-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Bywają takie dni, w trakcie których nawet najsilniejsze osoby potrafią złamać się na pół. Ivy na co dzień była uśmiechniętą, optymistyczną dziewczyną. Choć życie z Dante nauczyło już ją, czym jest gorycz życia, zawsze patrzyła do przodu. W końcu nie uważała go za złego człowieka, jedynie takiego z problemami od których trzeba było go izolować. Momentami stanowiła jego głos rozsądku, albo głos jego sumienia. Nie wiedziałaby, co byłoby bardziej trafnym określeniem. Bywała matką, opiekunką i kochanką dla własnego faceta. On był powodem, dla którego trafiła do Toronto, ale też tym samym przez którego ukrywała się przed całym rodzeństwem.
Byłaby w stanie ciągnąć to w nieskończoność, gdyby nie seria niefortunnych wydarzeń, która wydarzyła się w trakcie jednego dnia. Nagłe zatrzymanie akcji serca przez dziecko i niestety, nie udało się wznowić jego działania. Był to jeden z ulubionych pacjentów Ivy, czasami przemycała dla niego słodycze, by chociaż przez krótki czas zobaczyć na jego twarzy uśmiech. Odszedł, a jak dotąd żadna śmierć nie zostawiła na jej sercu takiej blizny. Później było już tylko gorzej. Dante złapany przez ochronę po kradzieży leków z apteki szpitalnej. Tego nie potrafiła zrozumieć. Zwyczajnie nie mogła. Rozpacz mieszała się ze złością i frustracją. Była przyzwyczajona do jego wybryków, część znosiła jako normę, łącznie z ich kłótniami, kiedy talerze lądowały na podłodze. Tym razem granica została przekroczona. Cierpliwość Ivy miała własne granicę, a przy sobie potrzebowała kogoś bliskiego.
Wycieńczona po ciężkim dyżurze, zdewastowana po kłótni z Levassuer'em, która działa się w domu, trafiła pod drzwi mieszkania siostry. Wyglądała jak trup. Włosy potargane, skóra blada jak ściana i podkrążone, czerwone od płaczu oczy. Nic w tym dziwnego, skoro jedynym posiłkiem były trzy gryzy sałatki z rukolą, burakami oraz fetą. Miała wszystkiego dosyć. Jednak nie sądziła, że do mieszkania siostry będzie miała tak blisko. Cudem nie spotkały się wcześniej. Dziesięć minut stała, myśląc nad tym, czy powinna powiedzieć jej o wszystkim. Chyba przyszedł czas na szczerość. Uniosła dłoń i wcisnęła dzwonek do drzwi. Oddech jeszcze delikatnie jej drżał po wyjściu z mieszkania, łzy jeszcze spływały, nie takiego widoku spodziewać się mogła June. Dla blondynki wystarczył jedynie krótki dźwięk otwieranych drzwi, by rzucić się wprost do June i przytulić ją mocno.
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z Ivy nie było inaczej, starała się być na bieżąco, a przynajmniej wydawało jej się, że doskonale wiedziała co u niej. Nie miała przecież pojęcia o tych wszystkich emocjonalnych rollercoasterach, które co chwila fundował jej Dante, ani tym bardziej o tym, że siostra przebywała przez cały ten czas w tym samym mieście! Nic jednak dziwnego, Toronto było na tyle duże, że młodsza Harrison mogła bez problemu unikać nie tylko June, ale i reszty rodziny i spotykać się tylko od święta.
Te kilka wiadomości, które wymieniły tego dnia, mocno zaniepokoiły policjantkę. Ivy gotowa na powrót do domu rodzinnego? Jakoś to do niej nie pasowało. W dodatku zbyła starszą siostrę, gdy ta próbowała dowiedzieć się czegoś więcej.
Fakt że nie była to rozmowa na telefon zmartwił ją jeszcze bardziej. Po skończonej służbie, natychmiast ruszyła do mieszkania, by na szybko przyrządzić coś do jedzenia i wyczekiwać przybycia siostry. Uprzedziła też Audrey o tym, że prawdopodobnie będą miały dodatkową lokatorkę na co najmniej kilka dni.
Była w zbyt wielkim szoku, gdy tylko ją zobaczyła, żeby wydusić z siebie choćby słowo. Obraz nędzy i rozpaczy! Wyglądała tak, jakby przez ostatnie doby nie zmrużyła oka, nie jadła i tylko płakała. June nie wiedziała jeszcze co się dzieje, ale teraz już miała pewność, że stało się coś poważnego, coś naprawdę złego. Pękało jej serce. Natychmiast objęła blondynkę mocno i przez chwilę po prostu trzymała ją w ramionach powtarzając cicho — Już dobrze...już dobrze.
Nie odsunęła się, póki młodsza nie zrobiła tego jako pierwsza. Zaraz zdjęła plecak z jej ramion i poprowadziła w stronę kanapy, od razu siadając przy niej.
— Ivy, co się dzieje? — zaczęła spokojnie, za chwilę dodając — Odezwij się, błagam, bo zaraz tu na zawał zejdę.
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Potrzebowała bezpiecznych ramion, w których mogłaby się schować. Nie unikała kontaktu z siostrą ani przez moment. Mocno ją chwyciła i nie chciała puszczać. Tak jak wtedy gdy w dzieciństwie spadła z rowerka, a June była pierwszą osobą, która ocierała jej łzy. Jednak nie potrafiła zatrzymać własnej rozpaczy, łzy spływały ją jedna za drugą. Drżała, pozwalając sobie na pierwszy moment słabości. Przecież nawet we własnym związku musiała być tą odpowiedzialną.
W tym momencie nie było dobrze. Czuła to pod skórą, myśląc o tym, co mówią na jej temat w szpitalu. Ale faceta ma tego Ivy, z jaką patologią, ona żyła. Co gorsze bolały ją te słowa, a jednocześnie nie byłaby w stanie zniknąć z jego życia. Choć pierwszy raz tak desperacko się zachowała, spakowała się i wyszła, nie zastanawiają się, co się z nim stanie.
— A co się nie dzieje — wydukała z siebie, pociągając kilka razy nosem — jest... stabilnie, Junnie — oddychała, serce biło, nawet jeśli zostało złamane na pół. Mogła się trząść, ale była cała. Będzie żyła. Tylko co to za życie, skoro najbliższa osoba Cię rani? Schowała twarz w dłoniach i jeszcze mocniej zalała się łzami. W jaki sposób miała wytłumaczyć wszystko siostrze? Ich relacja od zawsze była skomplikowana. Z jakiegoś powodu żaden Harrison nie wiedział o jej obecności w Toronto, nawet jeśli każdego darzyła sympatią i próbowała z nimi trzymać kontakt.
— Nie wiem, od czego powinnam zacząć.. — wymruczała, pociągając noskiem — wiesz, ja się zakochałam? — dopytała, próbując wziąć głęboki oddech. Cokolwiek by teraz powiedziała, zabrzmi to źle. Właśnie odkryje najważniejszą kartę przed własną siostrą, a choć widziała, w jakim stanie była, to obawiała się tej chwili — i mam chłopaka, z którym mieszkam w Toronto od lipca — wydusiła to z siebie. Niemalże czuła, jakby ktoś właśnie ściągnął z niej największy ciężar. Finalnie ukrywanie się przed rodziną uciekło w zapomnienie.
— Tylko proszę nie krzycz na mnie — uniosła swoje błękitne tęczówki na siostrę, przełykając gorzko ślinę. To był dla niej cios. Bała się powiedzieć o związku, przez sam fakt jego oceniania. Wiedziała, jakby ludzie potraktowali Dante, a ona... ona go kochała.
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zasługiwała na to. Na to, by w końcu pozwolić sobie na te chwile słabości, pożalić się komuś i znaleźć zrozumienie. Zasługiwała na to, by chociaż raz nie musieć być tą odpowiedzialną i silną. Przy June mogła być znów tą samą, małą dziewczynką, płaczącą i znajdującą ukojenie w ramionach siostry, po tym jak zdarła sobie kolano.
Wraz z dorosłością pojawiły się jednak problemy poważniejsze od upadków na rowerze. June wiedziała, że cokolwiek trapiło młodszą Harrison, na pewno nie było byle błahostką. Płakała, drżąc w jej objęciach i przez dłuższą chwilę nie chciała być z nich wypuszczona.
— Stabilnie, hm? No nie powiedziałabym… — mruknęła zmartwiona, siedząc już obok niej na kanapie i natychmiast zaczęła pocieszająco głaskać ją po plecach, gdy młodsza schowała twarz w dłoniach, nie mogąc opanować łez i szlochu.
— Może od początku? Głęboki oddech, skarbie — zaproponowała łagodnie, nie spuszczając z niej wzroku. Słuchała przez chwilę uważnie, nie wchodząc jej w słowo. Zdziwiona, uniosła brwi, nie bardzo rozumiejąc dlaczego siostra utrzymywała wszystko w tajemnicy przed całą rodziną.
— A dlaczego miałabym krzyczeć, Ivy? Zwariowałaś? Jesteś dorosła. Możesz mieszkać z kim chcesz i gdzie chcesz — oznajmiła, wzruszając lekko ramionami. Oczywiście zszokowały ją rewelacje, które dotychczas wyjawiła młodsza i nieco ubodło ją to, że sama nie miała wcześniej o niczym pojęcia, jednak nie miała najmniejszego zamiaru jej tego wszystkiego wypominać i obrażać się, dokładając jej przy tym jeszcze więcej zmartwień.
— Możesz powiedzieć mi wszystko. Wiesz o tym, prawda? — spytała cicho i zaraz dodała — Więc co się stało, że chcesz wrócić do Kingston? Nie układa wam się? Zerwaliście? Może… może przemyśl ten cały powrót do rodziców. Mogłabyś zatrzymać się tutaj —wyszła z propozycją, choć nie miała u siebie wcale tak dużo miejsca, poza tym mieszkała z nią jeszcze Audrey.
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Mogło być gorzej — stwierdziła drżącym tonem, siląc się na uśmiech. Wyglądała żałośnie. Cała twarz spuchła jej od łez. Była czerwona, a świecące ścieżki spływających kropli były widoczne gołym okiem. Nawet ona sama by sobie nie uwierzyła w tym momencie. Mogło być gorzej. Tylko czy nie było? Mężczyzna, któremu ufała całym sercem, sprawił, że całe szczęście z pracy zniknęło. Została za-wie-szo-na. Obok czegoś takiego młody rezydent nie mógł przejść obojętnie.
— Dobrze — mruknęła, robiąc pierwszy głęboki wdech. Następnie kolejny głęboki wdech. I jeszcze jeden — mam chłopaka od jakiegoś czasu. Nie chciałam Wam mówić, bo jest chodzącą czerwoną flagą — jakkolwiek by to nie brzmiało, czuła, że to prawda. Nie powinna go etykietować, kiedy szczerze go kochała całym sercem. Byłaby w stanie się za niego dosłownie pociąć. Przynajmniej tak sądziła jeszcze jakiś czas temu, tylko że coś w ich sercach wydawało się zmienić. Kiedyś potrafili imprezować, a teraz mijali się w mieszkaniu, a kiedy się już widzieli, jedyne do czego mogło dojść to kłótnia.
— No, bo nikomu z Was nie powiedziałam, że tu jestem — powiedziała cicho, spuszczając głowę. To ją bolało najbardziej. Dante mógł pakować się w imprezy, robić głośne melanże, ale finalnie to blondynka nie zdecydowała się szukać oparcia w rodzinie. Bała się oceniających stwierdzeń. Levasseur przysparzał jej wielu problemów, sprawiał, że wychodziła z niej mroczna Ivy, o ile można było nazwać to w ogóle w ten sposób. Przeklinająca, rzucająca szkłem, wyżywająca się na meblach, a wbrew pozorom ona taka nie była. Prędzej przypominała małego kociaka po pierwszym przycinaniu pazurków.
— Przyszedł z moją śniadaniówką i usiedliśmy razem w kantorku na mojej przerwie — brzmiało całkiem niewinnie. Harrison zdawała sobie z tego sprawę. Wtedy pierwszy raz od dawna zaczęła uważać go za idealnego mężczyznę. Tylko ten moment trwał niewątpliwie zbyt krótko — ale zostałam wezwana do pacjenta. On umarł. Pacjent, nie Dante — kolejny głęboki oddech — kiedy wróciłam, próbowałam szukać w nim oparcia, ale... dostałam wiadomość o kradzieży leków w szpitalu — tu przerwała, bo nie była w stanie opowiedzieć historii do końca. Zalała się jeszcze większymi łzami, chowając twarz w dłoniach.
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zadawała już zbędnych pytań, nie naciskała. Cierpliwie czekała, dając młodszej czas na uspokojenie się i zebranie myśli. Nachyliła się w stronę stolika kawowego, by sięgnąć po kartonik z chusteczkami i zaraz podała go Ivy z pokrzepiającym uśmiechem na ustach, a równocześnie zmartwieniem w oczach.
Musiała ugryźć się w język, chcąc powstrzymać kolejne nasuwające się na myśl pytania. Co to za facet? Co czyni go „chodzącą czerwoną flagą”? Jak długo to „jakiś czas”? Dlaczego, do cholery, nic nikomu nie powiedziała?
— Nie szkodzi, do tego jeszcze dojdziemy — wtrąciła, by ją uspokoić, bo najwyraźniej miała znacznie większe problemy na głowie. Nie czas na to. Wojenka z rodziną to na pewno ostatnie czego w tamtym momencie potrzebowała. June miała świadomość tego, że strojenie przez nią fochów z powodu czegoś, czego i tak Ivy nie była w stanie już cofnąć i co nie miało właściwie znaczenia, byłoby kopaniem leżącego.
—Dostałaś wiadomość o kradzieży… — powtórzyła pod nosem cicho, mrużąc przy tym lekko oczy — Masz pewność, że to on? Został przyłapany? Ktoś znalazł przy nim te leki, czy po prostu sam się przyznał? — tym razem nie zdołała się powstrzymać i zaczęła automatycznie wyrzucać z siebie pytania, czego zaraz oczywiście pożałowała. Nie chciała przecież, by młodsza poczuła się tak, jakby trafiła na przesłuchanie.
Może zamknij jadaczkę i po prostu jej wysłuchaj?
Widząc jak siostra na nowo wybucha płaczem, przysunęła się bliżej i znów ją objęła, pozwalając by Ivy oparła głowę na jej ramieniu. Siedziała tak dobre kilka minut, tuląc ją mocno do siebie i powoli kołysząc, jakby znów miały kilka lat.
— Przepraszam… Wiem, że jest ci ciężko — szepnęła — Możemy porozmawiać o tym później. Chcesz najpierw coś zjeść, napić się herbaty?
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Z ulgą przyjęła, że June postanowiła nie roztrząsać spraw rodzinnych. Właściwie to jej samej. Wiedziała, że jej reakcja była idiotyczna. Z każdym by się z tym zgodziła. Mogła mieć wsparcie, miejsce, do którego mogłaby uciec, gdy coś się działo. Ostatecznie nikt nie zadawałby jej niewygodnych pytań, a ona nie musiałaby się w jakikolwiek sposób tłumaczyć. Mogłaby wejść bez słowa, paść na kanapie i zacząć płakać wielkimi łzami.
— Mam pewność, widziałam, jak ochroniarze go wyprowadzają — zaraz pociągnęła dość mocno noskiem. Już nawet gile z nosa zaczęły wychodzić jej od tego płaczu — sam przyznał mi się w domu i nie chciał pozwolić mi z niego wyjść — cały czas zalewała się łzami, bo kiedy ma się dziewczynę, rezydentkę, ostatnie co facet powinien robić, to kraść leki. Tego była niemalże bardziej niż pewna. Może dlatego tak bardzo ją to wtrząsnęło. Wszystkiego mogła się po nim spodziewać, ale nigdy nie robił czegoś, co miałoby dla niej realne konsekwencje, które mogłyby ją zranić. Zawsze istniała jakaś nieprzekraczalna granica, a on tak po prostu postanowił ją bez słowa przekroczyć. Wtedy kiedy ona nie dała rady uratować pacjenta, uciekł od niej, bo... zrobił głupotę.
— Możemy — wydukała z siebie, cały czas się trzęsąc — ale June... zostałam zawieszona jako rezydentka przez niego — i to chyba było w tym wszystkim najgorsze. Przez n i e g o, nie totalnie losową osobę, nie przez własny błąd. Zrobił to jej identyfikatorem, a jedyne co była w stanie robić Ivy, to trząść się, bojąc się kolejnych konsekwencji, które ją spotkają. Co następnego byłby w stanie wywinąć?
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Czekaj, czekaj… — mruknęła, marszcząc czoło, gdy tylko dotarł do niej cały sens wypowiedzi siostry. — Został przyłapany, wyprowadzili go ochroniarze, a potem widziałaś się z nim w domu? — powtórzyła, upewniając się czy na pewno dobrze zrozumiała i nie kryjąc przy tym zdziwienia w głosie. — Nie przymknęli go? — rzuciła jeszcze, poirytowana. Nie tylko tym, że facet prawdopodobnie nie poniósł za tę kradzież żadnych konsekwencji, ale także faktem, że nie chciał pozwolić jej wyjść z domu - cokolwiek to miało znaczyć. Pozostawało jej tylko mieć nadzieję, że nie wyrządził jej żadnej fizycznej krzywdy, ale zdecydowała się o to więcej nie pytać - przynajmniej na tamtą chwilę. Ivy była zdecydowanie zbyt roztrzęsiona.
— Jestem przekonana, że da się to wszystko jakoś wyjaśnić i cofnąć tę decyzję — stwierdziła pokrzepiająco, siląc się na lekki uśmiech, choć przecież nie mogła mieć takiej pewności. Najważniejsze jednak było to, by siostra opanowała nerwy i odpoczęła.
Resztą będą przejmować się później.
— Chodź, zjemy coś — powiedziała, podnosząc się z kanapy i zaraz wyciągnęła rękę do dziewczyny, by poprowadzić ją do kuchni. Domyślała się, że w całym tym szaleństwie siostra mogła zapomnieć o podstawowych potrzebach, jakimi było jedzenie, czy sen, dlatego sama zdecydowała się potraktować je priorytetowo.
Westchnęła cicho, zawiedziona, gdy tylko otworzyła lodówkę, bo dopiero wtedy przypomniała sobie, że nie zdążyła zrobić zakupów i nie znajdzie tam chyba nic co mogłoby nadać się na obiad. Szybko zamówiła więc pizzę, a w międzyczasie zaparzyła herbatę, co chwila zerkając w kierunku blondynki, która zdążyła zająć miejsce przy stole.
— Może chcesz coś mocniejszego? — spytała nagle, stawiając przed siostrą kubek z gorącym napojem. Zwykle nie pochwalała rozwiązywania jakichkolwiek problemów alkoholem, ale jeśli drink czy dwa pomogłyby się jej uspokoić, to niech będzie. June była gotowa spróbować wszystkiego — Na żarcie musimy chwilę poczekać. — dodała zaraz i spoczęła na krześle obok.
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To był najgorszy moment życia Ivy.
Nie potrafiła zrozumieć, co dokładnie siedziało w jej głowie. Myślała wyłącznie o Dante oraz tym, co wtedy zrobił. Nie mogła przejść obojętnie, udać, że tak właściwie nic się nie stało. Nie wchodziło to w jakąkolwiek rachubę. Sprawił, że jej kariera mogłaby wisieć dosłownie na włosku, nie przejął się, a jakiekolwiek tłumaczenia przykrył tekstem, że nie powinna wychodzić.
— Nie wiem, June — powiedziała jeszcze drżącym głosem. Te pytania były dla niej czymś nie do przeskoczenia. Przecież doskonale wiedziała, z czym to się jadło. Przynajmniej z pozoru. Powinni go zamknąć na dłużej, by mogła bezpiecznie uciec z domu, a zamiast tego starła się z nim — widziałam się, nie chciał pozwolić mi wyjść, ale puścił — schowała twarz we własnych drżących dłoniach. Nie mogła zostawić tej sprawy bez jakiegokolwiek echa. Dużo łatwiej było się schować, zignorować wszystko, udawać, że nic tak naprawdę się nie stało — i przyszłam do Ciebie — uniosła dłonie, by raz jeszcze mocno schować się w ramionach siostry. Potrzebowała czyjejś obecności — widocznie go wypuścili — cała się trzęsła. Nie chodziło oto, że się z nim widziała. Chodziło o złamanie jakichkolwiek reguł, byle dostać to, co chciał.
Bo mu się nudziło.
— To tylko tydzień, ale będzie w moich aktach... — wymruczała, wzdychając ciężko. Gdyby nie znaleźli się w kantorku na romantycznej randce, nic nie miałoby miejsca. Raz jeszcze wciągnęła mocno powietrze do płuc, próbując wszystko uporządkować. Tyle że nie była w stanie. Skierowanie nóg w stronę kuchni lekko ją rozbiło.
No tak, nic dzisiaj nie zjadła.
— Pustka — to tak jak w głowie Ivy. Lodówka June była jak Ivy. Powoli głosy z jej głowy znikały, a herbata w ogóle nie poprawiła jej humoru. Nie potrzebowała jej.
— Coś mocniejszego, nie potrzebuję melisy — ani białej, zielonej, czy czarnej herbaty — musi mnie odciąć — czegoś, co pozwoliłoby jej położyć głowę i odpłynąć, jakby nic się nie zadziało — dam radę — mruknęła, unosząc obie dłonie ku górze — powiedz mi... o czymś dobrym June — poprosiła siostrę cichym głosem — żebym przestała o nim myśleć. — a najlepiej, by usnęła, budząc się następnego dnia.