-
I'm a fan of you,
I'm a fan of love,
I'm a fan of usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Left to be finished by such as she:
And she a fair divided excellence,
Whose fullness of perfection lies in him.
Ten dzień miał być szalony, chaotyczny i absolutnie idealny; w sumie dokładnie taki sam, jak ich relacja do tej pory, prawda? Mieli konkretny plan, w gruncie rzeczy całkiem luźny, tylko na lotnisku musieli być trochę wcześniej, wiadomo, żeby się odprawić, nawet jeśli obydwoje mieli tylko podręczne bagaże i niczego nie nadawali. Pierwszy stop był w mieszkaniu Cath, gdzie na szybko spakował trochę ciuchów, ładowarkę, kilka ulubionych błyskotek dokumenty i maszynkę do golenia, żeby nie wyglądać za kilka dni jak bezdomny. Klucze i odręcznie napisana krótka notka o tym, gdzie było jedzonko Milo i ile mu się należało, żeby się nie martwiła i że ją kochają. Check. Następny przystanek, już po drodze na lotnisko, ten mały, retro sklep, gdzie zaklepał wypatrzone przez Vitę kilka miesięcy wstecz obrączki. Zapłacił za nie, kiedy niedługo-już-nie-Holloway przeglądała inne rzeczy.. Złapał też przy okazji kolczyki, które oglądała wcześniej z błyszczącymi w zachwycie oczami; mógł sobie wyobrazić jak ślicznie by na niej leżały i z łatwością sam się przekonał, że jeden mały podarunek w tą czy inną stronę nie zrobi większej różnicy w budżecie, prawda? Prawda.
Na lotnisku wylądowali zgodnie z planem, z wygodnym czasowym marginesem, ale generalnie to oznaczało, że mogli usiąść na dupie w bezcłowym, kupić sobie jakieś smaczki na drogę, pićko i może nawet zjeść coś, zanim wylądują w samolocie. Nie lubił latać. Naprawdę nie lubił latać i cieszył się, że nie robił tego często. W normalnej sytuacji przed lotem wypiłby kilka alkoholowych drinków, na pokładzie jeszcze kilka kolejnych, żeby się znieczulić, ale.. No, właśnie, ale, całe to trzeźwe życie trochę psuło jego zwykły rytuał. W tym przypadku mógł tylko znaleźć sobie coś do nerwowego obracania w palcach, sprawdzać co pięć minut czy na pewno mieli swoje paszporty i łapać ją za rękę raz po raz. Nie ważne, czy trzymał ją za rękę, obejmował w pasie, łapał za rękaw; znajdował w tak prostych gestach komfort. Jego językiem miłości był dotyk, okay? Znajdował w niej ukojenie, rozpraszał nerwowo rozbiegane myśli, regulował system nerwowy, rozluźniając szczękę i ramiona..
- Mówiłem ci, że nie lubię latać? Nie, żebym latał często... - rzucił do niej, kiedy już poruszali się jak pingwinki, w rękawie prowadzącym prosto na pokład ich maszyny. Podświadomie złapał głębszy oddech, przytrzymał go na moment i wypuścił powoli przez usta. Nieprzyjemny ścisk w skroniach i żołądku nie pozwalały zapomnieć o irracjonalnym lęku, ale.. Na swoją obronę; tyle ton metalu nie powinno latać, okay?!
- Dobra, rozprosz mnie, bo najgorszy jest moment przed startem i start. - wszystko do momentu w którym osiągali odpowiednią wysokość, a lot nagle zaczynał przypominać bardziej jazdę busem. Kiedy już nie był w stanie odczuwać prędkości, a za oknem było widać tylko szczyty chmurek.. Zapiął pas już na swoim miejscu, używając całej siły na jaką mógł się zdobyć w drżących dłoniach, by go zacisnąć. - Zdecydowałaś już, co zrobisz ze swoim nazwiskiem? - zagadnął, opierając tył głowy o zagłówek i przechylając ją w stronę Vity, by móc na nią patrzeć. Tak, zdecydowanie wolał ten widok, niż gapienie się na ikonki przedstawiające procedury w przypadku awaryjnego lądowania..
mrs bennett?
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Can't love nobody like I love you
I'll come around, I'll break through
Can't love nobody like I love you
Zadziwiało ją, jak opanowany wydawał się Alexis w tym wszystkim. Dosłownie miała wrażenie, że nie musi się o nic w świecie martwić. Miał wszystko pod kontrolą. Zachowywał się tak, jakby szli na zwykły spacer, a nie na lotnisko, żeby wziąć ślub...ślub, który tak naprawdę nie był zaplanowany, tylko spontaniczną decyzją podjętą poprzedniego dnia. Holy shit. Wszystko zaczęło do niej docierać. Najpierw, kiedy czekała, aż Lexie spakuje się u Catherine, potem w tym antycznym sklepiku, gdzie sprawdzali, czy mają jeszcze te stare obrączki, które kiedyś przypadkiem wypatrzyli. Gdy Lexie dogadywał coś ze starszym panem, Vita przechadzała się po sklepie, co chwilę nachylając się nad różnymi memorabiliami i zastanawiając się, czy kiedyś ich rzeczy też trafią do takiego miejsca. Na samą myśl, że spędzi z nim wiele lat u jego boku - aż do starości - w jej sercu rozlewało się ciepłe, przyjemne uczucie. Przypomniał jej się też Milo i fakt, że Lexie już traktował go jak swojego pierworodnego futrzanego syna. Powoli budowali swoją rodzinkę, a Vita była tym naprawdę zachwycona.
Idąc rękawem samolotu, Vita zerknęła na Lexiego i parsknęła śmiechem. - Mój przyszły mąż boi się latać? Nie martw się, ochronię cię - uśmiechnęła się do niego i delikatnie pogładziła dłonią jego plecy. Swoja droga to był to dopiero jakiś drugi raz jak leciała, ale nie doznała wcześniej żadnych większych turbulencji, żeby teraz mieć z lataniem jakieś złe skojarzenia, wiec jeżeli Alexis potrzebował, żeby go wspierała, nie miała z tym żadnego problemu. Kiedy usiadła na swoim miejscu, zapięła pasy i spojrzała na trzęsącego się Lexiego, który wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Chwyciła jego dłoń, nachyliła się do jego ucha i wyszeptała, - Bennett, nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo chciałabym, żebyś mnie teraz przeleciał… - prychnęła śmiechem i uniosła brew. - Przeleciał… czaisz?- Patrzyła na niego z głupkowatym uśmieszkiem, niezmiernie dumna ze swojego żartu, który w tamtym momencie wydawał jej się cholernie trafny i śmieszny. - mam nadzieje, ze żart dobrze wy-lą-do-wał. - Yall, we've got ourselves a comedian out here!!!
Wyprostowała się chwilę później, wciąż mocno ściskając jego dłoń. Gdy samolot wzniósł się ponad chmurki, przymknęła oczy na moment, a potem otworzyła je i znowu na niego spojrzała, by odpowiedzieć na jego pytanie,- Wciąż się zastanawiam, czy zostać przy Holloway-Bennett, czy całkowicie przejść na Bennett- uśmiechnęła się.- Nie jestem pewna, co wybiorę. Chyba zdecyduję dopiero, jak będziemy wypełniać papiery.- Zauważyła przechodzącą obok stewardessę i już miała poprosić o piwo dla obojga, ale w ostatniej chwili przypomniała sobie, że Lexie jest trzeźwy.- Poprosimy sok jabłkowy w lampach od szampana, jeśli macie!- powiedziała z szerokim uśmiechem. Stewardessa tylko skinęła głową i nalała im sok do lampek. Vita wyciągnęła telefon, zapłaciła kartą i uśmiechnęła się do Lexiego, podając mu jeden kieliszek, a sama trzymając drugi. - No co? Nie patrz tak na mnie! Starałam się być mega miła dla klientów przez ostatni miesiąc i dostałam spore napiwki. W sumie to zapomniałam o nich i znalazłam je w skarpetce jak się pakowaliśmy rano - zaśmiała się, przewracając oczami. - teraz jak o tym myślę, to hey, it was worth it. - Puściła mu oczko i uniosła kieliszek. - Za nas?
lexie
-
I'm a fan of you,
I'm a fan of love,
I'm a fan of usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tylko takeoff.. - mruknął na swoje usprawiedliwienie, ale też żeby zamaskować fakt, że dłoń na jego plecach, rzeczywiście działała kojąco. Trochę jakby Vita była jego przenośną emocjonalną regulacją? Zabawne jak ten związek pozytywnie na niego działał w tak wiele sposobów; nic dziwnego, że mu się spieszyło! Już na miejscu, ścisnął lekko jej dłoń, kiedy go złapała, a na idiotyczny żarcik, zmarszczył brwi, na końcu parsknął sucho. - Boże, jaki suchar, gdzie ta butelka z wodą. - rzucił, ale zamiast szukać butelki, która pewnie była w jego podręcznym, w luku nad ich głową, złapał ją za przód koszulki, przyciągnął go siebie, by ukraść krótkiego całusa.
Fair enough. Zmiana nazwiska liczyła się ze zmianą dokumentów, banków, całej reszty pierdół, które pewnie przez następny rok pokazywały by się tu i ówdzie, po prostu irytując... A gdyby dodała tylko jego nazwisko do swojego, to nie koniecznie musiałaby zmieniać papiery, prawda? Nie chciał naciskać, ale była ta bardzo patriarchalna cząstka w nim, która z ekscytacją przebierała nóżkami na myśl, że mogłaby przyjąć jego nazwisko w pełni. Zaszczyt i duma, że chciałaby być tak całkowicie jego? Tak, tak by to można było nazwać. - Za nas. - potwierdził prosto, przyjmując swój jabłkowy soczek, cicho wdzięczny, że była wyrozumiała dla jego niewydolności alkoholowej... I zabierał ją do Vegas. Próbując być trzeźwy. 10/10 niezawodna logika. Pięciogodzinny lot pewnie spędzili na oglądaniu któregoś z tych free filmów na zagłówku fotela przed nimi? Twilight był zawsze zajebistą opcją, żeby się pośmiać, powiedzmy sobie szczerze i nawet mogliby skończyć dwie pierwsze części z sagi! Oczywiście Lexie za każdym razem tak samo gorliwie kibicował, żeby świecący wampir jednak zjadł tą sztywną jak kłoda babę bez ekspresji, ale jak zawsze nie słuchał. Wampir idiota, jaki stary taki głupi, nie?
Taksówkę zabierającą ich do hotelu zamówił z appki, tej samej z której złapał lot i hotel, bo tak było najbardziej opłacalnie; Cath byłaby dumna! Może. Jak już przejdzie jej złość na fakt, że zawinął hajs z biznesu bez pytania... Czas mieli wciąż niezły, tak stwierdził, kiedy już zameldowali się w hotelu, padając na duże, miękkie łóżko, rzucając plecak niedbale gdzieś na bok. Dwa dni w przestrzennym, wygodnym hotelowym pokoju z jedzonkiem, które mogło im przyjść pod same drzwi i fancy łazienką z jedną z tych dużych wanien, która działała trochę jak jacuzzi? Count me the fck in. - Chcesz moment, żeby się ogarnąć, a ja podładuję telefony i stworzę plan działania? - zagadnął, podnosząc się do siadu na tym idiotycznie ogromnym łóżku, podnosząc na nią spojrzenie, zaraz posyłając jej szeroki uśmiech. Robili to. Brali ślub w Vegas. Gdyby nie widoczki za oknem, które po drodze do hotelu mijali, absolutnie by w to nie wierzył, a gdyby ktoś mu to opowiedział miesiąc czy dwa wcześniej, to by go wyśmiał.
Musiał tylko sobie przypomnieć jak się dostać do tego miejsca, w którym mogli pożyczyć ciuszki, a które było zaraz obok kapliczki i.. Tak, to w sumie było tyle z planowania, które mu zostało na tamtą noc! A później.. No, później to już był mężem. I mógł się cieszyć swoją żoną jak chciał.
Nie mógł się doczekać.
v
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Lot minął im zaskakująco przyjemnie. Oglądali Twilight na małych ekranikach. Za każdym razem, gdy aktor grający Edwarda próbował zrobić poważną minę, nie śmiejąc się, Vita i Lexie jednocześnie pokazywali palcem w ekran i ledwo powstrzymywali się od głośnego rechotu... facet wyglądał, jakby zaraz miał się zesrać. Vita kilka razy musiała zakrywać usta dłonią bo nie dawała rady. Gdy w końcu taksówka zatrzymała się przed hotelem i weszli do środka, Vita rozejrzała się po przestronnym lobby, a potem po ich pokoju. Nagle wszystko do niej dotarło z pełną siłą. Nie mogła uwierzyć, że faktycznie są tutaj, w Vegas. Że to tylko lada chwila, a będzie stała przed nim w jakiejś kapliczce i będzie mówiła mu przysięgi... właśnie.. what the helly?! Szybko otworzyła usta w szoku i krzyknęła, -LEXIE!- Spojrzała na niego przerażona, szeroko otwartymi oczami. - A my… będziemy mówić sobie przysięgi?!- Przez chwilę stała tak, oddychając szybko, ale po kilku sekundach wzięła głęboki oddech i spróbowała się mentalnie uspokoić. To ma być happy time, a nie stress time, Vita… - pomyślała. Posłuchała jego planu i odparła,-Dobra… dobrze, dobrze- powiedziała w końcu, machając ręką i próbując się uśmiechnąć.- Ty tam planuj, a ja… ja się ogarnę. - Kiwnęła głową z szerokim uśmiechem i spojrzała na niego zadziornie. Westchnęła teatralnie, niemal rozpaczliwie, a chwilkę później zaczęła powoli rozpinać guziki swojej koszuli, zdejmując ją leniwie, chwilę później pozbywając się reszty ciuchów.- Myśl tam sobie o naszym planie… a ja pójdę sieeeee umyć… samaaaa...
Odwróciła się do niego tyłem, chwyciła obiema dłońmi swoje pośladki, mocno je ścisnęła i potrzasnęła nimi prowokująco, śmiejąc się cicho pod nosem. Rzuciła mu jeszcze jedno figlarne spojrzenie przez ramię, kołysząc biodrami, i ruszyła w kierunku łazienki. W łazience odkręciła wodę, czekając aż zrobi się przyjemnie ciepła i weszła pod prysznic, zamykając oczy z westchnieniem ulgi. Gorąca woda spływała po jej skórze, zmywając z siebie cały stres i zmęczenie podróży. Powoli zaczęła liczyć w myślach... od jednego… do stu… licząc każdą cyfrę z nadzieją, że Lexie za chwilkę do niej dołączy. Nie była pewna, do jakiego numerku na pewno doliczy, ale bardzo chciała, żeby był już tutaj z nią. Zaraz. Teraz.
lexie
-
I'm a fan of you,
I'm a fan of love,
I'm a fan of usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak czy siak, już w hotelu, zerknął na nią znad telefonu, najpierw marszcząc lekko brwi, a potem ją unosząc, by zaraz się zaśmiać. - No... Tak, zazwyczaj tak to działa, nie? Że w ten czy inny sposób obiecujemy sobie... jak to tam idzie? Miłość i wierność i tak dalej? - wymienił, co pamiętał, wyraźnie rozbawiony faktem, że ze wszystkich rzeczy, to obietnice wepchnęły ją w jakąś nerwową spiralę. Nie do końca wiedział, czy to były nerwy, czy generalna niechęć do całego tego małżeńskiego konceptu, więc przyglądnął jej się dokładniej, próbując ją rozgryźć. Może zmieniła zdanie, hm? W sumie.. Mogła zmienić zdanie, nie byłby zły? Kilkudniowa wycieczka do Vegas, ładne widoczki z ogna, fancy hotel, przyjemna obsługa, komfort i, jeśli by chcieli, mogli iść coś pozwiedzać? Też brzmiało zajebiście, nawet jeśli byłoby mu trochę smutno, że nie wróci do Kanady z Vitą jako jego żoną. Przeżyłby, w gruncie rzeczy, nawet gdyby tak się sytuacja przedstawiła; wolałby to ponad jej, zmuszającą się do wyjścia za niego..
Postanowiła mu przerwać ten pociąg niepewności, rozpraszając.. Odrzucił telefon na bok, uśmiechnął się głupkowato, siadając bardziej komfortowo na swoim miejscu. Będzie musiał podłączyć telefony do ładowania, na sto procent musiał pamiętać, żeby to zrobić, ale.. Nie teraz. Sunął spojrzeniem za jej dłońmi, rozpinającymi ubrania, ściągającymi je pewnie, bez zawahania; zagryzł lekko dolną wargę, by powstrzymać się od sięgnięcia po nią. Było ciężko. Nie spuszczając z niej spojrzenia, zsunął buty, ściągnął przez łeb wszystko co zakrywało jego klatkę, rozpiął pasek, spodnie akurat kiedy odwracała się od niego, ruszając do ich łazienki. Niski dźwięk pomiędzy pomrukiem, a głodnym jękiem uciekł z jego gardło, gdy ścisnęła własne pośladki; wszystko w nim chciało, żeby to były jego własne dłonie.. A potem zniknęła mu z oczu, rzucając przez ramię zapraszając spojrzenie. Złapał głębszy oddech, padł do tyłu na łóżko, przecierając twarz dłońmi ze sfrustrowanym warknięciem, kierowanym do samego siebie.. Tak łatwo jej było sprawić, że zapominał o całym świecie, przełączyć z trybu działania/skupienia na tryb... Na tryb "muszę ją mieć".
Ale najpierw musiał przynajmniej podpiąć telefony. Skoczył do ich podręcznych bagaży, wygrzebał ich ładowarki, po drodze zanim podpiął ich srajfony, pozbył się reszty swoich ciuchów, by zaraz móc do niej dołączyć. Wsunął się za nią, dłonie przesunęły po bokach jej ud, finalnie parkując na biodrach, klatka dotknęła pleców V, biodra jej pośladów. Oparł podbródek na jej ramieniu z cichym, zadowolonym westchnieniem. Tak dobrze pasowała do jego ciała.. Nie ważne w jaki sposób ją do siebie przytulał, za każdym razem było mu tak cholernie wygodnie, tak dobrze. - Hey, um... Ale jakbyś zmieniła zdanie, to mi powiesz, prawda? Możemy też chillować dzisiaj i ruszyć jutro, jeśli tak być wolała? Cokolwiek chcesz, kochanie. - mówił spokojnie, pomrukiem na tyle głośnym, żeby przebijał się ponad dźwięk spadającej wody. Dotknął nosem krawędzi jej szczęki, przesunął końcówką w dół jej szyi, by złożyć mały pocałunek w zagłębieniu między szyją, a ramieniem. Dłonie z bioder, przesunęły po jej bokach w górę, spokojnie, powoli, głaszcząc ciepło, wtulając ją w siebie z taką troską, jakby była stworzona z najcenniejszego materiału na świecie. W jego oczach, była.
v
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Stała pod prysznicem, przymykając oczy, gdy ciepłe krople wody spływały po jej nagim ciele. Usłyszała, jak drzwi kabiny się otwierają, a chwilę później poczuła za sobą jego ciepłe, mokre ciało. Uśmiechnęła się lekko, kiedy jego dłonie powędrowały po jej udach i spoczęły pewnie na biodrach. Gdy usłyszała jego pytanie, nagle zabrakło jej tchu. Zacisnęła palce, wbijając paznokcie w skórę dłoni, i wzięła głęboki oddech. - Lexie… ja… - Odwróciła się do niego i położyła dłonie na jego twarzy, wpatrując się w jego oczy.- Kocham cię - wyrzuciła z siebie drżącym głosem.- Tak bardzo cię kocham i zależy mi na tobie… bardzo.- Jej głos się załamał.- Ale… - Odwróciła wzrok na moment, szukając słów, które powiedziałyby dokładnie to, co czuła... prosto z serca, ale bez ranienia go. Nie mogła tego zrobić. Nie znowu. Nie teraz. Nie tutaj.
Wzięła jeszcze jeden oddech i znów na niego spojrzała. - Trochę się boję, że będę taka sama jak moja matka… że cię zranię - wyszeptała, przysuwając się bliżej. Zsuwając dłonie z jego twarzy, objęła go po bokach i przywarła do niego całym ciałem, piersiami do jego klatki piersiowej. - Boję się, że nie będę dobrą żoną. Że narobię ci wstydu… że zbluzgam nazwisko Bennettów! - Uniosła głos, wyraźnie przejęta, i lekko się odsunęła, patrząc na niego z paniką w oczach.- Cath mnie zabije, Lexie! Zginę tragiczną śmiercią w tej piwnicy, jak przyjdę na jakąś zmianę…- Przejechała dłonią po mokrej twarzy. - A co najgorsze… tobie będzie wstyd za swoją żonę. Vita Bennett… zguba rodu Bennettów! - Na jej twarzy pojawiła się smutna podkówka. Bardzo chciała być dobrą żoną. Wspaniałą żoną. Tylko jego. Tylko… cholernie bała się, że to totalnie spartoli.
lexie
-
I'm a fan of you,
I'm a fan of love,
I'm a fan of usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Skrzywił się boleśnie, kiedy przerwała swoje wyznanie magicznym słowem "ale"... Jego zdaniem ale miało taką właściwość, że wszystko, co je poprzedzało traciło całkowicie wartość. Z przykładów; zupa była dobra, ale trochę za słona. W wolnym tłumaczeniu: zupa była przesolona, więc chujowa. Zagraliście świetnie, naprawdę dobry sezon, ale w następnym musimy postarać się bardziej na ofensywie. Absolutna porażka, trzeba będzie zmienić cały trening na nowy sezon. Kocham cię, ale jak mi zostawiasz gary w zlewie do umycia, to mam ochotę w ciebie czymś rzucić. Czuję się jak pokojówka i powoli zaczynam cię nienawidzić. Ale. Przerażające, magiczne słowo, naprawdę.
Wysłuchał jej tak czy siak, nie przerywając, w bezruchu, łapiąc każde zdanie i tłumacząc ze spirali, na coś, co wydawało się bardziej trafne i logiczne. Nie chodziło o to, że go nie kochała; wiedział o tym doskonale, po prostu jej niechęć do samej siebie i strach przed podążeniem w ślady rodzicielki były większe od tej miłości do niego.
- Kochasz mnie ale. Ale sobie nie ufasz. Ale nie wiesz, czy nie sprawisz, że będę żałować. Ale nie możesz mi obiecać, że będziesz wierna. Kochasz mnie, ale z mniejszą siłą niż strach, którego się trzymasz obsesyjnie. - podsumował, nadal się jej przyglądając i.. To bolało. To, jak rzucała pod swoim adresem bluzgi i generalnie była swoim absolutnym wrogiem numer jeden. Po części bolało też, że decydowała za niego i Cath o tym, jak niby mieli zareagować w przyszłości i chyba zapominała jak cholernie uparci byli w tej rodzinie. Nie ważne co się działo, odgryźliby sobie ramię, żeby pomóc swojej rodzinie. Miała do tego popieprzonego grona dołączyć, więc... - Ja tobie ufam. Nie żałowałem nigdy, że cię poznałem, że poszedłem z tobą do łóżka, że zapytałem cię, żebyś tu ze mną przyleciała i za mnie wyszła; i nie będę żałował. Nie sądzę, żebyś przypominała swoją matkę w najmniejszym stopniu, ale jeśli cię to uspokoi.. Nawet jeśli nie byłabyś mi wierna w ten czy inny sposób, masz problem, bo ja się nie poddam, okay? Jeśli rzeczywiście za mnie wyjdziesz, nie pozbędziesz się mnie. Będę walczył za nas oboje, jeśli będę musiał. - głos mu zadrżał tylko przez moment, w oczach płonęła determinacja, szczerość, palce mocno trzymały ją w biodrach, kiedy przyglądał się jej intensywnie. Nie było takiej opcji, żeby się poddał, gdyby rzeczywiście go wybrała. Nie i już. - Więc zapytam jeszcze raz.. Wyjdziesz za mnie, Vita Holloway? - był w znacznie lepszym do mówienia stanie, niż dnia wcześniejszego i nawet całkiem mu wychodziło to łapanie myśli, ubieranie w słowa i sklejanie w całe zdania. Pewność tego, co mówił, pomagała.
v
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Widząc, jak jego spojrzenie ciemnieje, jak zamiera w bezruchu, wpatrzony w nią tak intensywnie, aż brakowało jej tchu... coś w niej pękło. Spoważniała momentalnie i tak bardzo chciała, żeby ją zrozumiał... żeby zobaczył, że to nie jest brak miłości... tylko jej nadmiar. Że zależało jej tak bardzo, że aż ją to przerażało. To wszystko nie miało przekreślić tego, co do niego czuła. Wręcz przeciwnie, chciała być jego. Całkowicie. Chciała być najlepszą żoną, jaką mógł mieć. Potrzebowała tego niemal tak bardzo, jak potrzebowała powietrza. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości.
Bo jego słowa… jego słowa wstrząsnęły nią mocniej, niż się spodziewała. Jak mógł tak mówić? Dlaczego brzmiało to tak, jakby już z góry godził się na coś, co dla niej było nie do pomyślenia? Odsunęła się od niego powoli, jakby nagle potrzebowała przestrzeni, żeby móc oddychać. Żeby spojrzeć mu w twarz i upewnić się, że to naprawdę się dzieje.- Lexie… przestań. - Jej głos był cichy, ale stanowczy. Pokręciła głową, próbując wyrzucić z niej jego słowa, - Nie mów tak. - Uniósł się w niej gniew nagle, - Jak możesz… - urwała na moment, próbując złapać oddech- jak możesz, kilka godzin przed ślubem, mówić mi, że byłbyś w stanie wybaczyć mi zdradę?- Spojrzała na niego, a w jej oczach pojawiło się coś kruchego, - Przecież ja mam ci przysięgać wierność. Mam stanąć przed tobą i obiecać, że będę tylko twoja… a ty mówisz mi coś takiego?-jej głos zadrżał, mimo że próbowała nad nim panować - O co ci chodzi, Lexie? - Pieczenie pod powiekami narastało niebezpiecznie szybko.- Ja nie chcę związku, w którym istnieje choćby cień przyzwolenia na coś takiego. Nie chcę żadnych otwartych furtek, żadnych 'gdyby'. Jeśli nie to miałeś na myśli… to powinieneś wiedzieć, że właśnie tak to brzmi. - Przejechała dłonią po twarzy,- Myślałam, że to jest proste. My i tyle. Bez wyjątków. Bez miejsca dla kogokolwiek innego. - Zrobiła krok w jego stronę, zmniejszając dystans, który sama przed chwilą stworzyła. Jej spojrzenie było intensywne, niemal desperackie, -Chcesz mi powiedzieć, że ktoś mógłby mnie dotknąć, mógłby mieć mnie w ten sposób… a ty byłbyś w stanie po prostu to wybaczyć?- Cisza między nimi zgęstniała.- Bo ja nie chcę być z kimś, kto w ogóle dopuszcza taką myśl. - Jej głos opadł do szeptu, czuła się totalnie zrezygnowana -Nie chcę, żeby mój przyszły mąż patrzył na mnie… i gdzieś w środku brał pod uwagę, że mogłabym go zdradzić.
lexie
-
I'm a fan of you,
I'm a fan of love,
I'm a fan of usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdyby był przekonany, że życie, ich związek, małżeństwo miało być absolutnie usłane różami, bo im zależało i się kochali, byłby absolutnym półmózgiem. To tak nie działało. Jej niepewność podsycała jego wbudowaną chyba w system nerwowość. Dlaczego on był tak pewny, a ona wydawała się nie mieć pojęcia, czy chciała w to wszystko wchodzić? Tak to właśnie wszystko rozumiał.. Zmarszczył lekko brwi, po karku przebiegł nieprzyjemny dreszcz, słysząc "jak możesz", momentalnie przywołując ostatni raz, kiedy słyszał to z jej ust. Ponad miesiąc temu, kiedy wyrzucała go z mieszkania, bo był absolutnym kutasem i w podpalanej narkotykami desperacji próbował nią emocjonalnie zmanipulować. Jego twarz przybrała nieco bardziej zagubionego wyrazu, kiedy wytknęła mu, że... daje jej furtki do zdrady? Huh? - Dość. - rzucił głucho, nisko, przypomniało trochę warknięcie, kiedy przerywał jej w połowie ostatniego zdania. Postąpił krok w przód, łapiąc ją jedną ręką w biodrach, drugą oparł się o ścianę za nią. - Nie. Wiesz, czemu nie zapytałem o więcej szczegółów na temat tamtego.. innego? Bo nie byliśmy wtedy razem, to raz, tak, ale... - zmarszczył brwi głębiej, nawet nos w grymasie absolutnego zdegustowania. Nie nią, nawet pewnie nie tamtym facetem, a sobą. - Bo gdybym wiedział o nim cokolwiek, to boję się, że bym go znalazł. Przeciął opony. Wybił szyby. Może coś podpalił. Nie chcę wiedzieć niczego, bo myśl o tym, że ktoś inny mógłby cię mieć sprawia, że widzę czerwień i sam siebie nie poznaję. - nie był groźnym czy gwałtownym człowiekiem, naprawdę, daleko mu było i poza używaniem nielegalnych substancji był raczej grzecznym obywatelem. Było jednak coś, co zapalało się w nim, gdy myślał o jego kobiecie, dotykanej przez innego.. Coś prymitywnego, z bardzo brzydką, zazdrosną mordą. - Wszystko co powiedziałem, wcześniej, to nie po to, żeby dać ci furtkę. Tylko, żeby ci powiedzieć, że nie ważne co się stanie, dalej będę przy tobie.... Ale jak ktoś się zapomni i wyciągnie do ciebie rękę za bardzo, to mogę mu ją odgryźć. - znów się skrzywił, chociaż nie wiedział jak fizycznie miałoby to niby działać, ale.. No, nie ważne. Pogryzłby. Podrapał. Poszarpał? Może udusił, właściwie miał całkiem silne palce..
v
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z natłoku sabotujących myśli wyrwał ją jego głos... stanowczy, władczy, taki, który zmusił ją, by spojrzała mu prosto w oczy. Nie zdążyła zareagować. Zrobił krok w przód, przygniatając ją do ściany. Spojrzała w dół, skupiając się na jego dłoni zaciskającej się na jej biodrze. Po chwili uniosła wzrok, zerkając na jego ramię tuż przy jej głowie, by wreszcie spojrzeć mu w oczy. Przygryzła policzki od środka. Co on sobie wyobrażał?! Komu on kazał przestać mówić? Była tak cholernie zła… a jednak słuchała go. Z każdym jego słowem brała coraz wolniejszy, głębszy oddech. Uchylając usta ze zdziwienia, nie spodziewała się tego, co usłyszała. To ona była tą zazdrosną... o niego. Zawsze. Odkąd pamiętała. Nigdy wcześniej nie widziała Lexiego w takim stanie, w którym faktycznie mógłby coś komuś zrobić. Przełknęła ślinę. Właśnie tego potrzebowała - usłyszeć to od niego. Potrzebowała w pewnym sensie tej władczości od Lexiego. Zazwyczaj ostatnio robił wszystko, o co go poprosiła, był przychylny i bardzo wspierający, ale teraz właśnie chciała poczuć, że mógłby dla niej zawalczyć.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
lexie