-
𝖎 𝖈𝖆𝖓'𝖙 𝖉𝖗𝖎𝖛𝖊 𝖆 𝖈𝖆𝔯
𝖇𝖚𝖙 𝖎 𝖈𝖆𝖓 𝖉𝖗𝖎𝖛𝖊
𝖞𝖔𝖚 𝖎𝖓𝖘𝖆𝖓𝖊 ✧˖*°࿐nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracji3 os.czas narracjiteraźniejszypostaćautor
Pewnie dlatego, że zerkała ciągle w stronę drzwi, jakby ktoś jeszcze miał się pojawić na sali rozpraw. Siedziała pochylona coraz niżej, rozproszona. Dała się złapać pani prokurator w dziwnej grze słownej, w której każde niedopowiedzenie otwierało drogę do interpretowania charakteru Finch. Smarkata, uprzywilejowana panienka – prokuratorka nie musiała mówić wprost; lawirowała w słowach po mistrzowsku, ale Astrid widziała to w jej spojrzeniu. Harde, ciemne oczy nie miały dla niej żadnej litości. Przez nie Finch, zamiast skupić się na taktyce, sama zaczęła znów zastanawiać się, czy nie powinna po prostu odpuścić. Nie potrafiła nie wyobrażać sobie, że to nie inne ciemne oczy – te należące do dziewczyny, której rodzice zginęli w spowodowanym przez Astrid wypadku. Nagle nie miała nic na swoją obronę, a to przecież nie jest czas na refleksje nad moralnością. To miała być tylko procedura.
Była przekonana, że poradzi sobie z rozprawą. W końcu nie mogła tego spieprzyć. Nie mogła, i tyle.
A jednak spieprzyła.
Gdyby Gardner nie wspinał się na wyżyny oratorstwa, by wyciągnąć ją z pozycji, w której się znalazła i ocieplić jej wizerunek, marnie widziałaby swoje szanse. Zamiast jednak rozmyślać o tym, jak sprawa dalej się potoczy, ona zastanawiała się, czy Percival też ją tak widzi – jako smarkatą szczęściarę, która potrafi tylko rzucić pieniędzmi w swoje problemy. Zmarszczka na czole przecinała profesjonalny wyraz twarzy, gdy odwracał twarz w jej stronę, ale jego spojrzenie nie było aż tak łatwe do odczytania, jak to prokuratorki.
Gdy wychodzą z sali, Astrid milczy, spoglądając w głąb korytarza – znów, jakby spodziewała się, że kogoś zobaczy. Zaplata ręce na piersi i niemal zgrzyta zębami, wyobrażając sobie, jakie pytanie pierwsze padnie z ust Parcivala. Spojrzenie, które posyła mu za chwilę, jest defensywne, bo Finch doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że popchnęła pierwsze domino swojej porażki – a ona odbije się także na Gardnerze. Ojciec Astrid na pewno znajdzie sposób na obwinienie go o wszystko, bo przecież Finchowie nie przegrywają. Na pewno nie w tym budynku.
— Potrzebuję papierosa — oznajmia, gdy tylko widzi, że jakieś słowa zaraz padną z jego ust. I drinka.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zadanie, które – przynajmniej w pojmowaniu Percivala – ciężko było spierdolić, kiedy miało się wszystko podane na złotej tacy, tak jak w przypadku Astrid. Otoczonej najlepszą, prawniczą opieką, wziętą pod uwagę przez kancelarię Gardnera niemalże na pierwszym miejscu, bo tatuś sypnął niezłą sumką, która równała się zapłacie wygranych co najmniej dwóch grubych spraw.
A jednak to spierdoliła.
Już miał coś powiedzieć, gdy wyszli z sali, a na korytarzu zrobiło się odrobinę luźniej, ale Astrid go wyprzedziła.
„Potrzebuję papierosa”.
Zacisnął szczęki, powstrzymując się przed rzuceniem czegoś w stylu „mam głęboko w dupie czego teraz potrzebujesz”.
— Chodź.
Zjechali na dół windą, do głównego holu, z którego poprowadził ją w stronę ustronniejszego miejsca na dworze. Dopiero kiedy upewnił się, że wokół nie było tylu ludzi, spojrzał na nią z wściekłością, nie potrafiąc już dłużej powstrzymywać się przed powiedzeniem tego, co cisnęło mu się na usta odkąd tylko opuścili salę.
— Co to było? — zaczął. — Co to, kurwa, było? — Nie musiał dodawać, że tylko czekał aż jutro zacznie się do niego dobijać jej ojciec. — Miałaś jedno pierdolone zadanie: robić i mówić to, co wałkowaliśmy przez kilka ostatnich miesięcy — syknął. — W tym momencie wizerunkowo jesteś praktycznie nie do odratowania. — Zerknął w bok, ściszając nieco głos, gdy niedaleko przeszła dwójka ludzi. Nie do końca mówił prawdę, ale chciał, żeby była świadoma tego, jak bardzo wszystko skomplikowała. — „Może coś łyknęłam”? „To się przecież zdarza”? — warknął. — Od razu trzeba było powiedzieć, że jechałaś naćpana!
Przy ostatnich słowach niebezpiecznie podniósł głos, odchodząc na parę kroków. Przetarł dłonią usta. Nie miało znaczenia czy powiedziała to w stresie, czy może chodziło jej o to, że mogła łyknąć coś z melatoniną, a może walnąć sobie pigułkę ecstasy. Podsunęła pod nos pani prokurator najgorszy z możliwych kontrargumentów.
Wrócił do niej wzrokiem, choć lepiej byłoby, gdyby na nią nie patrzył. Wszystko w nim krzyczało, że miał jej cyrków po dziurki w nosie.
— Coś jeszcze chcesz dodać? No? Słucham.
-
𝖎 𝖈𝖆𝖓'𝖙 𝖉𝖗𝖎𝖛𝖊 𝖆 𝖈𝖆𝔯
𝖇𝖚𝖙 𝖎 𝖈𝖆𝖓 𝖉𝖗𝖎𝖛𝖊
𝖞𝖔𝖚 𝖎𝖓𝖘𝖆𝖓𝖊 ✧˖*°࿐nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracji3 os.czas narracjiteraźniejszypostaćautor
— Tak, zjebałam. Nie musisz się tak rozwodzić, też tam byłam. — Defensywny ton ma przykryć lekkie drżenie głosu, uniesienie papierosa do ust – zniwelować drżenie dłoni. Jej własne słowa, wyrwane z kontekstu faktycznie brzmią jak wyrok na samą siebie; to jednak zdążyła już udowodnić jej prokuratorka. Najbardziej wkurwia ją chyba to, że tamtej nocy była absolutnie trzeźwa – nie musiała nawet kłamać.
Coś jeszcze chcesz dodać?
Nie ma sensu nic przed nim ukrywać.
Rozgląda się przezornie po okolicy, po czym przesuwa na niego intensywny wzrok i odsuwa na chwilę dłoń z papierosem od ust. — Spędziłam wieczór z córką ludzi, którzy zginęli w wypadku — mówi przyciszonym głosem. — Wiem. Wiem, że to była najgłupsza rzecz, jaką mogłam zrobić. — Uprzedza wyraz dezaprobaty, który ewidentnie maluje się w spojrzeniu Gardnera. Nie ma żadnych logicznych obiekcji przed wyjawieniem prawdy – a jednak jej głos jest ściśnięty, chociaż stara się brzmieć rzeczowo. Astrid marszczy zaciekle brwi, zirytowana faktem, że emocje, których sama do końca nie rozumie, grożą ulaniem się. Odwraca wzrok; łatwiej się jej oddycha, gdy nie patrzy w dociekliwe, ciemnobrązowe oczy Gardnera. Jeszcze niedawno była skłonna włożyć ręce w ogień, żeby tylko coś poczuć, teraz – teraz trochę tęskni za poczuciem kontroli, które dawała zupełna apatia. Teraz rozmowa z prawnikiem, która też powinna być procedurą, wcale się tym nie wydaje, bo nawet ze wzrokiem wbitym w żar powoli trawiący papieros, Astrid czuje na sobie spojrzenie Percivala. A jednak jest skłonna udawać, że jest inaczej. — Nie rozpoznała mnie. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie na rozprawę, mam przesrane — mówi z głębokim westchnieniem – i wcale nie myśli o tym, że mogłaby wylądować w pierdlu. Myśli o uśmiechu i spojrzeniu Riley Davis. A potem parska krótkim, niewesołym śmiechem i wciąż omijając spojrzenie Gardnera, zaciąga się papierosem.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Oczekiwał chyba, że skuli ogon i na tym gadka się zakończy. Taki scenariusz wydawał się być najlepszy, najbezpieczniejszy, n a j r o z s ą d n i e j s z y. Ale Finch daleko było do podejmowania rozsądnych decyzji, widział to z każdym kolejnym spotkaniem coraz wyraźniej. Jakby komplikowanie sobie życia było jej przeznaczeniem. Cóż, każdy jakieś miał.
Czekał na to, co powie dalej, wbijając w nią rozjuszone spojrzenie. Czego się spodziewał? Właściwie wszystkiego. A jednak go zmroziło.
— Ja pierdolę! — Krzyk Gardnera zmieszał się z głośnym dźwiękiem klaksonu przejeżdżającej taksówki, która pędziła bóg wie gdzie, usilnie próbując wyminąć jadące przed nią samochody.
Rozejrzał się dookoła, zrywając w bok na krótką chwilę, bo czuł, że jeszcze kilka sekund, kilka pieprzonych odpowiedzi i przestanie nad sobą panować. Miał ochotę nią potrząsnąć. I to nie byle jak. Przydałoby się, a wątpił, aby ktokolwiek wcześniej to zrobił.
— Przesrane? Nawet nie wiesz, dzieciaku, jak b a r d z o masz przesrane — wycedził, na powrót ciskając w nią rozwścieczonym wzrokiem. — Patrz na mnie jak do ciebie mówię. — Nie starał się zbytnio udawać spokojnego.
Wyszarpał z jej dłoni paczkę papierosów i zapalniczkę, bezceremonialnie wsadzając sobie jednego między wargi. Nie palił na co dzień, sytuacja jednak była jaka była, a on liczył, że trucizna wypełniająca płuca ukoi jego nerwy, chociaż w minimalnym stopniu. Przeliczył się, rzecz jasna.
— Kim ona jest? — warknął. — Wyśpiewasz mi wszystko co o niej wiesz, chcę mieć to spisane jeszcze dzisiaj. Na mailu, w sms-ie, wybierz sobie. — Zaciągnął się papierosem, chowając zabrane fanty do kieszeni płaszcza. Nie zamierzał jej niczego oddawać. — Bawi cię to?
Nie wierzył własnym oczom. Zbliżył się o krok, mając ją niemalże tuż przed sobą. Jeszcze kilka dni temu stali tak blisko siebie w jego gabinecie, w atmosferze niejednoznacznego flirtu. Teraz równie dobrze mogłaby rozpętać się nad nimi burza.
— Wyciągniesz telefon, wybierzesz numer do ojca i powiesz mu, że właśnie przejebałaś część pieniędzy, które nam zapłacił, żeby ratować ci dupę. — To nie była prośba. — Za wyciągnięcie cię z dzisiejszego gówna powinien wyłożyć drugie tyle — dodał, bardziej do siebie niż do niej. — Dzwoń, już.