Zmarszczył na moment brwi, ewidentnie albo próbując przypomnieć sobie, czy miałby wplątać się w coś, co można byłoby określić mianem
jakiegoś gówna, albo zastanawiając się, czy cokolwiek z tego, co działo się w ostatnich dniach można byłoby nazwać w ten właśnie sposób.
–
Nie. Raczej nie – stwierdził wreszcie, mimo wszystko chyba nie do końca będąc pewnym, czy była to właściwa odpowiedź w tej sytuacji. –
W każdym razie… na pewno nie większe niż zazwyczaj.
Ta wersja pasowała pewnie dużo bardziej. A wymowne wzruszenie ramionami powinno wystarczyć za dowód, że jego ewentualnymi, momentami niezbyt dobrze zapisanymi w pamięci, pijackimi ekscesami Stones nie musiał się jakoś szczególnie przejmować. Choć pewnie przynajmniej paru z nich można byłoby za jakiś czas użyć jako całkiem zabawnych anegdotek do opowiadania znajomym przy jakiejś lepszej okazji.
Bez sprawdzania w jakimkolwiek terminarzu – i tak żadnego nie posiadał… – mógł za to krótko przytaknąć, że owszem, sobota za dwa tygodnie brzmiała
zajebiście. Nawet jeśli istniało pewne ryzyko, że przez tak długi czas zdąży zapomnieć, że na cokolwiek się umawiał. W razie czego jednak… nie wątpił, że Eric miałby mu o tym przypomnieć. Choćby i kilkanaście minut przed spotkaniem, co i tak powinno w zupełności wystarczyć, by się na nie wybrać.
–
Jako duch i tak raczej nie będę pić, więc będzie mi pewnie wszystko jedno, czy ci ten alkohol wyleję, nie…? – parsknął krótkim śmiechem, mimo wszystko chyba jednak niespecjalnie czując się na siłach, by choćby i w tym żartobliwym tonie wdawać się w głębsze rozkminy na temat ewentualnego
życia pozagrobowego. Wciąż wymagało to jakiegoś wysiłku umysłowego, a to w jego obecnym stanie ewidentnie mogło grozić przegrzaniem zwojów i bólem głowy jeszcze większym niż obecny.
–
Nie tylko poprzedniej, pokłóciliśmy się już wcześniej – uściślił, bo… faktycznie w ciągu tych ostatnich kilku dni, od czasu jego pierwszej
rozmowy z Ivy, zdarzyło mu się raczej niewiele tych nieco bardziej trzeźwych momentów. Jednym z nich była wprawdzie ta kolejna, zakończona rozstaniem rozmowa, ale… po niej znów całkiem szybko sytuacja się zmieniła. I pewnie stąd ten wyjątkowo dokuczliwy, nieodpuszczający nawet po dłuższym czasie, kac.
I o ile te kierowane do niego słowa pocieszenia mógł skwitować co najwyżej niemrawym przytaknięciem, tak najwyraźniej uznał, że warto może byłoby odnieść się szerzej do sprawy z Elsą. O ile całe to spotkanie faktycznie można było nazywać jakąkolwiek
sprawą…
–
No tak. I herbatę do tych kana… KURWA, STONES! – widocznie potrzebował chwili na to, żeby w obecnym stanie ogarnąć tę raczej dość oczywistą insynuację przyjaciela. –
Zawiozła mnie do siebie, bo zasnąłem w jej samochodzie i nie wiedziała, gdzie ma mnie podwieźć. Więc spałem u niej na kanapie. Nic więcej.
Nie, zdecydowanie Eric nie powinien rozważać kariery detektywa. A przynajmniej nie, póki nie poćwiczyłby jeszcze tego – niezbyt udanego tym razem – łączenia kropek. Bo zdecydowanie za noclegiem Dantego u Elsy nie stało
nic więcej. A już na pewno nic, co wymagałoby tak wymownego poruszania brwiami…
Chyba. Bo jednak może z jakiegoś powodu to właśnie
sprawa z Elsą od wczorajszego wieczora uparcie nie chciała opuścić jego myśli, całkiem skutecznie zajmując miejsce tym, które mogłyby dotyczyć całkiem świeżego rozstania. A więc czegoś, co prawdopodobnie powinno być w tym momencie priorytetem.
A nie było.
–
Tylko… rano faktycznie zrobiła te kanapki. I herbatę. I nie kazała mi się od razu wynosić, a na wyjściu jeszcze dała mi wizytówkę swojego salonu, niby na wypadek, jakbym nie miał już jej numeru… – nie musiał chyba tłumaczyć mu, dlaczego Elsa miała całkiem niezły powód, żeby jednak nie chcieć mieć czegokolwiek wspólnego ze swoim byłym chłopakiem z liceum. I jednocześnie czemu wobec tego nie miała
żadnego powodu, żeby półprzytomnego zabierać go do siebie, częstować rano kanapkami i herbatą, a na dokładkę wręczać mu jeszcze swój numer. Zostawił ją przecież jak skończony dupek tych parę lat temu, kiedy postanowił po skończeniu szkoły wyjechać
na chwilę z miasta i kiedy cały ten wyjazd
trochę się przedłużył, a on w międzyczasie w ogóle przestał się do niej odzywać. I jeszcze poznał wtedy Ivy, którą aktualnie też mógł już określać mianem swojej
byłej.
Pojebane.
Z wyraźną niechęcią spojrzał na tę nieszczęsną szklankę z wodą, po chwili namysłu podnosząc się jednak z kanapy, by ostatecznie zostawić Erica na moment i wrócić się do kuchni po pozostawione tam piwo. Tyle by więc było z całego tego
odrzucania od alkoholu.
–
A, no i jeszcze w klubie wtrąciła się, zanim jakiś palant miałby obić mi mordę… – dodał, zalegając z powrotem na kanapie i krzywiąc się po tych kilku pierwszych łykach piwa. Ale…
zdecydowanie nie dało się tego ogarnąć na trzeźwo.
Eric Stones