ODPOWIEDZ
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mara w swoim życiu już dawno przestała zbyt wiele planować i oczekiwać. Dotychczasowe plany runęły jak domek z kart, a jej wieloletnie małżeństwo się okazało po prostu kłamstwem i porażką. Dlatego starała się po prostu żyć zgodnie z tym, co los jej przygotowywał. Jeszcze trzy miesiące temu nie sądziłaby, że będzie właśnie jechać na kolejne spotkanie ze swoim byłym. Całe szczęście nie z byłym mężem, bo na spotkanie z nim jechałaby z siekierą i łopatą. Dzisiaj zmierzała do Michaela i to już kolejny raz. Gdy kilka tygodni temu pierwszy raz parkowała na tym podjeździe, sądziła że spotkanie potrwa godzinę, maksymalnie może dwie i zostanie zakończone wystawieniem faktury z naprawdę ładna zniżką po starej znajomości. Nie spodziewała się wspólnego, intensywnego prysznica, a następnie wylegiwanie się w jego łóżku do poranka następnego dnia. Mówiła już o tym Cynthii i Williamowi, ale nie żałowała tego jak się potoczył tamten cały dzień. Nie czuła żadnego skrępowania, wstydu, złości… Graham był po prostu jak powiew świeżego, przyjemnego i znajomego powietrza. Z przyjemnością na nowo odkrywała jego ciało, które na przestrzeni lat trochę się zmieniło. Nie mogła jednak mu odmówić, że doskonale pamiętał jej czułe punkty. Może to była ta tak zwana pamięć mięśniowa?
Cokolwiek to było, sprawiło że całkowicie naturalnie zaczęli się systematycznie spotykać na terapię. Nie zawsze przy alkoholu i oczywiście bez rachunku na koniec, ponieważ większość spotkania odbywała się w łóżku. Gdyby Mara brała za to pieniądze, nie mogłaby się raczej wtedy nazywać psychoterapeutką. Nie robiła tego dla korzyści finansowych, a po prostu z czystej przyjemności i tęsknoty za pewną więzią fizyczną. Nie przeszkadzał jej ten układ ani trochę i miała nadzieję, że Michael również nie czuje się w nim pokrzywdzony, bo naprawdę skupiała się na rozmowie i próbowała mu pomóc. Przynajmniej wtedy, kiedy nie starał się jej rozproszyć bądź ukarać za niekomfortowe pytanie, które mu zadawała.
Nie zawsze wymieniali wiadomości ze sobą, skoro i tak się systematycznie spotykali. Po prostu środa była ich. Mara sobie odpowiednio ułożyła grafik na wypadek, gdyby znowu zdarzyło im się otworzyć butelkę tequili i uczyć nawzajem odpowiedniego picia. Zaparkowała auto na podjeździe i zapukała do drzwi przestępując z nogi na nogę. Na dworze oczywiście było zimno, a ona miała pod sobą tylko cienką bordową bluzkę. Ściągnęła brwi, gdy mężczyzna wciąż jej nie otworzył drzwi. Zapukała ponownie. Potem użyła dzwonka do drzwi. Wciąż nic, więc Mara niewiele myśląc uznała, że to dobry pomysł, by obejść dom naokoło i sprawdzić przez okno czy może nie zemdlał albo usnął na kanapie? Kiedy zaglądała do okna od strony kuchni, nagle usłyszała za plecami jakieś szmery, a potem donośny głos.
- Czego pani tutaj szuka?- Mara aż odskoczyła jakby została przyłapana na gorącym uczynku. Odwróciła się i spojrzała na kobietę w oknie w domu obok. Czy to wścibska sąsiadka o której jej wspominał Graham?
- Dzień dobry. Jestem Mara, znajoma Michaela. Byliśmy umówieni, ale niestety nie otwiera drzwi, więc trochę się zmartwiłam, bo to do niego niepodobne. Nie dał mi wcześniej znać, że spotkanie jest nieaktualne- rudowłosa uśmiechnęła się przyjaźnie, starając się nie spłoszyć i nie wkurzyć kobiety.
- Nie widzi pani, że auta jego nie ma? Więc nie ma go w domu- odpowiedziała bez cienia uśmiechu. Mara spojrzała w kierunku podjazdu i faktycznie - było tylko jej auto. Chyba pora przefarbować się na blond. Aż się roześmiała z własnej nieuwagi.- Faktycznie, nie zauważyłam. Wciąż zapominam jakim autem jeździ. Gdy byliśmy nastolatkami , to poruszał się znacznie starszym autem- próbowała zagadać sąsiadkę i chyba to był dobry ruch, bo kobieta wyraźnie się zainteresowała dopytując o historię ich poznania. Mara korzystając z okazji nieco jej opowiedziała o ich związku z dawnych lat, wyjeździe Michaela i rozstaniu. Nie były to raczej żadne tajemnice, nic co dotyczyło tylko i zupełnie niego. Ot, zwykła rozmowa o dawnych czasach, która trwała dobre kilkanaście minut, aż nawet kobieta podała Marze gorący kubek z herbatą i zaproponowała jej wejście do środka, ale odmówiła chcąc zaczekać na Graham tutaj.
Po pewnym czasie do ich uszu dobiegł głośny i wyraźny dźwięk silnika. Mara spojrzała w tamtym kierunku i zobaczyła Michaela, który po wyjściu z auta i zauważeniu ich, zaczął iść w ich kierunku.
- O w końcu wrócił do domu, pan zapominalski- pani Margaret, jak ruda się już zdążyła dowiedzieć, zaśmiała się na widok sąsiada. - Jak to tak można umawiać się z kobietą i potem kazać jej tyle czekać na mrozie?- dodała niby z uśmiechem, ale pokręciła głową. - Pani Margaret, najważniejsze ze czekałam w takim miłym towarzystwie- Mara posłała jej wdzięczne spojrzenie, ale zaraz przeniosła wzrok na mężczyznę i przyglądając mu się uważnie, chcąc odczytać czy wszystko w porządku, dlatego też póki co stała w miejscu.


Michael Graham
Jakoś miło
Dogadamy się
36 y/o
ORIGAMI BOY
183 cm
ratuję życie nie tylko w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

# 016
Ten dzień nie należał do najłatwiejszych. Oddział ratunkowy jak zwykle przypominał rozgrzaną do czerwoności maszynę — pacjenci zmieniali się jeden po drugim, a Michael funkcjonował gdzieś pomiędzy rutyną a wyuczonym automatem. Ręce pracowały szybciej niż myśli, decyzje zapadały bez zawahania, a mimo to — albo właśnie dlatego — trzymał się zaskakująco dobrego humoru, bo przecież tempo dnia tylko dodatkowo go nakręcało. Pozostawiona w dyżurce wiadomość o spotkaniu wywołała u Grahama falę dreszczy. Gang milczał od dłuższego już czasu. Nie wysyłali wiadomości, nie nachodzili go w domu, zupełnie, jakby zdążyli o nim zapomnieć — nic bardziej mylnego. Plan dnia błyskawicznie uległ zmianie, kiedy po zdaniu identyfikatora i szybkim lunchu dotarł w umówione, dobrze znane już sobie miejsce na tyłach sklepu.
Na zapleczu nie było niczego, czego by się nie spodziewał. Jeden z ich ludzi pochwalił się problemem, z miejsca plasującym się gdzieś pomiędzy zaniedbaniem a głupotą. Michael bez słowa obejrzał źle zszytą ranę, która zdążyła się już odezwać stanem zapalnym. Krótko skomentował, co poszło nie tak i co należałoby zrobić, nie szczędząc przy tym ironicznych komentarzy, po czym zajął się powierzchownym oczyszczeniem, jednym uchem słuchając prowadzonej przy nim rozmowy.
Zostań, Graham. Będziesz nam później potrzebny — padło z ust jednego z mężczyzn, kiedy Michael chował narzędzia i zamykał torbę. Krótka wymiana zdań i próba wymigania się spełzły na niczym, a dalsze drążenie mogło go wiele kosztować. Czy warto było zacisnąć zęby i krótko skinąć głową? Może lepiej byłoby postawić na swoim i się wycofać, zamiast przesiadywać z gangusami do późnych godzin wieczornych? Wrócić do domu, pobiegać, wziąć zimny prysznic, zamiast gnać za adrenaliną, której tak pragnął i usilnie poszukiwał? Graham zwykł trzymać nerwy na wodzy, ale często dawał się znęcić pokusom.
Magazyn przy bocznej ulicy wyglądał dokładnie tak, jak powinien — pusty, chłodny i wystarczająco na uboczu, by nikt nie zadawał zbędnych pytań. Wymiana miała pójść szybko, niemal bezszelestnie, ograniczona do kilku ruchów i krótkich zdań, ale przecież nic nie mogło iść gładko. Pękło napięcie, ktoś podniósł głos, ktoś ruszył się gwałtownie i błysnęło ostrze noża. Przepychanka przerodziła się w chaotyczne, brudne kilkadziesiąt sekund, w których wszystko działo się naraz — ktoś krzyknął, ktoś inny sięgnął po broń, padł strzał. Michael zdążył jeszcze złapać jednego z nich za ramię i odepchnąć go z linii ostrza, zanim wszystko się rozsypało i poczuł szarpnięcie wraz z rozlewającym się pod żebrami ciepłem. Mimo zamieszania jego ekipa opanowała sytuację na tyle, by wyjść z niej bez strat i rozpłynąć się w mroku bocznych ulic, dla niego zaś wizyta w szpitalu nie wchodziła w grę. Wszelkie pytania o okoliczności zdarzenia niosły za sobą ryzyko dociekań i niedopowiedzeń, wymownych spojrzeń. Kwadrans w samochodzie, to żadna cena za możliwość dotarcia do domu, do świętego spokoju, gdzie będzie mógł zająć się sobą w bezpiecznych dla siebie warunkach.
Myśli układały się w krótkie, rzeczowe komunikaty — ocena rany, kontrola krwawienia, plan działania po wejściu do domu. Adrenalina trzymała go w ryzach, tłumiąc ból do poziomu, który pozwalał skupić się na prowadzeniu, choć każdy głębszy oddech przypominał o sobie ostrym, pulsującym ukłuciem brzucha. Ulice migały za szybą w rozciągniętych smugach światła, a kiedy w końcu skręcił w znajomą ulicę, było już dawno po zmroku. Zwolnił odruchowo, marszcząc brwi na widok obcego samochodu stojącego na jego podjeździe. Przesłonił mocniej bok kurtką, gasząc silnik i ostrożnie wysiadł z auta. Przez chwilę stał w miejscu, rozglądając się po półmroku, aż do jego uszu dotarły przytłumione głosy dobiegające z boku domu. Skrzywił się i ruszył w tamtym kierunku, już wiedząc, że nie spodoba mu się to, co zobaczy.
Mara? Co ty… — urwał wpół zdania, kiedy w myślach osadziło się tłuste przekleństwo, gdy odcięta od wydarzeń z magazynów rzeczywistość zaczęła do niego wracać. Dopiero teraz dotarło do niego, jaki dziś był dzień tygodnia. Czy jakiekolwiek wymówki zdałyby tu egzamin? Nie powinna go widzieć w takim stanie. Lakefield była zbyt sprytna i zbyt dociekliwa, nie dało się jej zbyć byle hasłem. — Karygodne zaniedbanie, wiem — podjął ironicznie, posyłając pani Margaret krótkie, przelotne spojrzenie. Jego głos był nieco cichszy, niż zwykle, czego sąsiadka raczej na pewno nie wychwyciła, za to Lakefield mogła. — Postaram się tego nie powtarzać. — Jasne tęczówki przeniosły się na rudowłosą, kiedy powoli wziął nieco głębszy wdech. — Mara, wejdziemy do środka. — To nie była prośba, ani pytanie, a rzucona napiętym tonem decyzja. Odruchowo próbował wykonać gest ręką, wskazując drzwi wejściowe, lecz dłoń drgnęła tylko minimalnie, kiedy przeszył go ból. Na męskiej twarzy pojawił się cień grymasu, wyraźnie podkreślający traconą cierpliwość.
Mam nadzieję, młody człowieku! — wtrąciła się jeszcze kobieta, przyglądając się sylwetce skąpanej w półmroku ulicznych latarni. — Wszystko u pana w porządku? Jakiś pan blady… Nie przemęcza się pan za bardzo?
Pani Margaret, dziękuję za towarzystwo — wybrzmiał nieco ostrzej, korzystając z imienia, które podsunęła przed momentem Mara. Pomimo roku, jaki mieszkał w tej okolicy, nadal nie miał pojęcia, jakie personalia noszą sąsiedzi, co akurat w przypadku Grahama nie było niczym zaskakującym, skoro nigdy szczególnie nie przywiązywał się do tych określeń. — Dalej już sobie poradzimy. — Bez uśmiechu, ozdobników, ani dalszych wyjaśnień, zwyczajnie odwrócił się na pięcie i skierował swoje kroki ku głównemu wejściu. Jeszcze chwila w obecności osób trzecich i względnie neutralna fasada pójdzie się jebać.
To nic, czym trzeba przejmować się tutaj — wyjaśnił krótko, czując na sobie palące spojrzenie Mary. Sceny w towarzystwie sąsiadki nie były mu na rękę i miał szczerą nadzieję, że to zrozumie.
Dotarłszy na ganek, precyzyjnym ruchem wolnej ręki otworzył zamek w drzwiach.
Przepraszam za spóźnienie. Potrzebuję jeszcze chwili. — mówił szorstko, nie siląc się na uśmiech i wymuszone grzeczności. — Zamknij drzwi — polecił jeszcze, nim bezwiednie rzucił poplamione krwią klucze na blat w przedpokoju i ruszył do kuchni.

Mara Lakefield
space cadet
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mara lubiła poznawać nowych ludzi i ceniła sobie prawie każde znajomości. Uważała, że wszyscy mogą wnieść do naszego życia coś dobrego. Nawet jeśli nas zranią, to przecież człowiek się uczy na błędach. Dlatego chętnie zagadała sąsiadkę, wiedząc też, że dobre relacje z sąsiadami są niezwykle ważne. Nawet tak wścibskimi jak pani Margaret, bo przecież była na tyle czujna , że pewnie byłaby w stanie przegonić nie jednego złodzieja. I o dziwo się okazała całkiem sympatyczną kobietą - trochę despotyczną, ale jeszcze z umiarem, choć na pograniczu. Może Mara następnym razem powinna jej podrzucić swoją wizytówkę?
Kiedy Michael do nich podszedł, początkowo posyłała w jego kierunku uprzejmy uśmiech, nie przejmując się zbytnio jego dość sporym spóźnieniem, o którym dopiero właśnie teraz zdała sobie sprawę. Zapadał już zmrok, więc trochę się tutaj nastała, ale może zatrzymali go w pracy? Pilna operacja? Była córką lekarzy i takie sytuacje nie były jej obce, więc nie była zła. Przynajmniej na razie i po prostu obserwowała rozwój sytuacji, coraz mocniej marszcząc brwi. Zanim pani Margaret się odezwała, dostrzegła w nim zmiany - blada cera, niski i stanowczy ton. W takiej wersji jeszcze go nie widziała, co ją mocno zaniepokoiło .
- Dziękuję pani Margaret za herbatę i przemiłe towarzystwo. Bez pani to oczekiwanie by się dłużyło, a tak to spędziłam bardzo miło czas, który zleciał chwila moment- odwróciła się z powrotem do sąsiadki przywracając na ustach wdzięczny uśmiech. Chyba była z niej niezła aktorka? - Nie ma za co, Maro. Pamiętaj, aby następnym razem dodać do ciasta szczyptę soli. Zobaczysz, że będziesz znacznie le…- Mara już czuła jak kobieta zaraz znowu się rozgada, więc musiała jej przerwać, bo Michael już się odwracał w kierunku domu. - Na pewno skorzystam z rady. Do widzenia- wtrąciła się szybko i ruszyła za meżczyzną bez problemu go doganiając i licząc, że wyjaśni jej o co chodzi. Jednak widok krwi na kluczykach stworzył jeszcze więcej pytań w jej głowie.- Michael…- szepnęła cicho za nim wpatrując się przez chwilę w krwawy ślad, a następnie odwróciła się i tak jak poinstruował zamknęła drzwi.
Ruszyła za nim do kuchni i stanęła w progu, obserwując go uważnie - każdy jego ruch i bardzo szybko zlokalizowała ranę. Serce jej mocniej zabiło na ten widok. Nie musiała zadawać żadnych pytań, żeby szybko wydedukować, że tu już nie chodziło o bycie samodzielnym, a po prostu nie pojechał do szpitala, gdzie każdy mógłby go zszyć, bo nikt się nie mógł o tym dowiedzieć. Ponadto, czy teraz ważne były pytania jak do tego doszło? Nie. Najpierw trzeba było opanować sytuację.
- Tak wiem, że świetnie poradzisz sobie sam. Oczywiście jesteś cholernie samodzielny i nie potrzebujesz żadnej pomocy. Zdaję sobie z tego sprawę- nawet jeśli się nic nie odezwał, ona już wiedziała, co pewnie będzie chciał powiedzieć. Stojąc z założonymi rękoma, wciąż obserwowała jak daleko się posunie. - Ale ja mam syndrom bohatera, więc daj mi sobie pomóc, dobrze?- dopiero pod koniec podeszła do niego próbując złapać z nim kontakt wzrokowy. Jej głos nie był oceniający, wściekły czy przerażony. Był spokojny, opanowany, łagodny, lecz stanowczy. Zerknęła teraz z bliska na miejsce rany. Po tym , gdy zdjął kurtkę wszystko było bardziej widoczne. Przełknęła głośno ślinę i ponownie wróciła do niego spojrzeniem, lecz tym razem z lekkim, zadziornym uśmiechem. - W dodatku nie masz o tym pojęcia, ale tak bardzo rozpaczałam, gdy wyjechałeś z Toronto, że odnalazłam w sobie nową pasję, jaką jest szycie- i to była prawda. - I ja mam akurat stąd raczej lepsze dojście do tej rany- kiwnęła jeszcze głową w jej kierunku opierając dłonie na biodrach. Zaufa jej na tyle? Jak na razie wykazywała się opanowaniem i nie cisnęła w niego żadnymi pytaniami. NA RAZIE.


Michael Graham
Jakoś miło
Dogadamy się
36 y/o
ORIGAMI BOY
183 cm
ratuję życie nie tylko w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Docenił ucięcie tematu przez Marę, kiedy pani Margaret próbowała jeszcze pociągnąć rozmowę. Nie, żeby specjalnie zależało mu na dobrych relacjach z sąsiadami, zwyczajnie oznaczało to, że Lakefield zrozumiała krótki przekaz. Po przekroczeniu progu kuchni łokciem zaświecił światło, nie chcąc zostawiać krwawych śladów w każdym możliwym miejscu. Rozglądał się wokół, rozkładając otoczenie na czynniki pierwsze i układając sobie w myślach kolejne kroki, którymi musiał zabezpieczyć się przed wykrwawieniem i infekcją.
Lakefield gadała dużo i zdecydowanie zbędnie, jak na zaistniałe warunki. Nie widział powodu, dla którego był jej winien jakiegokolwiek wyjaśnienia poza oczywistym przegapieniem umówionego spotkania. Pozwolił, by mówiła dalej, samemu poświęcając chwilę, by zdjąć z siebie kurtkę. Splamiony krwią materiał nadawał się już tylko do wyrzucenia, zresztą podobnie, jak rozcięta koszulka.
Szyciem? No nie wiem, Mara, letnie sukienki i ludzka skóra, to nie do końca to samo — rzucił sarkastycznie, nie przywodząc na twarz uśmiechu. Prawo Murphy’ego jasno mówiło, że gdy coś może się nie udać, to nie uda się na pewno, lecz idąc tym tropem, nigdy nie uratowałby ludzi w warunkach polowych, gdzie szanse na przeżycie potrafiły być naprawdę niskie. Rozrywający ból pod żebrami irytował, bardziej stanowiąc rozproszenie niż zwiastując rzeczywistą powagę sytuacji. Każdy ruch wprowadzał w dyskomfort, z rudą na pokładzie tworząc tym bardziej rozpraszający zestaw. Spuścił na nią wzrok, kiedy stanęła na tyle blisko, by przeszkodzić mu swobodnym poruszaniu po kuchni, po czym westchnął. — Jeśli chcesz mi pomóc, to w górnej szafce mam apteczkę. — Wskazał głową w kierunku przeciwległej ściany.
Kiedy tylko Mara do niej sięgnęła, mogła z łatwością stwierdzić, że różniła się nieco od zestawu spotykanego w standardowych domostwach. Próżno szukać w niej tabletek na kaszel, maści na przeziębienie, czy witamin na odporność, za to z powodzeniem dało się znaleźć pokaźny wybór opatrunków, kompresów, czy zestawów narzędzi. Półki w szafce były posegregowane i ułożone w logiczny, łatwo dostępny system, w którym można było się z łatwością odnaleźć, będąc zaznajomionym z różnicami w sprzęcie i medycznych markach.
Na górnej półce są rękwiczki, gaziki, sól fizjologiczna i coś do dezynfekcji. Niżej masz pudełko z narzędziami. Interesują nas igły, nici, pęseta i nożyczki. Do tego lidokaina i strzykawka. — Choć w pierwszej chwili uznał, że nie potrzebuje jej pomocy i nie zamierzał zgadzać się, by brała w tym wszystkim udział, z każdym kolejnym poleceniem coraz bardziej przybliżał ją do większego wpływu. Czy to dlatego, że zaczynał doceniać jej przydatność, a może doceniał, że każde zadanie wypełniała szybko i bez zająknięcia? — W dolnej szafce jest zapas ręczników kuchennych. Trochę się ich przyda. — Przez chwilę obserwował jej poczynania, upewniając się, że odnajduje się zadaniach, a nie gubi między kolejnymi punktami. Sam zdjął z siebie przesiąkniętą koszulkę i stanął przy kuchennej wyspie, jednym ruchem odsuwając na bok wszelkie zbędne w tym momencie przedmioty. Oparł się biodrem o blat, odchylając lekko, by rozluźnić brzuch, ręką zaś nadal dociskając okolice rany dla kontroli krwawienia.
Usiądź sobie i załóż rękawiczki. Najpierw znieczulenie, a później rozłóż papier i polej solą. Nie musisz być delikatna, lej. Teraz dezynfekcja. — Spośród ułożonych na blacie sprzętów, podsuwał kolejno kobiecie te, które miały być jej w danym momencie potrzebne. Skupienie Lakefield było godne podziwu, tak jak i zachowana zimna krew. Obserwował ją przez cały czas, próbując kontrolować napięcie swojego ciała i piekący ból rany. Ten zresztą szybko odchodził w zapomnienie, kiedy lek zaczynał działać. — Skórę łapiesz pęsetą. Igłą idziesz z jednej strony na drugą, ma złapać brzegi, a nie mięśnie, więc ani płytko, ani głęboko. Nie musisz używać siły, wystarczy, że je do siebie zbliżysz. — Wybrał spośród zestawu stalowy półksiężyc i cienką nić, mając nadzieję, że przechwałki terapeutki mają w sobie ziarno prawdy. Wolał już później po niej nie poprawiać, ale jeśli wyniknie taka potrzeba, to będzie mógł wyłącznie pluć sobie w brodę. — Rana jest płytka, ostrze nie weszło do środka. Skóra i trochę tkanki, więc damy radę — mówił beznamiętnym tonem, który w jego odczuciu miał być pocieszający. Co chwilę przechodziły go kolejne fale ciepła, zimna oraz dreszcze, więc oddychał powoli, starając się równoważyć głębokość oddechu. Pocieszające były tu z całą pewnością ruchy Mary, kiedy mimo początkowego spięcia szybko złapała rytm, dając rzeczywisty dowód na swoje manualne doświadczenie.
Starzy mieli rację, trzeba było iść na medycynę. — mruknął, kiedy usłyszał finalne kliknięcie odcinanej nici. Już chwilę wcześniej przestał ją kontrolować, pozwalając sobie na odpłynięcie. Myślami był gdzieś w tamtych magazynach, analizując idiotyczną sytuację, która sprowdziła do to tego momentu. W innych okolicznościach pewnie nawet nie przyłożyłby do tego wielkiej wagi, ale obecność Mary wszystko komplikowała. Podczas żadnego z ich spotkań ani słowem nie wspomniał o tym, co jeszcze działo się w jego życiu poza standardową pracą w szpitalu, a znając Lakefield, wiedział, że bez wyjaśnień się nie objedzie. Przesunął po blacie gazik i bandaż, a jego palce nie zostawiły już na opakowaniu żadnych śladów, krew na dłoni zdążyła zaschnąć. Na widok równego szwu pozwolił sobie wreszcie cień uśmiechu. — Nie przejmuj się tym, później posprzątam. Wrzuć tylko narzędzia do miski. I umyj ręce. — Ostatnie polecenia wydawały się oczywiste, lecz Graham nie byłby sobą, gdyby oszczędził Lakefield szczegółów.

Mara Lakefield
space cadet
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mara zdecydowanie dużo mówiła, co nie było takie oczywiste przy jej zawodzie. W końcu jako terapeutka powinna znacznie więcej słuchać, aniżeli samej mówić. Jednak w głębi siebie zdawała sobie sprawę, że mówienie pozwalało jej wyregulować własne emocje i utrzymać stan zimnej krwi, która była teraz w obecnych warunkach niezwykle konieczna. Ślady krwi na kluczykach i ubraniach mężczyzny nie wróżyły niczego dobrego. Przede wszystkim świadomość, że zamierzał się sam zszyć zamiast jechać do szpitala.
Wywróciła oczami, gdy wytknął jej różnicę między jednym, a drugim szyciem. Miał rację, ale to nie oznaczało, że sobie nie poradzi z pracą manualną. Najwidoczniej szybko zdał sobie z tego sprawę, skoro się zgodził na skorzystanie z jej pomocy. Albo wiedział po prostu, że tylko straci czas na dyskutowanie z rudą.
Gdy tylko zaczął wydawać jej polecenia, nie odezwała się już ani słowem. Całkowicie się wyłączyła i wyciągała po kolei potrzebne rzeczy z szafki układając je na blacie w odpowiedniej kolejności. Również lubiła porządek i zorganizowanie, a przy takim zadaniu było ono niezwykle ważne. Nie dyskutowała, nie żartowała, a rzetelnie wywiązywała się ze zleconych zadań. Starała się działać na autopilocie i traktować to stricte zadaniowo, a nie jako formę… ratowania jego życia? Nie, to pewnie byłoby na wyrost. Może po prostu odciążenia go z zszywania samego siebie pod żebrami. Chwytając pęsetę i igłę z nicią, spojrzała na ranę i próbowała sobie wyobrazić, że jednak jest to jakaś gruba bawełna na wiosenną sukienkę, którą może uszyję w przyszłym tygodniu. Przełknęła ślinę i niestety pierwsze wbicie igły w skórę rozmyło wszelkie jej wyobrażenia. Faktycznie Michael miał rację - szycie skóry, a sukienek to była całkowicie inna para kaloszy. Nie mogła jednak sobie pozwolić na wycofanie się bądź panikę, więc spięła wszystkie mięśnie i zaczęła działać. Nie za głęboko i nie za płytko. Lekkie pociągnięcie. Nie za głęboko i nie za płytko … Ruch za ruchem. Nawet kątem oka nie rzucała spojrzeniem na Grahama. W pełni się poświęciła temu, aby zszyć go tak, żeby chociaż trochę mu ulżyć w cierpieniu.
Kiedy właśnie ucinała nić, do jej uszu dobiegł żart Michaela. Nie spodziewała się pochwały z jego strony, ale może to już leki robiły swoje. Spojrzała przez chwilę w milczeniu na równy szew jej własnej roboty. - Wyjechałabym wtedy z Tobą do Ottawy i razem byśmy studiowali- nagle odezwała się pierwszy raz od dłuższej chwili. Zaczęła zdejmować rękawiczki i wrzuciła je do miski. - Oświadczyłbyś mi się na koniec piątego roku, a po krótkim czasie wzięlibyśmy szybki, cichy ślub pomiędzy dyżurami. Zwykły, urzędowy z sukienką kupioną w sieciówce i garniakiem, który już zdążył obskoczyć wesela naszych znajomych- kontynuowała trudnym do odgadnięcia głosem. Sama nie wiedziała, czemu to mówi. Dla rozluźnienia sytuacji? Chwyciła nową parę rękawiczek, którą założyła, a następnie zabrała z blatu gazik i bandaż. - Adoptowalibyśmy małą dziewczynkę porzuconą w szpitalu po porodzie- przyłożyła opatrunek w miejsce rany, a następnie wstała i zaczęła powoli go obwiązywać bandażem. Ani przez chwile nie podniosła na niego wzrok. - Nasza córka w wieku pięciu lat uznałaby, że koniecznie musimy mieć psa. I to odpowiednio dużego, abyś z nim biegał rano i wieczorem. Oczywiście byś się zgodził, bo owinęłaby Cię wokół palca- uśmiechnęła się lekko do samej siebie na sam koniec, gdy akurat też kończyła owijać ranę. Zgodnie z jego poleceniem wrzuciła wszystko do miski i podeszła do zlewu umyć ręce.
To była kolejna czynność wykonywana metodycznie, a gdy ją skończyła wyszła bez słowa z kuchni udając się wprost do salonu. Przez ostatnie tygodnie spotykali się głównie u niego, więc znała już nieco jego dom, a tym bardziej miejsce, gdzie mogła znaleźć alkohol. Zajrzała do szafki i zastanawiała się po co sięgnąć. Tequila? Nie. Wódka? Nie. Wino? Zdecydowanie zbyt słabe. Whisky? Brzmi idealnie. Wzięła butelkę, a w drodze do kanapy zgarnęła jeszcze szkło z szafki obok. Rozsiadła się wygodnie opierając stopy na stoliku naprzeciwko. Momentalnie wypełniła kieliszek bursztynową cieczą i upiła od razu większy łyk. Butelkę zostawiła na kanapie obok, a szkło wciąż trzymała w dłoni- nie było sensu odkładać tego na stolik. Potrzebowała alkoholu. Potrzebowała zresetować umysł po tym , co przed chwilą przeżyła. Pewnie dla kogoś innego to mogło być nic takiego - ot zwykłe szycie rany. Lekarze robią to przecież tyle razy dziennie. W domu widywała jak nie raz rodzice ćwiczyli bardziej skomplikowane szwy przed operacjami. Jednak widok rozerwanej skóry mężczyzny, który nie był jej obojętny, wywarł jednak na niej więcej niż sądziła. Teraz na własnej skórze się przekonała, dlaczego nie powinno się leczyć własnej rodziny i przyjaciół. Do tego dochodziła jeszcze kwestia, jak do tego doszło? Miała tak wiele pytań w swojej głowie - do niego, ale i do samej siebie. Nie była jednak gotowa na ich zadanie i poznanie odpowiedzi. Potrzebowała chwili. Potrzebowała się wyciszyć i zapomnieć o tym chociaż na chwilę. Dlatego popijała whisky na wpół leżąc na jego kanapie i wpatrując się w ścianę.


Michael Graham
Jakoś miło
Dogadamy się
36 y/o
ORIGAMI BOY
183 cm
ratuję życie nie tylko w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Słuchał tej opowieści, domniemanej rzeczywistości, jaka przeszła im tuż obok nosa. Czy czułby się w niej spełniony? Czy dla niej byłoby to wystarczające? W to szczerze wątpił, zdążywszy w ostatnim czasie na nowo poznać Lakefield i odkryć, jak bardzo ceniła sobie bycie wolnym duchem. Oczywiście, że potrafił wyczuć w niej czasem jakiś żal, tę samotność przebijającą się między wierszami, gdy sądziła, ze trzymana garda jest wystarczająca, by odsłonić o sobie tylko tyle, ile chciała. Jako terapeutka dobrze wiedziała, że cisza potrafi być wymowna, a dobór słów kluczowy. Może niekoniecznie wierzyła, że Graham też potrafił się w tych sygnałach poruszać, a może nie obawiała się, że po obnażeniu kawałka duszy może jej czegoś ubyć, bądź zostać wykorzystane przeciwko niej. Michael nie chciał do tego doprowadzić. Potrafił nagiąć odpowiednią strunę dla własnych potrzeb, wykorzystać fakt, czy wywrócić jego znaczenie, lecz w przypadku Lakefield tego nie widział. Za bardzo cenił sobie tę ich specyficzną relację, której nie chciał zamykać w sztywne ramy z obawy o utratę czegoś nieuchwytnego.
Nie żałowałbym ani dnia — mruknął w odpowiedzi, wątpiąc, że go usłyszała, bo strumień wody uderzył o brzeg kuchennego zlewu. Dziś też nie żałował, a przynajmniej tak utrzymywał, nie widząc dla siebie innego scenariusza. Rozmawiali o tym, gdy spotkali się po raz pierwszy po latach rozłąki, o popełnionych w życiu błędach, których odwrócenie mogłoby wiele zdziałać. Tyle że aby zmiana się powiodła, więcej niż jedna strona musiałaby chcieć i otwarcie dążyć do poprawy.
Znieczulenie miało działać jeszcze tylko przez moment, więc chwilę, w której Mara zniknęła z kuchni, wykorzystał na pozbieranie do worka wszystkich odpadów. Do śmieci wrzucił też rozciętą koszulkę, poplamione krwią spodnie oraz bieliznę, która również zdążyła przesiąknąć lepką cieczą. Nawet nie chciał fatygować się próbą ratowania ubrań. Nie przywiązywał wielkiej wagi do przedmiotów, rzadko kiedy trzymał się podobnych sentymentów, sięgając głównie po praktyczne rozwiązania. Teraz chciał pozbyć się z pola widzenia wszelkich dowodów dzisiejszej porażki.
Dopiero wtedy przeszedł do salonu i spostrzegł Lakefield ze wzrokiem wlepionym w pustkę. Wątpliwości, które w sobie miał od chwili, w której zaprosił ją do środka, wezbrały właśnie na sile. Potrzebowała chwili, to oczywiste, wszak nienawykła do podobnych akcji, nie spodziewała się, że kiedykolwiek ją to spotka, zwłaszcza w domu Grahama. Czy powinien był ją uprzedzić, opowiedzieć o wszystkim wcześniej, upewnić się, czy może zdecyduje się zerwać z nim kontakt, by uniknąć potencjalnego ryzyka? Tyle można było zrobić i powiedzieć, by zapobiec najczarniejszym scenariuszom, ale oto znaleźli się w jednym z nich bez możliwości powrotu.
Bez słowa ruszył po schodach na piętro, ciężko stawiając kolejne kroki na drewnianych stopniach, by bezwiednie przemyć się w łazience i pozbyć z siebie większości zaschniętych plam. Ból zaczynał dawać o sobie znać, gdy lidokaina traciła na działaniu. Mięśnie zwalniały w napięciu w poczuciu bezpieczeństwa własnych czterech ścian, wspierając świadomość, że już nie musiał się z niczym więcej mierzyć. Z niczym, będącym zagrożeniem życia, bo rozmowa z Marą była opatrzona zupełnie inną etykietą. Próbował oczyścić myśli, może nawet ułożyć jakiekolwiek logiczne zdania, którymi mógłby wyjaśnić Lakefield, co właściwie się wydarzyło, lecz żadne z nich brzmiały odpowiednio — nie w głowie, więc na głos także nie powinny. Szorował dłonie szarym mydłem i lodowatą wodą, aż skóra poczerwieniała tak bardzo, że nie był w stanie rozróżnić, które miejsca nadal wymagają czyszczenia. Ostre włosie szczoteczki tarło palce tak długo z pełną zawziętością, że przedarły się przez naskórek i dłoń na nowo pokryła się bordowymi kroplami.
Kurwa — zaklął i pięść w natychmiastowym odruchu poszybowała do zawieszonego na ścianie wielkiego lustra. Rozległ się głuchy trzask i tafla pokryła się siecią drobnych pęknięć, jednak żaden z odłamków nie rozsypał się wokół. — Tandeta — mruknął do siebie, komentując słabą jakość zwierciadła, najwyraźniej niebędącego prawdziwym szkłem. Rozczarowanie przedmiotem na krótko odwróciło jego uwagę od pulsującego w ciele bólu, pozwalając odetchnąć nieco głębiej, gdy wreszcie ubrał się powoli w czyste spodnie i luźną koszulkę. Dopiero wtedy zszedł na dół, zastając Lakefield w tej samej pozycji, co kwadrans wcześniej. Po drodze do kanapy zgarnął drugą szklankę i zająwszy miejsce na kanapie, skorzystał z otwartej butelki. Pociągnął mocniejszy łyk i przybrał podobną do Mary pozycję, wyciągając nogi na stoliku. W jednym momencie kłębiące się w głowie myśli, ten cały natłok, który nie pozwalał mu się skupić chwilę wcześniej, odszedł w zapomnienie, zostawiając go z absolutną pustką. Cisza była tak przejmująca, że był w stanie usłyszeć bicie własnego serca, odbijające się gdzieś pod czaszką, wybijające rytm uciekającego czasu.
Nie powinienem cię w to wciągać. Przepraszam. — To nie były łatwe do wyrzucenia z siebie słowa, nie dla faceta, który rzadko pozwala sobie na podobną wylewność, o wyrzutach sumienia nie wspominając. Zwrócił głowę w kierunku rudowłosej kobiety, chcąc cokolwiek odczytać z jej twarzy, jednak w tym momencie pozostawała nieodgadniona, pozostając gdzieś daleko poza zasięgiem.
Trzeba było kupić ten pieprzony telefon i trzymać go przy dupie, tak jak to robią teraz wszyscy we współczesnym świecie.

Mara Lakefield
space cadet
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Istniało dość duże prawdopodobieństwo, że czułaby się spełniona w takim scenariuszu. Bo czy to nie do tego dążyła ze swoim byłym mężem? Gdyby z Michaelem wzięli ślub z miłości i wszystkie kolejne kroki realizowali w zgodzie ze sobą, to byłaby spełniona. Nie można powiedzieć o niej, że była teraz nieszczęśliwa, potrafiła znaleźć swoje szczęście. Ale też człowiek dostosowywał się do sytuacji, w której był do tego zmuszony, aby przetrwać. Miała dwa rozwiązania - załamać się i nie wychodzić z łóżka doprowadzając siebie na skraj albo wziąć się w garść i starać się jako tako egzystować.
Miała wrażenie, że usłyszała jego głos, a kątem oka dostrzegła ruch warg, więc spojrzała na niego przelotem, ale nie dopytywała. Nie ciągnęła tematu. Zajęła się swoim zadaniem starając się wykonać wszystko z należytą starannością, by nie narobić więcej szkody aniżeli pożytku. Nie chciała, by przez nią cierpiał jeszcze bardziej, bo spierdoliła robotę, którą sama się uparła, że zrobi uważając, że szycie wiosennych sukienek i skóry to jest to samo. Nie było to samo. Oczywiście musiał mieć cholerną rację.
Niestety nie starczyło jej zimnej krwi, by zostać w kuchni dłużej i pomóc mu posprzątać. Wraz z wydaniem ostatniego polecenia umycia rąk, jej umysł uznał, że jej obecność tam jest już zbędna. Nie wyszła z żadną inicjatywą, nie przejęła od niego niczego wszystko pozostałe zostawiając na jego barkach. Jak automat skierowała się do barku, znając już doskonale drogę. Przez swoją ciekawość zdążyła już poznać nieco jego dom, a przynajmniej jego najważniejsze miejsca - sypialnia i tam, gdzie trzyma alkohol. Czy czegoś trzeba więcej?
Siedziała na kanapie tępo patrząc w przestrzeń przed siebie. Żadne odgłosy do niej nie dochodziły - ani krzątaniny w kuchni ani tłuczonej imitacji szkła. Miała wrażenie, że w jej głowie szaleją myśli, a jednocześnie czuła pustkę. Nie była pewna co powinna myśleć, czuć i wiedzieć o samej sobie. To uczucie zaczynało ją przytłaczać. Dopiero słowa Grahama przywołały ją do rzeczywistości aż lekko drgnęła tak jakby wybudził ją z jakiegoś letargu. Spojrzała na niego w pierwszym ułamku sekundy nieco przestraszona, ale zaraz jej spięte ramiona opadły, a na twarzy pojawił się względny spokój. Westchnęła głośno i oparła policzek o kanapę.
- Bez przesady, nie wciągnąłeś mnie w nic. Do niczego nie nakłaniałeś, mogłam odejść w każdym momencie. To moja decyzja, że zostałam, więc nie masz za co przepraszać- powiedziała bez zastanowienia, bo nie oczekiwała od niego żadnych przeprosin. Dobrze jednak było go teraz zobaczyć całego - bez krwi i rozerwanej krwi. To był przyjemnie uspokajający widok. - Po prostu…- zaczęła, ale zaraz urwała przymykając oczy i zastanawiając się nad doborem odpowiednich słów. Jak Michael sobie doskonale zdawał z tego sprawę - w jej zawodzie to było niezwykle ważne. Wzięła w końcu głęboki wdech i ponownie spojrzała na niego.- Po prostu to takie dziwne uczucie szyć kogoś na kim Ci w pewien sposób zależy- nie wiedziała jak odpowiednio określić ich nieco skomplikowaną relację. Nie chciała jej spłycać, ale też nie nadawać jej zbyt dużego znaczenia, bo chyba żadne z nich nie wiedziało po czym stąpa, dlatego zaraz dodała z lekkim uśmiechem. - Nawet jeśli tym kimś jest Twój były, który złamał Ci serce ucieczką z Toronto- uniosła znacząco brew, ale po chwili znowu odwróciła głowę spoglądając przed siebie. - I ta świadomość jakby moje życie mogło wyglądać…- urwała ponownie nie wiedząc nawet co więcej powiedzieć w tym temacie. To też wprowadziło ją w pewien niepokój, więc przejęła od niego butelkę upijając z niej spory łyk. Dopiero wtedy ponownie na niego spojrzała jeszcze raz opierając policzek o kanapę. - Co się stało? W co się wplątałeś? I proszę pełną wersję- spytała łagodnie, przynajmniej narazie. Potem ewentualnie wyciągnie cięższe działa.


Michael Graham
Jakoś miło
Dogadamy się
36 y/o
ORIGAMI BOY
183 cm
ratuję życie nie tylko w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Obserwował jej skupienie podczas pracy, to ledwie drżenie dłoni, którego żadne z nich nie chciało nazywać w obawie przed jakimś wybuchem, czy załamaniem. Widział aż nazbyt wyraźnie, ile ją to kosztuje, lecz nie odzywał się, pozwalając jej działać we własnym rytmie. Początkowo jej pilnował przede wszystkim jej — czy jasna twarz nie blednie zbyt gwałtownie, nie wpada w kredową szarość albo fioletowy odcień — bardziej nawet niż tego, czy równo prowadzi igłę. Mógł żyć ze szpetną blizną, nie zależało mu przecież na tym, by uchodzić za najbardziej ponętną partią w mieście. Znacznie ważniejszy był dla niego dobrostan Lakefield. Nie skomentował więc ani jednego potknięcia, choć każdego rezydenta na oddziale już dawno zjechałby dla zasady —z przekory, dla podburzenia, a też trochę po to, by wyrabiać w ludziach odporność na warunki, które rzadko bywają łagodne. Lekarz, który nie potrafi nabrać dystansu do cudzych opinii, prędzej czy później łamie się pod ich ciężarem. Od Mary tego nie wymagał, będąc jej raczej wdzięcznym, że w ogóle podjęła się pomocy. Mogła z miejsca zasypać go pytaniami, drążyć, spanikować, albo wzywać policję, a zamiast tego podeszła do niego w jedyny słuszny sposób.
Życzyłby sobie na ten wieczór zupełnie innego scenariusza — mniej bólu, mniej krwi i zdecydowanie mniej komplikacji. Skoro jednak rzeczywistość uparła się pójść w przeciwną stronę, dobrze było mieć w zasięgu ręki kogoś, czyja obecność nie była kolejnym problemem, lecz jednym z niewielu jaśniejszych punktów tego wieczoru. Miał natomiast ochotę wywrócić oczami na to wszystkie zapewnienia, bo wiedział aż za dobrze, że Mara ze swoim syndromem zbawcy i nieuleczalną potrzebą ratowania ludziom, nie wyszłaby stąd nawet wtedy, gdyby znała pełen koszt tej decyzji. Milczał więc, pozwalając jej zebrać myśli i ułożyć je w formę zrozumiałą przede wszystkim dla niej samej. To ona przecież powtarzała mu, że wypowiedziane na głos problemy tracą część swojego ciężaru, pozwalają nabrać dystansu, spojrzeć z innej strony, uchwycić coś, co wcześniej umykało. Lakefield nie zaskoczyła go więc nawet teraz, kiedy i w takim momencie potrafiła sięgnąć po żart, który od dawna pobrzmiewał między nimi znajomo i uporczywie.
Jak na kogoś, kto nawołuje do wybaczenia, odpuszczania i chodzenia własnymi ścieżkami, zaskakująco często wypominasz mi, że cię zostawiłem. — Uniósł obie brwi, choć zamierzał tylko jedną, bo mięśnie twarzy najwyraźniej postanowiły współpracować dziś wybiórczo. Dotąd traktował to jak żart, wygodny pretekst do drobnych uszczypliwości i niegroźnego drażnienia się, ale teraz, kiedy patrzył na twarz okoloną rudymi puklami, nie potrafił już całkiem zlekceważyć myśli, że to złamane serce nigdy nie było wyłącznie dowcipem. Czy możliwe, że maska opleciona sarkazmem skrywała w sobie znacznie więcej prawdy, niż chciała pokazać, a dystans, który między nimi utrzymywała, nie był chłodem, lecz zwyczajną ochroną przed kolejnym zranieniem? W jasnych oczach Grahama mignęło coś na kształt smutku. On sam również nie wracał do tego chętnie, zakładając, że skoro każde z nich poszło dalej własną drogą i poukładało sobie życie po swojemu, nie było sensu rozgrzebywać dawnych pęknięć.
Gdybym cię nie zostawił, nasze życie wyglądałoby inaczej, niż tak — zaczął, bo to zatrzymało go jako pierwsze. Pytania o to, w co się wplątał, były zrozumiałe i wiedział, że oto nadszedł czas, by odsłonić nieco więcej kart. — Nie miałbym wtedy kumpli z wojska, którzy wciągaliby mnie po starej znajomości w swoje problemy, a i ja nie miałbym na tyle wolnego czasu, by szukać rozproszenia, czy jakiejkolwiek odskoczni. — Bo czy nie dlatego zgodził się pomóc dawnemu znajomemu? Ratowanie innych było dlań istotne, to fakt, lecz gdyby jego serce nie zostało złamane w pierwszej kolejności, nigdy nie dotarłby do kanadyjskich sił wojskowych. — Bawiłbym naszą córkę i biegał z psem, zamiast rzucać się do pomocy gościom wyjętym spod prawa. Kochałbym się z tobą całymi dniami i nocami, nie myśląc, że gdzieś w drugiej części miasta dochodzi właśnie do nielegalnych transakcji, że ktoś dostaje kulkę, a inny kosę między żebra. Ani tym bardziej, że tym kimś mógłbym być ja. — Wyciągnął rękę i dosięgnął bladego policzka ciepłą dłonią. — Najwyraźniej potrzebowałem paru lat, żeby dojść do rzeczy oczywistych. Powiedzmy, że jestem powolny w wyciąganiu wniosków i czasem potrzebuję… bardziej przekonujących argumentów.

Mara Lakefield
space cadet
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może nie tyle co się tego spodziewała, ale nie byłaby zdziwiona, gdyby Michael w trakcie szycia postanowiłby jej zwrócić uwagę na krzywy szew w bardziej lub mniej łagodny sposób. Ludzie w końcu różnie reagowali w takich sytuacjach, nie znała go jeszcze z tej perspektywy, więc spodziewała się wszystkiego. W dodatku szył go pierwszej klasy amator po kursie krawieckim, a nie chociażby student medycyny. Nie zdawała sobie sprawy jakie mogłyby być konsekwencje złego szycia. Szpetna rana? Permanentny , ale lekki ból w tym miejscu? Cokolwiek to miałoby być, Mara chciała mu tego oszczędzić, dlatego wykonywała jego polecenia z najwyższą starannością.
Nie sądziła jednak, że chęć pomocy będzie ją tyle kosztować mentalnie. Czy gdyby znała konsekwencje swoich działań, postąpiłaby jeszcze raz tak samo? Dla Michaela zdecydowanie tak. Nie był nikim obcym ani tym bardziej nie był jej obojętny. Nie była w stanie określić w żaden sposób łączącej ich relacji, która momentami bywała po prostu prosta, przyjemna i nieograniczona żadnymi z góry narzuconymi ramami. Jednak w końcu nadszedł dzień taki jak dziś, kiedy czuła się nieco zagubiona w gąszczu myśli, które uparcie podsuwał jej umysł. Liczyła na to, że alkohol albo wszystko wyklaruje albo chociażby wyrzuci je z jej głowy. Niestety nic z tych rzeczy. Chociaż zamiast tego zszedł do niej Graham, który na pierwszy rzut oka wyglądał jakby nic się nie stało - czyste ubrania, brak krwi. Zdradzała go jedynie zmęczona twarz i zdarte do krwi knykcie.
- Może dlatego, że jako pierwszy złamałeś mi serce, więc od tamtej pory było ono już bardziej kruche?- powiedziała dosyć poważnym tonem jak na rozmowę na temat ich wewnętrznego żartu. Spojrzała mu w oczy również ze smutkiem, ale zaraz opuściła wzrok i delikatnie pogładziła zdartą skórę na dłoni.- W dodatku jesteś jedynym ex, z którym mam kontakt. Innym nie mam możliwości tego wypominania- zabrała dłoń i użyła wszystkich resztek sił, aby wykrzesać z siebie lekki uśmiech.
Słuchała jego historii, która brzmiała jak najpiękniejszy sen. Jej serce przyspieszało z każdym kolejnym słowem, a ona nie potrafiła od niego oderwać spojrzenia. Wpatrzona w jego niebieskie tęczówki, w których wiele lat temu zakochała się bez pamięci. Jej własne spojrzenie było wymieszane radością z tego jak mogło wyglądać jej ich życie wymieszane bólem, że to było tylko i wyłącznie wyobrażenie. Kiedy wspomniał o tym jak został zraniony, przymknęła oczy próbując wymazać z głowy i serca strach jak blisko śmierci się dzisiaj znalazł. Czując jego kojąco ciepłą dłoń na swoim policzku, poczuła ciepło rozchodzące się po jej ciele. Gdy skończył mówić przez chwilę milczała rozkoszując się najpiękniejszymi aspektami historii, a przede wszystkim jego bliskością. W końcu jednak się odezwała otwierając oczy. - Wtedy też skorzystalibyśmy w inny sposób z wolnego wieczoru, podczas którego nasza córka nocowałaby u dziadków- uśmiechnęła się delikatnie nieznacznie się do niego przybliżając. - Zamiast Cię zszywać, mogłabym Ci zrobić masaż, abyś mógł się odprężyć po pracy. Potem moglibyśmy wziąć wspólną relaksującą kąpiel popijając przy tym wino i planując wspólne wakacje. Może tym razem wynajęlibyśmy kamper i zatrzymywali się w różnych miejscach?- zawsze o tym marzyła, ale nie była pewna czy on również. - Korzystając z wolnego domu moglibyśmy ochrzcić na nowo każde pomieszczenie kochając się namiętnie w każdym z nich- przeniosła wzrok z oczu na jego usta, w kierunku których nachyliła się, by go pocałować. Czule, leniwie, wręcz niespiesznie jakby faktycznie mieli przed sobą całe wspólne życie. Po pocałunku odsunęła się już na niewielką odległość, na tyle minimalną by jeszcze wciąż móc mu patrzeć w oczy.- Szkoda, że wyciąganie wniosków idzie Ci nie tyle co wolno, ale że potrzebujesz do nich tak bardzo brutalnych argumentów - westchnęła cicho ponownie przymykając oczy i kładąc dłoń na jego udzie, po którym zaczęła go delikatnie gładzić. Czy potrzebowała wiedzieć więcej na temat tego, w co się wpakował? Więcej szczegółów? W tym momencie na pewno nie. Potrzebowała po prostu czuć, że teraz jest już bezpieczny.


Michael Graham
Jakoś miło
Dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „#23”