N i g d y nie uważała siebie za osobę naiwną.
Jej decyzje były przemyślane, ruchy precyzyjne, a instynkt wyostrzony przez lata pracy w świecie, w którym zawahanie kosztowało więcej niż błąd. A jednak istniał jeden obszar, w którym wszystkie te zasady przestawały mieć zastosowanie, w którym doświadczenie traciło na znaczeniu, a rozsądek schodził na drugi plan. Uczucia nie podlegały tym samym regułom co śledztwa, nie dawały się rozłożyć na czynniki pierwsze, nie układały się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy.
Miłość, którą do niego czuła, była czymś absolutnym, niemal upartym w swojej naturze - czymś, co kazało jej wierzyć nawet gdy powinna była zacząć pytać.
Może zbyt łatwo ufała.
Nie w sensie powierzchownym, nie w relacjach, które nie miały dla niej znaczenia - tam była ostrożna, zdystansowana, momentami wręcz chłodna. Ale kiedy już kogoś wpuszczała do swojego świata, robiła to bez reszty, bez zostawiania sobie drogi odwrotu. Nie kalkulowała, nie zabezpieczała się na wypadek upadku. Oddawała wszystko, co miała, jakby samo i s t n i e n i e tej więzi było wystarczającą gwarancją, że nic nie może pójść nie tak. I może właśnie to było jej największą słabością, nie brak doświadczenia, nie brak intuicji, ale przekonanie, że niektóre rzeczy po prostu są
prawdziwe.
Na komisariacie ta iluzja rozpadła się szybciej, niż była gotowa to przyznać. Wystarczyło jedno spojrzenie na kapitana, stojącego przy wejściu, by zrozumiała, że spokój, który jeszcze chwilę wcześniej rozlewał się w jej wnętrzu, był tylko chwilowym zawieszeniem broni. Jego twarz była napięta, czerwona z gniewu, a spojrzenie wbite w nią z taką intensywnością, że nie pozostawiało żadnych złudzeń co do tego, co miało nastąpić. Nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy jego dłoń uderzyła o blat biurka z głośnym hukiem, rozcinając ciszę jak ostrze.
- Mercer, czy ty, kurwa, oszalałaś? - warknął, a w jego głosie nie było miejsca na rozmowę, tylko na wyrzut, na gniew, który narastał od momentu, gdy dowiedział się, co zrobiła. - Kiedy wpadłaś na pomysł, że możesz odpierdalać takie akcje bez mojej wiedzy? Wiesz, co ty w ogóle zrobiłaś? To nie była samowolka, Mercer, to była operacja na skalę, której nie przeprowadza się bez zgody dowództwa - nie cofnęła się, choć każde jego słowo uderzało z siłą, której nie dało się zignorować.
- Collins przymyka oko na w s z y s t k o - odpowiedziała spokojnie, ale w jej tonie wybrzmiewała ta sama determinacja, która doprowadziła ją do Mimmo’s.
- Gdybym przyszła do pana, odsunąłby mnie pan od sprawy, bo on ma doświadczenie - kapitan zacisnął szczękę, jakby przez moment walczył ze sobą, by nie podnieść głosu jeszcze bardziej. - To nie ty decydujesz, kto prowadzi sprawę - wycedził. - I to nie ty ustalasz zasady gry. Wiesz ile osób mogło dziś za to zapłacić?
Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego wyciągnęła teczkę i położyła ją przed nim, przesuwając w jego stronę z wyraźnym naciskiem.
- To są dowody. Na Bianchiego i na resztę. Na wszystko, co było zamiatane pod dywan - jej spojrzenie było twarde, pewne, niemal brawurowo wyzywające.
- Może ktoś w końcu zrobi z tym porządek - przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza, ciężka i napięta, zanim kapitan westchnął głęboko, przeczesując dłonią włosy. - Zejdź mi z oczu - rzucił w końcu, z rezygnacją podszytą złością. - I nie wracaj dziś do roboty. Potrzebuję czasu, żeby zdecydować, co z tobą zrobić.
Wyszła bez słowa, czując na sobie ciężar spojrzeń, które towarzyszyły jej od samego początku. Collins czekał w korytarzu, oparty o ścianę, a jego wzrok był ostrzejszy niż wszystko, co usłyszała przed chwilą. - Zapłacisz mi za to - warknął cicho, mijając ją tak blisko, że niemal ocierali się ramionami. Impuls był natychmiastowy, odruchowy, ale powstrzymała się w ostatniej chwili, zaciskając tylko mocniej szczękę i pozwalając mu odejść zamiast unieść w górę środkowy palec i pomachać nim przed jego twarzą z uśmiechem wykrzywiającym jej własną.
Kilka godzin później cisza jej mieszkania była niemal obca. Emocje opadły, lecz nie zniknęły całkowicie, zostawiając po sobie napięcie rozlane w mięśniach; zmęczenie, które nie pozwalało naprawdę odpocząć. Krążyła bez celu, próbując znaleźć dla siebie miejsce, zanim w końcu usłyszała pukanie do drzwi.
- Wreszcie - rzuciła cicho, otwierając i niemal od razu skracając dystans, by wtulić się w niego bez zbędnych słów. Jej dłonie przesunęły się po jego ramionach, poprawiając płaszcz, który zaraz potem zsunęła z niego.
- Wyglądasz jak… - urwała, krzywiąc się lekko, jakby nie potrafiła znaleźć odpowiedniego określenia, choć w jej spojrzeniu pojawiło się coś cieplejszego.
- Nie zabił mnie i nie kazał jutro nie przychodzić, więc chyba nie poszło najgorzej - dodała po chwili, odsuwając się tylko na tyle, by móc na niego spojrzeć.
- Dałam mu wszystko, co miałam na Bianchiego - ruszyła w stronę barku, sięgając po butelkę
dobrej whisky w niemal mechanicznym geście, nalewając do dwóch szklanek i siadając przy stole, podciągając kolano pod brodę.
- Przekazałam mu też teczkę na naszych - uniósłszy wzrok, zatrzymała go na nim, uważniej niż wcześniej, jakby próbowała wyczytać coś więcej, coś, co umykało jej przez cały dzień.
- Nie pozabijałeś się z Collinsem? - zapytała ciszej, a pytanie zawisło między nimi cięższe, niż powinno.
Rhys Madden