Nie było mowy o żadnych miłosnych rozterkach, bo nie było mowy o żadnej
"miłości". Może to pochodzenie Bachmanna, może po prostu sposób, w jaki był wychowany, ale nie rzucał tego słowa na wiatr i generalnie uważał, że było przeznaczone dla najbliższej rodziny, bliskich przyjaciół i życiowych partnerów. Zdecydowanie nie kobiet, z którymi popełnił błąd, wchodząc im do łóżka najebany, które w gruncie rzeczy nie chciały się angażować, ale wciąż wymagały, by się za nimi uganiał i całe starania były po jego stronie. Nope. Nie chciał oddawać swojego serca tak łatwo. Złapał oddech, otwierając usta, by opowiedzieć mu o zmianie profesji, ale zaraz się zamknął, kiedy Charlie śmignął po ich jedzenie i.. Zaśmiał się pod nosem. Okay, nie wiedział dlaczego, ale było coś naprawdę uroczego i prze-zabawnego w tym, jak ten przyzwyczajony do obsługi facet uwijał się, goniąc za ich zamówieniem, serwował i podawał. Kochany. Theo mógłby go wyręczyć, przecież miał doświadczenie, ale jednak nie, po prostu przyglądał się przyjacielowi z wyraźnym rozbawieniem. -
Nie ma jeszcze czego gratulować. Dopiero zacząłem proces starania się o wolontariat? Strasznie długo to wszystko trwa.. - zaczął robiąc pauzę, by zatkać sobie gębę noodlami. Wydał z siebie nawet ciche, gardłowe, bardzo zadowolone westchnienie, bo Marshall jednak miał rację, to były najlepsze kluchy na świecie. Złapał miskę w dłonie, upijając z naczynia kilka łyków; przyjemne ciepło ogrzewające jego ciało od środka, pikantny wywar przyjemnie szczypiący język i gardło. Przymknął nawet na moment oczy, odetchnął, odkładając naczynie na miejsce, odnotował w głowie, by przychodzić do tego miejsca częściej, zwłaszcza kiedy będzie potrzebował prostego pick-me-up. -
Ale też się zastanawiałem, czy po drodze nie załapać się do ambulansu, wiesz? Na ratownika medycznego? Bo mógłbym w teorii być wolontariuszem, wrócić do szkoły i zrobić dyplom, żeby zostać ratownikiem..? Moi starzy zawsze chcieli, żebym robił coś bardziej ambitnego, więc nawet jakby to trwało rok czy dwa, to pewnie by się zgodzili mnie utrzymywać. - prychnął pod koniec, kręcąc lekko głową, oczyma wyobraźni już sobie wyobrażał swoją uhahaną mamę i arogancki uśmiech ojca, to, jak Theo musiałby się przed nim płaszczyć, żeby pójść z nim na taki układ... Nie wiedział czy chciał. Czy raczej chciał, ale nie wiedział czy był gotowy odstawić swoją własną dumę na bok, żeby płaszczyć się przed swoim ojcem, spośród wszystkich ludzi... -
Musiałbym więcej o tym przeczytać. - w gruncie rzeczy wydawało mu się, ze do ratownictwa pasowałby nawet bardziej, niż do wbiegania do palących się budynków.. Ale chciał sprawdzić obie te rzeczy. Powrót do szkoły nie był specjalnie zachęcający.. Z drugiej strony zawsze wychodził z założenia, że sytuacje przepełnione dyskomfortem budowały najsilniejsze osobowości..
Słuchał go uważnie, kiedy mówił o swoim weekendzie z Blair i planach na Teneryfę z kochanką i... Z jakiegoś powodu znów poczuł się autentycznie rozbawiony. To była tak idiotyczna sytuacja, że mimo zmarszczonych brwi, zaczął się śmiać.
Laugh or cry? Pewnie tak. -
Przepraszam. - rzucił, ale jego klatka nadal podskakiwała w tłumionym śmiechu, który naprawdę mocno próbował zdusić, przyglądając się mu. Charliemu nie było do śmiechu, ale... No cholera, sam się w to wpakował, sam się musiał z tego jakoś wypakować, nie? I jakoś nazwanie wszystkiego po imieniu, nawet jeśli tylko we własnych myślach, sprawiło, że Theo był ubawiony po pachy. Weekend z narzeczoną. Biznesowe wakacje z kochanką. No przecież to brzmiało jak coś wyjęte z podręcznika młodych, pięknych i bogatych, prawda? Dokładnie to życie, którego nigdy dla siebie nie chciał i któremu raz po raz odmawiał za młodu, wybierając swoją własną, skromną ścieżkę. -
Tak, tak, myślałeś tym innym mózgiem. - w jego głosie nadal brzmiało rozbawienie, nawet już po tym, jak zagryzł wnętrze własnego policzka, by przestać głupio rechotać. Skinął głową, nieco poważniejąc, gdy Marshall postanowił twardo wszystko wyjaśnić po powrocie i.. Hey, może kilka porządnych nocy z kochanką to była dokładnie ta motywacja, której potrzebował, co? -
Będziesz potrzebował się zatrzymać u mnie na jakiś czas? Bo w sumie możesz spać na kanapie, to dobra kanapa. - pięciogwiazdkowy hotel to nie był, ale darmo i w pakiecie z dobrym, profesjonalnym kucharzem, którego lodówka zawsze była pełna domowych posiłków gotowych do odgrzania. Brakowało w jego mieszkaniu komfortów, do których Marshall na pewno był przyzwyczajony, ale podstawy były więc... No, postanowił, że zamiast pitolić mu kazania o moralności, po postu zaoferuje mu kąt do przeczekania burzy z jego familią, ile tam będzie potrzebował.
Charlie