ODPOWIEDZ
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
there's no more dreams for me to sell, I choose my nightmares wisely, I don't wanna ruin the story, but it doesn't turn out well
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

walk the layout, routines in the night
some doors have "stay out" spray-painted in white
while all the world's asleep, I walk around instead
through the memories, down the halls of my head

Czarna toyota corolla sunęła gładko po niemal pustej drodze, przez większość czasu z prędkością nieco wykraczającą poza tę dopuszczalną. Słońce dawno już zaszło; jedynie tuż nad linią horyzontu widać było inne barwy, niż rozciągający się już na dobre nad okolicą ciemny granat. Kwietniowy wieczór był chłodny i rześki, lecz wciąż pachnący budzącą się powoli wiosną.
Od powrotu w rodzinne strony minął miesiąc. Cztery długie tygodnie, wypełnione próbami zdobycia informacji o najbliższych jej osobach. Nie mogła teraz przecież liczyć na swoją reputację, którą pogrzebano wraz z pustą trumną już cztery lata temu, a spotkanie twarzą w twarz… z różnych powodów chciała odsunąć w czasie możliwie najbardziej, jak się dało.
Wizje tego, jak zareagowałaby Cassie na jej powrót, były do siebie raczej podobne. Łatwo było się domyślić, że wybuchowy charakter dziewczyny, który już nieraz je poróżnił (nic dziwnego — w końcu żadna z nich nie potrafiła trzymać języka za zębami), i w tej sytuacji doszedłby do głosu. Wiele wyzwisk, wylanych łez, rozbitych szklanek czy talerzy — być może również na głowie Palomy, a potem ulga, obezwładniająca ulga, że kobieta jakimś cudem wróciła zza grobu.
To reakcji Carlosa nie potrafiła przewidzieć i ta niepewność była… męcząca. To na jego twarzy bała się dostrzec zawód tym, że jednak wymknęła się Santa Muerte i pojawiła z powrotem w Toronto, jak gdyby nigdy nic. Wiedziała, że ją opieprzy. Że mogła zostać w swojej dziurze, dalej udawać martwą, bo jej powrót — który w jej mniemaniu miał pomóc — tylko wszystko skomplikuje. W tych zmartwieniach zapominała tylko o jednej rzeczy. Salazar nie wiedział tego, co ona.
Z zamyślenia wyrwał ją czerwony poblask w oddali. Szwankującego neonu nikt nie pokwapił się naprawić od ostatniego razu, kiedy odwiedziła to miejsce. Uśmiechnęła się półgębkiem, ale grymas nie gościł na jej twarzy zbyt długo. Prędko zastąpiła go nieco zacięta, chłodna determinacja. Ho-Oh pamiętał to oblicze kobiety z czasów, gdy była jeszcze Victorią Sánchez.
Zaparkowała przecznicę dalej. Niespiesznie ruszyła w stronę motelu, niemal odruchowo wydobywając z wewnętrznej kieszeni elegancką, srebrną papierośnicę. Zawahała się jednak, kiedy filtr dotknął pociągniętych ciemną szminką warg. Nie chciała nakładać zapachu dymu tytoniowego na starannie dobraną kompozycję perfum. Machinalnie kliknęła zapalniczką, ale papieros wylądował nienaruszony z powrotem w papierośnicy.
Zgrabnie skrojony prążkowany garnitur niezupełnie przystawał do miejsca, w którym miała spotkać się z potencjalnym klientem, ale Paloma nie zadowalała się bylejakością w tej kwestii. By zrobić odpowiednie wrażenie na rozmówcy nie należało jedynie pojawić się o czasie i bezpardonowo przejść do dyskusji. Każde spotkanie, wszystkie negocjacje, a nawet wymiana zawoalowanych gróźb odbywały się według podobnego schematu, w którym najważniejsze miejsce zajmowało wpłynięcie na jak najwięcej zmysłów drugiej strony.
Stukot obcasów zawsze zapowiadał jej przybycie pierwszy, przykuwając uwagę i nadając rytm kolejnym sekundom tuż przed pojawieniem się kobiety w zasięgu wzroku…
…tak jak obecnie, gdy musiał być słyszalny w recepcji jeszcze zanim Paloma wkroczyła na sypiące się schodki.
Niedługo potem pojawiał się zapach — przyciągający aromat migdałów i kawy odświeżonych bergamotką, z biegiem czasu ustępujące słodkiej, dla niektórych niemal zbyt ulepnej tuberozie, by w trakcie rozmów prowadzonych przyciszonym głosem pozostały już tylko otulające nuty wanilii, tonki i piżma, potęgujące wrażenie intymności…
…i teraz musiał zamknąć nielicznych zgromadzonych w jednej ciasnej, dusznej bańce wraz z wyniosłą kobietą o zdecydowanych rysach.
Dobry wieczór.
Wybiła jedenasta.
Oddziaływanie na wzrok było oczywiste. Intensywne spojrzenie podkreślone makijażem, nienaganna prezencja, wystudiowana, chwilami może nawet nieco teatralna gestykulacja, elegancki strój... potrafiła sprawić, by ją zauważono.
Oparła się o odrapany kontuar i niespiesznie przeniosła wzrok na kobietę po drugiej stronie. Gładka, choć niezdrowo blada cera, ciemne oczy błyszczące zmęczeniem, papieros tkwiący zawadiacko w kąciku ust. Unosząca się znad końcówki smużka dymu szyderczo przesłaniała wiszącą nieco krzywo tabliczkę ZAKAZ PALENIA.
Paloma niemal pozwoliła sobie na uśmiech. Być może iskra rozbawienia była dostrzegalna w ciemnych oczach, ale tylko przez chwilę.
Cortés — rzuciła oszczędnie.
Dotykiem również nietrudno było operować, nawet w przypadku obcych — chwilowe, niby przypadkowe przekroczenie granicy, zbyte jedynie uśmiechem czy spojrzeniem. Spotkanie dłoni na blacie stolika lub trącenie czubkiem buta pod nim… jak łatwo byłoby sięgnąć ku szczupłym palcom, które właśnie niespiesznie kartkowały rzuconą na ladę księgę gości. Nie było to jednak ani potrzebne, ani mile widziane.
To nie na niej Paloma miała wywrzeć wrażenie.
Gdzie jest zegar? — spytała nagle, uważniej lustrując ciasne pomieszczenie. — No? — ponagliła, a widząc wyraz niezrozumienia na twarzy recepcjonistki, przewróciła niecierpliwie oczami. — Kiedyś tutaj wisiał i straszył brzydotą. Zegar z kukułką. Czy raczej… z feniksem.


Renley Masters
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
30 y/o
For good luck!
171 cm
recepcjonistka Mississauga's Ho-Oh Motel & Rest
Awatar użytkownika
i'm positively fuckin' tired of this fuckin' shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/opiekacz
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#1 [People say that if you find a feather from one of Ho-Oh's seven-colored wings,
you'll be promised eternal happiness.]


Renley Masters spojrzała we wskazaną stronę bez większego zaangażowania. Patrzyła przez chwilę na poszarzałą ścianę, ale nie przykuwała do niej większej uwagi. Raczej próbowała wyobrazić sobie zegar z kukułko-feniksem w miejscu, gdzie odcisnął się ślad po kalendarzu zdzieranym. Wyrzuciła go w zeszłym roku czy w tym tygodniu? Użyła go jako podpórki pod stół bilardowy czy oddała na makulaturę? Nie pamiętała.
Pewnie się spalił — powiedziała niskim, ale cichym głosem. Wróciła do kartkowania rejestru gości.
Główną zasadą Motelu Ho-OH jest dyskrecja. Menadżer mieszkający na drugim piętrze wpaja ją nowym pracownikom z tak ognistą pasją, jaką widuje się u zdeterminowanych przegranych po wyrzuceniu z ligi korporacyjnej. I faktycznie tak było.
Grigory Zhang, pseudonim Gara, dawny kierownik średniego szczebla koncernu importującego napoje wyskokowe z Chin, założył Ho-Oh w miejscu chińskiej knajpy o tej samej nazwie w odpowiedzi na bunt pracowników. Skorumpowani bossowie naciskali na nich butem, więc Gara uznał, że z uciskanego sam chce, tak dla odmiany, uciskać pachołków. Ukradł fundusz podwyżkowy z kasy menadżerskiej, uciekł z Toronto do Mississaugi i do dziś nikt nie wie, jakim cudem uniknął złości tajpejskiej mafii. Jedni mówią, że najciemniej pod latarnią a inni — że dogadał się z bossami półświatka.
Ren zatrzymała się na stronie pięćdziesiątej czwartej. Wzrokiem wodziła po liście znanych Cortésów, aż natknęła się na stosowny wpis. Jej twarz nie wyrażała nic. Obecne w powietrzu perfumy raziły powonienie. Zaciągnęła się dymem. Lepiej. Odłożyła papierosa do popielniczki obok otwartego laptopa. Wprowadzenie fałszywych danych zajęło jej zaledwie parę sekund, ale system bookingowy potrzebował drugiej wieczności.
Wiedziona profesjonalną ciekawością — za co płacono — rzuciła okiem spod przydługiej grzywki na kobietę. Nie przedstawiła się inaczej niż nazwiskiem. Kojarzyła przeszłość Ho-Oh. To ktoś, z kim nie miała jeszcze do czynienia, ale kto pewnie znał motel lepiej od niej. Wyróżniała się od wejścia — ani nie wyglądała, jak zwyczajowa dziwka Gary, ani nie kroczyła, jak businesswoman szukająca pimpa do współpracy z jej burdel-dziećmi. Była… inna. Zbyt porządna. A może pożądna…?
Na ekranie wyświetlił się komunikat. Pobyt sfinalizowany.
Ren zwróciła się w bok i spojrzała na tablicę za plecami. Zielono-czerwony neon w kształcie feniksa rozpościerał skrzydła nad rzędem kluczy z plastikowymi brelokami niemalże pretensjonalnie — czerwona brama tori pod nim obiecywała, że każdy z pokoi jest boskim doświadczeniem. Sztuczne, szczęśliwe bambusy po obu stronach sprawiały wrażenie, jakby mityczny ptak unosił się nad zabiedzonym, bambusowym zagajnikiem.
Zdjęła trzeci klucz od lewej. Kolejno wyciągnęła formularz „na specjalne okazje” z kuwetki przy segregatorach i wzięła lakierowany, owalny bloczek przypominający szkatułkę.
Doba motelowa kończy się o dziesiątej. — Wróciła przed kontuar. — Bar po lewej. Otwarty całą dobę — wpięła formularz do podkładki z długopisem na łańcuszku i podała Cortés — a śniadania są wydawane do jedenastej. Knajpa w oficynie. — Wypuściła dym nosem. — Polecamy sajgonki warzywne. Lub mango sticky rice. — Sięgnęła po papierosa, strzepała popiół i wskazała nim kierunek. — Lobby, w dół korytarzem. — Monotonny ton nie zdradzał przemyśleń. Kolejna automatyczna formułka, jakich wiele. — Na życzenie dostarczymy do pokoju o ustalonej godzinie. Zamówienia można składać do dziewiątej wieczorem dnia poprzedniego. Dodatkowe ręczniki są dostępne za opłatą. — Otworzyła bloczek. W środku wyściełała go czerwona gąbka tu i ówdzie powciskana od paluchów. — Cisza nocna obowiązuje od drugiego piętra wzwyż. Pokój numer siedem. — Wraz z formularzem położyła przed Palomą Cortés zestaw powitalny: klucz, broszurę z numerami wewnętrznymi, ulotkę z menu Miss Saigon i wyrok. — Odcisk kciuka. Czytelny podpis niżej. — Odsunęła się i naciągnęła rękaw z dziurą na kciuk. — Witamy w Ho-Oh. Mamy nadzieję, że pobyt tu przyniesie pomyślność i zapoczątkuje wieczne szczęście.
Slogan motelu zawsze prowokował ironiczny uśmiech. Czasem torsje.


Paloma Cortés
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
there's no more dreams for me to sell, I choose my nightmares wisely, I don't wanna ruin the story, but it doesn't turn out well
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Znajoma formułka z pewnymi zmianami — z których największą był zdecydowanie monotonny głos, wyrażający absolutną obojętność wobec, zdawałoby się, wszystkiego, począwszy od gościa stojącego po drugiej stronie kontuaru, a skończywszy na obowiązkach samych w sobie — pozwoliła Palomie na moment przenieść się do czasów, kiedy rolę recepcjonistki pełniła inna kobieta. O jakieś dwie dekady starsza od tej tutaj, pewnie z trzydzieści kilo cięższa i o pięćdziesiąt decybeli głośniejsza. Szczerze uwielbiała panią Cheng i jej akrylowe szpony, które ta przeklinała w rodzimym języku za każdym razem, gdy miała wyklikać coś na klawiaturze komputera lub stacjonarnego telefonu.
Zęby Palomy błysnęły w przelotnym, nieco szyderczym uśmieszku. Banknot z podobizną pierwszego premiera Kanady dyskretnie opuścił jej dłoń, lądując na kontuarze obok kluczy — i równie sprawnie został przejęty.
Również mam taką nadzieję.
Szybkie dopełnienie formalności, zgarnięcie wszystkich świstków i klucza do pokoju, w którym prawdopodobnie nie spędzi nawet minuty. Nie miało to jednak żadnego znaczenia — była nastawiona wyłącznie na dobicie targu. Poprawiła chwyt na rączce skórzanej aktówki i bez słowa ruszyła dobrze znaną trasą. Po kilku krokach odwróciła się przez ramię, nie na tyle jednak, by spojrzeć na recepcjonistkę.
Gdyby ktoś o mnie pytał, będę przy barze.
Coś jej podpowiadało, że mimo obojętności i pozornego braku zainteresowania, recepcjonistka dobrze zapamiętała jej nazwisko.
Stukot szpilek powoli zanikł w specyficznie głośnej ciszy recepcji, wypełnionej brzęczeniem przepalającej się jarzeniówki nad wejściem, szumem popsutego radia i stłumionym gwarem rozmów dochodzących z głębi budynku.

***

Nie tylko recepcja motelu Ho-Oh przytłaczała duchotą. Ich bar od lat udowadniał, że na mikroskopijnej przestrzeni można pomieścić wyposażenie przewidziane na pomieszczenie przynajmniej dwukrotnie większe. Nikt nie kwapił się oddzielić od siebie strefy dla palących i niepalących — zresztą nie było czego dzielić — więc domyślny zakaz palenia, obowiązujący w całym motelu, był sukcesywnie łamany i tutaj. Chociaż jedynym właściwym słowem, nasuwającym się na myśl po przyjrzeniu się odrapanej, popękanej skórze, którą obite były hokery, klejącej się powierzchni baru i naburmuszonemu barmanowi, była speluna, to mgliste powietrze wypełnione dymem, miękko rozpraszającym światło tandetnych neonów, nadawało wnętrzu w pewien sposób filmowego charakteru.
Musiała przeciskać się między ciasno stłoczonymi stolikami. Bar nie był pełen ludzi, ale ogólny gwar i wybuchające tu i ówdzie śmiechy byłyby w stanie przykryć dyskretną rozmowę. Dobrze.
Co będzie?
Charakterystyczny dla języków tonalnych nieco śpiewny akcent ujmował powagi barczystemu mężczyźnie, wycierającemu od niechcenia kufel. Sądząc po stanie bawełnianej ścierki — wcale nie polepszał tym sytuacji.
Podwójny gin z tonikiem.
Jej usta miały ochotę złożyć się w „to, co zwykle”.
Była świadoma ryzyka, jakie niósł ze sobą powrót tutaj, nie potrafiła się jednak powstrzymać, gdy przez telefon ustalała miejsce spotkania. To to miejsce miała na końcu języka i to je zaproponowała bez cienia wątpliwości, choć nawet nie sprawdziła, czy wciąż funkcjonuje. Motel Ho-Oh i jego załoga, świetnie wytresowana wyszkolona w ignorowaniu podejrzanych sytuacji, byli świadkami niejednej udanej transakcji i równie licznych zaciekłych negocjacji, które niemal skończyły się sięgnięciem po broń. Na wzór tego klaustrofobicznego lokalu wybrała swój gabinet osobliwości, równie ciasny, mroczny i pachnący starociami. Jak mogłaby zdradzić miejsce, które przez lata obserwowało jej mozolną wspinaczkę po szczeblach półświatka?
Szklanka z drinkiem spoczęła bezdźwięcznie na korkowej podkładce, która była chyba tylko picem na wodę (lub miała zapobiec przyklejeniu się naczynia do blatu, a nie zostawieniu śladów). Paloma odliczyła w głowie każdą sekundę, która minęła od podania jej alkoholu do momentu sięgnięcia po niego. Trzynaście. Wystarczająco długo, by poczuła nagłą suchość w gardle. Wystarczająco długo, by jeszcze nie wyglądać na zdesperowaną.

***

Wśród aut zaparkowanych wzdłuż wąskiej uliczki pojawiło się jedno, zupełnie niepasujące nie tylko do nich, ale i do całej okolicy, którą można było określić jednym słowem — szemrana. Wypolerowany lexus wyglądał tak, jakby za chwilę z wnętrza miał wytoczyć się czerwony dywan, ale tak się nie stało. Kierowca — elegancko ubrany mężczyzna około trzydziestki — wysiadł sekundę po tym, jak zaciągnął ręczny hamulec. Zdawało się, że aportował się przy tylnych drzwiach od strony pasażera, otwierając je z usłużnym skinieniem głowy. Chwilę później samochód odjechał, a w stronę motelu ruszyła samotna postać.
Recepcja powoli się wyludniała; było to może stwierdzenie nieco na wyrost, bo miejsce dla interesantów ograniczało się do dwóch rozkładanych metalowych krzeseł, wciśniętych przy niedziałającym grzejniku żeberkowym, którego wściekle czerwona barwa pięknie korespondowała z bramami tori i stanowiła kontrast dla sztucznych roślin. Ktokolwiek urządzał to wnętrze musiał dojść do prostego wniosku, że jeśli jakiegoś brzydactwa nie da się zakryć, to należy je wyeksponować — a odrapana farba olejna, spod której w niektórych miejscach wyzierała rdza lub grube warstwy poprzednich barw użytych do ekspozycji, z pewnością zwracała uwagę.
Specyficzny wystrój wnętrza zadziałał na Vincenta Dubois jak płachta na byka, bynajmniej z powodu mnogości elementów czerwonych. Mężczyzna po pięćdziesiątce nie przywykł do załatwiania poważnych interesów w miejscach tego pokroju, więc w pierwszej chwili miał ochotę po prostu wyjść, sądząc, że został — kolokwialnie mówiąc — wydymany na sucho. Nie byłby to pierwszy raz, gdy jego chęć poszerzenia kolekcji balansowała na granicy legalności i kombinacji z szarej strefy, a to aż prosiło się o oszustwo. A jednak…
Szukam kogoś — oświadczył niechętnie, dostrzegając w końcu coś innego, niż tandetne neony, sztuczne bambusy i pożółkłe od czasu i dymu tytoniowego kartki z informacjami — wciśniętą w wysłużony fotel recepcjonistkę. Owionął go zapach dymu z tanich papierosów.
Dubois zakaszlał ostentacyjnie.


Renley Masters
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
30 y/o
For good luck!
171 cm
recepcjonistka Mississauga's Ho-Oh Motel & Rest
Awatar użytkownika
i'm positively fuckin' tired of this fuckin' shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/opiekacz
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ren nie podniosła wzroku. Mężczyzna dopadł ją w trakcie czyszczenia bebechów trzeszczącego radia Panasonic i nie zanosiło się prędko na zmianę uwagi. Jego perfumy roznosiły się od wejścia a pretensjonalna aura — w głośnym silniku na zewnątrz i to jeszcze zanim się pojawił.
Dubois zakaszlał wtóry raz.
Jeszcze mi się tu zrzygaj — zasugerowała w duchu.
Wwiercał wzrok w nią uparcie, męczliwie. Oparł łokcie na kontuarze i sapnął głośno. Szturchnął srebrny dzwonek, postukał palcem, jakby groził, że zaraz z niego skorzysta. Jak każdy krawaciarz, który nie przywykł do okoliczności oferowanych przez obskurne motele w zaułkach z chińszczyzną na wynos, chciał się stąd wydostać. Natychmiast.
Szukam kogoś — powtórzył głośniej.
Renley ściągnęła brwi. Palce wepchnęła pomiędzy kabelkowe spaghetti Panasonica i wykrzywiła usta w skupieniu właściwym wszystkim majstrom z podwórkowego garażu. Zadarła lekko głowę, mrużąc jedno oko — powoli, jakby musiała sobie przypomnieć układ budowy radia, a nie że ktoś jeszcze istnieje poza tą nocą i jej własnymi myślami. Kawałek plastiku strzelił jej pod paznokciem.
Kogo? — spytała.
Merszanda.
Kto szuka?
Dubois. — Niewielki wentylator buczał za plecami Renley, podwiewając sztuczne bambusy. W równym interwale odbił powoli z lewa do prawa i rozwiał szarą mgłę. Dubois skrzywił się, gdy dym z popielniczki połaskotał go w nos. — Vincent Dubois.
Nie znam.
Podbródek mu zadrgał, jak indycze korale, a twarz zarumieniła się. Renley nawet nie drgnęła. Kolejny trzask plastiku. Obudowa w końcu odpuściła. Przyjrzała mu się bez pośpiechu. Płaszcz. Buty. Postawa. Za czysty na to miejsce. Za spięty. Za bardzo „nie stąd”.
Vincent uśmiechnął się krzywo. Po środku czoła wybrzuszyła się gruba pręga żyły — wprost o krok od udaru krwotocznego.
Powiem subtelniej… — Pochylił się a jego krawat liznął księgę gości. — Chuj mnie obchodzi, czy mnie znasz. Merszand mi tu obiecał deal. Szybki i sprawny. Nie wspominał nic o kurewskiej grze w zgaduj zgadulę z jakąś smarkulą.
Większość ludzi, którzy tu trafiają, raczej próbuje się nie znaleźć — dodała już spokojniej. — Albo liczy, że nikt ich nie znajdzie. — Oparła się wygodniej w fotelu, który jęknął pod jej ciężarem. Przez moment milczała, pozwalając ciszy zrobić swoje. Gdzieś w tle grzmiała piosenka z Chunking Express co wieczór puszczanego na małym ekranie w Miss Saigon. Światło neonu mrugnęło raz, drugi. — Ma pan pecha… — Lekko przechyliła głowę. — Albo wiesz dokładnie, gdzie przyszedłeś, albo nie. — Ren nachyliła się minimalnie do przodu, opierając łokcie o blat. Radio z flakami odłożyła na księgę gości, obok zardzewiałego śrubokrętu. Nie była nachalna. Po prostu… obecna bardziej niż przed chwilą. — Nazwisko. Albo opis. Cokolwiek, co nie brzmi, jak problem dla mnie.
Słuchaj, ty…!
I od razu uprzedzam — wcięła się — jeśli to ktoś, kto nie chce być znaleziony… to zwykle ma ku temu powód.
W ciemnym korytarzu, rozciętym tylko neonem chińskiego smoka, zamajaczyła smukła sylwetka. Kolejne obce perfumy wkradły się do recepcji.
Ren wyciągnęła czarnego papierosa z paczki i odpaliła od żarzącego się w popielniczce. Wstała. Powoli. Fotel odjechał kawałek na chybotliwych kółkach do tyłu.
Dopiero teraz Vincent dostrzegł, że jego imponujący wzrost stu sześćdziesięciu ośmiu centymetrów w butach ma się nijak do tej dziwaczki.
Więc? — podjęła. — Nazwisko. Albo opis.

Paloma Cortés
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
38 y/o
For good luck!
163 cm
przemytniczka i antykwariuszka w cabinet of curiosities
Awatar użytkownika
there's no more dreams for me to sell, I choose my nightmares wisely, I don't wanna ruin the story, but it doesn't turn out well
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitry/me
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiw 99% przeszły
postać
autor

Ostrożna kalkulacja weszła jej w krew już dawno.
Nie należała do osób nieświadomych swojego problemu; wręcz przeciwnie, wyczulona na każdą oznakę słabości u innych i u siebie, potrafiła rozpoznać momenty, w których uzależnienie zaczynało brać górę. Nie mogła sobie pozwolić na to, by ktoś inny to dostrzegł, więc pokazywanie się publicznie z alkoholem zamieniło się w serię cichych wyliczeń. Ile łyków drinka jest akceptowalnych w ciągu minuty, a ile w ciągu pięciu czy piętnastu? Kiedy wbijanie wzroku w pustoszejącą szklankę zaczyna być postrzegane jako obsesyjne czy niemal tęskne, a do którego momentu przejdzie jako zwykłe szukanie obiektu, na którym można przez moment skupić uwagę, by spokojnie zebrać myśli? Kiedy ulga, widoczna po pociągnięciu z naczynia, przestaje być interpretowana jako zwykłe ugaszenie pragnienia lub zadowolenie ze smaku, a zaczyna przypominać nadzieję na rychłe otumanienie zmysłów i wyciszenie emocji?
Gin z tonikiem znikał zbyt szybko w stosunku do ruchu wskazówek zegarka, ukrytego pod rękawem marynarki, a zerkanie na nadgarstek stawało się coraz bardziej nerwowe. Oznaka zmęczenia i lekkiego stresu; to pierwsza transakcja, co do której poczuła potrzebę, by omówić ją poza antykwariatem. Być może od początku wiedziała, co się święci, a mimo postanowienia, że nie będzie znowu pchała się z własnej woli w interesy z pogranicza legalności, coś ją do tego podkusiło. Poszukiwanie adrenaliny czy jednak słabość w próbach odcięcia się od dawnych ścieżek?
Być może i to, i to. Wybrane miejsce też nie pozostawało przecież bez znaczenia, trochę jak wyraz cichej akceptacji, że z raz obranej drogi nie jest tak łatwo zboczyć.
Ostatni łyk. Nikt jeszcze nie zauważył kurczowości, z jaką chwytała szkło.
Gdzie się ten skurwiel podziewa?
Dwadzieścia pięć po jedenastej zamówiła drugiego drinka.

***

Vincent Dubois przywykł w swoim wygodnym życiu do wielu rzeczy. Pełne angielskie śniadanie — o ile można tak nazwać jego dietetyczny odpowiednik z bekonem z indyka i fasolką w sosie o obniżonej zawartości sodu — podawane do łóżka równo piętnaście po ósmej, jedwabne kapcie i świeże ręczniki, zawsze czekające ciepłe i pachnące lawendowymi perfumami do tkanin to tylko drobiazgi, które przypominały mu w codzienności, jak daleko dotarł i na co mógł sobie pozwolić. Oczywiście zapominał w tych rozważaniach nad własną wspaniałością o wielopokoleniowej fortunie i funduszu powierniczym, z którego czerpał przez dobre trzydzieści lat życia, ale o tym nikt poza nim nie musiał przecież wiedzieć.
Przyzwyczajony był też do tego, że gdy się przedstawiał, robił wrażenie na wszystkich zgromadzonych. Mało było drzwi, których nazwisko Dubois nie byłoby w stanie otworzyć; nie tylko w Ontario, ale i w całej Kanadzie, a prawdopodobnie i w Stanach. Nic dziwnego, że dyskusja z jakąś bladą dziewuchą z worami pod oczami wyczerpała jego cierpliwość dużo szybciej, niż można by zakładać po normalnej osobie.
Sam fakt, że został zaproszony w takie miejsce, uwłaczał jego godności. Gdyby nie przyświecający mu wyższy cel — prześcignięcie Angeli Montgomery w kwestii wielkości ich niszowych kolekcji — prawdopodobnie nawet nie wysiadłby z samochodu, widząc obskurny budynek. Ale… ta głupia kurwa z kilogramem wypełniaczy w twarzy nie mogła się przecież okazać lepsza od niego.
Chyba tylko ta myśl powstrzymała go przed wyszarpaniem recepcjonistki za krótkie włosy; to i może jej wzrost, który choć może niezbyt imponujący dla mężczyzny przeciętnej budowy, wskazywał jej jasną przewagę nad Vincentem.

***

Przedłużająca się nieobecność jej klienta zaczynała działać Palomie na nerwy. Choć sama żonglowała czasem w kwestii eleganckich spóźnień, które od razu ustanawiały jej status jako osoby rozdającej karty, tak półgodzinna obsuwa była po prostu żenująca. Drugi drink zniknął szybciej niż poprzedni. Nie dodał jej odwagi, nie otumanił zmysłów, raczej pomógł pomyśleć — o, ironio — trzeźwo. Jeśli Dubois zamierzał w ten sposób okazywać jej brak szacunku, to równie dobrze mógł się pocałować w dupę.
Najwyraźniej pokój numer siedem jednak się przyda. Nawet Cortés nie zamierzała ryzykować zatrzymania za jazdę pod wpływem.
Przy jednym ze stolików w głębi baru dało się nagle słyszeć podniesione głosy. Grupa mężczyzn o okrągłych, zaczerwienionych od alkoholu twarzach przekrzykiwała się po mandaryńsku. W motelu Ho-Oh można było spotkać całą masę ludzi z różnych grup społecznych i etnicznych, ale dla stałych bywalców było oczywiste, że to lokalna mniejszość azjatycka uznała miejsce niejako za „swoje”.
Wystarczył rzut oka na charakterystyczne punkty, ledwie dostrzegalne wybrzuszenia pod ubraniem, by wiedzieć, gdzie każdy z mężczyzn trzyma broń.
Nie jej problem.
Na barze wylądował napiwek dla barmana. Nieliczne, lecz uważne spojrzenia odprowadziły szczupłą postać aż do przejścia do wąskiego korytarza.

***

Cortés — wypluł w końcu z taką miną, jakby za kolejną obelgę uważał to, że kobieta jest tak niezorientowana. Nie tylko nie wiedziała, kim jest, ale i z kim był umówiony, kompletny brak profesjonalizmu! Zwykle nie musiał się nawet odzywać, by ktoś zorientowany doprowadził go na właściwe miejsce i zaserwował ulubionego drinka. — A opis to ty mogłabyś mi podać, bo nawet nie wiem, jak ta pizda…
Dubois — rozległo się od strony lobby z bożej łaski. Mężczyzna drgnął i spojrzał w stronę Palomy, opierającej się nonszalancko o ścianę. Jeden z neonów spowijał kobiecą postać czerwonawą poświatą, pasującą doskonale do mordu w spojrzeniu.
Usłyszała.
Nie dość, że spóźnił się pan — dyskretnie spojrzała na zegarek — trzydzieści siedem minut, to jeszcze pan mnie otwarcie obraża? Nie jest to najlepszy początek negocjacji. — Odbiła się lekko od ściany i ruszyła w stronę schodów na piętro. Obcas uderzył pewnie o pierwszy stopień.
Pani Cortés! — Ton głosu mężczyzny natychmiast się zmienił, a twarz zaczerwieniła się jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe. Natychmiast stracił zainteresowanie recepcjonistką. — Ależ ja nie mówiłem o…
Przewidziałam na nasze spotkanie czterdzieści pięć minut. Przez chwilę planowałam pozwolić panu wykorzystać pozostałe osiem, ale próby kłamstwai bycie zwykłym skurwysynemsprawiły, że przeszła mi ochota. Dobranoc.
Podobieństwo do wkurwionego indyka sięgnęło zenitu, gdy oburzony Dubois zaczął gulgotać coś w odpowiedzi.
Stuk, stuk, stuk.
Kobieca postać niedługo miała zniknąć na półpiętrze.
Świadomość, że jeśli nie dobije targu z nią, to nie znajdzie nikogo równie otwartego na wszelkie środki, powstrzymała Vincenta Dubois przed uniesieniem się dumą. W tej chwili interesowało go tylko jedno.
Proszę zaczekać! Przedyskutujmy to chociaż… może… nowe warunki finansowe mogłyby-…? — wydukał w końcu, posyłając przelotne spojrzenie kobiecie za ladą. Ta zdawała się znów w pełni pochłonięta wnętrznościami popsutego radia.
Na dłuższą chwilę zapanował impas. Roztrzęsiony Dubois spoglądał w górę schodów, Paloma nie odwracała się z kolei, zapatrzona w tandetny gobelin z wizerunkiem feniksa. By zyskać na czasie, wyciągnęła z kieszeni marynarki okulary w wąskich oprawkach. Nasunęła je na nos i zerknęła przez ramię.
Proszę ze mną. Dam panu te osiem minut. Kwadrans, jeśli mnie pan zainteresuje.
Mężczyzna zawahał się tylko przez ułamek sekundy. W chwili zdenerwowania jego krok, wcześniej pełen wystudiowanej pewności siebie, zdawał się nieco kaczkowaty. Wdrapał się na schody i zatrzymał za Palomą, niepewny, co dalej zrobić.
Mogę prosić o przyniesienie nam drinków do pokoju? Oczywiście dopłacę za kłopot — rzuciła w stronę kontuaru, zza którego dochodziło subtelne chrobotanie i stukanie paznokci o plastik. — Dwa razy whisky z lodem.
Niedługo potem drzwi pokoju numer siedem zamknęły się z głuchym trzaskiem.


Renley Masters
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
jak mnie rozpoznasz to stawiam gin&tonic
narracja pierwszoosobowa, brak zaangażowania, fikołki logiczne, wiele równoległych czasoprzestrzeni
30 y/o
For good luck!
171 cm
recepcjonistka Mississauga's Ho-Oh Motel & Rest
Awatar użytkownika
i'm positively fuckin' tired of this fuckin' shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/opiekacz
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zwyczajowo między zamówieniem usługi a realizacją mijało około dziesięciu minut. Piętnaście, jeśli ich barman, Aii, miał parszywy humor. Czasami chodziło o przerysowaną karoserię ukochanej vespy — pasującej do rosłego Mongoła, jak pięść do oka — czasami o krzywe spojrzenie klienta. Od dziesięciu minut jojczył w stronę zaplecza, ale na widok nadciągającej Ren przestał. Zmrużył wąskie oczy do granic, jak się mruży, gdy w powietrzu pada wierutne kłamstwo. Minęła go za ladą bezszelestnie Aii odłożył szmatkę na ladę. Oparł się wylewającym spod koszulki tłuszczem o kant i zerknął, jak staje przed wyborem trunków na wysokich półkach. Podłużny wąs na Mistrza Sifu poruszył się pod zadartym nosem.
Coś konkretnego?
Ren potaknęła. Oszczędnie, spokojnie. Jej spojrzenie przesuwało się bez zainteresowania po kolorowych etykietach. Światło neonów odbijało się w odciskach palców i eksponowało grube warstwy kurzu. Nie bez powodu niektórych butelek nie dotykano. Wybrała nieregularną butelkę GOALONG.
Gwailou? — Padło za jej plecami, bliżej. Znów potaknęła. — Najgorzej. — Mrugnęła zgodnie. — To nie jest dobry wybór.
Mhm.
Nie mogła podjąć tej decyzji. Nie lubiła alkoholi. Znała się na nich, kiedy udawała w zastępstwie za barmanów, ale w tej konkretnej sytuacji wpadła w impas: biały, bogaty skurwysyn i kobiece misterium z manierami. Jak wybrać coś, co pogodzi obie strony a nie urazi właściwej? Nie chciała wybierać. Jeśli jednak musiała… wolała wybrać pod gust pani Cortés.
Ostry zapach potu i woń smażonych sajgonek uniosły się w powietrzu. Ren zerknęła do boku. Grube ramię Aii wyciągnięte wysoko nad jej głową. Powiodła wzrokiem wyżej — serdelkowate palce muskały butelki, jakby nie mogły się zdecydować, która faktura etykiety jest milsza. Chropowata, gładka, śliska, matowa…
Weź to. — Aii ściągnął szklaną cegłę z korkiem. — Załatwi sprawę. — W jego dłoni wyglądała bardziej jak zaproszenie — do rozróby, do wybicia szyb w porzuconym samochodzie. Nie do ofiarowania gościom.
Nie podziękowała. Zabrała szklanki i alkohol, i udała się na zaplecze.

***


Im bliżej północy, tym piętra motelu coraz bardziej cichną. Poza pierwszym etażem.
Piętro Pierwsze podtrzymywało atmosferę z lobby. Ciasnota. Duszność. Dym kadzideł i papierosów. Wejście do tej części kojarzyło się z wkroczeniem w gęstą mgłę, ale dla Ren to tylko kolejny dzień. Mistycyzm przestał dla niej istnieć dawno temu.
Stawiała kroki swobodnie, niespiesznie. Dzięki taśmom LED widziała każdy stopień i każde pęknięcie w kamiennych stopniach, a tam, gdzie akurat światło mrugało — kierowała się pamięcią. Ostatnie lata pracy wykształciły w niej coś w rodzaju szóstego zmysłu pająka — unikała upadków, dziur i nieoczywistych zagięć długich lauferów w korytarzach przedstawiających lot Ho-Oh gubiącego pióra. Stanęła na jednym z nich. Przed Siódemką. Nie czuła szczęścia. Nie czuła powiewu pomyślności. Tylko uwieranie w lewym trampku i ciężar na dnie żołądka.
Zacisnęła palce na okrągłej tacce. Nie ze strachu, tylko by coś poczuć. Wąskie krańce wbijały się w naskórek. Za mało. Wyuczonym ruchem przełożyła tacę na lewe przedramię i uniosła wolną dłoń. Ważyła Brick Whiskey wolnym ruchem — raz w górę, raz w dół — jakby szykowała się do rzucenia butelką. Gdy zdała sobie z tego sprawę, przestała natychmiast.
Nie zapukała od razu. Powiedzieć, że Renley Masters ma awersję do numer Siedem, to jak powiedzieć, że baran boi się owcy — niby nic oczywistego, ale możliwe przy odpowiedniej koniunkcji sfer. Co innego Ren. Ren nie boi się numeru Siedem. Ona nie czuje nic na widok złotej kosy wtłoczonej w cienkie drzwi, prócz głęboko wygaszonego żalu. Bo kosa wisi. I nie spadnie. Ani razu, gdy wymieniała pościel po gościach motelu, jej skryte życzenie nie zostało spełnione.
Puk. Puk. Puk.
Room service — oznajmiła cicho. A gdy po drugiej stronie nie odpowiedział jej nikt, powtórzyła. — Pani Cortés. — Puk. Puk. — Zamówienie.
Drzwi otworzyły się. W progu stanął Vincent Dubois. Na widok Ren wydał z siebie groźne sapnięcie. Zmierzył ją od stóp do głów i zatrzymał spojrzenie na alkoholu. Oddychał szybko, nierówno. Jego elegancki strój wyglądał na wymięty, jakby właśnie go odciągnęła od ćwiczeń na bieżni.
Daj mi to — warknął ostro. — Natychmiast. I goń.
Ren bez słowa wyciągnęła tacę przed siebie. Dubois wyrwał ją. Szklanki zachybotały gwałtownie. Butelka zatańczyła i podskoczyła ku krawędzi. Mężczyzna skulił się do przodu. Próbował balansować tacą, więc wygiął się ostro w bok a wtedy jedna ze szklanek zleciała na podłogę. Pękła na drobne. Dubois odskoczył i przytulił się do futryny.
Tanie szkło z logiem Ho-Oh rozsypało się w wejściu, mieniąc refleksami z przytłumionego światła wewnątrz Siódemki. Ren nie mogła pozbyć się wrażenia, że to było najbliższe, co mogła zakwalifikować do kosy.
Co... coś ty zrobiła?! — pisnął Dubois. — Posprzątaj to! I przynieś nowe szklanki! Cholera… To satynowy garnitur! — Szerokim językiem przejechał po wargach muśniętych pomadką ochronną. — Cholera…!
Westchnęła ciężko. Ramiona miała opuszczone wzdłuż ciała nie z rezygnacji, ale ze zbyt dużego wysiłku. Miała dość Vincenta i tej zmiany. W jej spojrzeniu na próżno szukał skruchy czy wstydu.
Głuchaś!?
Chciałaby. Wsunęła od niechcenia lewą dłoń do kieszeni torbowatych jeansów. Coś w niej znalazła.
Palcami sprawdziła podłużny kształt. Chropowata powierzchnia, drobiny wbijające się w skórę.
Zardzewiały śrubokręt. Zapomniała odłożyć na miejsce. Bii, kuzyn Aii i konserwator w Ho-Oh, znowu ją ochrzani, jeśli go nie zwróci do skrzynki z narzędziami.
Na lewym ramieniu poczuła ucisk męskiej ręki. Ciało cofnęło się dwa kroki, ale nacisk nie zelżał. Wróciła do rzeczywistości.
Mówię do ciebie! — Ślina Dubois wystrzeliła wprost na nią. — No? Rusz się!
Ren skrzywiła się i odwróciła głowę w bok.
Kurwa… — mruknęła cierpko — ...ale masz śmierdzącą zgagę.
Ochrypły śmiech.

Paloma Cortés
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”