Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
52 y/o
Indulge in local cuisine
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Santiago nie spojrzał na Salazara, kiedy ten przepraszał - nie był w stanie, obawiał się, że jeśli to zrobi, to jednak nie wytrzyma i zacznie się drzeć, a jednak nie byłoby to wskazane, zwłaszcza z małym na kolanach. Uśmiechnął się, rozbawiony tym, że młody wpakował sobie jego palec do buzi. Cofnął go zaraz, nie chcąc, żeby do paszczy małego dostały się jakieś bakterie, które Tiago mógł mieć na rękach po prostu dlatego, że one były wszędzie. Cały czas patrzył tylko na małego, ale nie cofnął się, kiedy Alvaro położył głowę na jego ramieniu. Nie wykonał w jego stronę żadnego gestu, choć już chyba nie był na niego zły. Teraz był raczej rozżalony i miał poczucie winy wobec wszystkich. To, że Salazar powiedział, że przeprasza za sugerowanie, że jest potworem i że wcale nie ma tego na myśli, nie poprawiło mu nastroju, bo on sam siebie za takiego uważał, a kiedy jeszcze to usłyszał od brata, to go złamało. Wciąż był bliski płaczu i tylko skupienie się na synku jeszcze powstrzymywało go od tego, żeby się rozryczeć albo rzeczywiście wstać od stołu i zrobić sobie krzywdę.
Słysząc propozycję Sergio, spojrzał na niego krótko, zastanowił się nad tym, co mężczyzna powiedział, a po chwili wzruszył ramionami i wykonał ręką gest mówiący mniej więcej "róbcie, co chcecie, dostosuję się". Tak, dotarło do niego, że jeśli reszta zdecyduje, że prywatna terapia w tym momencie będzie dobrym pomysłem, to on również ma wziąć w tym udział i również ma mówić, co czuje. Trochę się tego bał, ale z drugiej strony chyba rzeczywiście nie było innego wyjścia, niż omówić to, co ich bolało, bo inaczej co raz, to któryś będzie się na kogoś wydzierał, obrzucając go błotem, a później kulił się i przepraszał. Może więc to nie był taki zły pomysł, mimo, że Santiago nie miał ochoty mówić o swoich emocjach i nie bardzo wiedział, jak miałby to zrobić.
Rozejrzał się po stole, szukając czegoś, czym mógłby zająć młodego, ale nie znalazł nic takiego, co mógłby mu dać do rączki, więc zaczął się rozglądać po pokoju.
- Mógłbyś przynieść jakąś jego maskotkę? - zapytał Alvaro bardzo cicho, ochrypłym, zrezygnowanym głosem - Albo wziąć go na chwilę do siebie, to ja coś przyniosę.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
55 y/o
For good luck!
178 cm
emerytowany sportowiec, czasem złodziej, aktualnie głównie pisarz na home office
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne
typ narracji3 os. l.p.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy Sal usłyszał propozycję swojego męża odnośnie terapii rodzinnej minimalnie się spiął, ale głównie dlatego, że spodziewał się, że ani jego brat ani Alvaro nie będą przesadnie skłonni do tego przedsięwzięcia. Zresztą, on sam też nie bardzo wiedział jak coś takiego miałoby wyglądać, mimo że był wcześniej na terapii i teoretycznie - i praktycznie - w niej uczestniczył, więc wiedział jak wygląda terapia; nie był jednak na terapii ze swoją rodziną, mocno zwichrowaną i pokręconą, co do tego Sergio miał jak najbardziej rację. Nie był więc pewien czy to w ogóle ma sens i czy przypadkiem nie pozabijają się w trakcje sesji, ale miał jednak nadzieję, że nie.
Ku jego zdziwieniu - Alvaro się zgodził, a Santiago wykonał taki ruch, jakby chciał powiedzieć, że w sumie to wszystko mu jedno i zrobi to, co mu każą. Przyjrzał im się, autentycznie zaskoczony, po czym znów sięgnął po kieliszek i napił się trochę wina.
- No dobrze, skoro wy się zgadzacie, to ja też nie mam wyjścia - mruknął cicho, wpatrując się we wzburzoną taflę wina w swoim kieliszku. Zaraz potem jednak dotarło do niego jak zabrzmiało to, co powiedział, więc wyprostował się nieco na krześle i odchrząknął krótko. - To znaczy, nie to, że nie mam wyjścia, po prostu... też się zgadzam, no. Niech będzie.
Po chwili zdjął kardigan, który miał na sobie, bo zrobiło mu się jakoś tak nieprzyjemnie ciepło i odwiesił go na oparcie krzesła, pozostając tylko - jeśli chodzi o górną część garderoby - w białej koszulce. Założył nogę na nogę i popatrzył po kolei na każdego z nich, po czym wlepił wzrok w Sergio, jakby czekając na dalsze instrukcje.

Sergio Martinez Alvaro Salvatierra Santiago de la Serna
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
56 y/o
For good luck!
183 cm
emerytowany pływak, obecnie psycholog Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
-
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion//ono/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po każdej zgodzie Sergio kiwnął głową, zadowolony - i zaskoczony - że wszyscy się na to zgodzili. Rzeczywiście, on również nie spodziewał się, że ci popaprańcy mogą zgodzić się na coś takiego, jak sesja terapeutyczna, żeby poprawić relacje między sobą. Ale już sam fakt, że teraz nikt nie protestował - nawet Santiago, który chwilę wcześniej przecież oświadczył, że nie zamierza iść do psychologa i który nienawidził i nie umiał mówić o swoich emocjach - dawał jakąś nadzieję na rozwiązanie tego wszystkiego, co się tu działo.
- Dobrze - napił się znowu i odchylił na oparcie krzesła, również zakładając nogę na nogę i opierając nóżkę kieliszka o swoje udo - W takim razie skoro sam to zaproponowałem, to może ja zacznę, żeby was zachęcić.
Napił się znowu i zastanowił, co mógłby powiedzieć i jak ubrać to w słowa.
- Bardzo mnie boli to, co się dzisiaj wydarzyło - zaczął - Nie do końca wiem, jak sobie z tym poradzić, bo przykro mi patrzeć na to, jak moja rodzina skacze sobie do gardeł; chciałbym wam jakoś pomóc i mam nadzieję, że to, co teraz robimy, rzeczywiście pomoże wam w rozwiązaniu problemów, które - chciał, nie chciał - dotyczą również mnie, skoro tu jestem, skoro jestem mężem waszego brata i szwagra. To, co się teraz działo, wywołało we mnie bardzo silne emocje, które jeszcze nie do końca wiem, jak nazwać, ale... chyba było tam trochę złości w momentach, kiedy któryś z was zaczynał krzyczeć na drugiego. Był tam też strach, kiedy nie wiedziałem, co się stało i dlaczego Alvaro się wkurzył. Przede wszystkim jednak czułem napięcie, bo nie wiem, co się jeszcze wydarzy, do czego to doprowadzi. Boję się, że do czegoś złego, a tego bardzo bym nie chciał. Przychodząc tutaj liczyłem jednak na przyjemny wieczór, choć przyznaję, że obawiałem się go trochę, bo nie byłem pewien nawet tego, jak sam się zachowam, wciąż czując złość na Santiago o te niemal dwa lata. Zbierałem załamanego Salazara z podłogi, pomagałem mu stanąć na nogi po nagłej i tragicznej śmierci brata, która okazała się nie być prawdziwa, a to wywołało we mnie wściekłość, bo Sal mocno to przezywał, a skoro on to przezywał, to ja razem z nim I okazało się, że to było bez sensu... Tym niemniej rozumiem powody i po jakimś czasie je przyswoiłem, więc ta początkowa wściekłość zmalała i prawdopodobnie ostatecznie zniknie, bo... Bo naprawdę rozumiem powody.
Spojrzał na Santiago, który wciąż patrzył na małego, ale było o nim widać, że słucha tego, co mówił Sergio. Siedział cały napięty, prawie nie oddychając, ale bawiąc się z małym. Po jego minie i przygryzaniu wargi jednak można było wywnioskować, że przyjmuje te wszystkie słowa i analizuje je.
- Chciałbym, żeby takie kłótnie, jak dzisiejsza, już się nie zdarzały. Chciałbym, żebyśmy rozwiązali nasze problemy, żeby żaden z nas w przyszłości nie przeżywał tego, co teraz, bo to było naprawdę ciężkie doświadczenie dla mnie i naprawdę boję się o to, co może się między wami stać przez tę kłótnię. Wierzę, że się kochacie i nie chcecie zrobić nic, czego później nie będzie się dało odwrócić.
Uśmiechnął się lekko na znak, że skończył i znów się napił.

Alvaro Salvatierra Santiago de la Serna Salazar Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
40 y/o
CHRISTMASSY
173 cm
Inżynier energetyki / dawniej złodziej Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimieszane
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Ulżyło mu, gdy Santiago może nie tyle zgodził się ochoczo na sesję rodzinną, co gestem zasugerował, że w tym momencie jest mu wszystko jedno i że nie będzie protestował. On sam nadal nie wiedział jak miałoby to wyglądać, bo w sumie nie miał żadnego doświadczenia z terapią, czy to indywidualną, czy grupową, ale chciał, żeby takie sytuacje jak ta nie zdarzały się już w ich życiu - a jeśli miały się zdarzać, to rzadko, ewentualnie raz na dekady, a nie raz w tygodniu.
- Sí, claro - skinął głową, gdy Santiago poprosił o jakąś zabawkę małego i odszedł na chwilę od stołu. Wrócił chwilę później z kolorowym gryzakiem, który teoretycznie był w kształcie kółeczka, ale miał różne wypustki i wgłębienia, co sprawiało, że dla malucha faktycznie był interesującą zabawką na dłuższą chwilę. Nie usiadł jednak od razu, spojrzał za to na zgromadzonych, po czym zaproponował:
- Raczej już nie będziemy chwilowo nic jeść, prawda? - odchrząknął krótko. - Jeśli nikt nie protestuje, to proponuję się przenieść w nieco wygodniejsze miejsce, hm? - wskazał gestem kawałek dalej, w pewnej odległości od stołu, gdzie znajdowała się kanapa, fotele i stolik kawowy, który będą mogli użyć, by trzymać na nim wino. Wydawało mu się to lepszym rozwiązaniem, niż siedzenie wciąż przy stole; samo to wydawało mu się z kolei jakieś takie bardzo oficjalne, a chciał uciec od tej oficjalności, bo jakby nie było byli rodziną, pokręconą, ale jednak rodziną. Samo to, że mają teraz rozmawiać na temat uczuć było tak abstrakcyjne, że nie chciał tego jeszcze bardziej utrudniać.
Jako że nikt nie zaprotestował to Palermo zaprosił gości gestem na kanapę (albo fotele, jak kto wolał), a sam przejął na chwilę małego od Santiago, żeby ten mógł podnieść się z krzesła i zmienić miejsce. Gdy tylko wziął Tiago na ręce ten zaczął płakać i wyciągać rączki w stronę Santiago, znów uruchamiając to swoje "da-da-da!".
- No już, już, zaraz będzie tata - Alvaro wywrócił oczami i przytulił chłopca do siebie, po czym - gdy Santiago już zajął miejsce w fotelu - podszedł do niego i posadził mu synka na kolanach. - Już, zadowolony? - zapytał jeszcze chłopca, ale ten już nie zwracał na niego większej uwagi, bo był na kolanach u swojego "da-da", miał gryzak i był przeszczęśliwy.
Palermo uśmiechnął się pod nosem i bez zbędnego zastanawiania się nad tym, gdzie powinien usiąść, przysiadł przy fotelu, na podłodze, po turecku. Zapewne psycholog mógłby wiele powiedzieć na temat tego, gdzie usiadł i że było to akurat "w nogach" Santiago, ale nie myślał o tym przesadnie; po prostu chciał tam usiąść i tyle.
- Przykro mi, że mój wybuch wywołał w tobie silne emocje, nie chciałem tego. - odezwał się po chwili, wcześniej trawiąc to, co usłyszał z ust szwagra. Niełatwo się tego wszystkiego słuchało i czuł, że powinien powiedzieć coś więcej, że powinien powiedzieć o swoich uczuciach, o emocjach, które odczuwał i dlaczego zachował się tak, a nie inaczej, ale nie bardzo potrafił. - Nie bardzo wiem, co... i jak powiedzieć. - przyznał wreszcie po chwili ciszy, patrząc na swoje kolana, na których leżały teraz jego zaciśnięte w pięści dłonie. Drżały lekko, co było zauważalne, jeśli spojrzało się na niego dłużej, niż sekundę. - Żałuję, że zachowałem się w ten sposób, ale nie umiem cofnąć czasu. Nie umiem też panować nad swoimi emocjami i boli mnie to, drażni mnie i nienawidzę siebie za to, że krzywdzę tych, których kocham, swoimi wybuchami. Nie chciałem skrzywdzić ani ciebie, Sergio, ani nikogo innego. - pociągnął krótko nosem, po czym sięgnął po kieliszek; swoją drogą kieliszki na stolik przyniósł chyba Salazar. - Chciałbym... być dobrym przyjacielem, ale mam wrażenie, że nigdy nie umiałem być taki, jak powinienem, chociaż zawsze się starałem. Nadal się staram, ale nie... nie do końca panuję nad swoim strachem i tym, co on czasem powoduje. Nad złością, nad krzykiem, nad sarkazmem. I czasem zastanawiam się czy chodzi o to, że nie umiem być z kimś... - zawahał się chwilę. - w takiej relacji, czy po prostu w ogóle kontakty z ludźmi są dla mnie sporą trudnością. - westchnął cicho i zamoczył usta w alkoholu, uznając, że póki co chyba skończył; nie bardzo wiedział co powinien mówić, miał też wrażenie, że cokolwiek by nie powiedział, to może zostać źle odebrane i że może tym spowodować, że któryś z nich poczuje się skrzywdzony, a tego naprawdę nie chciał.

Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
56 y/o
For good luck!
183 cm
emerytowany pływak, obecnie psycholog Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
-
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion//ono/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sergio zgodził się, żeby przejść do salonu - swoją drogą też o tym myślał wcześniej, kiedy zaproponował w ogóle tę "terapię", ale jakoś nie miał chyba odwagi jeszcze dodatkowo kazać im wszystkim wstawać i przenosić się w inne miejsce. Swoją drogą oczywiście, że nie była to rzeczywiście terapia, bo tę powinien prowadzić ktoś nie zaangażowany w całą sytuację i przede wszystkim nie związany z resztą; ale chyba z braku lepszego określenia można było tę rozmowę właśnie tak nazwać.
Zajął miejsce na kanapie, zakładając znów nogę na nogę. Skoro Salazar zabrał kieliszki, on przeniósł swój i butelkę z winem. Kiedy na nią spojrzał, zrobiło mu się znów przykro, bo pomyślał o tym, że kupili ją z myślą o sympatycznym spędzeniu wieczoru, o serdecznym pojednaniu. Chyba żaden z nich nie miał pewności, że tak to się faktycznie potoczy i że nie skoczą sobie do gardeł, bo wszyscy byli krewcy i każdy miał jakieś problemy czy urazy, ale... Sergio nie przypuszczał, że sprawy potoczą się aż tak źle.
Westchnął ciężko i znów się napił podczas, gdy Alvaro mówił. Owszem, zwrócił uwagę na to że mężczyzna usiadł w nogach fotela Santiago, ale nie wyciągał z tego żadnych wniosków - wiedział, że Salvatierra kocha tego gnojka, a teraz w dodatku zapewne czuł się winny całej tej sytuacji, Santiago na nikogo teraz nie zwracał uwagi, wyglądając, jakby był mocno przybity, więc właściwie w tej pozycji Alvaro nie było nic dziwnego.
- Czego się boisz, Alvaro? - zapytał, skoro nikt inny się nie odzywał - I proszę, nie mów, że siebie nienawidzisz. Nie myśl w ten sposób o sobie. Jesteś dobrym facetem, który po prostu nie zawsze panuje nad emocjami. Ja cię lubię, myślę, że Salazar też? - spojrzał pytająco na męża - Santiago cię kocha - spojrzał teraz na de la Sernę, wpatrzonego z uśmiechem w Tiago na swoich kolanach. Santiago wydawał się być całkowicie pochłonięty zajmowaniem się małym, choć prawdę mówiąc nic z nim nie robił, poza okazjonalnym zaczepianiem go, trykając palcem w nosek, na co dziecko reagowało śmiechem, gryząc swoja zabawkę. Sergio jednak miał nadzieję, że Kocur słucha tego, co się działo. Jeśli to by była normalna terapia, a on byłby jej prowadzącym, zwróciłby facetowi uwagę, żeby może jednak się zaangażował chociażby w słuchanie, a nie zajmował czymś innym, ale to nie była normalna terapia, a Sergio czuł, że mógłby oberwać za takie zwrócenie uwagi. Kocur chyba jednak poczuł spojrzenie Martineza na sobie, bo wreszcie podniósł wzrok i spojrzał w oczy Sergio. Kiwnął głową w odpowiedzi na jego pytanie o miłość do Alvaro i westchnął ciężko, odchylając się na oparcie fotela, teraz już nie zwracając spojrzenia z powrotem na małego, tylko asekurując go, żeby przypadkiem nie zsunął mu się z kolan, wiercąc się z zabawką.
- Jeśli zastanawiasz się, czy chodzi o to, że nie umiesz być w takiej relacji, jaką macie z Santiago - Sergio zwrócił się znów do Alvaro - to myślę, że dobrą drogą będzie odpowiedzenie sobie na pytanie, czy przy innych też się tak denerwujesz. Jeśli tak, to znaczy, że nie chodzi o tę relację. Jeśli nie, to - co się takiego dzieje w tej relacji, że czujesz to, co czujesz, a co pcha cię do takich zachowań. No i - myślę, że jesteś dobrym przyjacielem, twoje wady nie czynią cię złym przyjacielem czy złym człowiekiem; każdy ma wady, to nieuniknione.
Uśmiechnął się ciepło do Alvaro, chcąc mu tym samym pokazać, że nie ma do niego pretensji. Tak naprawdę nie miał ich do nikogo, o rozumiał, z czego wynikła ta cała sytuacja: po prostu mieli zbyt dużo za uszami, zbyt wiele emocji w nich buzowało, wiele też było ewidentnie tłumionych, dlatego Sergio zarządził wylewanie ich tu i teraz, żeby ci teoretycznie dorośli ludzie mogli dojść ze sobą do porozumienia.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
40 y/o
CHRISTMASSY
173 cm
Inżynier energetyki / dawniej złodziej Avalon Global Industries
Awatar użytkownika
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimieszane
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Salazar najwyraźniej uznał, że nie będzie się chwilowo wtrącał, bo po przeniesieniu kieliszków usiadł w milczeniu na kanapie, tuż obok męża; Alvaro przyjrzał się im z czymś, co można by było odebrać jako zazdrość i może faktycznie po części nią było, ale bardziej chyba oscylowało gdzieś w okolicy smutku.
Było mu źle z tym, że jest ignorowany (przez Santiago, przez innych nie czuł się ignorowany), ale czuł, że sobie na to zasłużył, więc nic na ten temat nie mówił. Cierpiał, krajało mu się serce i był gotów zrobić cokolwiek, byle tyle Santiago znów na niego spojrzał, ale powtarzał sobie, że zasłużył sobie na to, by go teraz ignorować. Gdyby zachowywał się normalnie i gdyby był dobrym partnerem, to jego facet nie czułby się źle z patrzeniem na niego; swoją drogą miał ochotę to właśnie odpowiedzieć Sergio na jego słowa o tym, że jest dobrym facetem, tylko nie panuje nad własnymi emocjami, ale zachował to dla siebie. Czuł, że gdyby powiedział, że nie, wcale nie czuje, że Santiago go kocha, skoro ten nawet nie może na niego spojrzeć i że już samo to sprawia, że wcale nie jest dobrym facetem, ale uznał, że zabrzmi to, jakby robił z siebie ofiarę, a wcale nie chciał robić z siebie ofiary.
- Nie chodziło mi stricte o to, że jest to... relacja z Santiago - wzruszył lekko ramionami. Słowo "związek" w tym momencie jakoś nie przechodziło mu przez gardło, bo przez to wszystko, co się działo, jakoś nie czuł, żeby było to odpowiednie słowo. Uznał jednak, że kwestię tego, co miał na myśli, musi nieco rozwinąć, bo może faktycznie zabrzmiało to tak, jakby miał problem z Tiago konkretnie, a nie o to mu chodziło. - No he tenido muchas... relaciones románticas. Al principio, sentía que no podía estar con nadie más que... Bueno, al principio no quería comprometerme con ninguna relación. - napił się wina, uświadamiając sobie, że nieświadomie przerzucił się na hiszpański, więc gdy tylko oderwał kieliszek od ust odchrząknął krótko i kontynuował, już po angielsku. - A potem byłem już na tyle stary, że nie uważałem, że ma to jakikolwiek sens. Tak naprawdę jedyny związek, jaki miałem, miał miejsce jakoś... no, niecałe dwa lata temu, powiedzmy, że półtorej. - przełknął ślinę. Wzrok miał skupiony na Sergio, bo tak było mu łatwiej mówić; pomijając już fakt, że w ogóle nie było to dla niego łatwe i czuł się tak, jakby rozdrapywał sobie jakieś niedawno zabliźnione rany, które właściwie dopiero co się pozrastały. Swoją drogą, samo to było dla niego typowe, bo od zawsze drapał wszystkie strupki, które tylko robiły mu się na ciele, przez co wszystkie rany, które miał, goiły mu się bardzo długo i zawsze zostawały po nich blizny. - Chodziło mi o to, że chyba po prostu nie umiem w relacje romantyczne, tak ogólnie. Nie o to, że jestem z Santiago. - o ile jeszcze z nim jestem.

Sergio Martinez Salazar Martinez Santiago de la Serna
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”