Można by rzec, że ich licealne życie było naprawdę udane. Tworzyli całkiem zgodną parę, a jedyne, o co Elsa miewała do niego pretensje to, że znów zerwał sie z lekcji, na której miał pisać sprawdzian, a przecież dzień wcześniej siedzieli do późna nad książkami. Choć zdarzały się i takie wieczory, kiedy nauka schodziła na nieco dalszy plan, bo Dante skutecznie ją rozpraszał, tak, że nawet jej zawziętość i ogólnie pojmowana dyscyplina, przegrywała z urokiem i całkiem przyjemnymi
zagrywkami chłopaka.
I może dlatego, teraz gdy tak nagle pojawił się w jej życiu, nie potrafiła na niego patrzeć inaczej niż z uśmiechem. Niekiedy poirytowanym, czasem tym zadziornym, innym razem rozczulonym, a jeszcze innym tym szerokim, który mógł mówić tylko jedno -
cieszę się, że cię widzę.
Może tak naprawdę nigdy nie zamknęła tego rozdziału w swoim życiu, którego strona tytułowa była oznaczona jego imieniem? To by wyjaśniało,
dlaczego po ich rozstaniu nie odnosiła jakichś sukcesów w sferze uczuciowej. Czyżby każdego z nich finalnie porównywała do tego nieidealnego gamonia? Nie. Na pewno nie… chyba nie… chyba… tak..? Może tylko czekała aż znów się pojawi, aż kiedyś wróci, przyjdzie do niej i zacznie przepraszać. Rzeczywistość nieco sprowadziła ją na ziemię, kiedy ujrzała go wtedy w tłumie w towarzystwie ówczesnej dziewczyny. I choć przestała się jakkolwiek łudzić, to nadal nie potrafiła sobie nikogo znaleźć, ale nie tylko dlatego, że kandydaci byli źli, ale i ona nie była przecież kimś za kim co drugi by szalał i ganiał. Tak jakby to naprawdę tylko ten jeden idiota na świecie potrafił ją zaakceptować ze wszystkim co sobą reprezentowała i co nosiła na barkach.
I teraz, kiedy znów się z nim spotkała, oboje bez żadnych zobowiązań sercowych, nie potrafili się dotrzeć. Bo najwyraźniej każdemu ta przeszłość w jakimś stopniu ciążyła. Choć miała wrażenie, że chłopakowi zdecydowanie bardziej niż jej. Dlatego chciała wiedzieć czy to, że w końcu do niej przyszedł było oznaką zżerających go wyrzutów sumienia czy może naprawdę ochotą ponownego jej ujrzenia. Czy faktycznie przechodził przypadkiem i od niechcenia wszedł do jej salonu, bo nie miał nic innego do roboty, czy podświadomie poszedł kupić wegański obiad, wiedząc, że przecież królik pozostał królikiem, a potem pojawił się w jej drzwiach, BO PO PROSTU CHCIAŁ.
Ale że Dante sam nie podejmował tematu, musiała postawić wszystko na jedną kartę i sama zapytała. Może niekoniecznie dosłownie wprost, bo ukrywała buzię w zagłębieniu jego szyi, ale raczej jej słowotok nie powinien pozostawiać zbyt wiele niejasności i pola do interpretacji. No ale znów, próbował zasłonić się żartem, całkiem udanym, choć Elsie wcale nie było do śmiechu. A jeszcze bardziej nie było, kiedy jej usta tak same z siebie zbliżyły się dosłownie o milimetr do jego skóry i z niesamowitą delikatnością naznaczyły.
Zamarła i się nie ruszała, zamknęła jedynie oczy, bojąc się kontaktu wzrokowego z chłopakiem. Dlatego totalnie nie spodziewała się tego, co nastąpiło po tych kilku cholernie długich sekundach. Czując jego wargi na swoich, czas i cały świat jej się zatrzymał.
Wróciło wszystko. Każda wspólna nauka, przerwa, wyjście, obiady u rodziców… każda impreza, nawet ta, której przebiegu Elsa w ogóle nie pamiętała. Każda minuta. Każda sekunda. To wszystko, czego nikt jej nigdy nie mógł zabrać, nawet tamta blondynka. Po prostu, do cholery, wszystko.
Drgnęła lekko, po chwili odwzajemniając to delikatne muśnięcie i już zamierzała rozchylić wargi, aby zaprosić go do dalszych pieszczot, kiedy niemalże od niej odskoczył. Jakby coś sobie przypomniał, o pieprzonym żelazku zostawionym na ogniu na kuchence indukcyjnej.
Sama zaraz się wyprostowała, szukając go rozbieganym wzrokiem. Wyłapała kątem oka jak Murphy wygrzebał spod kanapy jakiegoś gryzaka Olive i skutecznie się nad nim znęcał. Ale to dobrze. Meble wobec tego powinny być całe. Ona zaś szybko odnalazła Dantego i gdy po tym głupim monologu ich spojrzenia się spotkały, nie wytrzymała. Wybuchła.
— Slutt, for faen — zabluzgała po norwesku, co miało oznaczać po prostu
przestań, kurwa. Było to u niej dosyć charakterystyczne. Bardzo rzadko przeklinała po angielsku, do takich rozmów raczej używała swojego ojczystego języka.
— Przestań w końcu uciekać! Znowu wyjdziesz i znowu znikniesz?! — krzyknęła, patrząc na niego zacięcie. Po chwili jednak poczuła, jak coś ściska ją w klatce piersiowej. Gniew, który jeszcze chwilę temu był ostry i wyraźny, zaczynał się rozmywać, mieszać z czymś znacznie gorszym — bezsilnością.
— Ja naprawdę próbowałam sobie ułożyć życie bez ciebie, wiesz? Dawałam szansę ludziom, którzy w ogóle ciebie nie przypominali i wiesz co? Gówno. Bo najwyraźniej w moim typie były tylko typy twojego pokroju. Ale z kolei im kompletnie nie pasowałam ja, moje kolory, mój uśmiech, moje książki, studia… nie pasowała im Elsa. — Każde jej słowo było napięte jak struna i ani na sekundę nie odwracała od niego wzroku. Wiedziała, że jej kolejne słowa będą jeszcze trudniejsze i zdecydowanie za ciężkie na jej drobne ramiona.
— Jak was zobaczyłam byłam zła. Byłam wściekła. Ale o dziwo nie na ciebie. Na siebie. Że ty potrafiłeś iść dalej… i naprawdę się cieszyłam z twojego szczęścia. Tak kurewsko szczerze byłam szczęśliwa z twojego powodu, że może znalazłeś kogoś na kogo czekałeś całe dotychczasowe życie! — znów mówiła szybko jakby chciała się czym prędzej pozbyć ciężaru tych słów. Musiała brzmieć cholernie żałośnie. Jak pieprzona desperatka. Ale wiedziała, że jeśli teraz mu tego wszystkiego nie wyjaśni to może już nie być nigdy okazji.
— I przykro mi, że się rozstaliście, że coś się popsuło, ale powiedz czego chcesz ode mnie? Pocieszenia? Zabawy? Wybacz, raczej jej nie zastąpię… nie zamierzam wracać do swojego naturalnego koloru… ale jeśli chcesz się bawić to proszę! — Schyliła głowę i roztrzepała swoje, robiąc sobie taktyczną szopę ze swoich fioletowych loków. I gdy tylko się wyprostowała, podeszła do niego, skracając ten dystans, który tak bardzo jej ciążył.
— Proszę! Bawmy się! Masz wyrzuty sumienia? To przestań je mieć! Chcesz się przyjaźnić? Zapraszam! Zróbmy sobie psiapsiółkowy wieczorek z popcornem, plotkami i robieniem warkoczy! Powiedz mi tylko… powiedz do jasnej cholery co chcesz, kim jestem. Przestań mnie zwodzić, przestań uciekać!
Elsa oddychała ciężko, jak po biegu — choć przecież się nie ruszała. Serce waliło jej w klatce piersiowej tak mocno, że aż bolało. Miała wrażenie, że powiedziała za dużo. O wiele za dużo. Że właśnie rozłożyła się przed nim na części pierwsze. Miała wątpliwości czy jeszcze przed nim stała czy już zdążyła się rozpaść, a przede wszystkim, czy było jeszcze co zbierać.
— No dalej… to ten moment, kiedy możesz powiedzieć coś śmiesznego i wyjść…
Dante Levasseur