Cisza przyszła powoli, niemal niezauważalnie, wpełzając między oddechy, które jeszcze przed chwilą były urwane i niespokojne. Jej ciało wciąż pamiętało każdy ruch i napięcie, które dopiero co znalazło ujście, a jednak teraz ogarniało ją coś zupełnie innego.
Ciężar rozlewający się miękko od karku aż po opuszki palców. Czuła go w mięśniach, w drobnych drżeniach pod skórą, w tym specyficznym bólu, który nie budził sprzeciwu, lecz cichą satysfakcję. Był znajomy, uzależniający, jak echo czegoś intensywnego, czego chciałoby się doświadczać częściej i właściwie bez końca.
- Nie zauważyłam - mruknęła pod nosem, zsuwając się z niego i odnajdując swoje miejsce obok, dokładnie tam, gdzie zostawił dla niej przestrzeń - pod jego ramieniem, jakby była jego naturalnym dopełnieniem. Przylgnęła do niego bezwiednie; ciało samo wiedziało, gdzie powinno się znaleźć, a jej usta odnalazły jego ramię w krótkim, miękkim pocałunku. Powieki opadły niemal natychmiast, a granica między jawą a snem zaczęła się zacierać szybciej, niż powinna.
Mimo to myśli nie milkły, krążąc gdzieś w tle, uporczywe i niespokojne. Jego obecność tłumiła je skutecznie, wygładzała ostre krawędzie, sprowadzała wszystko do jednego punktu, w którym liczył się tylko
on. W półświadomości usłyszała jego słowa, tak ciche, że prawie nierzeczywiste, a uśmiech przemknął przez jej twarz, zanim odpłynęła głębiej.
Trzy, może cztery godziny nie mogły postawić jej umysłu w stan gotowości, nie mogły przywrócić ostrości, której potrzebowała. Dźwięk telefonu przedzierał się przez ciszę uporczywie, lecz początkowo nie miał dla niej znaczenia, ginął gdzieś na granicy świadomości. Dopiero kolejny sygnał, a potem następny, wytrąciły ją z tego półsnu, zmuszając powieki do leniwego uniesienia.
Spojrzała na niego, jeszcze nie do końca przytomna.
- To nie twój? - zapytała cicho, a jego niemal niedosłyszalne mruknięcie wystarczyło, by napięcie pojawiło się natychmiast. Podniosła się gwałtowniej, niż powinna, ignorując protest mięśni. Wzrok padł na zegarek, była pieprzona czwarta rano. Ta godzina nie przynosiła nic dobrego, n i g d y. Już sięgając po bluzę, czuła, że coś jest nie tak, że coś pękło poza jej zasięgiem.
W salonie panował półmrok rozświetlany jedynie bladym światłem telefonu. Sięgnęła po niego i przez krótką chwilę patrzyła na ekran bez zrozumienia, jakby litery potrzebowały czasu, by ułożyć się w sens.
Pierwsza wiadomość uderzyła jak cios, bo jej nadawca nie pozostawiał złudzeń.
Rinaldi nie żyje.
Spierdoliłaś to koncertowo, Mercer.
Moje gratulacje.
Collins nie musiał długo czekać na swoją zemstę, była pewna, że siedział w fotelu i wystukując tych kilka słów robił to z przejmującą satysfakcją.
Druga przyszła z numeru, który znała aż za dobrze, choć nigdy nie powinna była go zapisywać. Żona Rinaldiego, spanikowana i rozbita, błagała o odpowiedź, której nie miała prawa oczekiwać.
Trzecia rozmyła się przed jej oczami, litery zlały się w jedną, chaotyczną masę, której nie była w stanie rozszyfrować.
- Kurwa - wyrwało się z niej cicho, ale ostro, gdy dłonie zacisnęły się w pięści.
G n i e w pojawił się pierwszy, szybki i gorący, lecz niemal natychmiast został zmieciony przez coś znacznie większego. Fala uderzyła w nią z pełną siłą, odbierając grunt pod nogami, rozlewając się po ciele w sposób brutalny i bezlitosny. Oddech przyspieszył, serce zaczęło walić w klatkę piersiową jak oszalałe, a niewidzialny ciężar przygniótł ją do ziemi. Mdłości podeszły do gardła, zimny pot pokrył skórę, a myśli rozpadły się na fragmenty, których nie potrafiła poskładać.
Nie miała nad tym kontroli.
Kroki za nią zdołały się przebić przez bańkę, w której utrknęła; wyczuła jego obecność jeszcze zanim zdążył się odezwać. Stała nieruchomo, plecami do niego, jakby to jedno zdanie mogło zatrzymać wszystko na miejscu.
- Rinaldi nie żyje. Jeden strzał w serce, drugi w głowę - jej głos brzmiał chłodno i obco, jakby nie należał do niej. Usiadła ciężko na krześle, zaciskając powieki z całych sił, podczas gdy jej kolano zaczęło drgać w niekontrolowanym rytmie.
Fala wróciła silniejsza, bardziej niszcząca.
Tym razem miała imię -
poczucie winy.
Nie ona pociągnęła za spust, to był fakt. A jednak to ona wskazała drogę w chwili, gdy odnalazła go w Algonquin Highlands, ona doprowadziła do momentu, w którym ktoś inny tylko wykonał wyrok. To ona wybrała cel, ona stworzyła sytuację, w której śmierć była najprostszym rozwiązaniem.
- To moja wina. Ja na to pozwoliłam - wyszeptała, bardziej do siebie niż do niego, a słowa zawisły w powietrzu ciężkie i nieodwracalne.
Rhys Madden