W jego świecie ojcostwo było dla niego kategorią abstrakcyjną, funkcjonującą gdzieś na obrzeżach cudzych decyzji, cudzych błędów albo cudzych planów. Waśnie, cudzych – nigdy jego własnych. Bo u niego zostało to zamknięte na etapie diagnozy, wielokrotnie potwierdzanej, analizowanej z tą samą dokładnością, z jaką podchodził do wszystkiego, co dotyczyło jego ciała i jego możliwości.
Nie przerwał jej, kiedy zaczęła wyliczać, bo sposób, w jaki to zrobiła, nie pozostawiał miejsca na prostą ignorancję. Wyjaśniła go tak, jak powinna to robić. Bo nie był to jeden test, jedno przypuszczenie, jeden impuls, tylko zamknięty ciąg
dowodów, które wzajemnie się wzmacniały, tworząc spójny obraz. No i przez fakt, że Navi nie była osobą, która rzucała takie informacje bez przygotowania, nie działała pochopnie w sprawach, które wymagały konkretu, nie przychodziła z dramatem, który nie miał podstaw, i właśnie dlatego ten margines błędu, który zawsze zostawiał przy ludziach operujących emocjami, tym razem był mniejszy niż zwykle – ale wciąż istniał, bo
musiał istnieć.
Ale powoli zaczął się rozmywać.
Jego umysł przyjmował to, co mówiła, ale nie pozwalał, by te informacje się zakorzeniły, jakby blokował ich pełne przetworzenie, odruchowo szukając miejsca, w którym mogło dojść do błędu. W końcu testy mogły się mylić, lekarz również, diagnostyka nadal była tworzona przez ludzi, a ludzie popełniali błędy, i właśnie na tym opierał swoje pierwsze odruchy, bo łatwiej było podważyć źródło niż fundament, na którym budował własną pewność przez lata.
Te sześć tygodni rozliczył od razu. Padło na Malediwy, na wyjazd, który sam zaplanował. Do cudownego raju. Chyba nie spodziewał się, że to aż tak cudowny miał być.
I zatrzymał się dopiero na jej ostatnich słowach, bo nie były one emocjonalne, nie były próbą przekonania go ani obrony, tylko deklaracją, która była spójna z tym, co o niej wiedział. Miała rację w tym jednym i skontrowała go wyśmienicie. A to znaczyło, że uczyła się go całkiem dobrze. Jak również życia z nim.
—
Nie powiedziałabyś — powtórzył cicho, bardziej porządkując własny tok myślenia niż odpowiadając jej bezpośrednio, zatrzymując się na tej jednej konkluzji, która wbrew wszystkiemu, stety-niestety, była dla niego najbardziej logiczna.
Jego umysł zaczął zgrzytać, kiedy w trybie nagłym próbował przebudować obecny porządek na taki, który uwzględniał coś, czego wcześniej miał absolutnie nie uwzględniać. Dość dobrze znał to uczucie, kiedy sam siebie rekonstruował, bo nie był w stanie obejść w żaden sposób napotkanej przeszkody.
Za pierwszym razem zapoznał się z nim, kiedy w jego układ codzienności weszła Navi. I kiedy uświadomił sobie, że nie można jej potraktować jak każdej innej przeszkody.
Jego spojrzenie przesunęło się jeszcze raz po jej twarzy, kiedy on na swojej własnej nie pozwalał się odbić żadnemu wyrazowi. Niczemu, co by go zdradziło i zdjęło starannie tkaną latami maskę pełni kontroli.
—
Więc jeśli zakładam, że masz rację — zaczął, bez zawahania, choć z pewną ostrożnością, która zdradzała, że konstrukcję tego zdania musiał świadomie ułożyć —
to znaczy, że błąd nie leży po twojej stronie.
Zawiesił głos, ale wcale nie dla dramatyzmu. Dla jednej chwili, w której raz jeszcze wykonał rachunek w głowie, na szybko i dla pewności. Ale wynik dalej był ten sam i wcale nie był prosty dla niego.
—
Tylko po mojej.
Takie wyniki były dla niego najcięższe, bo brutalnie uświadamiały błąd w jego systemie, w schemacie i w tym jak funkcjonował. Niespójność, której nie wychwycił, a przecież jako ktoś, kto
chciał kontrolować absolutnie wszystko powinien również
absolutnie wszystko wkalkulowywać.
A przyznanie się do błędu u niego było ciężkim, choć ważnym momentem. Nie chodziło o przekonanie, że jest idealny – takiego nie miał. Bardziej o fakt, że było to dla niego bolesne samo w sobie. Odbierał to jako ciężką porażkę na własnym tle osobowościowym.
Problem był taki, że w tej sytuacji przeprogramowanie rzeczywistości i poprawienie błędu wcale nie było takie proste, bo ów błąd był żywy i namacalny.
Ten ciężar przyszedł i osiadł na jego barkach dopiero parę długich sekund po tym, jak przyznał się do swojej porażki. Ale tym samym określeniem nie mógłby nazwać pokłosia źle dokonanych wyborów. Nawet on, choć nie z powodu emocji, nie mógłby.
To był też pierwszy moment, w którym idealnie ułożone i niemal nienaruszone mięśnie na jego twarzy drgnęły i odsłoniły jakikolwiek wyraz. Nie był przejaskrawony, dla niewprawnego oka pewnie tez niewidoczny, ale znając go, można było prędko dojść do wniosku, że był skołowany i jak raz nie miał zaplanowanych ruchów i słów o te dwa czy trzy kroki wprzód.
Jego system miał glitch. A ów glitch zdawał się rozkruszyć idealnie kontrolowany obraz niego samego.
—
Czy to w jakikolwiek sposób wpływa na twój stan? Jest w tym jakiekolwiek ryzyko dla ciebie?
Te pytania, choć padły bez kontroli, wymykając się z jego sparaliżowanego centrum dowodzenia, wciąż trzymały się pewnego trzonu, na którym budował relację. Navi była priorytetem. Najwyższym z najwyższych. Była jego żywą, zintegrowaną częścią, a przez to wszystko inne, w tym cała informacja o dziecku zeszła na odległy plan.
Zanim w ogóle mógłby z powrotem zresetować się i działać, musiał wiedzieć jedno, co było niemal jego trzonem. Musiał wiedzieć, czy była bezpieczna.
Navi Yun