Kompletnie nie znał się na nordyckiej mitologii i pewnie mógłby uznać
norny za jakąś egzotyczną potrawę albo trochę zbyt pretensjonalną nazwę drinka, ale… może faktycznie za ich zasługę należałoby uznać to, że spotkał Elsę akurat
tego wieczoru. Był już przecież w Toronto dość długo –
zbyt długo, zwłaszcza jak na kogoś, kto najpierw zamierzał wyjechać tylko na trochę, a później nie planował wracać w ogóle… – mogli więc wpaść na siebie przy jakiejkolwiek innej okazji. Tyle, że ta
jakakolwiek inna okazja najpewniej musiałaby zakończyć się ledwie kilkoma zdawkowo wymienionymi zdaniami i spotkaniem trwającym nie dłużej niż kilka, może kilkanaście minut. Na pewno nie tym, że Dante miałby próbować znaleźć w otumanionym alkoholem umyśle odpowiednie słowa, które lepiej wyjaśniałyby, co dokładnie miał na myśli, kiedy odnosił się do
dobrych rad jej ojca. Chociaż pod tym akurat względem musiał ostatecznie i tak się poddać, dochodząc do wniosku, że w zupełności wystarczyło mu to, że Elsa w satysfakcjonujący dla siebie sposób poukładała swoje życie. Tłumaczenie własnych alkoholowych przemyśleń można było odłożyć na
później.
Prawie jak odpisanie na smsy…
I chociaż jeszcze przed zaśnięciem w jej samochodzie zdążył ucieszyć się na myśl o odwiedzeniu wątpliwej jakości kebaba – chyba bardziej ze względu na sentyment do miejsca, niekoniecznie przez wybitność serwowanych tam potraw – może to nawet dobrze się składało, że nie mieli okazji tam dotrzeć. W czasach nastoletnich pewnie ich żołądki mogły znieść nieco więcej, tym razem wizyta w
lokalu mogłaby za to zakończyć się tragicznie… Zwłaszcza, że pewnie istniało jakieś ryzyko, że przynajmniej część używanych w tym miejscu składników wciąż pamiętała ich równie dobrze, jak oni samo miejsce…
Wpół świadomie dał się jej za to wywlec z samochodu i odprowadzić do domu, na kanapę. Nawet jeśli raz lub dwa zdążyło mu przy tym przejść przez myśl, że
coś nie do końca się tutaj zgadzało i że powinien kłaść się spać w kompletnie innym miejscu… na ten moment nie było to istotne.
–
Jasne. Jak zawsze… – mruknął jeszcze w odpowiedzi na jej słowa. Może i niezbyt wyraźnie, ale wciąż chyba dość zrozumiale. Nie miał za to sposobności, żeby zdać sobie sprawę z tego, że najwyraźniej zajął zaklepane już przez
kogoś miejsce – odpłynął jeszcze szybciej niż wcześniej w samochodzie. Chociaż dzięki temu przynajmniej faktycznie można było uznać, że
był grzeczny…
Oczywiście prawowita właścicielka miejsca na kanapie musiała jednak upomnieć się o swoje. I to cierpliwie wyczekując aż do rana, kiedy obudzenie
intruza wcale nie było już zbyt wielkim wyczynem. Zwłaszcza, że całkiem skutecznie współpracował z nią pulsujący ból głowy, który ostatecznie zmusił Dantego do niechętnego otworzenia oczu.
Mógł zdać sobie sprawę przynajmniej z kilku kwestii. Po pierwsze – obudził go pies, który zdecydowanie nie był jednak
jego psem. To z kolei prowadziło do drugiego wniosku, potwierdzonego zresztą tym, co widział wokół siebie – ewidentnie nie znajdował się u siebie. Co więcej, ewidentnie nie znajdował się też w żadnym miejscu, w którym mógłby się znaleźć, gdyby poprzedniego wieczora –
znów… – dał się skusić propozycji rzuconej przez kogoś mniej lub bardziej przypadkowego, by przenieść imprezę do cudzego mieszkania… Zanim jednak mógłby zacząć analizować to głębiej, musiał uporać się z trzecim, najbardziej upierdliwym wnioskiem – z tym cholernym bólem głowy
koniecznie trzeba było coś zrobić.
Odruchowo pogłaskał
nie-jego psa po głowie, chwycił za koc, żeby się spod niego wygrzebać i… na dłuższą chwilę został tak wpół siedząc, z jedną nogą już na podłodze, wpatrując się tępo w ozdabiające koc
śnieżynki. Pierwszy przebłysk wspomnień z minionego wieczoru wydawał się co najmniej zbyt abstrakcyjny, by faktycznie mógł mieć coś wspólnego z rzeczywistością, ale…
Śnieżynki.
Faktycznie tuż po rozstaniu z dziewczyną miał okazję wpaść na swoją wcześniejszą
byłą…? Co więcej – jakimś cudem obudzić się na jej kanapie…?
Na moment przeniósł spojrzenie na psa, niemal spodziewając się, że ten miałby uraczyć go jakimś sensownym wyjaśnieniem. Tego oczywiście się nie doczekał. I może wcale nie musiał, skoro płynący z kuchni zapach jaśminowej herbaty – kolejny szczegół, który do tej pory mógłby uważać za dawno zapomniany – niósł za sobą czwarty spośród porannych wniosków.
Tak, spotkanie z Elsą wcale nie było wynikiem być może wciąż nie do końca trzeźwej wyobraźni.
Z bolesnym jęknięciem, przyciskając dłoń ponad czołem jakby miało to jakoś zminimalizować ból, podniósł się z kanapy, by następnie powlec się nieprzytomnie do kuchni. Trochę na oślep, trochę podążając za zapachem.
–
Zanim zacznę cię przepraszać za cokolwiek co miałem wczoraj powiedzieć albo zrobić, powiedz, proszę, że masz coś przeciwbólowego… – upewniwszy się tylko, że była w kuchni, czołem oparł się o przyjemnie chłodną ścianę tuż przy wejściu, przymykając przy tym oczy i licząc na to, że w ten sposób przynajmniej uda mu się przeżyć tych kilka chwil do łyknięcia jakichś przeciwbólowych prochów…
Elsa Eriksen