-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Martinez zwrócił też uwagę na to zawahanie przed słowem "relacja" - domyślił się, że chłopak chciał powiedzieć "związek", ale chyba nie uznał tego za odpowiednie słowo w tym momencie, czemu zresztą Sergio się wcale nie dziwił, widząc, jak zachowuje się de la Serna. Ale swoją drogą nie dziwił się też Tiago. Martinez zauważył też, że Salvatierra mówił o związku sprzed półtora roku jako o jedynym w swoim życiu, co mogło oznaczać, że tego, co było między nim i Kocurem, nie uważał za związek, przynajmniej w tym momencie.
- Dobrze, rozumiem - powiedział łagodnie, patrząc ciepło na Alvaro - Czyli chodzi ci o to, że czujesz, że nie umiesz się zachowywać tak, żeby utrzymywać relacje, tak? Tylko, że to nieprawda, bo przecież z Santiago jesteście związani od dziesięcioleci. Salazar ani ja też nie zerwaliśmy z tobą kontaktów. To, że czasami wybuchasz nie sprawia, że nie potrafisz w ogóle w relacje; a żeby sobie z tym poradzić, może spróbuj tego: kiedy czujesz, że już wybuchasz, daj sobie zawsze parę sekund. Odetchnij głęboko, bardzo głęboko, może nawet wstrzymaj powietrze, policz do dziesięciu i zastanów się, czy sytuacja, która właśnie wyprowadza cię z równowagi, faktycznie jest taka, jak czujesz w pierwszym momencie. Czy warto wybuchać. Być może da się ją rozwiązać w inny sposób, być może można spokojnie wyjaśnić, jak się poczułeś i dlaczego. Możliwe, że to, co cię rozzłościło, nie jest tym, czym się wydawało - a jeśli nawet jest, to czy rzeczywiście tylko krzykiem lub sarkazmem można to rozwiązać?
Uśmiechnął się do Alvaro, chcąc mu dodać otuchy.
- Dobrze, kto następny? - spojrzał na Santiago, a później na męża, mając nadzieję, że obaj bracia jednak będą skłonni opowiedzieć o tym, co czują w tym momencie i nie zaprą się rękami i nogami.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ja czuję się źle z tym, że słucham tego, o czym mówi Alvaro. Mam poczucie, że powinna to być prywatna rozmowa; że skoro on potrzebuje tego, żeby się wygadać, a rozumiem, że potrzebuje i wcale tego nie neguje, to powinien rozmawiać tylko z tobą, a nie ze mną i z Santiago w tym samym pomieszczeniu. - popatrzył na siedzącego obok niego Sergio. - I ja wiem, że jest coś takiego jak terapia grupowa i w ogóle, ale jakoś... wciąż mam wrażenie, że jestem tu zbędny. - zawahał się chwilę. - Albo nie że zbędny, może to nie jest to słowo, ale... no, wydaje mi się, że moja obecność tutaj co najwyżej może szkodzić Alvaro, a nie mu pomagać. - odchrząknął krótko i poprawił się nieco na kanapie, próbując sobie znaleźć jakąś wygodną i komfortową pozycję. W końcu usiadł w podobny sposób, w jaki siedział Alvaro, z tymże on miał nogę zgiętą i przyciągniętą do swojej piersi, obejmował ją też ramionami.
Sergio Martinez Alvaro Salvatierra Santiago de la Serna
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Jeśli Alvaro chce, to może do mnie zawsze przyjść i porozmawiać - spojrzał na chłopaka, żeby pokazać mu, że mówi poważnie - ale teraz chodziło mi bardziej o to, co czujesz w związku z tym, co było wcześniej, przy stole. O to, dlaczego najpierw nakrzyczałeś na Alvaro, a później na Santiago, co tobą kierowało, co wzbudziło w tobie takie emocje i jakie to były emocje. Chodzi mi o rozwiązanie tej sytuacji, bo jeśli tego nie zrobimy, to widzę, że będzie naprawdę źle. Widzę to chociażby po minie i zachowaniu Santiago, którego też zaraz zapytam, co czuje w związku z tym, co się stało, bo skoro się zgodziliście na to, żeby p tym porozmawiać i nikt nie zaprotestował, to chciałbym, żeby ta decyzja była podtrzymana. I chciałbym, żeby nie mówić o swoich domysłach na temat tego, co może czuć ktoś inny czy co może mu pomóc lub zaszkodzić, tylko o sobie. Krzyczałeś i powiedziałeś wiele bardzo niefajnych rzeczy. Salazar, i chciałbym, żebyś wyjaśnił chłopakom, co tobą kierowało. Sądzę, że jeśli to powiesz, to łatwiej im będzie zrozumieć to, co się stało i poukładać własne emocje z tym związane. No, chyba, że uważasz, że nie mam racji, wtedy możemy próbować przejść nad tym wszystkim do porządku i w rezultacie nikt się nie dowie, o co właściwie poszło, każdy będzie chował jakąś urazę i...
Zaciął się, bo chciał powiedzieć "i wasze relacje mogą się wreszcie rozpaść przez jeden głupi wieczór, który miał być miłym rodzinnym spotkaniem". Nie był jednak pewien, czy powinien to mówić na głos, bo nie był pewien, czy rzeczywiście coś takiego było możliwe. Obawiał się jednak, że tak.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie wiem czy taka odpowiedź wystarczy, ale zdenerwowało mnie ich zachowanie. I wystraszyło, chyba, w pewnym sensie. Najpierw to, że Alvaro był taki ironiczny, podniósł głos, potem zniknął na chwilę, a w końcu wrócił i przeprosił... - wzruszył lekko ramionami. - Nie wiedziałem skąd mu się to wzięło, ale po tym, jak zareagował Santiago zauważyłem, że zabolało go to, a potem, że się wkurwił. - oparł podbródek o kolano zgiętej nogi, przez chwilę milcząc i wciąż bawiąc się kieliszkiem wina. - Nie wiem czy ich nastrój miał na mnie taki wpływ, ale być może, bo gdy tu szliśmy, to nie czułem złości ani się nie bałem, że coś pójdzie nie tak. - nie zauważył, że mówił coraz ciszej, a głos mu teraz nieco drżał. - No dobra, trochę się bałem, czy się nie pozabijamy przy jednym stole, ale to nie tak, że chciałem to projektować na to, co faktycznie się działo. - skrzywił się, gdy powiedział to na głos i gdy dotarło do niego, że być może się mylił i może podświadomie chciał to przełożyć na kolację, nawet jeśli w ogóle nie miał takich intencji.
- Wystraszyłem się, że ta kłótnia to coś poważnego, bo wyglądało na coś poważnego i nadal zresztą tak wygląda. - po chwili wahania podniósł wzrok, najpierw spoglądając na swojego męża, a potem na Alvaro i Santiago. - Nie chciałem, żebyście się rozstali, skoro wreszcie dojrzeliście do tego, żeby ze sobą być. Myśl, że właśnie do tego zmierzacie, do rozstania... sprawiła, że po prostu się wystraszyłem. Bo skoro wasza relacja, wasza przyjaźń, jest czymś, co może się tak łatwo rozpaść, to chyba znaczy, że wszystkie inne też są. Do tej pory myślałem, że nie ma relacji tak trwałej i niesamowitej, jak wasza, poza moją relacją z Sergio, a skoro wy dążyliście do rozstania... to znaczyło to, że nic nie jest już pewne w tym świecie, nie? Nawet ty i ja - przy ostatnich słowach znów przeniósł spojrzenie na ukochanego, przełykając ślinę i wyglądając, jakby mówienie tego sprawiało mu nie tyle trudność, co po prostu ból.
Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra Maple Hearts
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie czułem, że mój związek i ta wieloletnia przyjaźń z Alvaro może się rozpaść - powiedział ochrypłym, drżącym głosem - do momentu, kiedy powiedziałeś mi, co o mnie myślisz. Najpierw rzeczywiście byłem zaskoczony tym wybuchem Alvaro, później się wkurzyłem, bo domyśliłem się, że może chodzić mu o to, że udawałem, że nie trafiło mnie to, że więcej nie wezmę udziału w żadnym napadzie, że próbowałem ukryć te emocje. Nie spodziewałem się tego wybuchu, a kiedy zrozumiałem, o co chodzi, zdenerwowałem się, bo poczułem, jakbym nie miał prawa do swoich emocji i do nie uzewnętrzniania ich, do tego żeby po prostu mieć je dla siebie. Tak, jakbym nie miał prawa do prywatności i od momentu naszej rozmowy, o której Alvaro wspomniał - jakbym miał obowiązek wszystko od razu wyrzucać na zewnątrz, nieważne, przed kim. Wcześniej sądziłem, że chodzi mu o to, żebym otwierał się przed nim, żebym jemu pokazywał, co czuję - ale mówiłem, że nie zdarzy się to natychmiast, że prawdopodobnie nie będzie się zdarzać zawsze. No i... zrozumiałem wtedy, że chodzi mu o to, żebym jemu mówił, co czuję, a nie - że mam nigdy już nie maskować swoich emocji. Dlatego się wkurzyłem. To był moment, kiedy pomyślałem, że jeśli za każdym razem, kiedy nie zechcę mówić o tym, co czuję, będę miał awanturę, to związek nie ma sensu i że wolałbym powrócić do roli przyjaciół, bo wtedy nie było takich sytuacji. Potem jednak usłyszałem to, co on mówił, że chyba chodzi mu o to, że udawałem własną śmierć i pomyślałem, że w takim razie może boi się tego, że skoro wcześniej nic nie zauważył, to co może się kryć za moimi maskami teraz. Dotarło to do mnie i zrozumiałem jego uczucia, moja wściekłość minęła. Poczułem się jak ostatni gnój, poczułem, że nie jestem warty jego uczuć.
Głos mu się załamał, więc przerwał na chwilę i przełknął ślinę. Przymknął oczy, powstrzymując łzy, cisnące mu się do oczu. Odetchnął głębiej kilka razy, zanim znów otworzył teraz ponownie zaczerwienione oczy i kontynuował, poprawiając znów małego na swoich kolanach, bo najwyraźniej chciał gdzieś pełznąć.
- Poczułem, że wszystkim sprawiam tylko problemy; prawdę mówiąc miałem ochotę zrobić sobie krzywdę. To jeszcze nie było postanowienie, że to zrobię, ale poczułem, że tak będzie lepiej dla wszystkich: jeśli zniknę z waszego życia.
Znowu głos mu się załamał, a łzy w jego oczach stały się widoczne. Mały za to koniecznie chciał na podłogę - wyglądał, jakby chciał iść do Salazara, więc Santiago wyprostował nogę i użył jej jako zjeżdżalni dla chłopca, żeby młody mógł pełznąć, gdzie mu się zamarzy. Santiago przetarł twarz dłońmi, pociągnął nosem i oparł łokieć o kolano, teraz siedząc pochylony i przyciskając pięść do ust. Przymknął oczy, zaciskając szczęki i próbując okiełznać emocje. Czuł się teraz, jakby się nad sobą użalał, czuł, że nie ma prawa mówić o tym wszystkim, że zaraz zostanie wyśmiany, że usłyszy zirytowane prychnięcia i komentarze, żeby nie przesadzał i nie robił z siebie ofiary. Sami jednak chcieli posłuchać, tak? A przynajmniej Sergio chciał, a reszta się na to zgodziła.
- Ale stwierdziłem - zaczął znowu, kiedy udało mu się trochę opanować i popatrzył na Alvaro - że wrócę do tego stołu, teraz już mając jaśniejszy obraz sytuacji, że usiądę z wami i skoro Alvaro już się uspokoił i nie był na mnie wściekły, to może uda nam się normalnie porozmawiać we czwórkę, a ja i Alvaro porozmawiamy później na temat tego wybuchu, wyjaśnimy sobie wszystko. Nie chciałem tego mówić przy was, bo nie zwykłem się uzewnętrzniać w ogóle, a już zwłaszcza w tak dużym gronie. Ale byłem spokojniejszy, raczej rozgoryczony na samego siebie i obrzydzony sobą. Ale z nadzieją, że może jednak nie jestem aż takim gównem, jak mi się wydawało jeszcze na tarasie. Przez chwilę nawet chciałem coś powiedzieć, skoro rozmowa wciąż krążyła wokół tamtego tematu, próbowałem dać wam to do zrozumienia, choć zapewne w całkowicie nieprzystępny sposób, taki, że nie dało się zrozumieć, co ja właściwie gadam. Ale później usłyszałem, co myśli o mnie mój brat. To był kolejny wybuch, którego nie rozumiałem, który mnie zaskoczył i za chwilę wkurzył. Miałem wtedy ochotę wrzeszczeć, tylko, że uznałem, że to nie będzie odpowiednia droga, bo jeśli bym to zrobił, Sal zacząłby się drzeć na mnie i tyle by z tego wyszło. Zamiast tego przestałem się odzywać, bo pomyślałem, że nieważne, co powiem, i tak zostanie to przez kogoś odebrane jako coś złego, jako podstawa do ataku. Uznałem, że w takim razie po prostu się zamknę. A potem rzeczywiście zniknę z waszego życia, bo jestem po prostu szmatą. I rozumiem, dlaczego: bo całe życie tak się zachowywałem, więc nic dziwnego, że jestem tak postrzegany, ale czuję, że przeszkadzam wam w życiu, że lepiej wam było beze mnie.
Miał ochotę uciec od nich gdziekolwiek, choćby do łazienki i zamknąć się tam, przynajmniej do momentu, aż się uspokoi. Wykonał nawet ruch, jakby chciał się podnieść i wyjść z pokoju, ale powstrzymał się, uznając, że może lepiej nie, bo to zostanie też odebrane jako coś złego.
Teraz czekał na prychnięcia i stwierdzenia, że ma przestać pierdolić i użalać się nad sobą.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Gdy Santiago znów wspomniał o chęci odebrania sobie życia Palermo obrócił się wreszcie w jego stronę, wciąż siedząc na podłodze w jego nogach. Popatrzył przerażonym, płonącym wzrokiem na twarz przyjaciela, po czym podniósł się na kolana, obrócony już przodem do niego. Klęczał teraz właściwie pomiędzy jego nogami.
- Santiago, no hables de suicidio. Te quiero muchísimo, y no quiero vivir sin ti. No podré hacerlo una segunda vez. - ujął jego twarz łagodnie w dłonie i przyciągnął go do siebie, czoło przyciskając do jego czoła. - Mírame, solo a mí. Te quiero, eres mi mundo. - wyszeptał cicho, patrząc z bliska w jego oczy. - Nigdy nie myślałem o tobie źle. Nigdy nie uważałem cię za potwora czy za inne określenia, których użyłeś. Zawsze byłeś dla mnie dobry, Santi i tylko to się dla mnie liczyło.
Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Być może ty nie dostrzegłeś tego, co dostrzegł Sal - powiedział cicho, jednak na tyle głośno, że brat zapewne usłyszał te wypowiadane łamiącym się głosem słowa. Tiago położył drżącą dłoń na boku szyi Alvaro i przełknął z trudem ślinę - W każdym razie nigdy nie chciałem dla ciebie źle, zawsze chciałem jak najlepiej. Być może w zły sposób się za to zabierałem czasami.
Pociągnął nosem i wyprostował się, biorąc ustami duży haust powietrza, bo czuł, że jeszcze chwila i im się tu rozryczy na całego, a to było niedopuszczalne. Już za dużo pokazał, za dużo powiedział, za bardzo zrobił z siebie ofiarę. Nie miał do tego prawa, tym bardziej jako ten, który im wszystkim jednocześnie najwięcej krwi napsuł. Przetarł znów twarz dłońmi i przeczesał włosy palcami, próbując doprowadzić się do porządku.
- Tak czy inaczej - zaczął głośniej, patrząc teraz ponad głową Alvaro na Salazara i Sergio. Przesunął dłonią po ustach, pociągnął znów nosem i objął jedną ręką ramiona swojego partnera, mając ochotę mocno go do siebie przytulić, wtulić się w niego i zniknąć w jego ramionach, ukryć się w nich przed całym światem. Zamiast tego jednak przybrał minę, jaką zwykle prezentował, kiedy rozmawiał z ludźmi, którymi dowodził przy napadach, choć ton jego wypowiedzi nie był aż tak stanowczy i bezwzględny, jak w tamtych momentach - wyrzuciliśmy z siebie, co nam leżało na sercach. Wyżaliłem się, pokazałem, że ten dupek też czasem coś czuje i że nie jest to wyłącznie złość czy wyrachowanie; i myślę, że wystarczy tego mojego otwierania się. Ja naprawdę nie lubię i nie chcę tego robić przed każdym, kto tego zażąda, i to nie oznacza, że mój związek z Alvaro się rozpada. Nawet zresztą jeśli by się rozpadł, to to jest sprawa między mną i Alvaro, i nie dotyczy innych związków.
Odetchnął znowu, nieświadomie bawiąc się włosami na karku Salvatierry i wciąż patrząc ponad jego głową na Martinezów. Miał żal do brata o to, co ten powiedział, ale próbował jakoś ten żal przeanalizować, przekształcić w swojej głowie, bo samo jego istnienie rozłupywało serce Tiago. Sal do tej pory był jedną z najbliższych mu osób i Santiago nie chciał go stracić, a miał teraz wrażenie, że traci go w swoim umyśle. Musiał sobie jakoś z tym poradzić i zwalczyć pustkę, która poczuł po tamtych oskarżeniach. Musiał.
Spojrzał na małego Tiago, który właśnie wdrapywał się po nodze jego brata i koniecznie chciał do niego na kolana.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Już otwierał usta i chciał coś powiedzieć, gdy zobaczył, jak Alvaro odwraca się w stronę Santiago, a potem ujmuje jego twarz w dłonie, jak opiera czoło o czoło Kocura i jak próbuje go uspokoić. Znów poczuł uścisk w klatce piersiowej, ale nie było to nieprzyjemne uczucie, raczej coś... ludzkiego, po prostu. Chyba nazwałby to nawet szczęściem i ulgą, głównie z powodu tego, że Santiago ma kogoś, kto o niego dba, kto jest w stanie go uspokoić i ukoić jego nerwy. I z powodu tego, że Alvaro - chłopak, który zawsze był mu bliski, nawet jeśli nie zawsze zgadzali się w niektórych kwestiach - wreszcie wygląda na... po prostu spokojnego. Może nie aż tak jak na początku tego wieczora, bo teraz sytuacja nie do końca pozwalała mu się uspokoić, ale na pewno był znacznie spokojniejszy, niż przez ostatnie dwa lata (choć wtedy mieli kontakt głównie telefoniczny, ale nadal, jakiś tam ogląd na sytuację pocharatanego Palermo z jego połamaną, roztrzaskaną wręcz duszą miał) i przez ostatnie lata bycia "przyjacielem Kocura", co zawsze starał się znosić z godnością i uniesioną hardo głową, ale nie zawsze mu się to udawało; bywał kłębkiem nerwów, był krzykliwy i łatwo było go wyprowadzić z równowagi. Teraz, w porównaniu z obrazem tamtego Alvaro, który miał w głowie, widział kompletnie innego faceta. I jak się tak zastanowić - widział dwójkę zupełnie innych ludzi, niż ci, których pamiętał.
Gdy obaj skończyli mówić i gdy Santiago obejmował Salvatierrę ramieniem, dodając ich bliskości opiekuńczego, niemal ojcowskiego wymiaru w oczach Sala (co akurat nie było niczym dziwnym, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich różnicę wieku i to, że Alvaro trafił do jego brata w bardzo młodym wieku, przez co Santiago go de facto wychował, chociaż też nie tak do końca... no dobrze, zostawmy, to dłuższa kwestia), Salazar dopiero się odezwał; wcześniej nie chciał nikomu wchodzić w słowo ani tym bardziej w ich wymianę zdań, bo widział, że im obu było to potrzebne.
- Nie powinienem wypowiadać się na temat twoich małżeństw i nie powinienem sugerować, że chcesz sobie ułożyć Alvaro tak, żeby tobie pasowało i żeby on ci pasował, i naprawdę za to przepraszam. - pociągnął nosem, odrywając wzrok od brata i odwróconego wciąż przodem do Santiago Palermo, żeby spojrzeć na wdrapującego się na jego nogę szkraba. Uśmiechnął się lekko pod nosem, choć smutnym uśmiechem, co nie było dziwne w tej sytuacji i wziął dziecko na ręce, robiąc to bardzo ostrożnie i niepewnie, bo ostatecznie nie trzymał tak małego dziecka na rękach od... no, od bardzo, bardzo dawna.
- Wiem, że zawsze chciałeś dla Alvaro jak najlepiej - kontynuował po chwili milczenia, sadzając sobie chłopca na kolanach i przyglądając się jemu, podobnie jak chwilę wcześniej robił to Santiago, żeby tylko nie musieć patrzeć na innych. - Żałuję, że powiedziałem ci tyle złych rzeczy i... nie chce, żebyś myślał, że mam o tobie tak okropne zdanie, bo to nieprawda. Nie wiem czemu to powiedziałem, poza tym, że co jakiś czas nachodziły mnie fale złości, ale wiem też, że to nie jest usprawiedliwieniem. Nie powinienem cię krzywdzić w ten sposób, cokolwiek by się w mojej głowie nie działo. - przełknął ślinę, patrząc na chłopca, który teraz taptał rączką w jego pierś. - Jesteś moim braciszkiem, cokolwiek by się nie działo. I kocham cię, nawet jeśli czasem wcale tak nie brzmię.
Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra Sergio Martinez
-
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Powoli jednak się teraz uspokajał, już nie czuł kolejnych łez napływających mu do oczu i z tego się bardzo cieszył, bo nienawidził, kiedy ktokolwiek widział go w chwilach jakiejkolwiek słabości; kiedy ktoś mógł ją dostrzec.
- Młody cię chyba zaakceptował - odezwał się wreszcie z lekkim, dość jeszcze sztucznym i wymuszonym, ale jednak uśmiechem, patrząc na Tiago, patającego rączką pierś Salazara - To dobrze, bo to ważne, żeby lubił swojego wujaszka - spojrzał na twarz Alvaro pytająco - Możemy go nazywać wujaszkiem twojego synka, prawda?
Ostatecznie nie było to takie oczywiste, zwłaszcza po tym, co zostało tu wywrzeszczane. Santiago chciał jednak załagodzić sytuację, przejść w końcu do normalnej rozmowy, do czegoś zwykłego, bez pretensji, żali, bez wzajemnych oskarżeń i dramatów. Chciał się po prostu napić z partnerem, bratem i szwagrem.
- Myślicie, że wyjaśniliśmy sobie wszystko, co było w tym momencie do wyjaśnienia? - zapytał, nadal nie odrywając wzroku od twarzy ukochanego i odetchnął drżąco, wciąż jednak odczuwając ślad niedawnych emocji - Trochę tego tu było i... To było ciężkie. A co do tego, od czego się zaczęło: tak, żałuję, że już nie wezmę udziału w napadzie - powiódł spojrzeniem po zebranych - Wiem, że nie wezmę. Ale któregoś dnia, kiedy Alvaro zabrał mnie na randkę, zrobiłem na serwetce listę rzeczy do zrobienia... - przed śmiercią - tych słów nie dodał jednak na głos - i jest na niej zaplanowanie jeszcze jednego napadu wspólnie z Alvaro. Zresztą ten tu - chwycił chłopaka za włosy i szarpnął lekko, teraz uśmiechając się nieco bardziej szczerze - raczył mi o tym niedawno przypomnieć, więc... chciałbym to zrobić. Ostrzegam.
Puścił oczko Sergio, a w jego czarnych ślepiach dał się zauważyć dawny błysk kocurowego szelmostwa.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
-
“W ciągu jednego życia będziesz kochać wiele razy, ale jedna miłość spali twoją duszę na zawsze.”
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Obejrzał się za siebie, żeby zobaczyć o czym konkretnie mówił Santiago i uśmiechnął się pod nosem, wiedząc jak mały Tiago robi Salazarowi "pat, pat", niemal podskakując przy tym na jego kolanach i zaśmiewając się, jakby właśnie ktoś opowiedział mu wyjątkowo komiczną wersję historii o trzech małych świnkach. Zaraz potem jednak spojrzał na partnera niby to ostrzegawczym wzrokiem, w rzeczywistości lśniącymi miłością i troską.
- Naszego - poprawił go łagodnie i stanowczo jednocześnie, opierając przedramię o kolana Santiago i spoglądając na Salazara, który wciąż wpatrywał się w malca, coraz bardziej urzeczony i coraz bardziej szczerze uśmiechnięty. - Myślę że w drodze rodzinnego przebaczenia i akceptacji możemy pozwolić, byś został wujaszkiem - stwierdził żartobliwie, choć po części jednak mówiąc serio i pokiwał głową, posyłając Martinezom łagodny uśmiech.
Rozłożył ramiona z delikatnym, niewinnym uśmiechem i diabelskimi iskierkami w oczach, kiedy de la Serna spytał, czy wyjaśnili sobie wszystko co było do wyjaśnienia. Miał szczerą nadzieję, że tak i że przynajmniej na jakiś czas wystarczy im tych rodzinnych wyznań wymieszanych z obrzucaniem się pomyjami; chyba dla żadnego z czwórki mężczyzn nie była to łatwa sytuacja i jedynie ten najmłodszy, piąty, mógł mieć sobie to wszystko głęboko w poważaniu, bo większość awantury w sumie przespał (a poza tym, co logiczne, był za młody, żeby ogarniać co się dzieje).
- Czy ty właśnie przyznałeś na głos, że byliśmy na rance? - zapytał nieco żartobliwie, ale patrząc na partnera z uznaniem i sięgnął dłonią do jego szczęki, żeby musnąć ją czule palcami. - Auć! - mruknął z udawaną pretensją, gdy został złapany za włosy, po czym zaśmiał się i obrócił się nieco bardziej bokiem, żeby siedzieć trochę w stronę Santiago, a trochę w stronę Martinezów. - Ale to prawda, przypomniałem mu o tym i trochę wymogłem, żebyśmy coś razem zaplanowali - uśmiechnął się do ukochanego czule, opierając podbródek o jego kolano. - A właśnie... Sergio, jak się czujesz z tym, że twój mąż jest kryminalistą? - zapytał z iskierkami dawnego, ironicznego tonu, typowego dla Palermo, którego każdy z nich doskonale znał. Nie próbował jednak wywołać tym kolejnej kłótni, wręcz przeciwnie, chyba chciał trochę rozluźnić atmosferę.
Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez