Carlos po raz drugi obiecał, że wszystko będzie dobrze. Trzymała się tej obietnicy, bo musiała się trzymać czegokolwiek. Chociaż ojciec też kiedyś obiecał, że już więcej jej nie zostawi. I co? Joe miała wszystko pod kontrolą, więc Cassie pozwoliła sobie na moment odpłynąć myślami gdzieś daleko. Kto to zrobił? Co takiego zrobił Carlos, że ktoś musiał do niego strzelić? Choć dumnie przejął rolę ojca, w jej oczach nie był tak święty jak on. Martin nie mógł zrobić niczego, czego by mu nie wybaczyła. Carlos nie miał takiej ulgi. Myśl, że Carlos mógł dopuścić się czegoś złego, a ktoś po prostu zareagował w obronie własnej, przykleiła się do niej uporczywie.
Przestań. Co ty za teorie budujesz? Przecież był dobrym człowiekiem, prawda? Robił dobre rzeczy. Zawsze mówił dzień dobry, nie pluł na chodnik. Prawda? Kwestia moralności nie dawała jej spokoju odkąd zaczęła terapię. Była też jednym z powodów, dla których z niej zrezygnowała. Zadawali jej tysiące pytań o dzieciństwo, o relację z rodzicami, i zawsze mieli te pełne współczucia miny, których szczerze nienawidziła. Ostrożnie dobierali słowa, próbując pomóc jej samodzielnie zrozumieć, co było źródłem problemu. Tylko Cassie była sprytniejsza. Potrafiła wyprzeć każdą ich sugestię.
Życie nie było sprawiedliwe, więc dlaczego od ludzi wymagano, żeby tacy byli? Czy nie każdy grzech dało się jakoś wytłumaczyć koniecznością, siłą wyższą, przed którą nikt nie był bezpieczny? Głęboko wierzyła, że wszystko, co robił tato, wynikało z przymusu. Nie dopuszczała do siebie myśli, że ojciec mógł lubić to życie, choć w gruncie rzeczy w tej kwestii byli do siebie podobni. Chwilami myślała, że celowo trzymali ją z dala od interesów, wiedząc, że puściłyby jej wszystkie hamulce. To ją fascynowało. Trochę przerażało, ale przede wszystkim dostarczało emocji. Adrenalina była lepsza od wszystkich narkotyków, jakich próbowała. Szukała jej wszędzie i w każdym, zaczepiała ludzi, wszczynała awantury, by choć przez chwilę ją poczuć. Dlatego okłamywała samą siebie, że ojciec naprawdę nie miał wyboru, bo obraz Martina jako dobrego człowieka był jej fundamentem. Bez niego cała ta krucha konstrukcja już dawno by runęła. I choć wobec Carlosa nie miała w sobie tyle wyrozumiałości, jakaś część niej i tak wierzyła, że był dobrym człowiekiem, którego źli ludzie zmusili do okropnych rzeczy. Przecież dla niej był dobry, opiekował się nią, a to nie było lada wyzwanie, nikt zły chyba nie chciałby takiego zadania. Z taką wersją wydarzeń byłaby w stanie wybaczyć mu niemal wszystko, tak samo jak oni musieli wybaczać jej. Jednak pytanie czy był dobrym człowiekiem, który czynił zło czy złym, który postępował dobrze nie pozwoli jej dzisiaj zasnąć.
Niewiele brakowało, a przez to zamyślenie przegapiłaby to, co właśnie rozgrywało się między nimi. Bo coś się tutaj wydarzyło. Wyrwana z myśli ostrym, świdrującym piskiem w uszach, zachłysnęła się powietrzem, jakby przez cały ten czas wstrzymywała oddech. Jeszcze bardziej się spięła, bo przecież to intuicja kazała jej być czujną. Cassandra była święcie przekonana, że posiada dar wyczuwania dobra i zła. Niejednokrotnie miała rację, okej były chwile gdy wymuszała te rację ładując się w kłopoty, ale często to nie była jej wina. Pisk w lewym uchu zwiastował coś dobrego, w prawym coś niedobrego. Kiedy ogłuszało ją z obu stron, znak był niejednoznaczny.
Podniosła gwałtownie głowę, przestraszona, że właśnie w tej sekundzie coś się wydarzy. Ale nie wydarzyło się nic poza spojrzeniem, które wymienili. Przechyliła głowę, niepewna, czy dobrze odczytała sytuację. Mogła to źle zinterpretować... ale przecież znała ich bardzo dobrze. To była jej jedyna przewaga. Oni byli sobie obcy, a Cassie wiedziała o nich sporo, nawet jeśli nie wszystko. Więcej o Joe, bo z niej nie trzeba było wszystkiego wyciągać siłą czy groźbą, a poza tym dzieliły niemal całe życie. O Carlosie słyszała od wielu osób (każdego kto był ich w domu i chciał rozmawiać z gówniąrą), zbierając okruchy informacji i męcząc go pytaniami, chcąc wiedzieć więcej, niż mógł jej powiedzieć. Martin nigdy nie umiał trzymać języka za zębami i czasami rzucił jakąś tajemnicą, taką, która by jej nie zabolała, a jedynie zaspokoiła ciekawość.
Przenosiła wzrok z jednego na drugie, zaintrygowana tą krótką chwilą. Uśmiechała się jak dziecko, które przyłapało dorosłych na czymś, czego nie powinno widzieć. To nie jej dotyczył ten znak. To nie w jej życiu miało się coś wydarzyć. A może jednak?
—
Joe, piszczy mi w uszach — oznajmiła tonem pogodynki zapowiadającej słońce
burzę.
Joe zrozumie. Od dziecka tak miała. Raz zapiszczało jej w prawym uchu, a dwa dni później spadła z roweru i to wystarczyło, żeby uznała się za przyszłego mesjasza, wszechwiedzącą alfę i omegę. Kobieta musiała też cierpliwie wysiadywać, kiedy Cassie rozkładała przed nią karty i wertowała podręcznik, próbując zrozumieć, co ją czeka, gdy wylosowała Wieżę i Dziesięć Buław. Teraz od razu powiedziałaby jej, że ma po prostu przejebane. Już miała o coś zapytać, ale odpuściła sobie, przypominając ilość kokainy, jaką wcześniej wciągnęła w jej łazience. Może nie teraz. Później. Tak, później. Jak nie zapomni.
Zabrała Carlosowi butelkę alkoholu, bo po pierwsze — nie powinien pić, a po drugie — nie powinien pić sam. Ona też nie powinna, bo mieszanie źle się kończyło. Upiła z niej solidny łyk, krzywiąc się niemiłosiernie, bo kto normalny pije czystą wódkę? Całe szczęście nikt z nich nie był normalny. Kiedy Carlos zaczął odpływać, spoliczkowała go tak, jakby dramatyzował, a nie faktycznie walczył o życie. —
Halo, nie odpływamy! — rzuciła, poprawiając go z drugiej strony.
Joe dokończyła swoje zadanie. Zszyła go, opanowała sytuację. Cassie nie poczuła ulgi. Jeśli już, to jeszcze większy niepokój na myśl o tym, co dalej. Dlaczego nikt nigdy nie dał jej gotowej instrukcji, co robić w takich chwilach? Kiedy ojciec żył, wszystko było prostsze. Cokolwiek się działo, miała dzwonić po Carlosa... albo Victorię. Kolejnego ducha, o którym pod żadnym pozorem nie wolno było rozmawiać. Bo o ile śmierć ojca była nieszczęśliwym wypadkiem, jej śmierć była zdradą. Potrzebowała jej, bardzo, a ona odeszła razem z nim. Udało jej się zastąpić ojca. To ona miała być starszą siostrą, tą, która poprowadzi ją za rękę, bo matka nie potrafiła. Jak mogła im to zrobić? Po prostu umrzeć. Bezczelna. A on? Jak mógł dać się postrzelić? Pff, dorośli. I to oni mieli czelność prawić jej morały. Chciała go nazwać hipokrytą, ale przyjaciółka trzymała ją blisko gruntu przypominając, że potrzebuje jej i to nie był czas na to. Niech tylko stanie na nogi.
To złość postawiła ją na nogi. Kazała jej wyjść z pomieszczenia i zacząć krążyć po kuchni w poszukiwaniu termometru, o którym wspomniała Joe. Gdzieś tu był. Widziała go już wcześniej. Powinna go znaleźć. Czy tylko jej się wydawało, czy ten dom nagle zamienił się w labirynt? Zgubiła się, choć wyszła zaledwie do kuchni. Nie umiała się już w nim odnaleźć, jakby przestał mieć dla niej miejsce. Kiedyś ten dom zbuntuje się przeciwko kolejnej tragedii, a jego filary, przesiąknięte cierpieniem, w końcu runą, grzebiąc ich wszystkich pod ciężarem tego, co się w nim wydarzyło. Ile jeszcze nieszczęść zdołają pomieścić te ściany?
—
Ja muszę iść! Nie mogę zostać, bo muszę umyć auto i... i jeszcze muszę... ja, yyy... muszę... — zaczęła się jąkać.
Nie wiedziała, co właściwie powinna teraz zrobić. Wiedziała tylko, że musi się ruszać, czymś zająć ręce i głowę. Nie mogła usiąść, bo ten resztkowy spokój rozpadłby się natychmiast. Dopiero co nad sobą zapanowała, a to nie był moment na płacz. Wróciła więc do salonu z samego poczucia obowiązku, odwracając głowę i zmuszając się do powolnych wdechów i wydechów. Rejestrowała wszystko wokół: książki Joe, notatki jej brata, zapalniczkę, świeczkę, którą kiedyś jej kupiła. Dotknęła oparcia kanapy, poduszek, własnych włosów posklejanych krwią, dłoni kobiety. Słyszała bicie swojego serca, cichy dźwięk wydany przez Carlosa, psa szczekającego za oknem. Czuła woń alkoholu i kadzidła, a na języku metaliczny smak krwi.
—
Joe, ja... kurwa, nie wiem co. Nie zasnę teraz. Mogę przy nim czuwać, to ja powinnam to robić. Ty idź odpocznij, proszę. Nie chcę cię tym bardziej obarczać. To mój obowiązek go przypilnować. Zrobiłaś już wystarczająco dużo.
Zmusiła się, żeby usiąść obok niego. Ostrożnie podniosła jego głowę i ułożyła ją sobie na kolanach. Nachyliła się i wyszeptała mu do ucha kolejne przeprosiny — za wszystko, co zrobiła, i za wszystko, czego nie zrobiła. Następne wyznania o tym, jak bardzo był dla niej ważny. Chciała, żeby cały czas czuł jej obecność, a kiedy otworzy oczy, zobaczył, że nie odeszła i była przy nim przez cały ten czas. Odgarnęła mu włosy z czoła. Spojrzała na Joe, żeby tym razem to ona dała jej instrukcje. Potrzebowała miski z letnią wodą i mydłem, czegokolwiek, czym mogłaby zmyć z niego brud. Obiecała, że posprząta ten bałagan, i akurat tego słowa zamierzała dotrzymać. Posprząta ten syf, umyje ich auta, odstawi je na miejsce, pojedzie do jego domu i podleje kwiaty. Zajdzie do Painted Lady, dopilnuje tego, czym miał zająć się on, a potem wróci i coś im ugotuje. Nie chciała już tu być, ale wiedziała, że on nie dojdzie do siebie tak szybko. A nawet jeśli odzyska przytomność, zapewne od razu zacznie się zarzekać, że wszystko jest już dobrze i może wracać do domu, a ona będzie musiała go powstrzymać. Może tak byłoby lepiej. Nie narażaliby Joe na to, że ktoś przyjdzie tu dokończyć porachunki. Nie mogła uciec. Nie dzisiaj, nie jutro. Musiała zostać pojutrze i popojutrze. Ona też czasami była potrzebna.
joe grainier Carlos Salazar