27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z perspektywy punktacji i rankingów faktycznie można było stwierdzić, że szło im średnio, a nawet tragicznie, ale prawda była taka, że dla Archiego te liczby nie miały żadnego znaczenia, a rankingi na monitorze mogły wyświetlać sobie co tylko chciały. Ba! Mogli szorować po dnie tabeli, a on i tak czuł się jakby rozbił bank lub wygrał w lotka, bo jego prywatne trofeum stało właśnie przed nim radośnie podskakując i prawie taranując nachosy własnym tyłkiem. I właśnie po to tu przyszedł! Po ten uśmiech, po taką energię! Mógł więc robić z siebie totalnego głupca, pajacując przed torem i niekoniecznie zbijając cokolwiek, bo widok roześmianej Abby, która jeszcze kilka chwil wcześniej zalegała pod kocem, był wart każdego spudłowanego rzutu. Nic dziwnego, że sam szczerzył się jak głupi do sera, skoro radość zwyczajnie rozpierała go od środka na widok tego błysku w jej oczach i tego charakterystycznego śmiechu jaki wydobywał się z jej ust. Już w tej chwili wiedział, że jego ziemniaczana misja ratunkowa ma spore szanse na sukces i żaden Żeluś nie stanie mu na drodze.
No wiesz, Wallace? Ranisz moje profesjonalne podejście do sportu! — rzucił jeszcze na odchodne przed swoim rzutem, ale prawda była taka, że rozgryzła go po całości. Wiadomo, że nie zarwał nocy oglądając tutoriali do gry w kręgle i miał to wypisane na twarzy, ale teraz liczył się jego rzut.
Show must go on!
Jego rzut miał być pokazówką, improwizacją, żartem, a stał się… cudem?
S T R I K E.
Sposób na Archibalda 2.0 - dodatek aktywowany.
Tak to robią prawdziwe BULWY!
Jej okrzyk był jak miód na jego serce, więc nawet się nie zawahał widząc jej wystawione dłonie, zderzając się z nią solidną piąteczką z takim impetem radości, że asekuracyjnie szybko splótł też ich palce ze sobą i przyciągnął ją nieco do siebie, by ta siła uderzenia nie zwaliła jej przypadkiem z nóg. Nagle poczuł to jak Abs delikatnie wciąga powietrze, a potem ich spojrzenia spotkały się i przez moment miał wrażenie, że system się mu zawiesił. Nie patrz tak na mnie, Wallace - pomyślał, a jego instynkt samozachowawczy nakazał mu wybrnąć z tej sytuacji nim Żeluś z sąsiedniego toru - który to teraz bacznie ich obserwował - wezwie straż pożarną do ugaszenia atmosfery między nimi. Odchrząknął więc zwalniając jej dłonie i wycofał się w kierunku nachosów, pakując ich do ust tak wiele, że z trudem się mieściły. Lepsze to niż palnięcie jakiegoś głupstwa. I fakt, ktoś mógł nazwać to aktem tchórzostwa, ale dla Archiego to był bardziej akt przetrwania. I szło mu całkiem nieźle, przynajmniej do chwili, kiedy jej palce nie przesunęły po jego wargach, gdy zgarniała zabłąkany kawałek nachosa. Off duty? Dobre żarty! Przecież prawie się zakrztusił, kiedy go tak podeszła! Pewnie tak udawała, że niby nie jest teraz w pracy, a tak naprawdę chętnie by mu jakieś usta usta zrobiła. On już ją rozszyfrował w tym momencie, ale najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nie widział w tym nic złego.
Dajesz Abby! Ziemniaczki do przodu i cała naprzód! — wrzasnął, gdy udało się mu już przełknąć te wszystkie nachosy, jakie wcześniej napchał sobie do buzi. Szybko jednak zdał sobie sprawę z tego w jakim kierunku zmierza jego przyjaciółka. To był jego patent! Ten sam, który zatrzymywał sobie na później, a teraz…? Teraz już nie mógł po niego sięgnąć, tym bardziej, że jej rzut okazał się bardzo skuteczny. Był w takim szoku, że siedział z lekko rozchylonymi ustami, a gdy podeszła do stolika jego system całkowicie się przegrzał, gdy ułożyła dłoń na jego bicku.
Zamrugał kilka razy zadzierając głowę do góry. — I jak tam pani doktor? — zapytał, a kącik ust drgnął w zawadiackim uśmiechu. — Czy komisja lekarska dopuszcza takie bicki do użytku? — oczywiście, że musiał obrócić to w żart… choć jego głos nie brzmiał wcale zawadiacko, a jakoś tak…odważniej? Poważniej? — Bo czuję, że mam w nich spory zapas mocy i na pewno starczy na dźwiganie w ramionach pewnej przyjaciółki, żeby świętować potencjalną wygraną — zasugerował całkiem serio (po zwycięstwie mógł ją nawet dotransportować na barana do domu jeśli będzie trzeba) po czym szybko mrugnął i wyszczerzył zęby w uśmiechu próbując rozładować gęste powietrze między nimi.
Choć kiedy tak stała nad nim, to wcale nie było takie łatwe.
HALO, ZIEMIA DO ZIEMNIAKA!
Wstał szybko, znów to on patrzył na nią z góry i trochę jakby odzyskiwał rezon.
Uf. Odetchnął.
Dobra, skoro ty odgrzebałaś sposób na Archibalda, to ja muszę sięgnąć po coś specjalnego — oznajmił, ale tylko on wiedział, że to będzie czysta improwizacja.
I oczywiście, że poszedł na żywioł.
Nagle zaczął się skradać na palcach do tego toru, na ugiętych nogach, lekko pochylony, jakby się urwał z jakiegoś kiepskiego filmu szpiegowskiego lub jakiejś kreskówki. Kule trzymał dwoma rękoma przy klatce piersiowej, wyglądając przy tym komicznie, tym bardziej, że co krok wydawał z siebie ciche psst! psst! i spoglądając raz w lewo, raz w prawo, upewniał się, że skupia na sobie uwagę przeciwników.
Należało rozproszyć wrogów, rozśmieszyć Abby i trafić do celu.
Tuż przed linią uklęknął na jedno kolano i czule wypchnął kulę swoimi dłońmi tuż przy samej ziemi obserwując jak toczy się leniwie do przodu. — Proszę moja mała bulwo, nie przynieś wstydu Archibaldowi! — wyszeptał obserwując jak toczy się z precyzją i złożył dłonie niby modląc się, by nagle nie zboczyła z toru, bo już raz tak było dzisiaj na jego korzyść, więc teraz los mógł się od niego odwrócić. Na szczęście zbił większość kręgli, zostały tylko dwa po prawej stronie. Archie bez namysłu odwrócił się w stronę Abs na tym jednym kolanie i wyciągnął w jej kierunku rękę. — Panno Wallace! — zawołał teatralnie podnosząc głos na tyle, by rozproszyć uwagę wszystkich przeciwników. — Czy uczynisz mi ten honor i... — tu zawiesił głos budując napięcie na sali, a w jego oczach mignął ten łobuzerski błysk, który tak dobrze już znała — ...i przyjmiesz tę kulę, by dopełnić dzieła zniszczenia? — dumnie się wyprostował wciąż klęcząc i zwrócony w jej stronę uśmiechnął się nieśmiało odgrywając swoją życiową rolę właśnie.


potato partner in crime 🕵️‍♂️💍🥔🎳
Winnie the Pooh
nudy, stania w miejscu, kierowania moją postacią
27 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ty tak nie patrz.
To właśnie by usłyszał, gdyby mogli czytać sobie w myślach. Gdyby zdania, które wypowiadali tylko i wyłącznie we własnych ścianach czaszki, nagle ujrzały światło dzienne. Nie widziała się. Nie miała pojęcia, jak potencjalnie na niego patrzyła, jednak doskonale widziała, jego błyszczące, niebieskie oczy. Widziała sposób, w jaki jego spojrzenie się do niej cieszyło, jak patrzyło na nią z czułością, której mało kto mógłby się powstydzić i intensywnością, od której miękły kolana. Nie od dzisiaj miała do niego słabość. Do tych niebieskich oczu, które potrafiły podchodzić pod prawdziwy turkus. A kiedy jeszcze mieszało się to z ciepłym dotykiem jego palcy na skórze dłoni… no rozpraszała się.
Rozpraszała się w najgorszy, możliwy sposób.
Bo przecież nie powinna.
Nie wypadało.
Dlatego zaraz zabrała się za wykonanie rzutu. Dedykowanego właśnie jemu. Chłopakowi, który jako pierwszy zabrał ją na kręgle jeszcze w podstawówce i pokazał, jak powinna popychać kulę, żeby nie ukręcić sobie ręki. A potem tego samego dnia sam zwichnął sobie nadgarstek. Do teraz pamiętała, jak się z niego śmiała i powtarzała, że to nic, a kiedy tylko wróciła do domu, to płakała aż do północy, że jej przyjacielowi stała się krzywda. Typowa Abby, która wszystkie smutki i żale przy ludziach skrywała głęboko w sobie, by przypadkiem nie być problemem. I teraz też jakoś chciała schować nagłe mrowienie w brzuchu poprzez wykonanie epickiego Archibald Style Throw, który w dodatku chyba po raz pierwszy okazał się faktycznie skuteczny. Kto by się spodziewał. Na pewno nie ona! I Archie chyba też nie, bo kiedy wróciła do stolika wyglądał na mocno pod wrażeniem.
Spojrzała na niego wymownie, gdy spytał, czy jego bicki w takim stanie były dopuszczane komisyjnie do użytku.
No nie wiem… — zacmokała teatalnie, wciaż trzymajac palce zaciśnięte na materiale jego koszulki. — Trzeba by zrobić odpowiednie testy wytrzymałościowe — oznajmiła i jeszcze kilka razy zacisnęła się mocniej na jego mięśniach, przesuwając się z bicepsu na triceps, przy okazji dochodząc do końca rękawka i pracując na nagiej, ciepłej skórze. — Ale to triumfalnego noszenia swojej partnerki z duetu zdecydowanie powinno wystarczyć — postawiła diagnozę i zaraz odsunęła się od niego na bezpieczną odległość, by zgarnąć kilka nachosów do ust. Jak tak dalej pójdzie i będą wszystko nimi zajadać, to zaraz trzeba będzie iść po dokładkę. — No chyba, że najem się tego jeszcze drugie tyle, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że jednak nawet nie podniesiesz mnie z podłogi — niby nie była ciężka, ale przecież w tym samym czasie uwielbiała jeść i potrafiła mieć żołądek bez dna, a na to zaś wypadało uważać. Nie chciała, żeby przypadkiem nadwyrężył sobie te świeżutko wyrobione bicepsiki.
Szczególnie, że zaraz pokazał, jak ważne były jego mięśnie w konkursie dla par, w którym wciąż brali udział. Tym bardziej w tym nowym stylu, na który postawił i w którym wyglądał trochę jak złodziej z simsów, który próbuje się skradać, żeby zawęzić jakąś kuchenkę albo telewizor. Brakowało jeszcze tylko charakterystycznej oprawy dźwiękowej dla tego momentu i byliby w domu. Chociaż zaraz okazało się, że Archie sam o nią zadbał, kiedy z jego ust zaczęły wypływać donośne modły do Boga ziemniaków, żeby jakoś się do nich przychylił i dopomógł co nieco z wynikiem. I wysłuchał! Normalnie wziął i wysłuchał tej paplaniny, prezentując im całe osiem kręgli leżących na wypolerowanym parkieciku, a w tym wszystkim Miller na kolanach, oddychający z ulgą. Piękny widok.
I kiedy Wallace myślała, że piękniej już być nie mogło, jej bulwa zaraz odwróciła się do niej, wciąż pozostając w parkiecie i przywołała do siebie. Gdzieś pod skóra czuła, co mogło się święcić, jednak za nic nie była przygotowana na to, co faktycznie się stało. Bo kiedy Archie zaczął swoje czy uczynisz mi ten honor, dosłownie wszystkie tory dookoła nich zaprzestały celowania i odwróciły się w ich kierunku. Czuła ciekawskie spojrzenia, jednak ani na moment nie spuściłą spojrzenia z jego niebieskich oczu. Było w tym widoku coś tak odklejonego, że jej serce mimowolnie zabiło szybciej. Przyjemnie. Na twarz wypłynął uśmiech, który mógł świadczyć o tym, że była gotowa pójść w tą całą szopkę razem z nim.
Archibaldzie Miller — zaczęła, wyciągając ręce do przodu i również osadzając je na kuli, którą trzymał w dłoniach. Ich palce pokryły się ze sobą, a ona docisnęła je jeszcze mocniej do narzędzia zbrodni. — Z tobą pójdę i na koniec świata. Na wojnę również — wyznała z głębi ziemniaczanego serca i mimowolnie pogładziła kciukiem jego palce. — Dlatego tak. Przyję tę kulę, by dopełnić dzieła zniszczenia — oznajmiła, dumnie odbierając od niego przedmiot. Ktoś nagle zaczął klaskać, a ktoś obok — chyba Pani Henderson — pociągnęła nosem, jakby była autentycznie poruszona.
Z uśmiechem na ustach poczekała, aż Miller zbierze się z kolan i stanie przy niej, podczas gdy sama Abby będzie mogła wykonać morderczy rzut, zmiatając z planszy ostatnie dwie kule. Czuła, że to jest do zrobienia. Że teraz, po tak wielkim przedstawieniu, miała w sobie moc pobraną z każdego, pojedynczego gapia, jakby wyssała ich siły i umieściła je wszystkie w kuli, którą trzymała w dłoni. Przez moment myślała, że może wszystko.
I jak zwykle w takich momentach, wszechświat postanowił sprowadzić ją na ziemię.
Pokazać jej miejsce w szeregu. Bo kiedy wykonała pół kroku w tył, by przymierzyć się do rzutu, coś pomiędzy ostatnim torem, a barem huknęło tak głośno i intensywnie, że jej ciało nie było w stanie przejść obok tego obojętnie.
W ułamku sekundy jej głowa przywołała podobne huknięcie, gdy dach metra runął na spanikowanych ludzi, a przed oczami pojawiły się mrożące krew w żyłach obrazy. Zbladła. Nie widziała się, ale czuła, że cała pobladła. Serce zabiło mocno, a mięśnie spięły się nieprzyjemnie. Nawet nie zauważyła momentu, w którym puściła kulę, o mały włos nie miażdżąc sobie przy tym palca.
I znowu wszyscy na nich patrzyli.
Tylko teraz już wcale nie było miło ani przyjemnie.
Zalała ją fala ciepła, a kiedy wystraszone spojrzenie odszukała zszokowane oczy Archiego, to…
Rzuć za mnie — mruknęła jakiś złamanym głosem, chociaż z całej siły starałą się zachować resztki normalności. — Ja muszę do łazienki — dodała i nawet nie dając mu szansy na jakąkolwiek reakcję, odwróciłą się na pięcie i pszyśpieszonym krokiem skierowała prosto do czerwonych drzwi z ręcznie napisanym WC na samym środku, przy okazji czując, jak zalewa ją fala paniki.
Nie powinna tu przychodzić.

my future bulwa 𐙚⋆°。⋆♡
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ale jak?
W sensie… tak?

Archie Miller patrzył na nią w sposób, który gdyby ktoś to spisał, to byłby to treścią zakazaną do odczytu przez dzieci, a zarazem jego wzrok przez moment błądził po jej twarzy z takim zachwytem i czułością, że można byłoby to zamknąć we wszystkich tych bajkowych książkach dla najmłodszych z happy endem. Ale Archie nie byłby sobą, gdyby pozwolił tej chwili trwać zbyt długo bez wtrącenia czegoś absurdalnego, dlatego tak często uśmiechał się głupkowato rzucając jakimś żartem nim zrobiło się zbyt niebezpiecznie.
Zbyt poważnie.
Zbyt dobrze.
Teraz nie musiał, bo to ona uciekła najpierw do nachosów, a później do rzutu, ale jakiego rzutu! Wykonała go tak idealnie, że niemal poczuł fantomowy ból w nadgarstku, gdy sposobem na Archibalda przywołała tamto wspomnienie z kręgielni. Już wtedy żartem rozładowywali atmosferę, jakakolwiek by ona nie była, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dzisiaj, pośród tych wszystkich kolorowych świateł kręgielni, coś zaczęło pękać. Dostrzegał jak ona łamie się pod jego gestami i czuł jak on sam reaguje na jej dotyk. Nic dziwnego, że w chwili, kiedy wróciła do stolika nieco go zamurowało i patrzył na nią jednocześnie czując, że żarty się mu kończą. Że ta dziewczyna, która właśnie przed nim stała i z którą dzielił dekady wspomnień, nagle przestała mieścić się w jego szufladzie z etykietą najlepsza przyjaciółka. Pomimo tego walczył ze sobą tak, jakby jego mózg określał większe uczucie do przyjaciółki jako krytyczne zagrożenie. Choć to wcale nie było takie łatwe, kiedy jej palce zaciskały się na materiale koszulki, a potem zaczęły się przesuwać w kierunku jego skóry. W jego głowie właśnie trwała desperacka walka o zachowanie twarzy - nie tyle poważnej, co raczej głupkowatej, co to żart ma wypisany w spojrzeniu. Gdyby był poważny szybciej by się połapała, że coś nie gra.
Przy naszej wspólnej miłości do nachosów i twoim żołądku bez dna, to może się okazać logistyczne wyzwanie dekady, jeśli nie stulecia — no i masz babo placek, oczywiście, że ucieczka w żart była najlepszym sposobem na rozładowanie tej bliskości, dlatego kontynuował — ale spokojna głowa, Wallace. Nawet jeśli zjesz cały ten bar razem z zapleczem, to obiecuję, że dam radę — czyżby kolejne pinky promise? Mimo, że Archie uciekł i tym razem w żart, w środku niego coś się zmieniło. Dotyk Abs pozostawił ślad, którego nie był w stanie zetrzeć od tak. Była dla niego warta więcej, niż chyba sam przypuszczał, a teraz po tym jak pewnego dnia mógł ją stracić, uświadamiał to sobie w każdym błahym geście, każdym spojrzeniu, w każdej wspólnie spędzonej chwili.
Pewnie dlatego stawał na głowie robiąc z siebie głupca, by tylko rozśmieszyć ją i na chwilę sprawić, by zapomniała o wszystkich bolączkach. Dlatego robił za włamywacza ze Simsów i odprawiał modły do ziemniaczanych bożków, robiąc przy tym cyrk dla całego Stowarzyszenia dla Par i innych przypadkowych gapiów. Robił to dla niej, robił to dla rozproszenia przeciwnika oraz dla siebie, by zagłuszyć swoje szybsze bicie serca skierowane do Abs, przed którą to teraz właśnie klęczał na jednym kolanie składając ofertę nie do odrzucenia.
Gwar panujący na kręgielni nagle nieco przycichł, a wszystkie spojrzenia zwróciły się w ich stronę. Nawet Żeluś zamarł z kulą w rękach, a pani Henderson pociągnęła nosem, ale Archie widział tylko ją - swoją Bulwę, autentycznie radosną i gotową powiedzieć tak. Miała to wypisane w swoich oczach, uśmiechu, dotyku dłoni w chwili, kiedy wyciągnęła ręce i położyła je na kuli.
Z tobą pójdę i na koniec świata. Na wojnę również .
Kiedy to usłyszał z trudem przełknął ślinę. — Partnerko zbrodni — wychrypiał wstając z kolan i wpatrując się w nią oszołomiony. I przez chwilę czuł się niezwyciężony z Abby u swojego boku. Był pewien, że ta chwila to jeden z tych filmowych momentów podczas których czas zwalnia, muzyka buduje napięcie przekonujące o tym, że lada moment wydarzy się coś e p i c k i e g o. Jednocześnie był TAK bardzo, ale to bardzo dumny z tego, jak ona potrafiła wejść w jego odklejony świat i urządzić się w nim jakby była u siebie, że chyba… się zakochał zapomniał o bożym świecie. Rozpierało go to uczucie, że mogą wszystko! Że są...
N i e p o k o n a n i.
Tak o nich myślał i nikt, ani nic nie mogło zepsuć tej magii. Dwa ostatnie kręgle to tylko formalność. I kiedy tak stał obok niej zaciągając się zapachem jej perfum zmieszanych z aromatem nachosów i sosu serowego, wszechświat postanowił zaprezentować im jak okrutnie potrafi pokrzyżować czyjeś plany.
H U K.
Nagle bańka, którą tak skrupulatnie cały wieczór nadmuchiwał pękła. Widział to jak z jej twarzy schodzi uśmiech, jak w jej oczach rozprzestrzenia się przerażeniem, jak kula wymyka się z jej rąk. Właśnie przyglądał się katastrofie, która działa się tak szybko, że nim zdążył zareagować jej już tam nie było. Jej złamany głos sprawił mu fizyczny ból, ale teraz to nie miało znaczenia. Zgarnął kule z ziemi i cisnął nią na tor z taką furią, że aż grzmiała tocząc się po torze. Czuł złość na to wszystko co sprawiło, że Abby znalazła się w takiej, a nie innej sytuacji. Nie na nią.— Zajmijcie się swoimi torami! — warknął do gapiów, a jego wzrok był tak ostry, że nawet Żeluś się wzdrygnął i natychmiast odwrócił wzrok. Nie czekał na wynik swojego rzutu, nie obchodziło go już to. Ruszył prosto do łazienek. Ruszył za nią.
Zatrzymał się dopiero przed drzwiami, tymi samymi za którymi prawdopodobnie Abby Wallace próbowała pozbierać się do kupy.
Abby… — odezwał się opierając czoło o czerwone drzwi i zaciskając pięści z całych sił. — Jestem tutaj, słyszysz? Dokładnie za drzwiami i nie ruszę się stąd dopóki nie będziesz gotowa wyjść — zapewnił osuwając się i siadając na brudnej podłodze korytarza, ignorując wszystkich ludzi, którzy teraz dziwnie na niego zerkali przechodząc obok.
Tylko puknij w te nieszczęsne drzwi, jeśli mnie słyszysz. Chcę tylko wiedzieć, że tam jesteś… a resztę… resztę jakoś ogarniemy — król żartów teraz poza swoją obecnością nie miał już nic do dodania — Razem. Obiecuję.
I dał jej czas, ale to był Miller.
Nie należał do zbytnio cierpliwych osób, noga już mu chodziła i jedyne co chciał teraz zrobić to wbić do tej toalety czy tego chciała, czy nie. I tak w zasadzie nie zamierzał jednak czekać, podniósł się i pchnął drzwi, które ku jego zaskoczeniu otwarły się, a za nimi stała ona…
…i był to najsmutniejszy obraz, jaki Archie kiedykolwiek widział.
Jej oczy przepełnione lękiem, jej dłonie wyglądały jakby drżały. I w tym wszystkim on, bez cienia ziemniaczanych żartów, bez sarkazmu, silący się jedynie na krok w przód, by zmniejszyć dzielący ich dystans. — Mam cię… — szepnął i po prostu przyciągnął ją do siebie ukrywając w ramionach z czułością, a przy tym pewnie otulając jakby budował wokół niej jakiś solidny schron. Jego dłoń wplotła się w jej włosy, a usta złożyły czuły pocałunek na czole jakby chciał za wszelką cenę udowodnić jej, że w jego objęciach naprawdę jest bezpieczna. Mogli tak trwać, tak długo jak tego potrzebowała.

:tuli: I'm here for you Mrs. Potato Head!
Winnie the Pooh
nudy, stania w miejscu, kierowania moją postacią
27 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

A miało być tak pięknie.
Miało być miło, beztrosko i z uśmiechem na ustach.
I przecież szło im całkiem nieźle! Nawet jej szło dobrze: bawiła się, rzucała kulą, nawet przyjęła kręglowe zaręczyny, prawie wykonując rzut, który miał osadzić ich w top pięć góry tabeli. A co? A zamiast tego jej głowa postanowiła ją oszukać. odpalić ukryte głęboko lęki i wspomnienia i po prostu wyrzucić je na sam szczyt myśli, dając im priorytet w sianiu absolutnego chaosu w jej głowie.

Trauma na cito do myśli Wallace.

Nie potrafiła nad tym zapanować. Ogarnąć tego tak po prostu, wyłączyć i schować na samym dnie podświadomości, jak robiła to do tej pory. Te przykre momenty przychodziły nagle — striggerowane nagłym hukiem lub zapachem pyłu z gruzu, unoszącego się w powietrze, którym przecież potem kaszlała jeszcze przez dobry tydzień — i siały prawdziwe spustoszenie.
Nie chciała, żeby Archie widział ją w takim stanie.
Nie teraz.
Nie kiedy tak dobrze się bawił; kiedy kąciki jego ust nawet na moment nie schodziły poniżej linii prostej. Ale nic nie mogła na to poradzić, udawać, że jest git, bo przy nim jakoś nie potrafiła. Może była to kwestia tego, że już za dobrze ją znał? Że widział w podobnych sytuacjach? Czytał ją jak nikt inny? Cokolwiek to było, Wallce po stokroć wolała od tego uciec, niż pozwolić mu się nad sobą użalać.
Pobiegła więc do łazienki, czując, jak serce mocno wali w piersi. Szarpnęła za klamkę i dziękując Bogu w duchu, że była pusta, wleciała do środka. Dopadła do umywalki, na której ciężko oparła dłonie, a zaraz potem i ciężar ciała.
Ogarnij się, rzuciła pod nosem, spoglądając na swoje odbicie w lustrze. Nie wyglądała dobrze — oczy miała zaszklone, a minę zmartwioną. Mało pozostało w niej z Abby, która jeszcze chwile temu śmiała się w twarz żelusiowi i przybijała energiczne piąteczki. I szczerze? To jeszcze bardziej ją irytowało. Fakt, że nie umiała tak po prostu zapomnieć ogarnąć się.
Tylko czy dało się zapomnieć o dziesiątkach ludzi, których śmierć widziała na własne oczy? O świadomości, że chociaż chciała, nie miała jak im pomóc. A przecież chciała. Zrobiłaby, gdyby tylko mogła. I ta nieznośna myśl w głowie, czy mogła zrobić cokolwiek więcej. Pewnie nie, ale lekarz nigdy nie przestawał się zastanawiać, dobijać. Słyszała krzyki tych przygniecionych osób, teraz mieszały się one z energiczną muzyką dobiegającą zza drzwi. A zaraz potem wybrzmiało również energiczne pukanie.
Zajęte! — krzynęła chaotycznie, czując, że potrzebowała jeszcze chwili dla siebie. Tylko zaraz okazało się, że to wcale nie była żadna pijana laska, która potrzebowała skorzystać z toalety, a sam Archie Miller. I chociaż chciała go mieć przy sobie jak jeszcze nigdy wcześniej, tak z drugie strony za nic nie chciała, zeby widział ją w takim stanie.
Słabą.
Z nieznośną traumą w głowie i łzami w oczach. Był jedyną osobą na całym świecie, przed którą akurat chciała być silna i niezależna. Od której nie chciałą litości. Nie zniosłaby jej. A jednak on postanowił jej ją dać, kiedy zamiast poczekać wcisnął się do środka i podniósł na nią to swoje piękne, zmartwione spojrzenie. Widziała to. Widziała ten żal. Miał go wymalowanego na całej twarzy. Zmartwienie, które godziło ją prosto w serce.
Archie, daj spokój — odwróciła głowę, wbijajać spojrzenie gdzieś w ścianę. Przez moment wpatrywała się w popękane, ubrudzone kafelki i nawet nie myślałą, żeby się ruszyć. Problem w tym, że on również. — Powiedziałam, że zaraz przyjdę — chciała go jakoś wygodnić z łazienki, dać sobie dodatkowe pięć minut słabości, żeby wrócić na tor z czystrzą głową. Tylko on wcale nie podzielał jej planu.
Zamiast wyjść podszedł bliżej.
Za bliisko.
Archie… — tylko tyle zdążyła powiedzieć, ułożyć jego imię na ustach, nim wyciągnął rękę i szarpnął ją do siebie, zamykając w szczelnym uścisku. Dała mu się, chociaż przecież nie chciała. Mimowolnie zaciągnęła się znajomym zapachem jego perfum, a ciepło jego ciała sprawiło, że serce zabiło jeszcze mocniej niż wcześniej.
Jego dotyk koił.
Mogła to z siebie wypierać. Zarzekać się, że był jej tutaj zupełnie niepotrzebny, a jednak okazał się pomocny bardziej niż kiedykolwiek. Bo chociaż wciąż drżała i ciężko łapała powietrze, przechodząc przez wszystkie fazy ataku paniki, to w jego ramionach wszystko było jakieś… lżejsze? Bardziej znośne? A ten pocałunek, który złożył czule na jej czole… kurwa. Westchnęła głośno, przymykając powieki.
Trwając.
Nawet nie zauważyła momentu, w którym jej dłonie mocniej zacisnęły się na ziemniaczanej koszulce. Czuła przez materiał ciepło jego skóry, a kciuki wręcz automatycznie zaczęły wykonywać delikatnie, powolne, okrężne ruchy na jego plecach. Wciąż nie było okej, ale było s t a b i l n i e.
Zdajesz sobie sprawę, że to damski kibel? — spytała w końcu, z twarzą wciąż schowaną na wysokości jego piersi. Wciąż odurzona jego bliskością i przyjemnym zapachem. — Pewnie wszyscy sobie myślą, że pieczętujemy właśnie nasze kręglowe zaręczyny — za wcześnie na żarty? Ale z nim przecież nigdy nie było za wcześnie, bo oni oboje chowali za nimi prawdziwe emocje. Tak było prościej. Wrócić do udawania, że wszystko jest okej. Że tu również nic nie miało miejsca. Pozwolić ludziom myśleć, że własnie mieli gorące chwile uniesienia na publicznym kiblu. No bo co innego? Stać tu i się dalej smucić? A może okazać niepotrzebną skruchę?
Przepraszam — odsunęła się od niego delikatnie i zadarła głowę w górę, spoglądając na niego z bliska. Prosto w niebieskie oczy, które tak bardzo lubiła. — To po prostu jebło tak nagle i nie wiem, nawet nie byłam w stanie nad tym zapanować, bo od razu przypomniały mi się huki z tego cholernego metra i… — nawijała jak najęta, raz po raz zamiast gestykulować ręką, to po prostu szarpała go za materiał koszulki. — I w sumie już jest git, więc możemy wracać — a to akurat było najpiękniejsze kłamstwo, wyssane z palca, które zaserwowała prosto przed jego twarzą.

🥔°•. 𝓅ℴ𝓉𝒶𝓉ℴ .•°🥔
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słabą.

Nieugięta, piekielnie zdeterminowana, dzielna — te słowa bardziej pasowały do Abby Wallace, przynajmniej według niego, a słowo słabość zwyczajnie nie wgrywało się do systemu Archibalda w odniesieniu do niej. Nie powinna w to wątpić, bo według Millera była najsilniejszą osobą jaką znał, nawet jeśli ona uparcie w to wątpiła. Wystarczyło cofnąć się pamięcią piętnaście lat wstecz do Whitby pogrążonego w żałobie. Do domu rodzinnego Abby gdzie panowała cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Może nie było go wtedy w jej domu, gdy wszystko się wydarzyło, ale był tam każdego kolejnego dnia i bardzo dobrze pamiętał tamtą małą dwunastoletnią dziewczynkę z pustym spojrzeniem. Miała prawo być słaba, ale postanowiła, że będzie silna. Że nigdy już nie będzie czuła bezsilności jak wtedy, gdy była jeszcze tylko dzieckiem. Że ona kiedyś będzie na odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i pomoże jeśli będzie trzeba. Rzecz w tym, że życie brutalnie potrafiło zweryfikować wszystkie ludzkie postanowienia, podłożyć kłody pod nogi i sprawić, że nic po wszystkim nie będzie takie jak wcześniej. Sytuacja w metrze udowodniła, że chcieć nie znaczy móc. Lecz ona już raz to przeżyła, da radę i po raz kolejny. I on dalej będzie przy niej trwał, tak jak piętnaście lat temu, kiedy miesiącami robił z siebie absurdalnego idiotę tańcząc na krawężnikach i opowiadając najbardziej czerstwe dowcipy w historii świata zdobywając stopniowo kolejne drgnięcia jej kącika ust w górę. Raz po raz, skutecznie i wytrwale. Wierzył w nią. Teraz kiedy wcisnął się do tej damskiej toalety nie myśląc zbyt wiele i widząc jej szklane oczy poczuł to samo. Tę samą misję co wtedy w Whitby.
Mogła wymówić jego imię po stokroć, ale on nie zamierzał się wycofywać na jej błagania, parł na przód ignorując to, że odwracała od niego wzrok. Krok, za krokiem, aż dystans między nimi zniknął, póki nie zagarnął jej do siebie zamykając w pewnym objęciu. Zazwyczaj jego dłonie były niespokojne, wiecznie czymś zajęte, roztrzepane po wielu grach i zagubione po wypiciu zbyt dużej dawki kofeiny, ale teraz miały misję i znalazły swoje miejsce. Były tak pewne w tych gestach, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. Jego dłoń na plecach podtrzymywała ją uniemożliwiając jakąkolwiek próbę oddalenia się, dociskając ją pewnie do piersi, że mogła nawet wyczuć przyspieszony rytm jego troskliwego serca. Druga, wpleciona w jej włosy chciała ją uchronić przed całym złym światem, przed okrutnymi wspomnieniami, przed złowrogimi dźwiękami. Czuł jak wbija palce w jego koszulkę, czuł każde napięcie w jej ciele i to jak walczy z oddechem, ale on nie odpuszczał. Muśnięcie jej czoła było nie tylko drobnym pełnym czułości gestem, a raczej cichą obietnicą, że może tak trwać tak długo, jak będzie tego potrzebowała.
I trwali tak, chwilę krótszą, a może dłuższą. Nie był pewien, ale czuł jak jej mięśnie pomalutku przestają, być tak napięte jak w pierwszej chwili po ataku paniki. Mimo to patrzył na nią i widział jak wciąż walczy ze swoimi demonami. Patrzył i dostrzegał to bezczelne kłamstwo, które próbowała mu sprzedać.
Przestań Wallace — przerwał jej, bez żadnej złośliwości, a mimo to z jakąś dziwną surowością. Był zdeterminowany by postawić ją do pionu, ale nie udając, że już jest git, choć paradoksalnie on sam zawsze postępował w ten sposób. Żart, jest spoko, luzik. Zniknę, wrócę i będzie git... ale to była Abby i nie zamierzał pozwolić jej uciec w jakieś toksyczne udawanie, że wszystko jest w porządku. — Nie masz za co przepraszać — powiedział ujmując jej dłonie przerywając tym samym nerwową zabawę materiałem jego ziemniaczanej koszulki. Splótł swoje duże place z jej drobniejszymi i wciąż drżącymi, po czym przyciągnął je do siebie dociskając do mostka. — Jestem pod wrażeniem tego z jaką pasją potrafisz skłamać mi w żywe oczy — wyznał uśmiechając się przy tym specyficznie, jakby próbował jej przekazać, że co to to nie, jego nie oszuka. I nawet jeśli próbowała w tej chwili uciec gdzieś wzrokiem on był o krok przed nią, pochylając się lekko i opierając swoje czoło o jej. Wyswobodził jedną dłoń tylko po to, by ułożyć ją czule na jej policzku kciukiem gładząc skórę tuż pod okiem, gdzie przed chwilą przemknęła jakaś uroniona i zagubiona jedna łza.
Szczerze? O mnie, za mnie wszyscy sobie mogą myśleć, że właśnie pieczętujemy nasze zaręczyny. Niech sobie Żeluś z ekipą starszaków myślą, że zaliczamy najbardziej eeeeepicki numerek w historii tej kręgielni, mam to gdzieś — wzruszył bezradnie ramionami puszczając jej drugą dłoń i osuwając też tą z jej policzka. — Mogę udawać najbardziej napalonego idiotę, bylebyś nie musiała wychodzić tam i u d a w a ć, że wszystko jest GIT, kiedy przecież czuję, że cała drżysz — zapewnił, po czym znów bez pytania objął ją swoimi ramionami.
I naprawdę Abs, nie musimy tam wracać… Mi na tym nie zależy... To wszystko… to co dzisiaj, to jest dla ciebie, bo tak… chcę cię rozbawić, ale nie siłą zmusić jeśli nie jesteś na to gotowa. Możemy wymknąć się tyłem, wrócić pod twój kocyk i odegrać się na ziomkach ze stowarzyszenia innym razem — odsunął się od niej delikatnie tylko po to, by spojrzeć w jej oczy, jakby szukał odpowiedzi w nich, ale nie tej udawanej, raczej takiej, która powie mu czego naprawdę chciała i potrzebowała Abby Wallace?
Winnie the Pooh
nudy, stania w miejscu, kierowania moją postacią
27 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Potrzebowała go takiego nieustępliwego.
Dokładnie w momencie, w którym ona sama chciała odpuścić. Znowu zamieść wszystko pod dywan i po prostu udawać, że nic z tego wszystkiego nie miało miejsca. Że wcale nie potrzebowała pomocy. Jego nie potrzebowała. A akurat to ostatnie było największym kłamstwem, wyssanym prosto z palca. Bo prawda była taka, że kiedy tylko jego silne ramiona otoczyły ją szczelnie, izolując od reszty świata, Wallace zrozumiała, jak bardzo pragnęła jego bliskości.
Dłoni, które podtrzymają ją w pionie, kiedy będzie chciała upaść.
Stanowczego głosu, który dla odmiany zamiast obracać wszystko w żart, sprzeciwi się jej i ściągnie na ziemie.
Zapachy, który ukoi i uspokoi.
Oczu, w których mieniła się czysta, bezinteresowna troska, zadedykowana tylko i wyłącznie dla niej.
Oraz serca, które postawi jej bezpieczeństwo oraz dobre samopoczucie nad wszystko inne. Wszystkie te rzeczy złożyły się na to, że od razu było jej lepiej. Nie było idealnie. Tego stanu nie osiągnęła już dawno. Ale było lepiej. Spokojniej.
Obserwowała uważnie każdy jego ruch, kiedy sięgał po jej dłonie. Gdy ujmował drżąca palce pomiędzy swoje, wyjątkowo ciepłe i spokojne, a potem przyciągał je prosto do własnej klatki piersiowej. Była przekonana, że na własnych opuszkach była w stanie wyczuć bicie jego serca. Mimowolnie docisnęła rękę, chociaż oczy już miała wbite w te jego, obłędnie zielone.
Jestem pod wrażeniem tego z jaką pasją potrafisz skłamać mi w żywe oczy.
Wychodzi mi to chyba całkiem kiepsko, skoro od razu wszystko widać — prychnęła żałośnie, chociaż jakiś cień uśmiechu faktycznie przemknął przez jej twarz. Nie był wymuszony, ale również w niczym nie przypominał tego, który prezentowała w pełnej ekstazie i świetnym samopoczuciu. — A może tylko ty to widzisz — dodała pod nosem, nawet bardziej do siebie niż do niego. Jakby sama siebie uświadamiała w tym, co właśnie powiedziała. W końcu to był Archie. Kogo ona chciała oszukać? Zawsze widział, kiedy było z nią nie tak. Doświadczał jej i był przy niej w najgorszych momentach jej życia, widział ją podłamaną i pomagał jej stawać na nogi. Znał jej kłamstwa na pamięć. Każde jedno odwrócenie wzroku. I nawet po chwili, kiedy Abby faktycznie chciała znowu uciec od odpowiedzialności i po prostu przekręcić głowę, on był o krok przed nią, przyciskając czoło do jej skroni.
Może robił to nieświadomie lub z zupełnie inną intencją, jednak jego bliskość sprawiała, że cała uwaga z jej głowy skupiała się tylko i wyłącznie na nim. Na sposobie, w jaki ujmował jej policzek, jak gładził lekko wilgotną skórę ciepłym opuszkiem. I jak patrzył jej głęboko w oczy, ładniej niż ktokolwiek na tym szarym świecie. Fiksowała się na jego bliskości. Nawet słowa, które do niej mówił, docierały do niej jakoś połowicznie, jednak na tyle klarownie, by była w stanie zrozumieć ogólny sens.
Chcę tam wrócić — powiedziała już o wiele pewniej, prostując się nieznacznie. Widziała doskonale jego wzrok i niepewność, jaka się w nim malowała. Myślał, że znowu go kłamała. — Nie mówię, że wszystko jest okej, bo nie jest. Masz racje. Ale ucieczka też nie jest dobrym sposobem — wzruszyła ramionami, wyswobadzając się niechętnie delikatnie spomiędzy jego ramion. — Ucieknę raz i już zawsze będę uciekać. A takto… — tym razem to ona pozwoliła sobie przekroczyć granice i wyciągnęła do niego dłoń, splatając ich palce, z całym sił próbująć z i g n o r o w a ć uścisk gdzieś w okolicy podbrzysza. — Złapie cię za rękę i będzie git — zawsze przecież było, kiedy był obok. Mimowolnie przejechała kciukiem po zenętrznej częsci jego dłoni. — Jak na bulwy przystało, nie? — skinęła głową, wskazując przy okazji ich koszulki, które swoją drogą… jeszcze bardziej nabrały na sile. Może i zaczęło się od mema, ale kiedy Abby zawitała do łazienki, faktycznie wyglądała jak ta smutna bulwa z jej T-shirtu, a kiedy pojawił się on od razu było jakoś lepiej. Nie wspominając nawet o tym, że on to wszystko zrobił specjalnie dla niej.
Archie, posłuchaj… — wykonała krok do przodu. Chciała powiedzieć mu, jak bardzo wdzięczna była za to wszystko co zrobił. Może i dzielili w tych czterech ścianach pewne chwile ckliwości, ale niektóre rzeczy po prostu musiały zostać wypowiedziane.
Albo nie.
ILE JESZCZE?! — głos za drzwiami przerwał jej, nim zdążyła powiedzieć cokolwiek istotnego. — Pokój w hotelu sobie kurwa wynajmijcie, a nie tak w publicznym kiblu — kobieta nie dawała za wygraną. Waliła w drzwi tak mocno, że lada moment mogły naprawdę wylecieć z zawiasów. — Nie no idę po ochronę — ponownie krzyknęła i ponownie zaczęła się dobijać.
Co ja bym bez ciebie zrobiła, Miller? — spytała nagle, odwracając się do niego i kręcąc głową z niedowierzaniem. Może i nie były to wielkie przemówienia, które planowała na temat tego, jaki był wspaniały, ale na ten moment musiało mu to wystarczyć. — Dobra, bulwo — wystawiła ręce i wplotła palce w jego miękkie, niesamowicie przyjemne w dotyku włosy, a potem… kompletnie je rozrzuciła na boki. Grzebała w nich i szarpała, aż nie sterczały na boki. — Idź pokazać, jak ś w i e t n i e się bawiłeś w tym kiblu — poprosiła, uśmiechając się delikatnie lecz szczerze. Bo Miller miał rację — jak już stąd wychodzić, to z k l a s ą. I niech sobie myślą!

𝚐𝚛𝚎𝚊𝚝𝚏𝚞𝚕 ✧。٩(ˊᗜˋ )و✧*。
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kciukiem wciąż gładził jej policzek, jakby próbował zetrzeć z niego resztki lęku, choć tak naprawdę jakiś cichy, natrętny głos w tle jego myśli rozprawiał właśnie o niewiarygodnej gładkości jej skóry, a nie lękach, które należałoby rozpracować. — Poświęciłem wiele lat na studiowanie twoich kłamstewek Wallace i przyznam, że jestem kujonem w tej dziedzinie, dlatego od razu to widzę — wyznał nie odrywając czoła od jej skroni. Nawet nie był pewien skąd w jego głosie tyle powagi, jakiejś dziwnej stanowczości, ale jego wypowiedź zabrzmiała jak jakieś intymne wyzwanie, po którym wcale nie próbował rozładować wszystkiego głupim żartem. Stał tak z nią w tych objęciach i zaciskał dłonie na jej talii, gdy próbowała się wyprostować… jakby nie chciał wypuszczać jej od razu. Jakby próbował celebrować każdą sekundę tego ukrycia jej w swoich ramionach. I dopiero w chwili, gdy wyznała, że jednak chciałaby wrócić poczuł nagły skurcz w podbrzuszu. Nie było w tym grama lęku, on czuł dumę. Pozwolił się jej wyswobodzić z objęć, choć ten cichy głosik, który wcześniej rozprawiał o delikatności jej skóry, właśnie bardzo ubolewał nad tym, że wymsknęła z jego ramion.
Złapiesz mnie za rękę i będzie git? — zapytał z lekkim rozbawieniem, bo przecież pękał z dumy od chwili, kiedy powiedziała, że chce wrócić i najzwyczajniej w świecie nie potrafił ukrywać swoich uczuć. — Trzymam za słowo, ale… — jeszcze na chwilę całkowicie poważnie postanowił wrócić do swojego stanowczego tonu, co nie było takie łatwe, kiedy trzymała go za dłoń, a on czuł ruch jej kciuka na swojej skórze. — ...jak tylko poczujesz, że znów coś się dzieje masz miażdżyć mi palce lub wpaść mi w ramiona. Po prostu nie uciekaj, bo ja i tak cię znajdę — zawsze i wszędzie.
Archie, posłuchaj…
Hm? — słuchał uważnie, jakby wyczuł, że za żartami z bulwami kryło się coś jeszcze, ale nagle za drzwiami rozległ się krzyk wściekłej kobiety, która chyba potrzebowała szybkiego numerku bardziej niż ktokolwiek w tym lokalu, bo jej nerwowe napięcie dało się wyczuć przez zamknięte drzwi. Mimowolnie parsknął czując jak napięcie schodzi z niego w postaci śmiechu, a wzmianka kobiety o hotelu okazała się bodźcem, który szybko znów wrzucił go w rolę tego zabawnego przyjaciela i wspólnika ziemniaczanej zbrodni, w której to świetnie się odnajdywał.
Co byś beze mnie zrobiła? Zanudziłabyś się i ominąłby cię epicki numerek w publicznej toalecie — oznajmił marszcząc lekko nos, a przy tym uśmiechając się szczerze, gdy jej dłonie mierzwiły jego idealną fryzurę. Stał tak pozwalając je dokonać dzieła zniszcenia, a gdy skończyła dodał też coś od siebie. — Dobra Wallace, ty też nie możesz wyglądać zbyt idealnie — mrugnął łobuzersko się przy tym uśmiechając. Pochylił się nad nią, by dłonią sięgnąć do jej spiętych włosów i jednym ruchem uwolnił je, wplatając w nie swoje dłonie i siejąc na jej głowie spustoszenie. Odsunął się o krok, mrużąc oczy i oceniając efekt. — W tej rozczochranej wersji wyglądasz tak dobrze, że zaraz chyba będę potrzebował lekarza — wyznał puszczając do niej figlarnie oczko nie kryjąc zadowolenia z otrzymanego efektu, po czym wystawił dłoń w jej stronę zapraszając ją do wyjścia. Gdy tylko poczuł, że ich palce znów się splatają ze sobą ścisnął je krótko, dając jej ten ostatni, niemy sygnał: jestem tu. Trzymam cię.
Gotowa na owacje na stojąco? — Zapytał i pchnął drzwi z impetem, a kobieta która wcześniej się dobijała do nich ledwo uratowała się przed oberwaniem w nos i teraz patrzyła na nich z szeroko otwartymi ustami. — Polecam, ś w i e t n a akustyka! — rzucił jeszcze do niej przez ramię uśmiechając się w najbardziej bezczelny sposób w jaki potrafił, a potem kontynuował dumny spacer ignorując po drodze wszystkich gapiów.
Kiedy wkraczali na salę towarzyszyła im akurat bardzo energetyczna muzyka. Ich rywale wyglądali jakby zobaczyli właśnie ducha, kiedy Ziemniaczane Pulpy wkroczyły na tor z pewnością siebie godną mistrzostw świata. — Spójrz na panią Henderson, właśnie z wrażenia upuściła lemoniadę. Będą się im kleić buty, wciąż mamy szansę na podium… a nawet jeśli nie, to i tak już jesteśmy legendą — zażartował spoglądając na Żelusia, na twarzy którego malowało się komiczne niedowierzanie.
Dobra, kula jest twoja — oznajmił posyłając jej uśmiech. Czuł jak duma rozpiera mu klatkę piersiową, kiedy widział jak jego przyjaciółka stała obok niego i pokonywała swoje lęki. — Cały świat jest twój! A ja… też jestem twój stoję dokładnie tutaj, kawałek za tobą. Złapię cię jak coś zanim zdążysz pomyśleć o upadku, więc do dzieła moja Bulwo! — kibicował jej stojąc tak z założonymi rękami, potarganą fryzura i wymiętą koszulką jak jakiś król życia obserwując jak Abby szykuje się do rzutu. — Pokaż im, że nawet po T A K I M wysiłku w toalecie, wciąż masz najlepszy nadgarstek w mieście — nawet nie wiedział dlaczego to powiedział. Może dlatego, że ten cichy głosik w jego głowie, co to pierdzielił farmazony o niebywałej gładkości jej skóry, teraz uskuteczniał wizję prawdziwego numerku, a Miller bardzo się starał, by tego nie wizualizować w swoich myślach. Pewnie dlatego teraz zaciskał zęby na własnej pięści zbliżonej do ust, choć dla pozostałych zebranych była to tylko forma nerwowego oczekiwania na rzut, a dla niego…
Houston, mamy problem…

Mayday, mayday. 🚀😏🥔🎳🆘
Winnie the Pooh
nudy, stania w miejscu, kierowania moją postacią
27 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spoiler
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description
Działał na nią jak nikt inny.
Nikt, ale to nikt, nie potrafił z taką łatwością uspokoić jej rozszalałego, zdenerwowanego serca. Ukoić nerwów, które szarpały jej ciałem. Wyciszyć dreszcze, które jeszcze przez krótką chwilę mógł czuć pod ciepłymi opuszkami palcy, gdy mocno przyciskał ją do siebie. Archie Miller miał na nią sposób, którego nie znała nawet ona sama. Praktykował go już przez dobre lata, odkąd byli jeszcze dziećmi i wychodziło mu to śpiewającą. W tym przypadku również, do tego stopnia, że finalnie zdecydowała się wrócić na sale i dokończyć grę. A uśmiech, którym ją obdarzył, gdy tylko to oświadczyła… tylko utwierdził ją w przekonaniu, że podjęła właściwą decyzję.
Baba za drzwiami waliła w nie coraz mocniej, klnąc pod nosem i wyzywając ich od niewyżytych gówniarzy. Całe szczęście oni za nic się tym nie przejmowali. A przynajmniej nie Abby, bo ona była zbyt zajęta plątaniem własnych palców w miękkie włosy swojego przyjaciela. Szarpała nimi na lewo i prawo, chociaż musiała przyznać, że nawet z rozwaloną czupryną wyglądał świetnie. Matka powiedziałaby, że ładnemu we wszystkim ładnie, ale według Wallace to po prostu Miller miał w sobie jakiś ukryty, ciężki do wytłumaczenia czar, który powodował, że w każdej scenerii wyglądał wyśmienicie.
Wyglądasz lepiej niż przed chwilą — skrzywiła się teatralnie i pokręciła głową. Gdyby miała na sobie szminkę, mogłaby go dodatkowo jeszcze umazać po szyi i policzkach, jednak biorąc pod uwagę w jakich warunkach została wyciągnięta z domu, nawet narzędzia zbrodni nie miała w torebce. — Zniszcz mnie, Archibald — odpowiedziała dumnie, gdy oznajmił, że teraz przyszedł czas na nią. Rozłożyła szeroko ręce i przymknęła oczy, z niecierpliwością czekając, aż się nią zajmie.
Czuła jego bliskość. To jak przysunął się jeszcze bliżej, a przyjemny, z n a j o m y zapach zaatakował ją znienacka. Mimowolnie nabrała w płuca więcej powietrza, podczas gdy jego dłoń pozbawiała ją kolorowej frotki. Włosy opadły jej ciężko na ramiona, jednak Archibald na tym wcale nie poprzestał, bo zaraz jego palce siały jeszcze większe spustoszenie. Pozwoliła sobie na niego spojrzeć dopiero, gdy skończył. Wyglądał na wyjątkowo zadowolonego.
Lekarz? — prychnęła głośno. — Chyba psychiatra — nachyliła się w jego kierunku, a następnie kilkakrotnie postukała go w czoło. Chociaż dla niego i tak nie byłoby właściwych leków. Tak trzeba się było urodzić, z wrodzoną głupotą rodziny Millerów nie dało się walczyć farmakologicznie. Nim wyszli, odwróciła się jeszcze do lustra i przejrzała. Faktycznie wyglądała, jakby Archie przez dobre dziesięć minut miotał nią o ścianę. Ale to dobrze. Ich konkurencja będzie miała o czym gadać!
Chociaż gadane i tak on miał najlepszą ze wszystkich. Udowodnił to z chwilą, w której przeszli przez próg, a Miller zawodowo zaczepił babę, która się do nich dobijała. Kobieta była tak zaszokowana tym, jak jej odpyskował, że aż sama nie powiedziała nic. Ha! Wallace tylko uśmiechnęła się dumnie ze swojej bulwy i zaciskając mocniej palce na jego dłoni ruszyła w stronę toru.
Czuła na sobie kilka spojrzeń, które obserwowały każdy jej krok, chociaż akurat do tego przywykła już podczas pracy na SORze. Ludzie zawsze się gapili i zawsze gapić będą, trzeba było po prostu robić swoje i taki właśnie miała zamiar.
Dobra, koniec gadania — rzuciła w końcu. Trochę dlatego, żeby już wykonać swój rzut, a trochę jednak bo nie potrafiła poradzić sobie z tym, jak dobry dla niej był Archie. Jak się o nią troszczył. Jak co chwile powtarzał jej, że wszystko będzie dobrze, że trwał u jej boku. Była p r z y t ł o c z o n a jego dobrym sercem i faktem, że na ten wieczór postanowił ofiarować je właśnie jej. — Dawaj mi tą kulę — dodała już o wiele pewniejszym głosem. Plecy wyprostowała do granic możliwości, oczywiście pierś poszła do przodu. Fake it tall you make it, nie? Niby tak, chociaż kiedy Miller rzucił na głos komentarzem o najlepszym nadgarstku w mieście, Wallace na ponownie o mały włos nie opuściła sobie kuli na nogi. Nawet Żeluś zakrztusił się swoim drinkiem, który akurat popijał przy stoliku. Chyba wyobraźnia i jemu zawędrowała kilka myśli za daleko, wokół tego do czego Abby mogła wykorzystywać swój zajebisty nadgarstek.
Rzuciła Millerowi ostatnie spojrzenie, trochę pokręciła głową, aż w końcu zabrała się za zrzut. Tym razem już bez pajacowania, bo przecież CHCIELI TO JESZCZE WYGRAĆ. Wzięła zamach i cisnęła kulą przed siebie. Szczęśliwa dziewiątka poturlała się niezdarnie do przodu, finalnie strącając tylko cztery kręgle po lewej stronie. Drugi rzut za to okazał się wyjątkowo trafny, zmiatając z planszy wszystko pozostałe.
Tak to się robi! — aż tupnęła nogą z ekscytacji i podbiegła do Millera, żeby zbić z nim piąteczkę. — Dawaj, Miller. Jak przyśpieszymy, to jeszcze ich dogonimy — ponagliła go, wciskając mu do ręki pierwszą, lepszą kulę, którą miała najbliżej siebie prosto w ramiona. A kiedy Archie rzucił, to znowu ona, i on i ona i tak na zmianę, aż ilością rzutów nie dogonili swoich przeciwników. Nawet przestali jeść w międzyczasie nachosy, bo przecież sytuacja wymagała najwyższego skupienia!
Ciągle siedziały w niej te wszystkie negatywne emocje, jednak z każdym kolejnym rzutem miała wrażenie, że wylatywały one razem z kręglami, które raz po raz ściągali z toru. Starała się również jak tylko mogła nie patrzeć za dużo w stronę Archiego, kiedy wykonywał rzuty, żeby przypadkiem się nie zapatrzeć. Skupiona na celu robiła porzytek z tego najlepszego nadgarstka w mieście do momentu, aż z głośników nie wybrzmiał donośny sygnał, oznaczający koniec rozgrywek.
I JAK?! — rozejrzała się dookoła wykonując piruet, żeby za jednym zapachem przyjrzeć się wszystkim wynikom i szybko w głowie dokonać odpowiedniej kalkulacji. Finalnie chociaż dużo udało im się nadrobić, skończyli... — Drudzy — rzuciła w końcu, łapiąc jasne spojrzenie Millera. — Jesteśmy drudzy — powtórzyła, szczerząc się do niego szeroko. Bo prawda była taka, że to był wynik w y b i t n y, biorąc pod uwagę wszystko co działo się w międzyczasie. To że i tak potrafili wrócić i jeszcze PRAWIe to wygrać? — DRUDZY, ARCHIBALD! — krzyknęła jeszcze raz, jakby za pierwszym wcale jej nie usłyszał, a potem kompletnie bez zastanowienia już nawet nie dbając o kulturę i przyjacielskie przybijanie piąteczek, po prostu rzuciła mu się na szyję. Chociaż trzeba przyznać, że w sposobie w jaki się na nim zacisnęła nie było tylko szczęście z prawie-wygranej, ale również dużo wdzięczności za to, co zrobił wcześniej.

only you, bulwa ₍ᐢ. .ᐢ₎ ₊˚⊹♡
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Działał na nią jak nikt inny.

Znał ją lepiej niż inni.


To były lata, a właściwie ponad dwie dekady spędzone na zaznajamianiu się z instrukcją obsługi Abby Wallace. Taka sztuka przetrwania w jej towarzystwie szlifowana już od piaskownicy, podczas której towarzyszyły mu trzy elementy, które zawsze się sprawdzały: zero oceniania, sto procent obecności i odrobina beztroskiej bezczelności ociekającej żartem. A jednak pomimo wyjątkowej wiedzy o swojej przyjaciółce skrupulatnie gromadzonej przez lata i tak czuł niepokój, bo jednak to co się jej przytrafiło było nowym wymiarem tragedii, nie miał pewności jak zareaguje na typowe metody Archibalda Millera. Niby wiedział, jak brzmi jej oddech, gdy zaczyna panikować, i wiedział, o ile tonów obniża się jej głos, kiedy próbuje kłamać, że wszystko jest w porządku, ale nie wiedział czy jego metody w tym wypadku nie okażą się zbyt… zwyczajne? Na szczęście okazało się, że wciąż potrafi nad tym zapanować i kiedy trzymał ją w objęciach, a ona się w niego wtulała czuł pod palcami coś zwyczajnego, a jednak istotnego - zaufanie. Coś na czym opierała się cała ich relacja. Ufała mu, a to dodawało mu skrzydeł. Kiedy ona w niego wierzyła, on wierzył, że może wszystko. Szczególnie teraz. Teraz, kiedy Abby oznajmiła, że chce wrócić na salę poczuł taką… no nie wiem, euforię wręcz! Trochę taka radość jakby właśnie przeszedł finałowy poziom w najbardziej wymagającej grze świata. Wygrał. Razem wygrali. A uśmiech Abs był warty wysłuchiwania krzyków tej rozdartej baby za drzwiami, co zwynazywała ich od niewyżytych gówniarzy. Warty był też każdej chwili spędzonej z nią w tej - nie czarujmy się, ale obskurnej nieco - toalecie.

Było warto Miller.
Ona jest tego warta.
Ten jej uśmiech jest tego wart.
Miał więc w poważaniu babę za drzwiami jak i wszystkich niecierpliwych ludzi, którzy jej wtórowali, pozwalał sobie targać włosy, a chwilę później nie pozostał jej dłużny. Kiedy pociągnął jej frotkę, a jej włosy rozsypały się na ramiona przez moment zapomniał jak się oddycha, bo przecież wyglądała obłędnie. Może lepiej, że nie widziała jego miny, tej zdumionej i zapatrzonej… w nią. Dopiero po chwili uśmiechnął się nad wyraz dumnie, bo swoje dzieło uznał za wybitne.
Psychiatra? — roześmiał się czując jej palce na swoim czole. — Może od razu oddział zamknięty? Jak będzie tam tor z kręglami i nielimitowana ilość nachosów to mogą mnie zamknąć z tobą na wieki… no i dobrze wyglądam w bieli, nie byłabyś zawiedziona — choć trochę prawdy w jej stwierdzeniu było, trzeba przyznać, że niektórym pogawędka ze specjalistą chyba by się przydała ALE to mogło poczekać, prawda?
Teraz czekała ich wielka misja!
Po ich wyjściu smoka cieszył się jak dziecko, czując jak palce Abby zaciskają się znów na jego dłoni, a gdy wrócili do gry czuł, że rozpiera go duma. Niekoniecznie był dumny z tych swoich komentarzy, przykładowo tego o nadgarstku, ale Żeluś prawie się przy tym zakrztusił i z całą pewnością rozproszył, a to też działało na ich korzyść.
Teraz wszystko miało znaczenie, każdy najdrobniejszy szczegół..

Boże, ona jest niesamowita.

…i nie wolno było się mu rozpraszać, aż się po policzkach poklepał.
Pełne skupienie Archibald! Bulwy z Whitby się nie zakochują w przyjaciółkach nie wymiękają!

Dawaj, Miller. Jak przyśpieszymy, to jeszcze ich dogonimy.

Zbił z nią piąteczkę i jak powiedziała, tak zrobił. Rzucał kulami jak natchniony, wpadł wręcz w trans. O bożym świecie zapomniał, nawet o NACHOSACH. Liczyło się tylko zbijanie kręgli, raz po raz, energicznie, bez zwłoki, szybko i bez tracenia czasu na wpatrywanie się w Abby, choć kątem oka ją śledził, kiedy tylko mógł.
A potem rozległ się dźwięk.
Stał zziajany czując jak serce bije mu w szalonym tempie i wpatrywał się w Abby, która odprawiając przed nim jakieś piruety chyba próbowała zliczyć na szybko punktację.

DRUDZY, ARCHIBALD!

Czuł się jakby ktoś teraz dla odmiany zbił go kulą. Poważnie, drudzy?! Udało, się. Naprawdę się udało.Srebro, mamy srebro Wallace! — krzyknął radośnie po chwili zawieszenia iii nim zdążył coś dodać poczuł na sobie jej ciężar. Bez zastanowienia uniósł ją w górę obejmując mocno i okręcając wokół. Na sekundę nawet zamknął oczy, wtulając się trochę w te jej potargane włosy. Może nawet dłużej niż sekundę. Dłużej. Za długo… ale nie umiał inaczej… bo gdy trzymał ją nad ziemią, rozczochraną i szczęśliwą, świat wokół nich przestał istnieć. Nie było Żelusia, nie było pani Henderson, była tylko ona – jego Bulwa, która znów była GIT.
Postawił ją, bo w końcu wypadało i pociągnął ją w stronę nachosów, kiedy trwały wszystkie obrady sędziów. — Petarda z ciebie Abs, rozniosłaś tę grę — oznajmił radośnie, gdy oczekiwali na oficjalny werdykt. Nieskromnie twierdził, że w dużej mierze się do tego przyczynił, ale ten jej powrót na tor i to jak ciskała kulą za kulą po wszystkim w tej toalecie tylko upewniło go w przeświadczeniu, że jego Bulwa wymiata.
I nagle przyszła pora na podium.
Kiedy na nim przystanęli z tym wielkim plastikowym pucharem, który wspólnie ujmowali w dłoniach Pani Henderson dobrała się do mikrofonu i chyba była wielce ciekawa kulisów łazienkowej afery, bo rzuciła pomysłem zwycięskich pocałunków, a przy tym sama skradła panu Hendersonowi soczystego całusa. Trzecie miejsce poszło w ślinę po całości i bez żadnego skrępowania, a bulwy…
…były nieśmiałymi bulwami. Nie był pewien czy to odruch ich obojga czy może on sam z taką lekkością poderwał wielkie trofeum do góry, ale było ono na tyle duże, że stało się ich chwilową osłoną przed całym Stowarzyszeniem Kręglarskim dla Par i randomowymi gapiami, którzy przyszli na samo rozdanie lub by przyatakować zwalniające się tory. I gdy tak stali skryci za tym pucharem czuł jej oddech na swojej twarzy, widział jej wargi tak blisko, a ten głosik co rozprawiał o gładkości jej skóry wcześniej teraz sugerował mu niebywałe nawilżenie jej ust… ale strach przed utratą Abby był silniejszy niż te chwila pożądania, która uderzała mu do głowy.
Musiał działać - szybko i… w swoim stylu.
Dobra. Miejmy to już za sobą... Zaufaj mi i trzymaj się mocno — mruknął cicho, uśmiechając się przy tym łobuzersko. Oczywiście, że się nie wycofał. Zamiast tego wczuł się jakby grał w jakiejś telenoweli średniej klasy. Wciąż ściskając puchar w jednej dłoni, drugą pewnie objął Abs w talii. Nim zdazyła zapytać co głupiego chodzi mu po głowie on przyciągnął ją ku sobie i spektakularnie wygiął ją do tyłu, jakby odgrywali jakąś filmową scenę. Zadbał też o to, by puchar precyzyjnie zasłonił ich twarze, by z perspektywy tłumu wyglądali jak para w namiętnym uścisku. Prawda była jednak nieco inna, za pomocą ciała i pucharu osłonił ich tak, że jego usta znalazły się obok jej ucha, a nos ledwie musnął przy tym jej policzek. I choć milimetry dzieliły ich, by ten pocałunek-nie-pocałunek stał się faktem, jego serce waliło jak oszalałe, a zapach jej włosów uderzał do głowy, Archibald się nie złamał. Zamiast tego wyszeptał z rozbawieniem do jej ucha — Hollywood mogłoby się od nas uczyć! Chyba to kupili, co nie?

Petarda z ciebie Wallace 🥔🥈
Winnie the Pooh
nudy, stania w miejscu, kierowania moją postacią
27 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pogodziła się z porażką.
Serio.
Była gotowa na to, że to po całej szopce, jaką odstawiła, uciekając do łazienki Ziemniaczane Pulpy z Whitby zajmą honorowe ostatnie miejsce. Nie było co do tego nawet żadnych wątpliwości. W końcu kiedy Miller swoimi silnymi ramionami osłaniał ją przed całym złem tego świata, ich konkurencja wcale nie próżnowała, zbijając co to kolejne stojące słupki. I chociaż wrócili do gry; chociaż starali się jak mogli, żeby odrobić, Abby nie pokładała wielkich nadziei w ich sukces. A jednak po chwili okazało się, że naprawdę zajęli drugie miejsce. D r u g i e miejsce. Podium. Piękne srebro, które pewnie dla niej jak i Millera biorąc pod uwagę okoliczności smakowało jak prawdziwe złoto.
A już na pewno dla niej. I to nawet nie chodziło o konkurs, nie chodziło nawet o kręgle czy zajebiście smaczne nachosy — ona po prostu cholernie doceniała to, co Archie dla niej zrobił. To że pomimo jej zapewnień, wbił jej nochate kompletnie bez zapowiedzi i wyciągnął ją z domu. Prawie siłą wyszarpał spod ciepłego, kolorowego koca i zrobił wszystko, żeby dobrze się bawiła. Tu już wcale nie chodziło o wynik, a bardziej o gest. Gest i wielkie, piękne serce, które Miller pokazywał jej na każdym kroku przez ostatnie dwadzieścia lat.
Ty jesteś petarda! — krzyknęła zadowolona, osadzając dłonie na jego klatce piersiowej, żeby zaraz odepchnąć go od siebie delikatnie, jak najlepszy ziomek. — To uderzenie, o to — wygięła się krzywo, imitując jego wcześniejszą pozę, którą udało mu się zbić całe dziesięć kręgli. — M i s t r z o s t w o — wycedziła przez zęby, dumna ze swojego kompana. Z bulwy, która zaraz zaciągnęła ich pod ścianę, gdzie starszy mężczyzna z garbem i plakietką Ted, uczę się rozkładał niewielkie podium dla najlepszej trójki. Z boku na stole były już przygotowane plastikowe puchary oraz medale, które swoją drogą wyglądały, jakby ktoś kupił je w osiemdziesiątym czwartym i tylko ściągnął z nich kurz. Może to trofea, które były przekazywane z pokolenia na pokolenie? Wallace nie miała zielonego pojęcia, poza tym, była zbyt zajęta dojadaniem resztki nachosów z ich koszyczka, a następnie bezczelnym wycieraniem brudnych rąk w rękaw Archiego.
Zaklaskała głośno, gdy państwo Henderson odbierali swój tytuł mistrza po raz… dziesiąty jak się zaraz okazało. Starsza kobieta wyrzuciła puchar w górę z wielką dumą, aż Abby zastanowiła się na moment, czy kobieta miała w sobie tak wielkie pokłady sił, czy może po prostu był on wyjątkowo lekki? Szybko okazało się, że w grę wchodziła druga opcja, gdy i im przyszło odebrać swoją nagrodę. Abby nieśmiało sięgnęła po dłoń przyjaciela, a następnie wyniosła je wysoko w górę, dokładnie tak, jak robią to medaliści na Olimpiadzie.
Szkoda tylko, że oni wcale nie byli na żadnej Olimpiadzie, a konkursie dla par, o czym postanowiła przypomnieć szanowna Pani Henderson, zachęcając wszystkie duety do przypieczętowania swoich wyników… gorącym pocałunkiem. Abby momentalnie wstrzymała oddech, czując, jak policzki zaczynają ją piec. Podniosła spanikowane spojrzenie na Millera, a on… a on jak zwykłe okazał się działać szybciej, niż w jej głowie zdążyły rozwinąć się jakiekolwiek zmartwienia. Tylko poczuła, jak silna dłoń łapie ją w pasie, a potem przechyla do tyłu. Blnod włosy jednym ruchem zamiotły z podłogi cały kurz, podczas gdy jej dłonie automatycznie znalazły miejsce na ciepłej szyi Archiego.
Jego twarz była blisko.
Za blisko.
Na tyle blisko, że w jasnych oczach mogła spokojnie zobaczyć własne odbicie, a powietrze z lekko rozchylonych ust osadzało się prosto na jej policzkach. I wtedy przez ułamek sekundy w jej głowie pojawiła się ta jedna, samotna myśl. A co gdyby tak…
Tylko wtedy z ust Millera wyleciało to miejmy to już za sobą, a to zaś momentalnie zgasiło jej naiwny zapał. Niewłaściwe myśli, których nawet nie powinna mieć w głowie. Myśli za-ka-za-ne. I całe szczęście, że Archie szybko przywołał ją do porządku. Chociaż nie do końca. Bo kiedy przysunął się bliżej, przyciskając swój policzek, do tego jej, palącego z gorąca, kiedy szeptał prosto do jej ucha…
Chyba kupili — Abby nie mogła się powstrzymać, by podczas wypowiadania tych dwóch słów, w pełni intencjonalne musnąć płatek jego ucha. Miękko i delikatnie, tak, że każda głoska, jaką wypowiadała, była oddana również w lekkich przesunięciach warg. A przecież skoro był to spektakl dla prawdziwej widowni, przesunęła jedną dłoń wzdłuż męskiego karku i wplotła palce pewnie w jego blond włosy. Szarpnęła za nie delikatnie, jeszcze bardziej burząc jego artystyczny nieład na głowie i tym samym finiszując pocałunek-nie-pocałunek, który miał miejsce za plastikowym pucharem.
Spięła mięśnie brzucha, by pomóc Millerowi postawić się na ziemię i chociaż nic takiego między nimi nie zaszło, twarz Abby i wybiegi na jej polikach zdecydowanie sugerowały coś innego. Czyli sprzedane.
Zapraszamy podiumowiczów na darmowe drinki do baru!! — oznajmił Tom, lekko roztrzęsioną dłonią wskazując ladę, za którą nieco młodszy mężczyzna pomachał energicznie ręką. Czyżby to był Trevor? Ten sam którego plakietkę ukradł Miller na początku gry?
Czy to znaczy, że ja pije podwójnie? — odwróciła się w stronę swojej bulwy, przy okazji zeskakując jako pierwsza z podium. — Skoro ty prowadzisz — wzruszyła ramionami. A mogli wziąć taksówkę. Chociaż z drugiej strony, kto by się spodziewał takiego obrotu spraw? — Ale za to pozwolę ci wybrać trunek — uśmiechnęła się do niego szeroko, przy okazji zaciskając palce na ziemniaczanej koszulce i ciągnąc go w stronę lady, gdzie już wygodnie rozsiadali się Państwo Henderson.
Gratulacje, dzieciaki! — pierwszy odezwał się mężczyzna.
— Świetnie wam poszło, nawet pomimo tej małej… przerwy — dodała jego żona, rzucając im podejrzliwe spojrzenie. Oczekiwała jakiś juicy szczegółów czy tak tylko gadała?

Archie Miller, you taste like candy 👂🏻🍬
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „National at The Well”