Może tak, może nie. W każdym razie miał odmienne zdanie, jeśli chodziło o jej zachowanie. Miała prawo odmówić i czymś się wykręcił i nie miałby jej tego za złe. Sam nieźle nabroił i musiałby jakoś ponieść konsekwencje tego, co zrobił, albo raczej czego nie zrobił, a mógł…
-
Czekałem, naprawdę – starał się jej to dobitnie przedstawić. -
No nieważne. Przyszłaś, więc chyba nie mamy już o czym mówić – powiedział niby to obojętnie, ale tak naprawdę ciągle analizował jej zachowanie. Po prostu chciała mu zrobić na złość, był o tym więcej niż przekonany. A jednak cierpliwie znosił wszystko, bo dlaczego miałby jej się odgryźć? Jedną z cech Cema, była jego cierpliwość i opanowanie – szczególnie wobec Eden. To one decydowały o tym, że mówił spokojnie i wydawał się być pogodzony z tym, co się działo ostatnio. Mieli do tego nie wracać, dlatego też tego nie robił. Życie płynęło dalej, a on i tak miał jeszcze coś do powiedzenia.
Zapytany o samopoczucie, po prostu pokręcił głową w odpowiedzi. Było widać, że naprawdę coś się z nim działo, ale nie przyznał się głośno do tego. Jeszcze nie. Po prostu starał się nie myśleć o źródle swoich problemów. Eden całkiem dobrze sobie radziła w zagadywaniu go i dobrze. Nie musiał myśleć o tym, że znów czuje się jak tuńczyk w puszce. W klasie biznes miał więcej przestrzeni i lepsze warunki, ale teraz nie był sam, więc nie mógł narzekać.
-
Mówisz o tym? – spojrzał odruchowo na swoją rękę. Zupełnie zapomniał o tym, że ona nie wiedziała o jego wyczynie. –
Sam to sobie zrobiłem – powiedział to takim tonem, jakby nie było o czym mówić. –
To znaczy… to był wypadek – zaczął kręcić. –
Naprawdę, to nic takiego – oczywiście nie drążył tematu, bo musiałby przyznać kiedy i co zrobił, a przecież tamta noc została skreślona z ich historii. Teoretycznie, bo on nie mógł o tym zapomnieć.
Rozmowa była dobra, odwracała uwagę i po prostu nie musiał się kulić w sobie, co patrząc na faceta jego gabarytów, wyglądało dość dziwnie. Tak, dobrze wyczuwała, że coś było nie tak i za kilka minut miała się o tym dowiedzieć. Nie było to coś wstydliwego, bardziej szkodliwym i destrukcyjnym był lęk przed samotnością, o którym wiedziała jedynie jego siostra. Kiedyś powie o tym Eden, ale w odpowiednim miejscu i chwili. Kto wie, może właśnie tam, w Stambule? W mieście, który był jego domem i schronieniem, gdzie nie bywał samotny, a jednak nie miał z kim dzielić się najważniejszym – swoimi nadziejami i obawami. Miał zwierzaki, to one dotrzymywały mu towarzystwa, one były szczere, potrzebowały tylko zainteresowania i miłości. Był przy nich spokojniejszy.
-
Mam psa i dwa koty – wyjaśnił. –
Wiesz, cisza w dużym domu bywa czasami nieznośna, a tak mam chociaż kompanów i nie jestem tam sam – unikał jej spojrzenia.
Samotność – najbardziej nieznośne ze słów w jego słowniku. Chociaż wydawało się, że jemu to nie grozi, właśnie to dobijało go najbardziej.
Eden miała swojego faceta, a on? Miał zwierzaki. Rozmawiał z nimi, gdy miał obok tylko je. Dbał o nie i tęsknił, gdy musiał siedzieć w Toronto.
-
Eren dba o dom i zajmuje się zwierzętami. Poznasz go, gdy dolecimy. Odbierze nas z lotniska – najchętniej sam by prowadził, ale po długim locie nigdy się tego nie podejmował. –
Niestety słabo zna angielski, więc jeśli zarzucisz jakimś zdaniem po turecku, będzie mu miło – mieli dużo czasu na lekcje, tak w razie czego. No chyba, że ściągnęła sobie aplikację tłumaczącą na telefon, by było jej łatwiej ogarniać, co i jak. Pewnie Cem jej to podpowiedział.
-
Pewnie, śpij jeśli chcesz – zgodził się, ale tak naprawdę miał nadzieję, że poświęci mu trochę czasu, w imię przyjaźni, której nie chciał nagle zakończyć. Mogli ze sobą rozmawiać jak ludzie, teraz był tego najlepszy przykład. Jeśli chcieli, to potrafili coś osiągnąć.
-
Ja raczej nie dam rady – odparł spokojnie, chociaż daleko mu było do zachowania równowagi. I nawet gdyby ktoś chciał go czymś poczęstować, odmówiłby. Za bardzo był nerwowy, co chyba wyczuła sama Eden. Przetarł palcami oczy, niby ot tak sobie, ale był widocznie spięty i nie wiedział, co ze sobą zrobić.
-
Mam klaustrofobię – wyznał. Mina kobiety chyba najlepiej świadczyła o tym, że nie miała pojęcia o tym, co mu dokuczało. –
Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale tak właśnie jest. Za każdym razem kiedy latam, czuję się jakbym był wciśniętą do puszki rybą. Nie miałaś okazji tego zauważyć, ale zawsze wybieram schody, a nie windy. No chyba, że nie mam wyjścia. Unikam ich jak mogę, nawet na ekranie, chociaż z tym różnie bywa. Kiedy już gdzieś lecę, staram się tam spędzić trochę czasu, bo każdy lot to powtórka z rozrywki – tak właśnie wyglądała jego rzeczywistość. To była tajemnica, ale chyba nie miała zamiaru z nikim o tym rozmawiać.
-
Dla mnie każda minuta w samolocie to wieczność, ale kto by pomyślał, prawda? – odetchnął głęboko. Już przeżywał zmianę wysokości, ciasnotę maszyny i to, że będzie w niej uwięziony na długie godziny. Na szczęście miał Eden. I nawet jeśli będzie spać, on będzie się uspokajał patrząc na jej spokojną twarz. Jej widok zawsze dobrze na niego działał.
eden de poesy