
>>> ...
>>> ...
>>> nie potrafi dobrze kłamać ani wiarygodnie udawać; za bardzo brakuje mu kontroli nad bezwarunkowymi, szczerymi reakcjami
>>> ...
𝔞𝔪𝔟𝔦𝔴𝔞𝔩𝔢𝔫𝔱𝔫𝔶
𝔡𝔶𝔰𝔣𝔲𝔫𝔨𝔠𝔶𝔧𝔫𝔶
𝔠𝔥𝔲𝔪𝔬𝔯𝔷𝔞𝔰𝔱𝔶
𝔠𝔥𝔞𝔬𝔱𝔶𝔠𝔷𝔫𝔶
𝔟𝔲𝔱𝔫𝔶
𝔢𝔤𝔬𝔠𝔢𝔫𝔱𝔯𝔶𝔠𝔷𝔫𝔶
𝔣𝔢𝔩𝔢𝔯𝔫𝔶
𝔤ł𝔲𝔭𝔦…?
𝔥𝔲𝔪𝔬𝔯𝔷𝔞𝔰𝔱𝔶
𝔦𝔪𝔭𝔲𝔩𝔰𝔶𝔴𝔫𝔶
𝔩𝔢𝔨𝔨𝔬𝔪𝔶𝔰́𝔩𝔫𝔶
𝔨ł𝔬́𝔱𝔩𝔦𝔴𝔶
𝔴𝔶𝔟𝔲𝔠𝔥𝔬𝔴𝔶
𝔫𝔞𝔡𝔭𝔬𝔟𝔲𝔡𝔩𝔦𝔴𝔶
𝔫𝔦𝔢𝔡𝔬𝔧𝔯𝔷𝔞ł𝔶, 𝔫𝔦𝔢𝔠𝔦𝔢𝔯𝔭𝔩𝔦𝔴𝔶, 𝔫𝔦𝔢𝔬𝔡𝔭𝔬𝔴𝔦𝔢𝔡𝔷𝔦𝔞𝔩𝔫𝔶, 𝔫𝔦𝔢𝔰ł𝔬𝔴𝔫𝔶
𝔫𝔦𝔢𝔰𝔱𝔞𝔟𝔦𝔩𝔫𝔶, 𝔫𝔦𝔢𝔰𝔭𝔬́𝔧𝔫𝔶, 𝔫𝔢𝔯𝔴𝔬𝔴𝔶, 𝔫𝔦𝔢𝔡𝔬𝔭𝔞𝔰𝔬𝔴𝔞𝔫𝔶...
Odkąd tylko pamięta, goni za czymś niedoścignionym.
Goni za nieosiągalnym.
Goni za nielicznymi wspomnieniami o mamie, które z roku na rok stają się jeszcze mniej uchwytne; z roku na rok zamazują się bardziej i bardziej, tworząc coraz mniej czytelny, coraz mniej pewny obraz.
Teraz nie jest w stanie powiedzieć, ile faktycznie pamięta o niej i o tym, jaka dla niego była, a ile sobie wymyślił; ile dopowiedział, żeby samemu sobie pozornie ulżyć w potrzebie bycia kochanym.
Goni za akceptacją ojca, lecz jego własne roztrzepanie i przekorna natura niezmiennie stają mu na drodze. Jest go zawsze za dużo; jest chodzącym problemem z niespożytkowaną energią i niespokojnym umysłem. Jest go za mało — za mało tam, gdzie by należało.
Chciałby być taki, jak trzeba — jaki w praktycznych, gospodarskich realiach byłby najbardziej odpowiedni, najbardziej potrzebny; jakiego Jonah Davenport by .d o c e n i ł — ale nie chce być do niczego zmuszany.
Przymus rodzi w nim mimowolny bunt, silniejszy niż pragnienie aprobaty i głośniejszy niż niekiedy cierpkie słowa głowy rodziny. Jego bunt zamyka się wewnątrz; obejmuje jego serce, nie dłonie, które przecież potrzebują być obarczone pracą. Spełnia więc wymagania, ale nie oczekiwania. Mimo przydatności w codziennych obowiązkach przy koniach — jest zadrą na ojcowskiej świadomości. Mimo znajomości stajennych powinności i hodowlanych zawiłości — jest rozczarowaniem.
Goni za porozumieniem z siostrą — to zawsze wydaje się najbardziej w zasięgu ręki, choć Jake nigdy nie potrafi go rzeczywiście dosięgnąć, mijając się z Leanne o pół kroku albo o całe mile nawet wtedy, gdy stoją po tej samej stronie barykady.
Są rodziną, tą samą krwią, są wspólnie spędzonymi miesiącami w łonie matki; są spojeni wieloma latami, podczas których mogli liczyć przede wszystkim na siebie nawzajem i razem stawiali czoła najpierw dziecięcym, potem nastoletnim trudnościom — bo choć nie mieli w życiu pod górę w tym najbardziej wymiernym, materialnym znaczeniu, wcale nie mieli łatwo tak w ogóle.
Są jednak zbyt często przeciwnymi biegunami stosunku do tych samych sytuacji, mimo że próbowała ich ukształtować ta sama twarda ręka; są zbyt inni, by w dorosłości porozumiewać się płynnie tym samym językiem.
Goni — nieustannie, ale z sinusoidalnie zmienną frustracją — za własnymi myślami, które wiecznie się plączą i lubią uciekać mu w połowie, pozostawiając go często samego wobec zgubionego kontekstu. Łatwo traci z oczu cel złożonych zadań i sens złożonych zdań, tak jak z pamięci traci złożone obietnice.
Stara się uważać na swoje litery, bo te też mają w zwyczaju mu się rozbiegać, mieszać, mylić, ginąć lub dodawać. Ołówkiem w zeszycie ćwiczy — o ile o tym nie zapomni; o ile nie odłożył zeszytu gdzieś, gdzie nie dosięga wzrok — spisywanie alfabetu, jakby był nadal w podstawówce, a potem swoje imię i nazwisko. Nieważne jednak, jak często by tego nie powtarzał, błędy i tak się wkradają.
To dlatego woli być Jake, nie Jonathan — przynajmniej w krótszym imieniu trudniej się pomylić.
Nie posiada wiele; cały własny dobytek mieści w starym, wysłużonym pick-upie.
Nie może wiele posiadać — od dawna nie wiąże się z żadnym miejscem na dłużej. Wyrwane z niewielkiego Summersville korzenie nie chcą przyjąć się w innej ziemi, jakby ziemia rodzima przez lata wyssała z nich zdolność do zapuszczenia się w jakimkolwiek nowym punkcie na mapie, choć to przecież korzenie winny czerpać z ziemi.
Ta ziemia — ziemia Davenportów — długo go przygniatała i dusiła; była ciężarem i brzemieniem, była przywiązanym do niego pługiem, który wbrew płonnym nadziejom nie stawał się lżejszy w obejściu wraz z mijającym czasem — a którego wcale nie potrafił tak lekko odrzucić. A potem, na przekór rozsądkowi, wrócił, łudząc się na mistyczną przemianę. Własną, bo w zmiany w tym otoczeniu nie wierzył nigdy.
Ta ziemia, mimo wszystko, jest .j e g o — nie w sensie posiadania, a przynależności. Chciał więc ponownie spróbować w nią wniknąć, bardziej dorośle i bardziej na własnych zasadach; tym razem bardziej dla siebie niż dla kogokolwiek innego.
Tym razem został z niej wygnany.
Słusznie.
Nigdy nie sypiał najlepiej, ale od tego czasu niemal każda noc jest dla niego utrapieniem. Wstaje zmęczony; jest zmęczony, a jednocześnie wciąż potrzebuje być w ruchu i nie umie prawdziwie odpocząć. Nie umie się
w y c i s z y ć,
gdy w głowie stale szumi od natłoku przecinających się wzajemnie wątków, od zderzających się ze sobą obserwacji i odtwarzanych
Czasem udaje mu się uciec do syntetycznie zaaranżowanej chwili spokoju, jednak nigdy nie udaje mu się dojść do myśli, że kiedyś albo gdzieś będzie dobrze. Stara się żyć bez takiego oczekiwania; stara się żyć po prostu, tak jak żyć mu przyszło…
Aż któregoś dnia nieoczekiwanie przyszło mu — ku przykremu zaskoczeniu wszystkich zainteresowanych — znów pojawić się w rodzinnych stronach; znów zaczerpnąć powietrza o wiercącym w nosie zapachu siana przesiąkniętego mglistą, jesienną wilgocią, znów objąć nieuważnym spojrzeniem ogrom rodzinnej posiadłości.
Znów przekroczyć próg domu...
Znów nie na długo.