015.
There was before you
and there was with you
Ciężko jej było wrócić.
Normalność w życiu Abby w ostatnim czasie stała się pojęciem mocno względnym. Z domu wychodziła jedynie do pracy, odwołała wszystkie spotkania ze znajomymi pod pretekstem
grypy, którą złapała na oddziale pediatrii, a do tego przestała używać metra. Czy można było jej się dziwić? Ciężkiej głowy może nie, ale tego, że odmówiła pomocy psychologa w placówce trochę już tak. Typowy hipokryta — innym pomaga, sobie samemu praktycznie nigdy. Bo przecież każdemu z takimi przeżyciami pierwsze co by doradzała, to pomoc specjalisty. A jednak ona wybrała katowanie się we własnych czterech ścianach, pod ciepłym kocem z ogromnym napisem
cuddle buddy, paczką chipsów w ręce i udawanym uśmiechem, który przyklejała na twarz wraz z
wszystko jest git, gdy ktokolwiek pytał.
A jednak — kiedy stanął przed nią sam Archie Miller, z dłońmi zarzuconymi na biodra i niebieskim spojrzeniem, intensywnie w nią wpatrzonym, ciężko było jej udawać
cokolwiek. Znał ją jak nikt inny. Wiedział, kiedy ukrywała emocje. Wiedział to najlepiej, bo podobną jej wersje widział w wieku dwunastu lat, kiedy pożegnała młodszego brata. Ludzie spod metra może i nie byli rodziną, ale też je przecież mieli. Każde z nich miało do kogo wrócić z tamtej podróży, a jednak wraz z głośnymi krzykami, które wciąż odbijały się w jej uszach, ich serca przestały bić pod stertą gruzu. Jej również by przestało, gdyby nie strażak, który odciągnął ją w ostatniej chwili.
Westchnęła głośno na gryzące pod skórą wspomnienia i po raz kolejny podniosła spojrzenie na przyjaciela. Chciała, żeby tu był. Doceniała, że przyszedł tu mimo tego, że sukcesywnie powtarzała mu, aby tego nie robił, a jednak w tym samym czasie czuła, że nie była w stanie dać mu tego samego poziomu
dobrej energii. Chociaż może mogła przynajmniej spróbować?
—
Ale ta kanapa jest zajebiście wygodna — jęknęła, rozciągając się na niej na całej szerokości, przesuwając dłońmi wzdłuż oparcia. —
No zobacz sam, usiądź sobie, Miller — postukała kilkakrotnie w materiał, kompletnie zapominajać, że miała mu wytknąć fakt, iż wcale nie była
m a ł a, tylko on lekko przerośnięty, przy okazji przypominając, że kiedy mieli po jedenaście lat, to ją pierwszą wyciągnęło do góry i przez kilka miesięcy była od niego wyższa! Nie była jednak w stanie tego zrobić, bo w następnej sekundzie została bezczelnie zaatakowana bliżej niezidentyfikowaną torbą.
Nawet nie pytała
co znowu wymyślił. Akurat po nim można było spodziewać się absolutnie
w s z y s t k i e g o. Zacisnęła palce na folii i jednym, pewnym ruchem rozerwała materiał. Ściągnęła brwi, próbując rozplątać koszulkę, a kiedy tylko jej oczom ukazał się obłędnie uroczy, smutne ziemniaczek, zaśmiała się głośno. I szczerze. Chyba pierwszy raz odkąd wróciła.
—
Jesteś niemożliwy — inaczej nie dało się tego skomentować. Dokładnie tak samo, jak nie była w stanie zapanować nad głową, która zaraz pokręciła się na boki z niedowierzaniem wymalowanym na jej twarzy. —
Oczywiście, że łapie! Te koszulki opisują całe moje życie — stwierdziła kompletnie szczerze. Nie miała pojęcia, co dokładnie miał w sobie, ale zawsze kiedy był obok wszystko — ale to wszystko — nabierało kolorów i automatycznie stawało się lepsze. Nawet i teraz, od razu było jej jakoś
lepiej.
Kręgli natomiast za nic się nie spodziewała. Bardziej liczyła na to, że po prostu posiedzi z nią w mieszkaniu, może coś obejrzą? Tylko kogo ona starała się oszukać. Oczywiście, że wymyślił coś kompletnie odstrzelonego i
oczywiście, że już ich zapisał, dobrze wiedząc, że w takim wypadku nie była mu w stanie odmówić. Chociaż z początku walczyła z własną głową. Kłóciła się z nią, podczas gdy oczy uważnie obserwowały, jak podchodzi bliżej i kuca tuż przed nią, jak z ogromnym uśmiechem na ustach opowiada jej o
ziemniaczanych pulpach z Whitby (które swoją drogą brzmiały za-je-bi-ście) i robi wszystko, by mu zaufała. A jednak to już była pewna tendencja, że Archie w starciu z jej własną głową miał zdecydowaną przewagę, chociażby w tym, że ona za nic nie potrafiła mu odmówić, kiedy patrzył na nią swoimi niebieskimi, błyszczącymi tęczówkami. Po prostu nie umiała. Dlatego też po chwili wyciągnęła mały paluszek w górę, ani na moment nie ściągając z niego spojrzenia.
—
Przyznaj się, że zapisałeś nas na turniej dla par, bo dobrze wiedziałeś, że w starciu jeden na jeden po prostu skopałabym ci tyłek — nachyliła się w jego kierunku, chowając twarz za wyciągniętym palcem, który z początku tylko delikatnie muskał ten jego, by już po chwili się wokół niego zawinąć, tym samym przyjmując jego propozycję. —
Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają — dodała już o wiele bardziej stanowczo, robiąc przy tym dziwnie (jak na nią)
groźną minę, pokazując tym samym poziom waleczności, jaki w niej wzbudził. Była w tym zdaniu również pewna dwuznaczność, którą można było podciągnąć pod jej aktualną sytuację, jednak nawet nie chciała kierować swoich myśli w tamtą stronę.
Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają.
Ona również nie miała zamiaru.
Dlatego złożyła
pinky promise, drugą rękę zaciskając mocniej na koszulce z ziemniakiem i ostatni raz spojrzała w niebieskie oczy przyjaciela nim zerwała się z miejsca.
—
Ziemniaczane Pulpy z Whitby NIGDY NIE PRZEGRYWAJĄ!! — krzyknęła, tym razem podskakując kilkakrotnie w miejscu, jakby chciała nie tylko wpoić sobie do głowy ten mocny statement, ale również strzepać z siebie wszelkie wątpliwości. Skakała tak do momentu, aż nie poczuła, że zaczyna łapać ją skurcz w łydce.
—
Okej — westchnęła. —
Daj mi jakieś pięć minut — poprosiła i nawet nie czekając na jego odpowiedź, ruszyła w stronę sypialni. Zaraz potem zaś przebiegła prosto do łazienki, odpalając tryb
turbo w ogarnianiu. Zrzuciła z siebie o wiele za duże dresy i przyodziała jeansowe spodnie wraz z
p i ę k n ą ziemniaczaną koszulką, które leżała idealnie. Włosy spięła, przy okazji ogarniając twarz do poziomu zwanego
znośnym. Tak jak obiecała — po pięciu minutach stała już ponownie w salonie z zupełnie nową energią. Chyba dzięki tej koszulce.
—
Dobra, Archibald — złapała jego jasne spojrzenie. —
Zbieraj się. Czas skopać trochę tyłków — Oznajmiła, tym samym meldując swoją gotowość do wyjścia.
Archie-lifesaver Miller aka fav potato (づ๑•ᴗ•๑)づ
̤̮