-
PC freezes? Oh well... turn it off and turn it on
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-ecio osobowaczas narracji-postaćautor
Nie spodziewał się, że dostanie pod opiekę psa przyjaciela, i szczerze? Wszystko byłoby super, gdyby Murphy nie pogryzł mu kabla od ładowarki do telefonu, sportowych butów Nike oraz rozszarpał poduszkę, która leżała na kanapie. A! I kilka razy nasikał w przedpokoju - tyle razy, ile Stones zasuwał z mopem w ciągu tygodnia, to jeszcze się nie zdarzyło. Ale żeby nie było, Eric kupił mu kilka zabawek, na których psiak skupiał uwagę i dzięki nim, nie ucierpiał chociażby pilot od telewizora - choć niewiele brakowało.
Mimo wszystko, Eric polubił tego czworonożnego przyjaciela. Pamiętając, że Dante miał się po niego zjawić, grzecznie czekał dwa, trzy, pięć dni… po tygodniu postanowił, że sam odprowadzi Murphego i przy okazji sprawdzi, czy z Dante wszystko w porządku, bo oczywiście telefonu też nie odbierał.
Stones zgarnął i schował do plecaka opakowanie karmy, które zostało wraz z zabawkiami Murphego, a następnie przypiął smycz do obroży i wyszedł. Teraz jak wróci, jedynie swoją pływającą w akwarium rybką będzie musiał się zająć. Ale no, przy rybce nie musiał robić tyle ile przy czworonożnym przyjacielu - jej należało wymieniać jedynie wodę co jakiś czas oraz karmić raz dziennie Właśnie, nie sprawdziłem ile pokarmu dla Boba zostało… Bobem była wcześniej wspomniana rybka, którą Eric kupił ze dwa lata temu.
Będąc blisko, Murphy jakby czuł gdzie jest i automatycznie przyspieszył, więc Stones musiał przyspieszyć kroku, dopóki nie znalazł się przed drzwiami. Zadzwonił parę razy dzwonkiem i czekał, a psiak zaraz też zaczął szczekać.
- Jeżeli Twój pan nie otworzy w przeciągu pięciu… no dobra, dziesięciu minut, musimy zacząć go szukać. - powiedział Eric do psiaka, wyciągając po chwili telefon by sprawdzić, czy przypadkiem Dante nic nie napisał ani nie oddzwonił, lecz na wyświetlaczu nie dostrzegł powiadomienia, które by go interesowało. Westchnął i uniósł rękę, żeby uderzyć pięścią w drzwi. Niby mógł podjąć próbę i pomajstrować przy zamku lub poszukać otwartego/uchylonego okna, ale tak jak powiedział wcześniej, 10 minut. 9. 8…
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale wciąż przecież pamiętał o psie.
I nadal miał zamiar wybrać się po niego, nawet jeśli zrezygnował z pomysłu wpadania do Erica jeszcze w drodze powrotnej z domu Elsy i postanowił jeszcze odrobinę przełożyć to w czasie. Choćby po to, żeby we własnym mieszkaniu dać sobie jeszcze chwilę na odespanie, licząc przy okazji na to, że Murphy przez cały ten czas nie zdążył jeszcze doprowadzić mieszkania Stonesa do kompletnej ruiny i że ten miał dość cierpliwości, żeby nie wykopać go za drzwi.
Chociaż… w porządku, o to akurat kompletnie Erica nie podejrzewał. I pewnie właśnie dlatego mógł pozwolić sobie na to, żeby trochę cały ten pobyt psa u niego przedłużyć…
Na kanapę walnął się w zasadzie zaraz po tym, jak już wreszcie dotarł do własnego mieszkania. Przy okazji nawet nie przejmował się ściąganiem z siebie ubrań, nie widząc potrzeby, by marnować na to czas – zarówno jeśli chodziło o spodnie, w których spędził poprzedni wieczór w klubie, ani o bluzę, którą po paru latach nieplanowo odebrał od Elsy, a która przez cały ten czas zdążyła dość trwale przesiąknąć jej perfumami.
Zasnął natomiast pewnie chwilę po tym, jak już się na tej kanapie położył, przy czym nie miał najmniejszego pojęcia, jak długo miał okazję pospać, zanim obudził go dzwonnej do drzwi. W każdym razie – na pewno za krótko. W pierwszej chwili miał więc zamiar kompletnie ten fakt zignorować, nawet jeśli do wciąż zaspanego mózgu niewyraźnie przebiło się również szczekanie psa… Dopiero dalsze natarczywe dobijanie się do drzwi sprawiło, że wreszcie zwlókł się z kanapy i – z eleganckim przekleństwem na ustach – podszedł, żeby otworzyć…
– Murphy…? – rozpędzony kształt, który wyrwał Ericowi smycz z ręki i przebiegł Dantemu obok nóg, gdy tylko ten otworzył drzwi, zdecydowanie musiał być Murphym. Najwyraźniej mocno stęsknionym za dobrze mu znanym mieszkaniem… – Pamiętałem o nim, serio. I miałem przyjść po niego wczor… dzisiaj. Tylko trochę później. Nie musiałeś go przecież od razu przyprowadzać…
Dopiero po chwili odwrócił się w stronę stojącego na progu kumpla, przy okazji odsuwając się trochę od drzwi, żeby ten mógł wejść do środka. Bo w końcu skoro już pofatygował się z psem osobiście, to przecież nie zamierzał po prostu kazać mu tak od razu spadać. Właściwie… w każdej innej sytuacji też by tego nie zrobił, nawet jeśli Stones miał dostatecznie beznadziejne poczucie czasu, żeby ze swoją wizytą trafić idealnie w próbę odespania kilku ostatnich dni…
– Powiedz, że nie musisz urządzać przez niego remontu…? – rzucił jeszcze, przy okazji schylając się, żeby złapać przebiegającego znów obok psa i przynajmniej odpiąć mu smycz. Chociaż ta chwilowa przerwa chyba nie zakłóciła Murphy’emu jakoś szczególnie tej szalonej bieganiny…
Eric Stones
-
PC freezes? Oh well... turn it off and turn it on
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-ecio osobowaczas narracji-postaćautor
- Mhm, tak tak. Właśnie widzę, jak pamiętałeś. Serio. - powiedział, oczywiście używając sarkazmu i przewracając oczami i robiąc kilka kroków, by wejść do mieszkania przyjaciela. Miał jeszcze ochotę coś powiedzieć a propos przyprowadzenia Murphego od razu ale już uznał, że zostawi to dla siebie.
- Tak jak pamiętałeś, że istnieje coś takiego jak TELEFON. - dodał zaraz, zatrzymując się i wyciągając swoją komórkę, by pokazać przyjacielowi, ile razy do niego dzwonił - Dante mógł zobaczyć na ekranie co najmniej 7 nieodebranych połączeń. Nie wnikał, czy miał rozładowany, czy gdzieś rzucił, czy po prostu udawał, że nie słyszy, ale ogólnie dobrze by było napisać choćby jednego smsa z informacją, kiedy planował odebrać pupila.
- Ale cieszę się, że żyjesz. - odparł, klepiąc kumpla po ramieniu i uśmiechając się.
- Remontu nie muszę i na szczęście mam zapas kabli... ale butów mi szkoda. Będę musiał szukać, czy gdzieś nie ma takich fajnych najeczek. - bo zostały pogryzione tak, że gdyby je założył, to jego stopy miałyby niezłą klimę, a ze dwa palce by wystawały. Może i mógłby je założyć, biorąc pod uwagę, że obuwie potrafiło być różne, ALE uważał, że akurat te Nike'i lepiej wyglądały bez uszkodzeń. Niby zawsze też mógł poszukać jakiegoś punktu, gdzie naprawiano uszkodzone obuwie, lecz uważał, że już szybciej kupi nowe, bo w dodatku, co jakby się okazało, uszkodzenia były takie, iż naprawa nie wchodziła w grę? Eric by się wkurwił, bo uważałby czas za zmarnowany, a tak to pojedzie sobie do sklepu albo zamówi przez internet i sajonara. O pogryzionej poduszce już nie wspomniał, bo albo kupi nową, albo po prostu na kanapie już nic nie położy - aczkolwiek wygodniej było z poduszką, ponieważ kiedy na niej zasypiał, miał co położyć pod głowę.
Stones zdjął z Murphego smycz i wręczył ją właścicielowi, a wcześniej pewnie schował telefon do kieszeni - bo raczej do tej pory nie stał z wyciągniętą komórką.
- Masz coś do picia? - spytał ogólnikowo, bo obojętne mu było, czy Dante wyciągnie coś procentowego, czy zaoferuje jakąś kawę lub herbatę - aczkolwiek skoro był piechotą, to mógł wypić jakiś trunek. Może nawet i mocniejszy, bo czemu nie?
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Kurwa, Stones, przecież nie zapomniałbym, że mam psa, nie…? – rozłożył ręce w wymownym geście, jakby ten faktycznie próbował mu właśnie zarzucić coś, co absolutnie nie miałoby prawa wydarzyć się nigdy. Przy okazji całkowicie ignorując fakt, że może jednak istniała jakaś niewielka – naprawdę minimalna – szansa na to, że w pewnych okolicznościach może jednak byłby do tego zdolny. Ale przecież i tak w końcu by sobie przypomniał! – Po prostu… Trochę się działo, ok? No i miałeś się nim zająć, więc chyba był w dobrych rękach…
Sam Murphy też nie wyglądał na jakoś bardzo nieszczęśliwego z powodu tego, że jego właściciel zdecydował się porzucić go u kogoś na tydzień. Przeciwnie. Widocznie zeżarcie paru kabli, poduszki i tych nieszczęsnych najeczek wystarczyło, żeby skutecznie zapomnieć o jakiejś tam tęsknocie za znanymi ludźmi i miejscem…
– SPAŁEM. Jest wyciszony, żeby żaden natręt nie wydzwaniał jak nawiedzony… – w porządku, trochę było mu głupio, kiedy spoglądał na tych siedem nieodebranych połączeń. Najwyraźniej jednak nie na tyle, by odpuścić sobie pierwszą wymówkę, jaka wpadła mu do głowy. – Albo się rozładował. Coś na pewno…
Sprawdził w kieszeniach spodni, ale okazało się, że nieszczęsnego telefonu nie miał przy sobie. Możliwe więc, że ten został w salonie i rzeczywiście albo się rozładował – pewnie spory czas temu… – albo jakimś cudem wciąż działał i był wyciszony. I pewnie równie prawdopodobna mogła być opcja, w której tego telefonu nawet już przy sobie nie posiadał od jakiegoś czasu, a po prostu nie zdążył się jeszcze zorientować lub przypomnieć sobie o tym. Ale tego chyba nie brał pod uwagę. Tym bardziej, że aktualnie chyba i tak nie było to aż tak bardzo istotne…
– Dzięki… – mruknął jeszcze, odwzajemniając uśmiech przyjaciela i przy okazji zamykając za nim drzwi. W kolejnej chwili musiał za to lekko skrzywić się, wysłuchując historii zeżartych butów. Może i nie była to największa strata, o jaką mógł przyprawić go pies, ale… wciąż jednak jakaś. No i wciąż wychodziło na to, że nie dość, że podrzucił mu zwierzaka na tydzień, to jeszcze zapomniał w porę uprzedzić o jego niszczycielskich zdolnościach. Chociaż był prawie pewny, że na wyjściu wspominał coś o tym, by Eric nie trzymał cenniejszych rzeczy w zasięgu psich zębów…
– Współczuję i… mogę ci za nie oddać kasę, jak chcesz – rzucił, po chwili przechodząc do lodówki, żeby sprawdzić jak powinna brzmieć odpowiedź na kolejne pytanie Stonesa. Na szczęście w tej wciąż znajdowało się przynajmniej kilka piw – bo widocznie tych bezalkoholowych opcji, jak choćby woda – nie brał nawet pod uwagę. Bez większego zastanowienia wyciągnął więc dwa, sięgając następnie do jednej z szuflad po otwieracz. W końcu podał przyjacielowi otwartą butelkę, z drugiej samemu pociągając kilka łyków.
I… niemal natychmiast skrzywił się, odstawiając piwo na blat.
– Dobra, to jednak ten beznadziejny moment, kiedy trzeba sięgnąć po wodę… – mruknął, mając szczerą nadzieję, że za chwilę nie będzie im dane oglądać śniadania, które miał okazję zjeść u Elsy. – Chyba możesz zacząć już pisać mowę na pogrzeb. I pamiętaj, że dostajesz w spadku Murphy’ego, na pewno zdążył się przywiązać czy coś…
Bo skoro rzeczywiście po ostatnich kilku dniach, w ciągu których nie miał raczej okazji trzeźwieć na zbyt długo, teraz odrzucało go od alkoholu, to mogło oznaczać tylko jedno – zdecydowanie powinien już wybrać sobie trumnę i upewnić się, że psem zaopiekuje się ktoś odpowiedni. Dobrze więc, że Stones był przynajmniej pod ręką.
Eric Stones
-
PC freezes? Oh well... turn it off and turn it on
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-ecio osobowaczas narracji-postaćautor
- Trochę? - spytał, unosząc do góry jedną brew, dokładnie przyglądając się wyrazowi twarzy przyjaciela oraz skrzyżował ręce na piersiach.
- Chcesz pogadać? - spytał całkowicie poważnie, ale oczywiście nie zamierzał naciskać. Miał tylko ogromną nadzieję, że Dante pamiętał, że jeżeli coś się działo, to mógł o tym pogadać. Tak jak Eric dobrze o tym wiedział, dlatego gdy Dante go odwiedził jakiś czas temu i zastał w niezbyt dobrym stanie, powiedział mu, co się wydarzyło. Oczywiście doskonale wiedział, że nie każdy potrzebował rozmowy, ale no, Stones nie chciał, by Levasseur trzymał zbyt wiele w sobie, bo to prędzej czy później będzie szukało drogi ewakuacyjnej. A najwyżej po prostu obaj będą pić, dopóki będzie ich stać albo dopóki ktoś nimi nie potrząśnie.
- Wyspałeś się? - zapytał, choć przez chwilę miał wrażenie, jakby słowo natręt było skierowane w jego kierunku - ale może nadinterpretował całą tę sytuację. Westchnął cicho.
- Dobrze, dobrze, okej. Rozumiem. - odparł, kucając i głaskając Murphego, bo pupil Dantego akurat usiadł między nimi - tj. między Ericiem a Dante. Już nie chciał kontynuować rozmowy o telefonie, no bo wystarczyło mu całkowicie to, co usłyszał. Jasne, mógł pomóc szukać przyjacielowi w szukaniu komórki, lecz to sam Levasseur mógł wiedzieć najlepiej, gdzie zazwyczaj odkładał telefon - Eric też u siebie w mieszkaniu miał takie miejsca i czuł niepokój, gdy okazywało się, iż telefonu w żadnym z zapamiętanych miejsc nie było. O ile bateria była naładowana a zegarek miał z nim sparowany, to pomagał sobie, wybierając na zegarku typu smartwatch, przycisk “znajdź mój telefon”. I od razu zalewała go fala ulgi, kiedy słyszał melodyjkę, wybodywającą się z telefonu, a gdy ten był całkowicie rozładowany lub bletooth wyłączony, wtedy musiał odgrywać rolę detektywa i próbować odtworzyć np. w pamięci to, co dokładnie robił poprzedniego dnia. Ciekawe, czy Dante pamiętał wczorajszy dzień.
Skinął głową na znak, iż przyjaciel nie miał za co dziękować, a słysząc o oddaniu hajsu, wyciągnął rękę.
- Tak, oddawaj. - zaraz jednak parsknął śmiechem i pokręcił głową. - Żartuję. Jakoś przeżyję. Postawisz mi najwyżej drinka albo dwa. - dodał, bo no… na szczęście poważniejszych problemów finansowych - dzięki m.in. zabawie w krypto - nie miał i stać go było na kupienie sobie nowych butów. Ostatnio nawet dobry kupon mu wszedł, bo obstawił, że Barcelona wygra z Athletico i to był bardzo dobry strzał. Gorzej mu się obstawiało ligę angielską.
Gdy Dante przyniósł piwo, Eric praktycznie od razu po nie sięgnął i podniósł do ust, by wziąć kilka większych łyków. Dobre schłodzone piwko - to było to.
Stones zmarszczył brwi, kiedy dotarło do niego, że przyjaciel właśnie… rezygnował z picia piwa na rzecz wody. Zamrugał kilkakrotnie.
- Stary… to chyba grubo zabalowałeś, skoro do tej pory Cię trzyma. - stwierdził, biorąc znowu kilka łyków piwka. Naprawdę go to ciekawiło.
- Stworzę playlistę z Twoimi ulubionymi utworami na stypę oraz przygotuję prezentację o tym, jakim super przyjacielem byłeś. - odparł, wyobrażając sobie taką stypę wraz z lecącą w tle prezentacją, gdzie głównie byłyby same ich wspólne zdjęcia.- A i oczywiście doceniam, że zawarłeś mnie już w testamencie. - dodał, choć rzecz jasna nie brał słów przyjaciela na poważnie.
Po nieco dłużej chwili Eric parsknął krótkim śmiechem.
- Mam flashbacki… Pamiętasz, jak do mnie przyszedłeś, kiedy poprzedniej nocy trochę za dużo wypiłem? - spytał, pamiętając, jak zamówił pizzę i jak bardzo mu smakowała - bo był CHOLERNIE głodny.
- To co, teraz też zamawiamy pizzę? A może burgery lub kebaba? - bo czemu nie? Chyba, że Dante nie był głodny, to najwyżej Eric wracając sobie zajdzie do pizzerii.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Trochę – potwierdził jednak, póki co bez wdawania się w szczegóły. Bo chyba jednak niekoniecznie opowiadanie o tym całym trochę nadawało się na rozmowę, którą można byłoby przeprowadzić tak stojąc przy drzwiach i zasypując Erica wszelkimi rewelacjami z kilku ostatnich dni, kiedy ten ledwie zdążył wejść do mieszkania. – I tak, pewnie by się przydało, ale… na trzeźwo pewnie i tak nie da się tego ogarnąć.
Wprawdzie już w tym momencie i kiedy już na samą wzmiankę o alkoholu żołądek wykonał jakieś skomplikowane akrobacje, powinien zdawać sobie sprawę z tego, że dalsze picie ewidentnie nie było najlepszym pomysłem na resztę dnia. Ale póki co mógł jeszcze łudzić się, że to po prostu chwilowy przebłysk czegoś na kształt zdrowego rozsądku i że wkrótce samo minie. A przy okazji w ten sposób zasugerować przyjacielowi, że rozszerzenie tematu wspomnianego trochę musiało nieco poczekać.
Niezbyt wyraźnym mruknięciem zbył za to pytanie o to, czy się wyspał. Chociaż tyle chyba powinno wystarczyć jako stwierdzenie, że no niezbyt. Bo jasne, że Stones całkiem nieźle zinterpretował tego natręta z wypowiedzi Dantego. A nawet jeśli ta mimo wszystko podszyta była żartem, to jednak nie dało się ukryć, że natręt okazał się wyjątkowo uparty, żeby zacząć dobijać się do drzwi i obudzić go mimo wszystko. Nie to, że miałby mieć mu to jakkolwiek za złe. W końcu… przyprowadził mu psa. Którym wcześniej się zajął, w dodatku bez zadawania zbędnych pytań, które pewnie cisnęłyby się na usta każdemu innemu w podobnej sytuacji. No i ostatecznie tego psa nawet dostarczył mu własnoręcznie z powrotem. I jeszcze miał zamiar wysłuchać pogmatwanej historii kryjącej się pod wspomnianym trochę. A to już pewnie było aż nadto, żeby móc mu odpuścić tę nieplanowaną pobudkę. Jednocześnie najwyraźniej nie dość, żeby tak zupełnie odpuścić sobie choćby i żartobliwe wygarnięcie jej.
– Jasne. Ewentualnie siedem i w końcu i tak wyjdę na tym gorzej, niż jakbym faktycznie oddał ci kasę za buty – parsknął śmiechem, po krótkim, trwającym może kilka sekund zwątpieniu na widok tej wyciągniętej ręki Stonesa. W każdym razie… mimo znów dalekiego od poważnego komentarza o tym, że ostatecznie miałby pewnie na tym wyjść gorzej, chyba śmiało można było uznać, że taki układ był całkiem fair i go zaakceptować. A następnie spokojnie przejść do kuchni, by odkryć, że alkohol ewidentnie nie wchodził. Przynajmniej jemu, w końcu Eric najwyraźniej nie miał z tym najmniejszego problemu. No… ale to raczej nie powinno dziwić. On – w przeciwieństwie do Dantego – chyba raczej nie spędził ostatnich paru dni zajmując się głównie niedopuszczaniem do trzeźwienia…
– Pamiętaj, że będę cię nawiedzać i wylewać zapasy alkoholu za każde żenujące zdjęcie i filmik, które wrzucisz do tej prezentacji – zagroził, mimo wszystko i tak nie będąc w stanie zachować powagi i po raz kolejny parskając na koniec krótkim śmiechem. Chociaż niekoniecznie było mu do śmiechu, kiedy musiał podejść do zlewu i do szklanki rzeczywiście nalać sobie wody. Jak zwierzę.
A skoro każdy miał już w ręku coś do picia, pozostało tylko skinąć Ericowi głową, dając mu znać, że mogli w zasadzie przejść do salonu. Tam przynajmniej mógł walnąć się z powrotem na kanapę, w jakiś sposób kontynuując ten średnio przyjemny proces dogorywania.
– Zjadłem jakieś kanapki u Elsy, więc na razie nie umieram jeszcze z głodu – stwierdził, przy okazji dochodząc widocznie do wniosku, że dawkowanie wszelkich rewelacji dobrze będzie zacząć od tej brzmiącej najbardziej dziwacznie i… poniekąd chyba trochę dwuznacznie. Albo wyszło to całkiem przypadkiem, bo póki co chyba nie uważał za stosowne, żeby jakoś tę kwestię rozwijać. – Ale zamów… nie wiem, możesz w sumie cokolwiek. Na razie pewnie i tak tego nie ruszę, ale jak nie zeżresz wszystkiego, to to co zostanie, przyda się na później.
No i tak, nie dało się ukryć, że było coś bliźniaczo podobnego w tej i w przytoczonej przez Erica sytuacji. Znów jednego z nich męczyły skutki przegięcia z alkoholem, znów drugi miał posłużyć za wsparcie i… nawet znów chodziło o dziewczynę.
– Rozstałem się z Ivy. W sensie… tak na dobre – rzucił wreszcie, przy okazji dodając też to krótkie uściślenie. Bo tak, tym razem zdecydowanie nie była to jedna z tych kłótni, po której zaraz i tak mieliby mimo wszystko dojść do porozumienia i dalej udawać, że potrafili ze sobą funkcjonować. – I tego samego dnia, a właściwie wieczora, spotkałem w klubie Elsę. Pojebane, nie?
Co prawda dalej za cholerę nie wyjaśniało to pewnie kwestii tego wspomnianego już przypadkiem śniadania, ale… widocznie jakieś bardziej spójne i logiczne przedstawienie sprawy wciąż leżało poza zasięgiem średnio żywego człowieka. I chyba w związku z tym można było jakoś mu to niedopatrzenie wybaczyć.
Eric Stones
-
PC freezes? Oh well... turn it off and turn it on
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-ecio osobowaczas narracji-postaćautor
- Ale nie wplątałeś się w żadne gówno, prawda? Nikogo nie pobiłeś? Niczego nie ukradłeś? - zaczął rzucać pytaniami, niczym salwą pocisków z karabinu, ale no... pytał z czystej troski (i ta sama troska była wyrysowana na twarzy Azjaty) bo miał nadzieję, że spokojnie pogadają i nikt z komisariatu nie pojawi się przed drzwiami Dantego. A te trzy pytania były pierwszymi, jakie mu przyszły do głowy Bo o co innego mogłoby chodzić? zadał sobie to pytanie Eric w myślach.
Parsknął śmiechem, słysząc o rekompensacie w postaci 7 drinków, których, rzecz jasna, by nie odmówił, choć kosztowo… faktycznie mogłoby to wyjść całkiem sporo.
- Niech będzie. Zostało tylko dogadać termin... sobota za dwa tygodnie Ci pasuje? - spytał, sprawdzając kalendarz w telefonie, gdzie zapisywał sobie te WAŻNIEJSZE daty, typu urodziny bliskich albo spotkania, by przypadkiem o nich nie zapomnieć.
- NO WIESZ CO?! - podniósł głos, uderzając Dantego w ramię, choć domyślał się, że kilka osób byłoby zadowolonych z tego, co robiłby Dante w postaci ducha - taką osobą na pewno byłaby Sher, która jawnie dawała Stonesowi do zrozumienia, że miał PROBLEM.
- No i teraz mam dylemat i z jednej strony chętnie bym się przekonał, czy faktycznie zacząłbyś wylewać alkohol, a z drugiej strony... byłoby mi smutno. Chociaż... i tak by mi było smutno, gdybyś był duchem. - odparł, no bo co jak co, ale liczył, że Levasseur jeszcze trochę pożyje i razem przeżyją SUPER przygody. Znaczy pewnie, Stones wiedział, że to była rozmowa dla beki ale no... doskonale zdawał sobie sprawę, że nic nie trwało wiecznie.
Skinął głową, przyjmując informację o tym, że Levasseur zjadł śniadanie u Elsy, choć nie skomentował tego, bo zaczął przeglądać oferty pizzerii - znaczy żeby nie było, cieszyło go, że przyjaciel coś zjadł i zrobił zaskoczoną minę, bo nie spodziewał się usłyszeć o Elsie i jej kanapkach. Toronto przecież było sporym miastem, więc procent spotkania też nie był jakiś wielki. A przynajmniej tak się Ericowi zdawało.
- Dobra, to zamawiam dwie duże pizze, żebyś miał obiad i kolację albo kolację i śniadanie. - bo domyślał się, że Dante jeszcze przez jakiś czas mógł nie odczuwać głodu, no ale w sumie Eric nie miał pojęcia, jak wyglądał stan lodówki przyjaciela, ani co miał pochowane w szafkach. Nie robił mu rewizji, bo choć mógł się czuć jak u siebie i skoro miał zaraz coś zamówić, to nie widział sensu w tym, by dokonać sprawdzenia. Tak więc zamówił jedną z peperonii, a drugą nazwaną "kebab”, więc zawierała mięso oraz jakieś tam warzywa (a na pewno kawałki sałaty). Otrzymał informację, iż zamówienie zostanie dostarczone za około godzinę, więc może do tego czasu Dante zdąży zgłodnieć.
- Za godzinę będzie. - powiedział, machając telefonem, gdzie wyświetlony był zegar, odliczający czas jaki został do dostarczenia.
Eric zmarszczył brwi i złapał się za głowę, bo sam nie potrafił stwierdzić, co go bardziej zaskoczyło - zerwanie z Ivy czy spotkanie Elsy.
- O kurwa, ale rollercoaster, pojebane w chuj... - rzucił nagle, przeczesując dłonią włosy.
- Znaczy... przykro mi z powodu zerwania. Podejrzewam więc, że to był powód, przez który sporo wypiłeś poprzedniej nocy. - dodał zaraz, no bo jednak zerwania nie były niczym przyjemnym, chyba że miłosny ogień zgasł u obu osób, to wtedy po prostu szło się dalej No, ale Dantemu chyba jednak trochę na Ivy zależało, a przynajmniej nic nie wskazywało, by mieli ze sobą zerwać. pomyślał Eric, przyglądając się przyjacielowi.
- Nie martw się, Dante, na pewno jeszcze kogoś poznasz i zakleisz tę porozstaniową ranę. Wiem, że jest jeszcze świeża, dlatego boli… ale zobaczysz, spotkasz kogoś, dzięki komu będziesz się uśmiechał. - odparł, próbując jakoś pocieszyć przyjaciela. A zaraz jakby przypomniał sobie o jeszcze jednej informacji.
- Spotkałeś Elsę, a potem u niej spałeś i ona zrobiła Ci kanapki? - spytał, zabawnie poruszając brwiami i będąc ciekawym, czy dobrze połączył kropki, bo jeśli tak... to będzie bardzo dumny z siebie. I może powinien pomyśleć nad przebranżowieniem się?
Dante Levasseur