ODPOWIEDZ
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wizytówka z wypisanym adresem salonu fryzjerskiego nie dawała o sobie zapomnieć. Na tyle skutecznie, by pozwolić przez ostatnich dni powoli dojrzewać pomysłowi, którego – o dziwo – realizację Dante wciąż wolał odsuwać w czasie zamiast po prostu zadziałać.
Zresztą… to chyba nawet nie do końca był pełnoprawny pomysł. Po prostu taka natrętna myśl, która przez większość czasu kryła się gdzieś z tyłu głowy, a tylko okazjonalnie wybijała się na pierwszy plan. Najczęściej w momentach zupełnie przypadkowych, kiedy wydawało mu się, że jego myśli skupiały się przecież na czymś zupełnie innym. A jednak wystarczyło zwykle przypadkowe spojrzenie w kierunku zostawionej na stoliku w salonie wizytówki, bezmyślne przerzucenie w inne miejsce bluzy, która przeleżała u niej dobrych kilka lat, czy… cokolwiek innego, co w jakiś sposób ściągało uwagę właśnie na tę jedną, całkowicie bezsensowną myśl.
Nadal miał jej numer, a upewniwszy się, że nie zmieniła go od czasu, gdy kontaktowali się ze sobą ostatni raz, pewnie mógłby po prostu wysłać jej wiadomość. Albo zadzwonić. W jakiś sposób wydawało się to jednak pomysłem o wiele gorszym niż ten kompletnie absurdalny, zakładający niezapowiedziane odwiedziny w jej salonie.
Nawet jeśli powód wydawał się być śmiesznie prosty – powinien jej przecież jakoś podziękować za pomoc, której wcale nie musiała mu udzielać – podświadomie musiał zdawać sobie sprawę z tego, że najlepszą formą tych podziękowań byłoby zostawienie jej w spokoju. Wcale przecież nie musiała chcieć się z nim spotykać. I byłoby to jak najbardziej zrozumiałe. Pewnie nawet o wiele bardziej niż to, że w ogóle dała mu tę cholerną wizytówkę, skutecznie tym samym osłabiając pewność co do tego, czy aby na pewno nie chciała go więcej widzieć.
I to nie tak, że zaplanował wizytę u niej już w momencie, kiedy zapinał psu smycz. W rzeczywistości nie miał tego w planach ani wychodząc z domu, ani bezmyślnie odpuszczając sobie stałą trasę spaceru i kierując się po prostu przed siebie. A przynajmniej nie było w tym nic ze świadomego planowania – mniej więcej do chwili, kiedy po drodze mijał wegańską restaurację i kiedy bez zastanowienia zdecydował się do niej wejść i zamówić na wynos dwa zestawy obiadowe. Choć pewnie nadal mógłby po prostu wrócić z Murphym do domu i udawać przed samym sobą, że rzeczywiście po prostu naszła go ochota na bezmięsny obiad – albo i dwa… – chyba był to odpowiedni moment, żeby przyznać, że tym razem naprawdę wreszcie miał zamiar zobaczyć się z Elsą. Zwłaszcza, że przecież wcale nie przypadkiem jej salon znajdował się ledwie kilkaset metrów dalej…
Nadal jednak nie miał najmniejszego pojęcia co właściwie powinien jej powiedzieć. Ani tym bardziej, czy aby przypadkiem nie popełniał kolejnego idiotycznego błędu, kiedy już złapał za klamkę drzwi wejściowych i wraz z psem – a także z papierową torbą z jedzeniem w ręku – zdecydował się wejść do środka.
W tej samej chwili daremne okazało się założenie, że po prostu wyjdzie i nie będzie zawracał jej głowy, jeśli wewnątrz zastanie kogoś z klientów. Widocznie miał całkiem niezłe wyczucie czasu – albo wręcz przeciwnie… – skoro salon był pusty. Nie licząc oczywiście właścicielki, na której zresztą zatrzymał na dłuższą chwilę spojrzenie, stojąc tak w wejściu, zanim wreszcie przypomniał sobie, że pewnie jakoś wypadałoby się odezwać.
Cześć – całkiem nieźle, dość sensownie jak na początek. Choć pewnie wciąż wypadałoby dodać do tego coś jeszcze… – Byłem akurat obok i… Murphy chciał się z tobą przywitać i cię poznać.
Wprawdzie ten mógłby pewnie obdarzyć go w tym momencie wyjątkowo wymownym spojrzeniem, gdyby tylko rozumiał, co właśnie zostało powiedziane. Na szczęście wciąż był po prostu psem, w dodatku pod pewnymi względami potrafiącym wykazać się jakaś odrobiną współpracy. Jak choćby teraz, gdy rzeczywiście na widok Elsy zamerdał radośnie ogonem, wywalając przy okazji jęzor w prawdziwie psim uśmiechu, jakby naprawdę nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie będzie mógł poznać osobę, o której istnieniu do tej pory nie miał nawet pojęcia. I wcale nikt nie musiał wspominać na głos, że mniej więcej w ten sam sposób zwierzak reagował niemal na wszystkich…
Poza tym… nie wiem czy wiesz, ale masz tu niedaleko całkiem niezłą knajpę z wegańskim jedzeniem… – dodał, nie zwracając większej uwagi na to, że to już dość mocno podważało wcześniejszy powód nieplanowanej wizyty w jej salonie. Ani tym bardziej na to, że w zasadzie nie miał najmniejszego pojęcia, czy wspomniane jedzenie faktycznie było niezłe. Bo niby skąd miałby to wiedzieć, skoro przed paroma chwilami był tam chyba po raz pierwszy…?

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Była pewna, że wystarczająco jasno i dobitnie dała mu do zrozumienia, że chciałaby utrzymać z nim jakiś kontakt. Może niekoniecznie musieliby się stać od razu najlepszymi przyjaciółmi, ale miło byłoby mieć go znowu w swoim życiu, choćby tylko w charakterze klienta o cudnych loczkach. Dlatego w dzień, kiedy opuścił jej dom, niecierpliwością czekała na wiadomość od niego, że dotarł do mieszkania cały i zdrowy. Trzy razy sama pisała do niego smsa, ale nim finalnie zdecydowała się na ich wysłanie, reflektowała się i szybko je usuwała. No bo jak to wyglądało? Ostatnia wiadomość od niej była sprzed kilku lat o treści Martwię się, a teraz miałaby napisać Dotarłeś? ? Nie, to nie mogło się udać.
Na jakikolwiek kontakt z jego strony czekała dwa dni. Trzeciego przestała sprawdzać telefon co kilka minut, choć wciąż łapała się na tym odruchu, jakby ciało nie nadążało za decyzją rozumu. W końcu pozostało jej tylko przyjąć do wiadomości, że może faktycznie Dante chciał się odciąć od wszystkiego, co łączyło go z przeszłością — a ona, mimo wszystko, była jej częścią.
I chyba to bolało najbardziej. Nie sama cisza, ale świadomość, że mogła być dla niego czymś, co najłatwiej było zostawić za sobą.
Musiała jednak zacisnąć zęby i znów wziąć się w garść. W końcu miała pracę, studia i psa, w tym całym zawirowaniu życiowym brakowało jej luki w terminarzu na użalanie się nad samą sobą.
Tego dnia miała umówionych klientów od samego rana do późnego popołudnia. Ledwo przyjęła pieniądze za usługę od jednego, a już musiała przygotowywać stanowisko dla kolejnego. Nie wypadało jej narzekać, w końcu dzięki temu mogła spłacać kredyt na mieszkanie i jako tako egzystować. Może nie żyła w niewiadomo jakich luksusach, ale też w ogóle ich nie potrzebowała. W zupełności wystarczało jej to co miała - stabilność i poczucie, że radziła sobie w tym wszystkim sama.
A w pracy była maksymalnie skupiona. Oddawała się jej w stu procentach, nie pozwalając sobie na rozproszenie. Każdy ruch miała wyuczony, precyzyjny, niemal automatyczny choć do każdego klienta podchodziła indywidualnie.I dopóki miała zajęte ręce, dopóki ktoś siedział na fotelu przed nią i oczekiwał efektu, nie musiała mierzyć się z ciszą, w której wracały do niej myśli, a w tych myślach… on.

— Dzień dobry, zaraz podejdę tylko skończę jedną rzecz, bo zaraz zapomnę! — zawołała radośnie zza lady swojej małej recepcji, gdy usłyszała otwierające się drzwi. Była nachylona nad swoim notesem, w którym zapisywała produkty jakie musiała w najbliższym czasie zamówić z hurtowni. Ubrana w fuksjowy kombinezon z fioletowymi lokami wyglądała dość… niecodziennie. Oczywiście jak na standardy zwykłego, smutnego człowieka, bo przecież Elsa nigdy nie bała się kolorów, a wręcz je uwielbiała.
Kiedy skończyła, podniosła głowę na swojego klienta, a gdy oczom ukazał się jej znajomy gamoń… uśmiech mimowolnie wpełzł na jej usta.
— A umówił się pan? — zapytała z zadziorny uśmieszkiem, ale gdy jej wzrok padł na psa… przepadła. Od razu wyskoczyła zza swojego stanowiska już po chwili kucając przy nim i drapiąc go za uszami.
— Och cześć, słodziaku! Co ten pan co na mnie nagadał, że tak bardzo chciałeś mnie poznać, co? Że okropne babsko zabrało go z klubu, dało się wyspać na kanapie, a potem jeszcze nakarmiło i napoiło? No naprawdę najgorsza franca na świecie! — Czy ona właśnie prowadziła dyskusję z psem? Na to wygląda, zwłaszcza, że jego dosyc radosne szczekanie zdawało się potwierdzać każde jej słowo. Cóż, zwierzęta zdawały się ją nawet lubić. Jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło, żeby któryś z psów klientów był do niej wrogo nastawiony. Najwyraźniej szło jej z nimi lepiej niż z facetami.
Ale gdy tylko wspomniał o jedzeniu, oczy jej się zaświeciły jak u małego dziecka, które zobaczyło na wystawce najpiękniejszą lalkę na świecie.
— Ale uwzględniłeś mnie w planach obiadowych czy tylko przyszedłeś się pochwalić? Bo miałam w sumie zaraz zrobić sobie jakąś zupkę w proszku jeśli to tylko przechwałki… no ale śmiało, możesz usiąść i sobie zjeść. — Podniosła się zaraz z podłogi i zniknęła na chwilę na swoim zapleczu. Nie było jej zaledwie minutę, bo zaraz znów kucała przed psiakiem z miską wody i paczuszką smaczków z suszonej sarny. Kupiła je co prawda dla Olive, ale gwiazda miała jeszcze zapasy w domu, wiec chyba się nie obrazi. Zwłaszcza jeśli nikt jej nie zdradzi, że nieświadomie musiała się podzielić z obcym psem swoimi przysmakami.
— I co myślisz? zawsze ci mówiłam, że będę miała swój salon i… tadam…! — Zaśmiała się cicho. Cóż, nikt w szkole jej to raczej nie wierzył. Wszyscy podejrzewali, że córeczka prawników wyląduje na sali sądowej w todze albo w jakiejś kancelarii zasypana toną dokumentów. A tu proszę… farby, suszarki, szczotki i nożyczki. Cały jej świat.


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wręczenie wizytówki – zamiast na przykład wykopania go za drzwi bez słowa – pewnie faktycznie można byłoby uznać za całkiem oczywistą sugestię, że chciała mieć z nim jakiś kontakt. Mimo wszystko, to wciąż budziło zdecydowanie zbyt wiele sprzeczności, by tak po prostu przyjąć to do wiadomości i w żaden sposób w to nie wątpić. Albo żeby jeszcze tego samego dnia napisać jej tę krótką wiadomość – że dotarł do domu, że nie wpakował się po drodze w nic durnego i… że dobrze było ją zobaczyć po tak długim czasie.
Nawet wchodząc do jej salonu, nie był przecież do końca przekonany, czy rzeczywiście był to dobry pomysł. I przynajmniej przez chwilę – póki nie zobaczył uśmiechu na jej twarzy – zdecydowanie bardziej skłaniałby się do tego, żeby na to pytanie odpowiedzieć sobie przecząco.
Nie dałoby się nie zareagować szczerym uśmiechem na widok jej fioletowych włosów – choć równie dobrze mogła to być po prostu odpowiedź na to, jak zareagowała na jego widok. W każdym razie… pewnie rzeczy najwyraźniej pozostawały niezmienne. A skoro tak, to oczywiście, że w ciągu tych kilku dni zdążyła zmienić kolor włosów. W końcu już wtedy, gdy widywali się całkiem regularnie, mógłby z powodzeniem stawiać sobie przed każdym spotkaniem wyzwanie, by zgadnąć, jaki kolor zobaczy tym razem. Albo raczej… bez większego powodzenia, bo jednak szanse na poprawne trafienie za każdym razem były raczej niewielkie.
Tak, mniej więcej to właśnie usłyszał. Uzupełnione o mniej istotne szczegóły jak porywanie nieprzytomnych ludzi z klubu, nic wielkiego – zaśmiał się, przy okazji schylając się podczas tego psio-ludzkiego powitania, żeby odpiąć Murphy’emu smycz. Przy odrobinie szczęścia można było chyba liczyć na to, że w ciągu tej krótkiej – bo taka przecież miała być… – wizyty w salonie, pies nie zdąży znaleźć w zasięgu pyska niczego, co jego zdaniem mogłoby nadawać się do zeżarcia, czy rozszarpania. – Ale jakoś trzeba było mu wytłumaczyć, czemu kolejny dzień z rzędu musiał zajmować się demolowaniem mieszkania Stonesa, zamiast wrócić do siebie. Nie żeby robiło mu to jakąś różnicę…
Właściwie chyba można było zaryzykować stwierdzenie, że Murphy był nawet całkiem zadowolony z tej kilkudniowej zmiany otoczenia i wszelkich nowości, które dzięki temu mógł własnozębnie zniszczyć. Mniej zadowolony był prawdopodobnie Stones, ale… pozostawało tylko liczyć na to, że szybko pogodzi się z wszystkimi stratami, jakoś poradzi sobie z doprowadzaniem mieszkania do porządku i w razie potrzeby wykaże się niezbyt dobrą pamięcią, jeśli w przyszłości znów musiałby wcielać się w rolę tymczasowego opiekuna nie najlepiej wychowanego psa…
Właściwie… drugi zestaw miał być dla niego – ruchem głowy wskazał na zajętego smaczkami psa – ale skoro woli coś innego, to pewnie nie będzie miał nic przeciwko, żeby się z tobą podzielić. Wybierz co chcesz.
Podał jej torbę, samemu rozsiadając się na całkiem wygodnym, przeznaczonym dla klientów fotelu. Nie miał konkretnych preferencji co do tego, czy z kupionego jedzenia miałby trafić mu się falafel, czy jakiś inny buraczany kotlet, nic z tego raczej nie znajdowało się na szczycie umownej listy rzeczy, które w pierwszej kolejności mógłby wybrać na obiad – choć wciąż wyżej od wszelkiej maści zupek w proszku – toteż śmiało ten wybór mógł oddać w jej ręce.
Na pewno pasujesz tu bardziej niż do jakiejś sali sądowej. Nie wiem, czy pozwoliliby ci dobierać kolor togi do włosów – również odpowiedział jej śmiechem, okręcając się lekko wraz z fotelem, żeby pobieżnie rozejrzeć się po wnętrzu. – Co na to twój ojciec?
Raczej nie wątpił, że ten najpewniej wspierał swoją córkę w realizacji jej planów, nawet jeśli być może nie do końca w pełni jej popierał. W końcu… innego podejścia trudno byłoby się po nim spodziewać, mając już choćby przykład tego, jak Eriksen podchodził do licealnego związku Elsy. Łatwo było się domyślić – albo raczej wiedzieć, bo na domysły pozostawało naprawdę niewiele przestrzeni – że nie był szczególnie zadowolony z tego, z kim jego córka się spotykała, a jednak mimo tego nie ingerował zbytnio w jej wybór. Wprawdzie z Dantem nigdy nie połączyły go jakkolwiek ciepłe relacje, ale… przynajmniej nie musiał ukrywać się i wymyślać coraz to bardziej absurdalnych wymówek, chcąc odwiedzić ją w domu. W dodatku całkiem szczerze podejrzewał, że znacznie więcej sugestii dotyczących tego, że powinna znaleźć sobie kogoś odpowiedniejszego Elsa usłyszała od jego ojczyma niż od własnego ojca… Choć i tu niewiele dało się podejrzewać. Z podobnymi uwagami Doug jakoś nigdy za bardzo się nie krył, niezależnie od towarzystwa, w jakim je wypowiadał.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

— Menda — mruknęła z przekąsem, słysząc jakoby miała uprowadzić go nieprzytomnego z klubu. Zero wdzięczności, a na domiar złego oczerniał ją w oczach tego słodkiego stworzonka! — Następnym razem zostawię cie na wycieraczce, a Murphy wejdzie ze mną do domu. Pobawisz się z Olive, zjesz pyszne smaczki, pobiegamy sobie po ogrodzie, tak? A on niech żałuje, że był niemiły i co najwyżej będzie mógł tylko nasłuchiwać jak się super bawimy, mam rację? Słodziaku ty… — Zaśmiała się wesoło, nie przestając go drapać, a kiedy psiak został uwolniony ze smyczy, położył się na plecach i domagał się jeszcze większej ilości pieszczot. Czy Elsa właśnie nieświadomie zaprosiła ich do siebie? A może dała do zrozumienia, że gdyby Dante znów potrzebował pomocy to mógł na nią liczyć? Niezależnie od tego czy znów miałaby robić za jego taksówkę, pielęgniarkę, czy choćby po prostu chciał się z nią spotkać i porozmawiać.
Najwyraźniej dobre serce Eriksenówny nie zmieniło się przez ten cały czas. To było aż frustrujące, jak bardzo nic się w niej nie zmieniło.
Bo przecież powinna nauczyć się zostawiać ludzi tam, gdzie sami się doprowadzili. Powinna przestać rzucać się na ratunek każdemu, kto choć trochę wyglądał na zagubionego. Powinna nie reagować. Nie przejmować się. Nie zapraszać.
— Do Erica go zanosisz? Jak będziesz kiedyś potrzebował pomocy przy nim to przywiez do mnie. Nauczymy się fajnych komend… a u mnie pilni uczniowie dostają fajne nagrody — Nad ostatnim zdaniem się najwyraźniej w ogóle nie zastanawiała tylko palnęła bez pomyślunku. A przecież oczywiście, że jej jedynym pojętym uczniem, który otrzymywał wspomniane wcześniej fajne nagrody był Dante. Dlatego była mu niezmiernie wdzięczna, że zmienił szybko temat na jedzenie. Wzięła od niego torbę z pudełkami i poszła je odpakować na blacie swojej recepcji. Rano w biegu zjadła pokrojone w słupki warzywa, a potem między klientami udało jej się schrupać dwa kruche ciasteczka z kawałkami czekolady. Czy była głodna? Jak diabli. Czy zamierzała wybrzydzać? Ani trochę. Ale jeśli mogła wybrać, to zdecydowanie wybrałaby obiad z buraczanym kotletem.
— Jest moim stałym klientem! Nie ma wiele do powiedzenia. Chyba… chyba jest dumny, że dopięłam swego, że się nie poddałam i osiągnęłam to co sobie postanowiłam — powiedziała spokojnie. Zerknęła jak chłopak się rozsiadł i rozgościł na jej fotelu i wtedy też zawibrował jej telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się powiadomienie z jej aplikacji do rezerwowania wizyt przez klientów — dziewczyna, która miała przyjść za dwadzieścia minut, zrezygnowała. I nagle wpadła na dosyć intrygujący pomysł, który sprawiał, że jedzenie stało się drugorzędną sprawą. W sumie to nagle przestała myśleć o tym, że troche burczało jej w brzuchu. Zostawiła pudełka na blacie, a sama poszła zamknąć salon, aby nikt im nie przeszkadzał, przygładzając lekko światła dla klimatu.
— Pokażę ci jak robię ludziom dobrze, a oni mi za to płacą. — Uśmiechnęła się niewinnie, podchodząc zaraz do fotela, na którym siedział Dante i jednym ruchem nogi sprawiła, że fotel opadł, a on leżał jak na fotelu dentystycznym. Wzięła z półeczki słoiczek z olejkiem i wylała jego zawartość na swoje dłonie, a potem po prostu nachyliła się nad chłopakiem.
— Zamknij oczy i się zrelaksuj — wyszeptała mu przy uchu, aby zaraz wsunąć palce w jego loczki i zacząć masować jego skórę głowy. Chciała pozbyć się jego zmartwień i trosk. Jej palce poruszały się powoli, pewnie, jakby znała tę drogę na pamięć. Delikatny nacisk, potem lżejsze muśnięcie — rytm, który niemal natychmiast rozluźniał mięśnie i wyciszał gonitwę myśli. A przynajmniej tego dla niego chciała.
— I jak…?


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W porządku, następnym razem będę pamiętał, żeby zabrać go ze sobą – do klubu, z którego później mogłaby zgarnąć ich obu? Czy może raczej bezpośrednio do niej, faktycznie uznając jej słowa za potencjalne zaproszenie? Raczej nie zamierzał tego doprecyzowywać, być może woląc mimo wszystko uznać, że wciąż wymieniali się jedynie żartobliwymi uwagami, a nie prawdziwymi deklaracjami. O czym zresztą mógł świadczyć zarówno uśmiech na jego twarzy, jak i krótki śmiech wieńczący tę odpowiedź.
Za to po kolejnych jej słowach w pierwszej chwili wprawdzie otwierał już usta, żeby odnieść się jakoś do jedynego skojarzenia, jakie przyszło mu po nich na myśl. Ostatecznie jednak… tym razem ostrzegawcza lampka w umyśle zapaliła się dostatecznie szybko, żeby nie dało się jej tak po prostu przeoczyć. To zdecydowanie nie było coś, do czego powinni wracać, nawet jeśli jakikolwiek komentarz miałby być utrzymany w konwencji zwykłego żartu.
Trochę wątpię, żeby był w stanie nauczyć się czegokolwiek poza zżeraniem wszystkiego, co czego uda mu się dosięgnąć… – rzucił więc zamiast tego, co pierwotnie zamierzał, przy okazji posyłając psu dość sceptyczne spojrzenie. Któremu zresztą trudno byłoby się dziwić, mając świadomość tego, że zwierzak jak dotąd wciąż nie zdążył nauczyć się choćby tego, że od pewnego czasu przestał być po prostu psem, a zyskał wreszcie jakieś imię. Choć może rzeczywiście chodziło jedynie o to, że jak dotąd nikt najwyraźniej nie miał dość wiele czasu, by skutecznie nauczyć go czegokolwiek. I pewnie nie było wcale aż tak zupełnie nieprawdopodobne, że właśnie Elsie miałoby udać się dokonać niemożliwego.
W końcu… raz już jej się udało
Tak jak się spodziewał – ani trochę nie zaskoczyło go podejście jej ojca. I pewnie mógłby przyznać mu rację w kwestii tego, że powinien być dumny z własnej córki, której udało się zrealizować swój cel i spełniać się w tym, co rzeczywiście lubiła robić. Zanim jednak miałby jakkolwiek odezwać się na ten temat, Elsa najwyraźniej wpadła na jakiś pomysł, porzucając torbę z jedzeniem. Odprowadził ją spojrzeniem, kiedy podchodziła do drzwi i… chyba nie do końca spodziewał się tego, co usłyszał od niej w kolejnej chwili.
Co…? – o ile nie widział nic niezwykłego w tym, że zdecydowała się zamknąć drzwi na czas tej przerwy obiadowej i pewnie nawet to przygaszenie świateł dałoby się jakoś sensownie wyjaśnić, to… jej słowa zdecydowanie były już za bardzo oderwane od kontekstu jedzenia, czy nawet nastawienia jej ojca do fryzjerstwa, by można było je od razu właściwie zinterpretować. Możliwa dwuznaczność – nawet jeśli kompletnie przypadkowa – też z całą pewnością nijak nie ułatwiała zadania.
Nie zdążył też w żaden sposób zaprotestować przed nagłym opuszczeniem fotela. I… nawet jeśli coś podobnego mogło przez moment przejść mu przez myśl, wyszeptane przez nią słowa dość szybko sprawiły, że stracił ochotę na jakiekolwiek protesty. Nawet jeśli nie od razu się do nich zastosował, jeszcze przez chwilę przyglądając jej się z tej nowej perspektywy. Zdecydowanie zbyt bliskiej, by nie przywieść na myśl zbyt wielu wspomnień z przeszłości. Trudno było uwierzyć, że w tej sytuacji faktycznie miałby się tak po prostu zrelaksować – przynajmniej do chwili, kiedy jej palce wsunęły się w jego włosy, a on rzeczywiście mimowolnie przymknął oczy. Jakimś cudem to rzeczywiście działało, pozwalając mięśniom się rozluźnić, uspokoić myśli, a części z nich po prostu się ulotnić – włączając w to te, które zdawały się tkwić gdzieś z tyłu głowy zdecydowanie zbyt długo.
Nie dziwię się, że ci za to płacą – uśmiechnął się lekko, otwierając oczy, by móc znów na nią spojrzeć. – Bardziej dziwi, że jakimś cudem nie trafiłem tu na kolejkę ciągnącą się przynajmniej przez pół ulicy. Chociaż… to akurat dobrze.
Tym razem nie pomyślał o tym, żeby w porę ugryźć się w język albo przynajmniej lepiej przemyśleć to, co zamierzał powiedzieć. I pewnie trudno byłoby zgadnąć, czy miałby to być efekt relaksującego masażu, czy może po prostu jego… bycia sobą. Zresztą… może ewentualny powód wcale nie był jakoś szczególnie istotny, skoro nawet po wypowiedzeniu własnych myśli na głos, musiał dojść do wniosku, że wcale nie miał ochoty jakkolwiek wycofywać się z własnych słów. Może i miał spore wątpliwości przychodząc tutaj, ale przecież ledwie kilka chwil wystarczyło, by mógł dojść do wniosku, że ani trochę tej decyzji nie żałował. Tak samo jak tego, że zastał Elsę akurat w przerwie pomiędzy kolejnymi klientami, dzięki czemu faktycznie jego wizyta nie musiała kończyć się na szybkim przekazaniu jej torby z jedzeniem, podziękowaniu za porwanie z klubu i ulotnieniem się z salonu, żeby nie przeszkadzać jej w pracy.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Może zabieranie ze sobą psa do klubu nie było jakimś fantastycznym pomysłem, ale czy naprawdę powinni drążyć ten temat. Bo choć mogła posądzić swojego byłego o wiele, naprawdę wiele głupich pomysłów, tak chyba wierzyła w jakieś tam jego poczucie odpowiedzialności i że jednak nie wziąłby tego cudnego słodziaka do miejsca pełnego zapijaczonych mord, zdecydowanie za głośnej muzyki, i to nie zawsze tej w dobrym guście… no chyba że byłby to klub książki albo miłośników czworonogów. Na takie spotkanko to sama by się chętnie wybrała ze swoją Olive.
I już naprawdę nie wiedziała czy Dante był taki głupi, czy robił wszystko, aby tylko odsunąć od siebie myśli, że Elsa naprawdę chciała utrzymywać z nim jakikolwiek kontakt, bo przecież dawała mu tyle sygnałów! Zaczęło się od zajęcia się jego zwłokami tamtej nocy, potem dała mu wizytówkę, a teraz gadała jak potłuczona o tym, żeby wpadał do niej z psiakiem, że będą się super bawić i ogólnie będzie wspaniale… a ten nic. Klapki na oczy albo słyszał tylko co trzecie, przy dobrych wiatrach, co drugie słowo.
A ona, naczelna idiotka Eriksen, analizowała to co jej powiedział wtedy w jej domu. To że żałował, że ją wtedy zostawił, że zerwał kontakt, a przede wszystkim, że żałował, że jej wtedy nie wziął ze sobą. W nocy nie mogła spać, bo przecież jej mózg musiał snuć wyobrażenia jak wyglądałoby ich życie, gdyby faktycznie pojechałaby z nim. Udałoby jej się skończyć studia? Dałaby radę założyć własny salon albo chociaż pracować u kogoś czy chwytałaby się wszystkiego, aby tylko mogli opłacać rachunki i żyć sobie swoim małym życiem? Czy zostaliby tam już na zawsze, czy wrócili do Toronto tak jak on teraz? I nic dziwnego, że nie była w stanie zmrużyć oczu, bo jej głowa podsuwała jej takie obrazy i to w takich różnych ilościach w zależności od scenariusza, że gdyby spisała to w formie skryptu filmowego bądź teatralnego to mogłaby zbić na tym niemałą sumkę.
Na szczęście w pracy stawiała na profesjonalizm i nie pozwalała swoim myślom odpływać do tych uroczych loczków, skupiając się tylko i wyłącznie na klientach. Tylko nie spodziewała się, że jej ostatnim klientem tego dnia będzie właśnie on. I o to drodzy państwo, należało przyznać przed samą sobą, że norny nie miały dla niej litości. Ale to może i dobrze. Może właśnie o to im chodziło? Żeby ta dwójka wreszcie szczerze pogadała, bez nadmiernych emocji, krzyków, płaczu, tak jak to miało miejsce kilka dni temu w jej domu.
W sumie to nie zastanawiała się za specjalnie ani nad tym co robi, ani co mówi. Pewnie dopiero jak będzie leżeć wieczorem w wannie albo już w łóżku, uświadomi sobie, że mogła brzmieć jak rasowy zboczeniec, ustępując tylko miejsce na podium budowlańcom obczajającym przechodzące kobiety w krótkich sukienkach, i kierownikom spod sklepu, dla których każda niewiasta była niczym ludzkim objawieniem Afrodyty bądź Freyi. No ale naprawdę chciała zrobić klimat, dzięki któremu Dante mógłby się odprężyć, bo nie mogła pozbyć się wrażenia, że chodził przy niej dziwnie spięty. A przecież niejednokrotnie dała już mu do zrozumienia, że było minęło, czasu nie cofną.
Zaśmiała się cicho, widząc jego minę, kiedy tak do niego podeszła i znienacka zmieniła ustawienie fotela. Wiedziała jednak, że nie będzie mógł narzekać na masaż, który zamierzała mu zafundować. Tych dobrych kilka lat temu nie narzekał, gdy tak mu robiła, co prawda nie tak profesjonalnie jak w tym momencie, ale zawsze! I jeśli ją pamięć nie myliła to sam się nawet pokładał na jej udach i podsuwał łeb pod jej łapki, aby mogła pomiziać go po włosach. Co prawda, nie miała pewności czy robił to dlatego, że mu się podobało czy raczej dlatego, że wiedział, że ona uwielbiała to robić. W każdym razie, nigdy nosem nie kręcił i nie błagał, aby zaprzestała podobnych praktyk.
– Wiesz, czasem przychodzą do mnie ludzie z ulicy, żeby się zapytać o strzyżenie albo farbowanie, ale kiedy widzą mój łeb to zaczynają się wycofywać albo pytają czy potrafię zrobić normalny blond, normalny brąz, czy tylko takie coś. – Zaśmiała się cicho, nie przerywając masażu. Jej palce na moment zwolniły, jakby chciała sprawdzić, czy nie przesadza z naciskiem, ale zaraz znów wróciły do równomiernego, pewnego rytmu. Czuła pod opuszkami napięcie, które powoli ustępowało, mięśnie rozluźniały się centymetr po centymetrze. To było znajome. Zaskakująco znajome. Ale kiedy stwierdził, że to dobrze, że nie ma do niej tłumów, zagryzła lekko dolną wargę, nie mając świadomości, że Dante właśnie otworzył oczy i patrzył na jej reakcję.
– Dobrze, bo możesz sobie od tak przyjść i dać się rozpieścić moim palcom? – zapytała cicho i opuściła wzrok na jego buzię. I w tej chwili ich spojrzenia się spotkały. Poczuła jak momentalnie robi jej się słabo. Nie była jednak pewna czy to przez zażenowanie z własnych słów czy to, że tak bezczelnie pozwoliła sobie spojrzeć mu prosto w oczy… dlatego zrobiła coś jezcze głupszego. Nachyliła się nad nim i wtuliła buzię w zagłębienie jego szyi.
– Dante… co my… co ty… czy… – zaczęła się jąkać, jakby pierwszy raz w życiu zabrakło jej słów, a przecież kto jak kto, ale ona zawsze miała wiele do powiedzenia, czasem zbyt wiele. Wzięła więc głęboki wdech, zaciągając się przyjemnym zapachem jego skóry, myśląc, że to pomoże jej pozbierać myśli. Taaa… guzik.
– Przychodzisz, bo masz wyrzuty sumienia? Czekałam na wiadomość od ciebie, wiesz? Czekałam, czekałam… gapiłam się w telefon jak surykatka… wiadomości nie było, ale teraz jesteś ty i to tutaj… i ty nawet nie wiesz jak mi mózg się przegrzewa, bo nie mam pojęcia jak mam to wszystko odbierać, nie mam pojęcia dlaczego dziób mi się cieszy, kiedy tylko widzę tę twoją głupią, ale rozbrajającą mordkę. Nie mam pojęcia dlaczego nie mam ochoty cię zdzielić suszarką, udusić kablem od prostownicy… ghhh! – I znów zaczęła gadać. Zdecydowanie za szybko i za długo, nadal mając wtuloną buzię w jego szyję, którą to z każdym słowem drażniła powietrzem ze swoich ust.
I chyba z tego całego zażenowania swoim własnym zachowaniem, wzięła kolejny głęboki wdech i gdy wypuszczała powietrze właśnie przez usta, nieświadomie musnęła nimi jego skórę. Potrzebowała długie sekundy, aby dotarło do tych spalonych styków w jej mózgu, co właśnie zrobiła. I że właśnie przegoniła kierownika spod sklepu, a nawet budowlańców… Ale totalnie ją sparaliżowało. Choć chciała odskoczyć i zacząć go przepraszać, nie mogła.


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może i faktycznie nawet on nie wpadłby na tak idiotyczny pomysł, by zabierać ze sobą psa do klubu, ale… chyba wciąż nie zmieniało to faktu, że od wiary w jego poczucie odpowiedzialności zdecydowanie więcej sensu mogła mieć wiara w świętego Mikołaja. Ewentualnie Potwora z Loch Ness, czy inną Wielką Stopę… Na ich istnienie niektórzy przynajmniej mieli jakieś dowody. Mniej lub bardziej wiarygodne, ale wciąż – jakieś. Tymczasem naprawdę niewiele wskazywało na to, by jakiekolwiek poczucie odpowiedzialności miało się u Dantego wykształcić. I równie niewiele wskazywało, żeby mogło się to w bliższej lub dalszej przyszłości zmienić.
I – jak się okazywało – tak samo kiepsko miewała się jego domyślność, przynajmniej w pewnych kwestiach. Niezależnie więc od wszystkich tych podobno całkiem oczywistych wskazówek podsuwanych mu pod nos przez Elsę, być może wcale nie powinno dziwić, że wciąż miał całkiem spore wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście chciała mieć z nim jakikolwiek kontakt. Zwłaszcza, że logika dość jasno podpowiadała, że nic takiego nie powinno mieć miejsca. A chociaż na co dzień raczej nieczęsto – by nie powiedzieć nigdy – zdarzało mu się kierować jakąkolwiek logiką… tym razem wyjątkowo trudno było oprzeć się wrażeniu, że Elsa po prostu nie mogła chcieć z nim rozmawiać, czy choćby nawet oglądać – czy to w swoim salonie, czy dowolnym innym miejscu. W końcu dał jej chyba dostatecznie wiele powodów – albo przynajmniej jeden, za to całkiem konkretny – by tak właśnie było.
A jednak nawet te wątpliwości mogły całkiem skutecznie ulotnić się pod wpływem jej palców przesuwających się z wprawą po skórze głowy. Właściwie… przez moment chyba nawet byłby w stanie bez większego problemu cofnąć się o tych kilka lat wstecz, kiedy pomiędzy nimi wszystko było absolutnie jasne, on nie musiał przejmować się jakimkolwiek wyrzutami sumienia, a ona nie miała powodów – a przynajmniej żadnego tak oczywistego – by mieć mu cokolwiek za złe.
Gorzej, jeżeli nie masz zamiaru znosić mnie tu codziennie – tyle powinno wystarczyć za twierdzącą odpowiedź na jej pytanie. I chociaż pewnie wciąż dałoby się uznać tę zapowiedź za żart, niekoniecznie był on aż tak oczywisty jak wcześniejsza wzmianka o następnym razie.
Ponownie przymknął oczy, czując jak cały ten chwilowy spokój ulatnia się w tym samym momencie, w którym mógł poczuć ciepło jej skóry na swojej szyi. Równie ciepły oddech też w żadnym razie nie ułatwiał sprawy, nawet jeśli… zdecydowanie nie chciał, żeby się odsuwała.
Nie. To znaczy tak, to też, ale… – nie miał pojęcia, jak miałby odpowiedzieć – ani na postawione przez nią na początku pytanie, ani tym bardziej całą resztę wypowiedzianych przez nią zdań. Nic z tego, co przychodziło mu na myśl nie miało większego sensu. – Właściwie miałem zamiar ewakuować się dopiero jak sięgniesz po nożyczki. Nie myślałem, że suszarka też…
Zamiast więc starać się wymyślić coś, co mogłoby zabrzmieć jak logiczne wyjaśnienie czegokolwiek, spróbował swoim zwyczajem sięgnąć po żart. Może i niezbyt udany, ale przy odrobinie dobrej woli pewnie mógłby zadziałać mimo wszystko. Gdyby w ogóle miał możliwość dokończyć go, zanim na tę krótką chwilę jej wargi zetknęły się z jego skórą. Oczywiście, że to musiał być zwykły przypadek – bo niby co innego…? A jednak nie dało się tego tak po prostu zignorować, kiedy nadal była zdecydowanie zbyt blisko i kiedy w głowie nadal krążyły mu jej słowa, na które mimo wszystko – albo raczej tym bardziej – nie potrafił w żaden sposób odpowiedzieć.
Tyle, że chyba już nie zamierzał nawet próbować. Zamiast tego przechylił głowę, by móc wargami musnąć jej usta i dopiero w momencie, kiedy uniósł lekko rękę z zamiarem dotknięcia jej twarzy, dotarło do niego jak głupie to było. Trochę za późno. Zwłaszcza, że w jego geście trudno byłoby doszukiwać się czegokolwiek przypadkowego, nawet jeśli w kolejnej chwili natychmiast podniósł się z fotela, tym samym zwiększając między nimi dystans do tego całkiem rozsądnego i bezpiecznego. Jeszcze kilkanaście minut temu był prawie pewny, że nie chciała go nawet widzieć. Parę dni temu rozstał się z dziewczyną. A teraz… Sam właściwie nie wiedział co teraz.
Nie patrzył w jej stronę, nie mając pojęcia czego powinien się spodziewać i nie będąc pewnym, czy chciał się o tym przekonywać. Zamiast tego lepiej było rozejrzeć się za psem, który od dobrych kilku chwil miał zdecydowanie zbyt dużo swobody podczas zwiedzania salonu…
To nie… – zaczął, znów jednak nie mając pojęcia, jak to zdanie powinno się zakończyć. – Pójdę już. Zanim Murphy dorwie się do jakichś kabli, czy… nie wiem, czegokolwiek innego. Przynajmniej będziesz mogła coś zjeść w spokoju i…
I co…? Nie wiedział, więc kolejne zdanie również musiało pozostać niedokończone. Chociaż przynajmniej wreszcie zdecydował się spojrzeć na nią. Mimo wszystko chyba nie spodziewając się niczego innego, jak tylko potwierdzenia, że owszem, lepiej byłoby, gdyby już sobie poszedł.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Można by rzec, że ich licealne życie było naprawdę udane. Tworzyli całkiem zgodną parę, a jedyne, o co Elsa miewała do niego pretensje to, że znów zerwał sie z lekcji, na której miał pisać sprawdzian, a przecież dzień wcześniej siedzieli do późna nad książkami. Choć zdarzały się i takie wieczory, kiedy nauka schodziła na nieco dalszy plan, bo Dante skutecznie ją rozpraszał, tak, że nawet jej zawziętość i ogólnie pojmowana dyscyplina, przegrywała z urokiem i całkiem przyjemnymi zagrywkami chłopaka.
I może dlatego, teraz gdy tak nagle pojawił się w jej życiu, nie potrafiła na niego patrzeć inaczej niż z uśmiechem. Niekiedy poirytowanym, czasem tym zadziornym, innym razem rozczulonym, a jeszcze innym tym szerokim, który mógł mówić tylko jedno - cieszę się, że cię widzę.
Może tak naprawdę nigdy nie zamknęła tego rozdziału w swoim życiu, którego strona tytułowa była oznaczona jego imieniem? To by wyjaśniało, dlaczego po ich rozstaniu nie odnosiła jakichś sukcesów w sferze uczuciowej. Czyżby każdego z nich finalnie porównywała do tego nieidealnego gamonia? Nie. Na pewno nie… chyba nie… chyba… tak..? Może tylko czekała aż znów się pojawi, aż kiedyś wróci, przyjdzie do niej i zacznie przepraszać. Rzeczywistość nieco sprowadziła ją na ziemię, kiedy ujrzała go wtedy w tłumie w towarzystwie ówczesnej dziewczyny. I choć przestała się jakkolwiek łudzić, to nadal nie potrafiła sobie nikogo znaleźć, ale nie tylko dlatego, że kandydaci byli źli, ale i ona nie była przecież kimś za kim co drugi by szalał i ganiał. Tak jakby to naprawdę tylko ten jeden idiota na świecie potrafił ją zaakceptować ze wszystkim co sobą reprezentowała i co nosiła na barkach.
I teraz, kiedy znów się z nim spotkała, oboje bez żadnych zobowiązań sercowych, nie potrafili się dotrzeć. Bo najwyraźniej każdemu ta przeszłość w jakimś stopniu ciążyła. Choć miała wrażenie, że chłopakowi zdecydowanie bardziej niż jej. Dlatego chciała wiedzieć czy to, że w końcu do niej przyszedł było oznaką zżerających go wyrzutów sumienia czy może naprawdę ochotą ponownego jej ujrzenia. Czy faktycznie przechodził przypadkiem i od niechcenia wszedł do jej salonu, bo nie miał nic innego do roboty, czy podświadomie poszedł kupić wegański obiad, wiedząc, że przecież królik pozostał królikiem, a potem pojawił się w jej drzwiach, BO PO PROSTU CHCIAŁ.
Ale że Dante sam nie podejmował tematu, musiała postawić wszystko na jedną kartę i sama zapytała. Może niekoniecznie dosłownie wprost, bo ukrywała buzię w zagłębieniu jego szyi, ale raczej jej słowotok nie powinien pozostawiać zbyt wiele niejasności i pola do interpretacji. No ale znów, próbował zasłonić się żartem, całkiem udanym, choć Elsie wcale nie było do śmiechu. A jeszcze bardziej nie było, kiedy jej usta tak same z siebie zbliżyły się dosłownie o milimetr do jego skóry i z niesamowitą delikatnością naznaczyły.
Zamarła i się nie ruszała, zamknęła jedynie oczy, bojąc się kontaktu wzrokowego z chłopakiem. Dlatego totalnie nie spodziewała się tego, co nastąpiło po tych kilku cholernie długich sekundach. Czując jego wargi na swoich, czas i cały świat jej się zatrzymał.
Wróciło wszystko. Każda wspólna nauka, przerwa, wyjście, obiady u rodziców… każda impreza, nawet ta, której przebiegu Elsa w ogóle nie pamiętała. Każda minuta. Każda sekunda. To wszystko, czego nikt jej nigdy nie mógł zabrać, nawet tamta blondynka. Po prostu, do cholery, wszystko.
Drgnęła lekko, po chwili odwzajemniając to delikatne muśnięcie i już zamierzała rozchylić wargi, aby zaprosić go do dalszych pieszczot, kiedy niemalże od niej odskoczył. Jakby coś sobie przypomniał, o pieprzonym żelazku zostawionym na ogniu na kuchence indukcyjnej.
Sama zaraz się wyprostowała, szukając go rozbieganym wzrokiem. Wyłapała kątem oka jak Murphy wygrzebał spod kanapy jakiegoś gryzaka Olive i skutecznie się nad nim znęcał. Ale to dobrze. Meble wobec tego powinny być całe. Ona zaś szybko odnalazła Dantego i gdy po tym głupim monologu ich spojrzenia się spotkały, nie wytrzymała. Wybuchła.
— Slutt, for faen — zabluzgała po norwesku, co miało oznaczać po prostu przestań, kurwa. Było to u niej dosyć charakterystyczne. Bardzo rzadko przeklinała po angielsku, do takich rozmów raczej używała swojego ojczystego języka.
— Przestań w końcu uciekać! Znowu wyjdziesz i znowu znikniesz?! — krzyknęła, patrząc na niego zacięcie. Po chwili jednak poczuła, jak coś ściska ją w klatce piersiowej. Gniew, który jeszcze chwilę temu był ostry i wyraźny, zaczynał się rozmywać, mieszać z czymś znacznie gorszym — bezsilnością.
— Ja naprawdę próbowałam sobie ułożyć życie bez ciebie, wiesz? Dawałam szansę ludziom, którzy w ogóle ciebie nie przypominali i wiesz co? Gówno. Bo najwyraźniej w moim typie były tylko typy twojego pokroju. Ale z kolei im kompletnie nie pasowałam ja, moje kolory, mój uśmiech, moje książki, studia… nie pasowała im Elsa. — Każde jej słowo było napięte jak struna i ani na sekundę nie odwracała od niego wzroku. Wiedziała, że jej kolejne słowa będą jeszcze trudniejsze i zdecydowanie za ciężkie na jej drobne ramiona.
— Jak was zobaczyłam byłam zła. Byłam wściekła. Ale o dziwo nie na ciebie. Na siebie. Że ty potrafiłeś iść dalej… i naprawdę się cieszyłam z twojego szczęścia. Tak kurewsko szczerze byłam szczęśliwa z twojego powodu, że może znalazłeś kogoś na kogo czekałeś całe dotychczasowe życie! — znów mówiła szybko jakby chciała się czym prędzej pozbyć ciężaru tych słów. Musiała brzmieć cholernie żałośnie. Jak pieprzona desperatka. Ale wiedziała, że jeśli teraz mu tego wszystkiego nie wyjaśni to może już nie być nigdy okazji.
— I przykro mi, że się rozstaliście, że coś się popsuło, ale powiedz czego chcesz ode mnie? Pocieszenia? Zabawy? Wybacz, raczej jej nie zastąpię… nie zamierzam wracać do swojego naturalnego koloru… ale jeśli chcesz się bawić to proszę! — Schyliła głowę i roztrzepała swoje, robiąc sobie taktyczną szopę ze swoich fioletowych loków. I gdy tylko się wyprostowała, podeszła do niego, skracając ten dystans, który tak bardzo jej ciążył.
— Proszę! Bawmy się! Masz wyrzuty sumienia? To przestań je mieć! Chcesz się przyjaźnić? Zapraszam! Zróbmy sobie psiapsiółkowy wieczorek z popcornem, plotkami i robieniem warkoczy! Powiedz mi tylko… powiedz do jasnej cholery co chcesz, kim jestem. Przestań mnie zwodzić, przestań uciekać!
Elsa oddychała ciężko, jak po biegu — choć przecież się nie ruszała. Serce waliło jej w klatce piersiowej tak mocno, że aż bolało. Miała wrażenie, że powiedziała za dużo. O wiele za dużo. Że właśnie rozłożyła się przed nim na części pierwsze. Miała wątpliwości czy jeszcze przed nim stała czy już zdążyła się rozpaść, a przede wszystkim, czy było jeszcze co zbierać.
— No dalej… to ten moment, kiedy możesz powiedzieć coś śmiesznego i wyjść…

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”