-
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— To się nie nazywa bycie pierdolniętą, tylko odważną. W końcu też się tego nauczysz. — Oczywiście w jej tonie nie było za grosz wiary w możliwości Prescott. Nie było opcji, żeby przestała być taką strachliwą małpą. Bycie o krok przed nią przecież nie było takie skomplikowane, mogła jej rzucać kolejne wyzwania choćby i do zmierzchu, a ona i tak pewnie skwitowałaby je wszystkie jakimiś tanimi wytrychami. Może jednak te odstępstwa od normy, które robiły na Cross takie wrażenie, były przypadkowe? Chyba powinna się nimi przestać przejmować. I powinna przestać się tak na nią gapić, żeby nie dawać jej tyle satysfakcji.
— Dziękuję — odpowiedziała całkowicie szczerze i zadziwiająco przyjemnie. Nie będzie przecież ignorować komplementów, z którymi się zgadzała! Oczywiście, że miała ego artystki. Bardzo o nie dbała, uwielbiała je dopieszczać. Dobrze, że chociaż tyle Prescott była w stanie zauważyć. Jeszcze było jej bardzo daleko do właściwego docenienia jej zdolności, ale kto wie? Jednak tliła się tam jakaś nadzieja! Bardzo głęboko i bardzo słabo, ale może da się z niej wyciągnąć coś wartościowego?
— Avec une écharde — przywołała pierwsze skojarzenie, jakie przyszło jej do głowy. Było zadziwiająco trafne. Była przecież jak przecięcie papierem. Strasznie irytowała i nie dało się jej ignorować.
— Tak — odpowiedziała bez skrępowania, wciąż się w nią wpatrując. To nie była do końca prawda. Do tej pory w żaden sposób nie pozwoliła wymieszać się swojej sztuce z jakimkolwiek widmem obecności Ruelle. Pech chciał, że dzisiaj nawet jej to nieco w tworzeniu przeszkadzało. Podjęła jednak decyzję w tym momencie. To wcale nie był głupi pomysł, przecież w rysowaniu chodziło przede wszystkim o emocje, a to babsko wzbudzało ich w niej naprawdę dużo.
— Ze żrącym uzależnieniem, jakbyś była bardziej upajająca niż sztuka — poprawiła pierwszą wersję, bo przecież nie mogła przyjąć tego, co zaproponowała Prescott. Czuła, że jej wersja jest dużo silniejsza. I absolutnie możliwa do zrealizowania. Nie wierzyła, by ktokolwiek kiedykolwiek miałby się dla niej zrobić ważniejszy albo wywołujący większe wariactwo niż sztuka.
— Czy żebym patrzyła tak, jakbym chciała cię pieprzyć tak długo, aż nie będę w stanie myśleć, słyszeć i rysować niczego poza tobą dochodzącą pod moimi palcami? — Obniżyła głos, dostosowując się do klimatu narzuconego przez Prescott. Oczywiście, że w tym też musiała ją poprawić i przerobić propozycję na własną, pokręconą modłę. Podmuch chłodnego wiatru wywołał na jej rozgrzanym karku gęsią skórę. Na moment kompletnie zapomniała, że stały na zimnym cmentarzu pod gromadzącymi się przed burzą chmurami.
— Więc? Co wolisz, Mała? — dopytała, nie chcąc jej tak łatwo odpuścić. Prosta odpowiedź zdecydowanie ułatwiłaby jej później korzystanie z inspiracji, którą zsyłała na nią Prescott, wpatrując się w nią tak intensywnie.
Ruelle I. Prescott
-
Una vampiresa, soy una sanguinaria
Carmilla, la de Styria, soy inmune a tus plegaria
Yo soy la principal y tú la secundaria
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak to się teraz nazywa? Niektórzy raczej nazwaliby to bezczelnością - odparowała.
Nie była jednak w żaden sposób oburzona zachowaniem Cross. Dlaczego miałaby być? To był jedynie kolejny sposób w jaki dziewczyna chciała jej działać na nerwy. Nie miały ze sobą kontaktu od naprawdę wielu lat i Ruelle musiała na nowo nauczyć się ją ignorować oraz nie dopuszczać do siebie niczego, co mogłoby uderzyć odpowiednio mocno w jej ego.
Skoro już o nim była mowa to jej komentarz skierowany ku River nie miał być komplementem. Powiedziała go niemal jak obelgę. Na pewno właśnie taka intencja za tym stała. Dla niej Cross była właśnie taką artystką, która miała zdecydowanie zbyt wielkie mniemanie o sobie i nie liczyła się ze zdaniem innych. Wierzyła ponadto niezwykle mocno w znaczenie swojej sztuki i pewnie nie znosiła konstruktywnej krytyki, biorąc ją niczym personalny atak. Przynajmniej takie wrażenie na ten moment odnosiła Prescott. Tylko, że ona była uprzedzona względem artystki i może wcale tak nie było?
- Uznam to za komplement - odpowiedziała, siląc się nawet na niezwykle lekki uśmiech.
Jak drzazga pod skórą. Odpowiadało jej to. Zaskakująco dobrze charakteryzowało ich relację jako coś bolesnego, irytującego i niezwykle bliskiego. Może więc River miała talent nie tylko do rysunku, ale także do doboru odpowiednich słów? Chociaż przyznanie tego byłoby z pewnością niezwykle denerwujące.
Nie miała pojęcia czy na pewno Cross mówiła jej prawdę. Tak czy siak z pewnością nie spodziewała się po niej odpowiedzi pozytywnej. Bardziej oczekiwała kolejnego uszczypliwego komentarza, którym dziewczyna mogłaby się z nią podroczyć. Czegoś, co nie byłoby prostym potwierdzeniem. To wytrąciło ją na chwilę z rytmu. Straciła odpowiedź, która wcześniej zdawała się znajdować na końcu języka.
Wersja wydarzeń, którą prezentowała jej River wydawała się być aż nazbyt przyjemna. Do niej również przemawiała podobna wersja. W końcu jak inaczej miałaby zareagować na wieść, że mogłaby stać się czyimś narkotykiem? Owym wyniszczającym uzależnieniem, bez którego nie można było żyć. Na moment spuściła wzrok, aby zerknąć na dłoń Cross, która jeszcze chwilę temu bawiła się zapalniczką. Trwało to jedynie krótką chwilę, ale i tak jej spojrzenie zdołało przesunąć się po smukłych i długich palcach. Przeraziło ją to z jak wielką łatwością mogła wyobrazić je w sobie.
- Przecież chodzi o jedno i to samo... - przyznała, czując jak wzdłuż kręgosłupa wędruje jej przyjemny dreszcz, a ciało zdaje się wręcz drżeć od środka na myśl, że mogłaby ulec komuś takiemu jak River. - Jednak muszę przyznać, że myśl o tym jak mogłabym nad tobą zapanować i uzależnić od siebie jest... W pewien sposób pociągająca.
W końcu właśnie o to chodziło. O to, aby pokazać, że to właśnie ona zawsze znajdowała się na górze. Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, kiedy znalazły się tak blisko siebie. Prescott na chwilę rozchyliła usta gotowa do tego, aby pochylić się ku dziewczynie i przygryźć jej dolną wargę. Chciała być zaczepna i sprowokować ją raz jeszcze do tego, aby przekroczyła niepisane granice. Raz jeszcze jednak wydało jej się, że to byłby swoisty akt słabości. Nie lubiła robić pierwszego kroku. Miały one tendencje do wychodzenia od osób, którym zależało... A przecież jej nie zależało na River.
River Cross
-
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mięśnie spięły jej się na ledwie zauważalny moment, gdy zareagowała na ten osobliwy komplement. Cross zakładała do tej pory, że jej rozmówczyni radzi sobie z francuskim dużo gorzej. Nie użyła przecież wobec niej określenia, którego uczy się w trakcie kilku pierwszych lekcji. Takie napisy nie zalewały przecież Kanady, nie wtłoczyło jej się to do głowy samo z siebie dzięki śledzeniu wzrokiem dziesiątek bilbordów. Po prostu River jej nie doceniła. Bardzo niedobrze. Wytrąciła jej właśnie dodatkową broń z ręki, a sama przecież nadal dzielnie dzierżyła oręż hiszpańskiego. Został jej tylko koreański, ale nie lubiła z niego korzystać. Bardzo niedobrze. To właściwie oznaczało przegraną bitwę. Jedną z tysiąca, ale o dwie za dużo. Starła się nie dać po sobie poznać, że przez głowę przemknął jej ten cały proces myślowy. Skinęła tylko głową na znak, że to faktycznie może zostać uznane za jakiś rodzaj komplementu. Na kilka krótkich sekund nie poczuła się na tyle bezpiecznie, by zaatakować ją czymś jeszcze.
Przez to całe rozproszenie nie zauważyła nawet momentu, w którym Ruelle też się na sekundę odsłoniła. Cisza, jaką podsumowała informację, że oficjalnie stała się jej muzą, dawała idealne pole do popisu. Mogła wcisnąć tam dziesiątki ciosów, pławić się wręcz w tym drobnym zwycięstwie, które byłoby tym słodsze, że pojawiło się zaraz po własnej porażce. Niestety zbyt łatwo dawała się jej rozpraszać.
— Oj, to zdecydowanie nie jest jedno i to samo. — Znów spojrzała na nią z pobłażliwością. To miało być dużo bezpieczniejszą wersją droczenia się. Miała czuć się w niej w pełni bezpieczna, podchodzić do tego po swojemu i w życiu nie dać się zbić z pantałyku. Nie spodziewała się jednak, że odpowiedzi Prescott mogą wywołać w niej szybsze bicie serca. To zdecydowanie utrudniało cały proces.
— Myślisz, że byś potrafiła doprowadzić mnie do takiego stanu? — Uniosła brew, kompletnie w to nie wierząc. To zdecydowanie było wyzwanie. Chciała zobaczyć, jaki Prescott miałaby na to wszystko pomysł. Oczywiście tylko po to, by totalnie wyśmiać skutki jej działań. Na bank by się jej nie udało, bo przecież nie mogło. Nie dałaby się omotać komuś takiemu. Zrobiła krok w jej stronę, eliminując tę niepotrzebną
— Śmiało. Spróbuj. Omotaj mnie. Spraw, żebym tym razem o tobie nie zapomniała — zachęciła, próbując nakręcić ją jeszcze bardziej. W jej oczach już teraz bez problemu można było dostrzec wyższość i przekonanie o własnym zwycięstwie. Chciała ją tym jeszcze bardziej zirytować, zmusić do działania, żeby przestała być bierna. W życiu nie dałaby rady zainspirować się tchórzem.
Ruelle I. Prescott
-
Una vampiresa, soy una sanguinaria
Carmilla, la de Styria, soy inmune a tus plegaria
Yo soy la principal y tú la secundaria
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Oczywiście, że znała francuski. Nie przepadała za nim i nie używała go szczególnie często, ale rozumiała go bez większych problemów. Nie przypuszczała, że mogłoby to szczególnie zaskoczyć Cross. W końcu czy nie chodziły na zajęcia do tych samych grup językowych? Chociaż nieco już minęło od czasu, gdy ukończyły szkołę i pewne szczegóły mogły im umykać. Zakładała jednak od początku, że River posługuje się francuskim z pełną świadomością tego, że jest rozumiana. Jeśli było inaczej to... cóż, nie miała o tym pojęcia.
Nawet nie zauważyły kiedy cała ich rozmowa z oczywistego droczenia się przeistoczyła się w coraz bezczelniejszy flirt. W końcu żadna z nich by tego w ten sposób nie nazwała. Zwyczajnie działały sobie na złość. Tak jak zawsze. Fakt, że Ruelle coraz częściej i intensywniej myślała o tym, aby pocałować swoją adwersarkę nie miał tutaj kompletnie nic do rzeczy.
- Ależ brzmi jakby twoje obie opcje się ze sobą łączyły w całość - raz jeszcze spróbowała stanąć w opozycji do niej, nie dając za wygraną. - Chyba, że pierwszy scenariusz zakłada jedynie niespełnione fantazje, przez które możesz jedynie zastanawiać się jak brzmiałby mój głos jęczący ci do ucha twoje imię...]
Nawet nie zauważyła kiedy jej głos zrobił się nieco bardziej mrukliwy i wybrzmiewający niewiele głośniej od dochodzących z oddali głosów żałobników zgromadzonych wokół trumny. Praktycznie o nich zapomniała. River pochłaniała zbyt wiele przestrzeni i jej uwagi, aby mogła skupić się bardziej na czymkolwiek innym.
- Zabawne... Jak na kogoś kto powtarza jak to mógłby mnie wziąć wedle uznania, zaskakująco często próbujesz mnie nakłonić do pierwszego kroku. Jakbyś sama nie mogła jednak tego zrobić... - mruknęła w odpowiedzi, nie chcąc jeszcze dać się jej sprowokować.
Jeszcze nie.
Prescott za bardzo podobało się to istniejące między nimi napięcie. Była to swoista aura wyczekiwania na kolejny ruch. Czuła się podobnie jak w czasie seansów uwielbianych przez nią horrorów, gdy człowiek spodziewał się, że zaraz stanie się coś niezwykle ekscytującego, ale jeszcze nie był w stanie powiedzieć co. To wyczekiwanie było uzależniające i obejmowało władzę nad całym jej ciałem. Skóra przyjemnie mrowiła, serce zmieniało swój rytm na pewniejszy i bardziej miarowy, a w krwi krążyły wydzielane przez organizm hormony, czekające jedynie na to by uaktywnić odpowiednią reakcję. Chciała wydłużać ten moment jak tylko się dało, aby móc się tym napawać.
River Cross
-
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Racja. Pierwszy scenariusz zakładałby, że nie mogłabym cię dotknąć... — zawiesiła głos w połowie zdania, nachylając się do niej gwałtownie tak, jakby chciała natychmiast wpić się w jej usta i skończyć tę kretyńską rozmowę. Może i chciała, ale zdecydowanie tego nie zrobiła. Zatrzymała się tuż przed jej ustami, zgodnie z założeniami pierwszego scenariusza. Nachyliła się w stronę jej szyi.
— Ale nie potrzebuję rąk, żeby sprawić, że będziesz jęczeć — zapewniła szeptem tuż przy jej uchu. Zastygła na moment w bezruchu, skupiając się wyłącznie na tym, co było teraz między nimi. Nie pamiętała, że stały na cmentarzu, że kawałek dalej ktoś właśnie wsuwał do ziemi ciało kogoś, za kim będzie tęsknił. Na czas dwóch uderzeń serca istniała wyłącznie bliskość Prescott i zapach jej skóry, mieszający się z wilgotnym powietrzem. Zmusiła się, by wyprostować się z powrotem w ogóle jej w międzyczasie nie dotykając. Znów spojrzała prosto w jej oczy, nadal czerpiąc przyjemność z przewagi wzrostu, którą miała. To nic, że tym razem było nieco mniejsza. Ważne, że mogła być górą.
— Zabawne. Jak na kogoś, kto chce mnie zdominować, zaskakująco często dajesz się kompletnie omotać. Jakbyś sama jednak nie mogła tego zrobić — odbiła piłeczkę, nie dając się zbić z pantałyku. Na pewno nie może pozwolić na to w takim momencie. Nie miała zamiaru się też w tym momencie wycofywać. Weszła w tę sytuację całą sobą i nie mogła z niej uciec. Właściwie nawet tego nie chciała. Tym razem nie chciała jej też dać satysfakcji i powstrzymała się od pocałunku. Skoro Ruelle tak widowiskowo potrafiła odbijać piłeczkę w pyskówce, to i tutaj powinna dać sobie radę. A przecież tym razem piłka była po jej stronie boiska. River poczuła zimny dreszcz, który ścisnął ją za kark. Mogłaby przysiąc, że to
Ruelle I. Prescott
-
Una vampiresa, soy una sanguinaria
Carmilla, la de Styria, soy inmune a tus plegaria
Yo soy la principal y tú la secundaria
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Choć River mówiła o tym, że nie mogłaby jej dotknąć to mimo wszystko Prescott przez cały czas wyczekiwała pocałunku. Była zbyt blisko. Powietrze zdawało się wibrować między nimi chociaż może zachodzące w nim zmiany były oznakami nadciągającego deszczu? Na razie jednak nie myślała o tym. Była skupiona na tym jak Cross wciąż znajdowała się denerwująco blisko jej skóry, a jednak w żaden sposób nie musnęła jej nawet delikatnie swoimi wargami. To oczekiwanie powoli ją wykańczało, ale było jednocześnie tak cudowne. River wciąż przytrzymywała ją na skraju punktu kulminacyjnego, który mógł nadejść w każdej chwili.
- Wybacz, ale nie mam w zwyczaju wierzyć na słowo... Musiałabyś to udowodnić - odszepnęła jej w odpowiedzi.
Jakim cudem właściwie skończyły w takim położeniu? Jak to w ogóle było możliwe? Powinny w tym momencie utyskiwać na siebie i prychać na każdą myśl o bliskości, a robiły coś zupełnie innego.
Świat zdawał się zbyt zimny i nieprzyjemny, aby mógł istnieć dla nich na realnej płaszczyźnie. Prescott odruchowo ignorowała jego istnienie i była skupiona wyłącznie na dużo przyjemniejszej bliskości River. Chociaż nigdy nie podejrzewała, że cokolwiek związanego z dziewczyną może być jej miłe.
- Całe szczęście to tylko twoje zdanie... - mruknęła, wzruszywszy ramionami i przysunęła się jeszcze bliżej do Cross.
Wystarczyłoby unieść dłonie, aby umieścić je na biodrach rysowniczki. Każdy głębszy oddech sprawiał, że jej klatka piersiowa ocierała się o tą należącą do River. Nie mogła od tego uciec. Nie teraz. Jej usta przysunęły się do ucha dziewczyny, zahaczając na ułamek sekundy o jego skraj.
- Po prostu nie wiem czy zasłużyłaś na coś więcej... - wymruczała w końcu.
Nie obchodziły ją pierwsze krople uderzające w skórę. Nie były w żaden sposób istotne. Może poza tym, że zimne strugi deszczu byłyby czymś, co nareszcie mogłoby ostudzić ich zapędy. Może jednak było już na to nieco za późno?
Jej usta przesunęły się po szyi, pieszcząc ją prawie niewyczuwalnym dotykiem. Działała powoli stopniowo. Dopiero po chwili jej język odnalazł kontakt z rozgrzaną skórą, na której mógł pozostawić swój wilgotny ślad. Zdecydowanie nie powinna tego robić... Dlaczego zatem sprawiało jej to aż taką przyjemność?
River Cross
-
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Musiałabym? — Łapanie Prescott za słówka stanie się szybko jej nowym hobby. Zdawała sobie sprawę, jak była czepialska, ale nie mogła się powstrzymać. Chciała obserwować jej reakcję na wyłuskiwanie drobiazgów z jej własnych słów. Słuchała jej nienaturalnie wręcz uważnie, nic więc dziwnego, że była potem w stanie rozebrać jej wypowiedź na czynniki pierwsze. Skoro nie zrobi tego z samą Ruelle, to musi skupić się na jej słowach. Taki substytut powinien przecież wystarczyć, prawda?
Nie zareagowała, gdy dziewczyna zniwelowała całkowicie odległość między nimi. A przynajmniej nie w widoczny sposób. Wnętrze Cross natychmiast poderwało się na równe nogi, jakby miało ochotę biec w stronę Prescott z szaleńczą prędkością. To tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że nie było warto go słuchać. Przecież nie była w stanie być już bliżej Ruelle, nie zespolą się w jeden organizm. Skoro durne ciało rwało się w jej stronę, to znak, że kompletnie nie miało o niczym pojęcia i powinno zostać brutalnie uciszone.
Kolejne słowa tanatopraktorki również powinny być gigantyczną czerwoną flagą. Była równie durna, co ciało Cross, skoro uważała, że rysowniczka nie zasługiwała na dowolną rzecz na planecie Ziemia. Należało jej się absolutnie wszystko i właśnie tyle miała zamiar od świata w życiu dostać. Najprościej byłoby się teraz jej odszczekać, w głowie aż huczało od ciętych ripost, którymi mogłaby ją przygnieść do ziemi. Wszystkie wyleciały jej z głowy w momencie, gdy poczuła na skórze jej język. Tętno przyspieszyło jej do liczby, z którą zdecydowanie powinna udać się natychmiast na ostry dyżur. Ale bardzo nie lubiła lekarzy, wolała unikać ich za wszelką cenę.
Od jej kurtki zaczęło odbijać się coraz więcej kropli deszczu. Cichutki werbel rozkręcał się wyjątkowo leniwie, dając im mnóstwo przestrzeni na wycofanie się i zrezygnowanie z tych wszystkich głupot, od których mogła rozboleć głowa. River zrobiła krok do tyłu, odrywając się od Rue, przez co zrobiło jej się cholernie zimno. Nieosłonięty żadnym szalikiem kark został smagnięty przez chłodny powiew, który chyba miał ją popchnąć w stronę alejki prowadzącej do wyjścia z cmentarza. Cholera jasna, musiała go posłuchać. Tego durnego ciała – nie wiatru.
— Tu mens encore — rzuciła wyraźnie zirytowana. Złapała ją za nadgarstek i mocnym szarpnięciem przyciągnęła do siebie z powrotem, cofając się o kolejny krok. Oparła się plecami o drzewo, wciągając za sobą Prescott pod tę prowizoryczną, liściastą parasolkę. Drugą dłoń położyła na jej karku, nie chcąc pozwolić jej od siebie uciec. Nie czekała ani sekundy na żaden głupi komentarz. Pocałowała ją, odrzucając w kąt każde niedopowiedzenie i delikatność, którymi się do tej pory przerzucały. Na tę krótką chwilę chciała kompletnie zapomnieć, jak się oddycha – zupełnie jak obserwujące je w milczeniu zjawy dawno zapomnianych kanadyjczyków.
Ruelle I. Prescott