Na pewno skończyłoby się chojrakowanie po zastrzyku, bo Madox ich nienawidził, bał się igieł, a zastrzyki i pobieranie krwi chyba były najgorsze, zagadywał wtedy pielęgniarki i zachowywał się jak nieznośne dziecko, a i tak często potem dostawał naklejkę dzielnego pacjenta. Trochę jak dzisiaj się zachowywał, z Ivy, tylko jednak zazwyczaj wystarczył jego ładny uśmiech i te ciemne oczy, żeby jednak potraktować go z taryfą ulgową. Ale blondynka była nieugięta. Chociaż przecież starał się kilka razy złapać jej intensywnie niebieskie spojrzenie.
-
Co jest we mnie straszne? - zapytał i może rzeczywiście go to ciekawiło? Na jej kolejne słowa wywrócił ciemnymi oczami -
właściwie to tłumaczę sobie co z tobą jest nie tak, ale jeśli odebrałaś to jako pochwałę, to może tak być... - uśmiechnął się do niej delikatnie, oczywiście, że ją chwalił. Ale przecież Madox by się nigdy do tego nie przyznał, bo on w przeciwieństwie do Ivy nie był
dobry.
On też nie zakładał, że się więcej zobaczą, trochę byli jak ogień i woda, anioł i diabeł, góra i dół. Niewinność i grzech.
-
Pewnie się nie zobaczymy, ale jak już dzisiaj skończysz robotę, to możesz się napić... Mamy najlepszy w mieście rum - powiedział podnosząc na nią spojrzenie, a na ten odpoczynek, jego kąciki ust uniosły się do góry -
odpoczynek i leżenie dopiero po śmierci - znowu jego ciemne tęczówki złapały jej błękitne spojrzenie. Żartował? Właściwie nie, bo Madox taki był, cały czas
coś, on chyba nie umiał odpoczywać. Nawet jakby był obłożnie chory.
A przecież nie był, trochę poobijany, chociaż kiedy się ruszył, to znowu się skrzywił, żebra mu doskwierały, chyba jednak nici ze sparingów z chłopakami w przyszłym tygodniu.
-
Jesteś z Kingston? I jak tam jest? - zapytał znowu się krzywiąc i poprawiając na kanapie. Interesowało go to?
Chyba tak.
Może blondynka go trochę zainteresowała? A może trzeba był czymś zająć myśli?
Chociaż zaraz i tak Madox jej dziękował, czego chyba się nie spodziewała. Ale czemu się dziwić? Nie wyglądał jakby w jego słowniku było takie słowo, i na co dzień pojawiało się ono wyjątkowo rzadko.
-
Nie postąpiłbym... - powiedział, bo on przecież zawsze tak mówił... Przede wszystkim własna dupa, a co go obchodzą inni? Nabrał powietrze w płuca, aż klatka piersiowa mu się uniosła -
postąpiłbym, zawsze to robię, a potem obiecuję sobie, że to już ostatni raz, a potem robię to znowu, też tak masz? - zapytał starając się spojrzeć na jej rękę, która działała przy jego skroni, ale tylko zrobił zeza, spuścił spojrzenie na jej twarz.
Na jej kolejne słowa znowu westchnął i przez to jej się trochę poruszył, niespecjalnie, ale szarpnęła za nitkę, przymknął na moment jedno oko.
-
Zawsze byłem łobuzem - powiedział powoli, bo to akurat była prawda -
ale to oni są ci źli, a mnie nienawidzą, bo wsadziłem tego jednego do paki - wyjaśnił jej -
tylko, że on przez to nie był na pogrzebie swojej matki - westchnął znowu, ale tym razem się nie poruszył. Przecież nie zrobił tego specjalnie, żeby on nie poszedł na ten pogrzeb, nawet o nim nie wiedział, tak się złożyło. A że kolesiowi należało się cztery osiem na dołku, no to... to też nie wina Madoxa.
Utkwił ciemne tęczówki w jej twarzy, bo nie wyglądała mu na kogoś, kto wie co to jest chociażby zioło, a co dopiero inne używki.
-
Nie wierzę - nawet zmrużył oczy wpatrując się w nią -
no to co było najlepsze, a co najgorsze? - chodziło mu o te używki, a może o tego jej chłopaka? Co miał w sobie najgorsze i najlepsze.
Zaraz jednak pytał ją już o jej rodzeństwo, słuchał jej opowieści, spojrzeniem wodząc po jej twarzy.
-
Czyli jeszcze jeden lekarz? Wasi rodzice chcą zrobić z was jakąś armię zbawienia? - zapytał znowu trochę uszczypliwie, ale Madox taki był, złośliwy, zaczepny, i on chyba nie umiał normalnie, chociaż kiedy kontynuowała, to się lekko uśmiechnął -
brzmi super, fajnie jest mieć dużą rodzinę - to wcale nie były słowa rzucone na wiatr, bo przecież Madox też kiedyś miał dużo kuzynów i kuzynek, z Ticiano trzymał się najbliżej, ale kiedy spotykała się cała rodzina było ich naprawdę dużo -
dawałaś się im, z tymi ciasteczkami? - zapytał, chociaż sam pamiętał jak z Tio podkradali słodycze kuzynkom, nie miały szans. Na to pytanie o jego rodzinę wzruszył ramionami.
-
W Kolumbii, nie widziałem ich... z dziesięć lat - co prawda nie widział ich nie dlatego, że siedział tu w Kanadzie, po prostu nie był tam wcale mile widziany, jako syn zdrajczyni, chłopak, który porzucił dziewczynę przed ołtarzem i uciekł... Co prawda to wszystko było dużo bardziej skomplikowane, ale o tym nie wiedział nikt, a Madox nie miał zamiaru się tym dzielić.
Gdy oznajmiła, że skończyła to znowu spróbował zerknąć na ranę robiąc zeza, ale i tak nic nie widział. Powinien to zobaczyć w lusterku.
-
Będzie blizna? - zapytał, ale właściwie... to przecież kilka już miał. Nie przeszkadzały mu. Na jej kolejne pytanie zastanowił się na moment -
zostanę tutaj, w klubie, jakby coś się działo, to na górze są ludzie - dla niego to było proste, bo prawda jest taka, że Madox nie miał kogoś, kto by się nim zajął. Ale przecież radził sobie ze wszystkim sam, więc teraz też sobie poradzi -
zresztą obejrzał mnie już lekarz - zawiesił ciemne tęczówki na jej błękitnych oczach -
a reszta się wygoi. Dzięki... Ivy - powinien ją zaprowadzić do drzwi? Czy sama trafi? A może powinien...
-
Czekaj... - poderwał się z miejsca, ale chyba trochę zbyt gwałtownie, bo aż mu się zakręciło w głowie, więc zaraz usiadł. Wypuścił powietrze z płuc -
chciałbym... jakoś ci się odwdzięczyć... - zaczął, bo Madox to jednak nie lubił być coś, komuś winny. I może chciał jej zapłacić? A może chciał jej coś dać? Albo czekał aż ona coś zasugeruje?
꒰ঌ(˶ˆᗜˆ˵)໒꒱