Obserwował ją uważnie, ale nie w ten nachalny sposób, do którego zapewne przywykła. Nie sunął po niej spojrzeniem, jak wygłodniały kundel, który zamierzał rzucić się na soczysty kawałek mięsa. Patrzył bardziej jak ktoś, kto oceniał sytuacje. Cierpliwie. Z dystansem. Z wyrachowaniem. Wychwytywał szczegóły; sposób, w jaki jej palce drżały, gdy wyrywając mu papierosa, sama po niego sięgnęła. Wychwycił moment zawahania się między jednym zdaniem a drugim, o raz to, jak wysoko unosiła podbródek, kiedy chciała odzyskać przewagę. Pozwolił jej zabrać tego papierosa. Nie zamierzał jej go wyrywać, ani nawet odbierać. Miał ich wystarczająco dużo. Poczuł się nieco rozbawiony tą butną postawą, ale nie próbował jej skomentować. Stał dokładnie tam, gdzie wcześniej, trochę jak posąg. Sprawiał wrażenie osoby, której chłód Toronto zdawał się nie dotyczyć. Światła zza tylnego wyjścia teatru przecinały bok jego twarzy ostrą smugą złota i cienia, podkreślając zmęczenie ukryte gdzieś przy oczach. Nie był stary, ale miał w sobie ten rodzaj zużycia, którego nie liczy się latami, bardziej przeżyciami. Pozwolił jej mówić bez wcinania się w zdanie, jakby sprawdzał, jak długo zamierzała to robić, by przejąć kontrolę nad rozmową. Naprawdę chciała to wszystko wiedzieć, czy faktycznie próbowała go przegadać? Dopiero co zamierzała go zignorować i odejść w swoją stronę. Zatrzymał ją jednak swoimi słowami. Nie wątpił w działanie tego sposobu, ludzie na ogół chcieli dowiedzieć się na swój temat czegoś więcej, a Lorenzo dał Elenie idealną pożywkę do zadawania pytań.
Ojciec nauczył go jednej rzeczy; najniebezpieczniejsi ludzie rzadko wyglądają groźnie. Elena na groźną nie wyglądała. Wyglądała za to jak ktoś, kto doskonale wiedział, jaki efekt wywołuje. Kobieta przyzwyczajona do kontroli. Do skupiania na sobie uwagi. Do manipulowania napięciem w rozmowie tak samo naturalnie, jak inni oddychali. Celebrytki, żony polityków, córki mafiosów, primabaleriny. Ze swoją postawą mogła zostać każdą z nich. Ale nie stał tutaj, ponieważ chciał zaciągnąć do łóżka primabalerinę. Nie był nią zainteresowany w ten sposób — stał tutaj, bo nazwisko Santorini od pewnego czasu przewijało się w rozmowach ludzi, którzy nie mieli prawa wiedzieć, kim ona w ogóle była. Skoro wzbudziła zainteresowanie ojca, wzbudziła je wśród innych idiotów. Ojciec był przekonany, że Elena Santorini stanowi problem. Potencjalne zagrożenie. Łącznik. Może przynętę. Może kogoś podstawionego przez konkurencję. Lorenzo uważał tę teorię za przesadzoną, paranoiczną nawet, ale starego capo nie interesowały opinie. Interesowało go potwierdzenie albo zaprzeczenie.
— Dużo pytań, jak na kobietę, która jeszcze chwilę temu starała się mnie ignorować — zauważył, wyciągając kolejnego papierosa. Mogli tak stać i rozmawiać, mogli zacząć działać. Mogli robić
wszystko, na co mieli ochotę, bo byli sobie zupełnie obcymi ludźmi, a wieczór, choć chłodny, nie był deszczowy. Pogoda sprzyjała nocnemu życiu Toronto. Nikt nie lubił narzucania warunków. Enzo kłócił się z myślami, czy powinien jej wspomnieć, że interesuje się nią włoska mafia. Wiedział, że była pod opieką Giovanniego, który zdążył zasłynąć w półświatku z wiadomych powodów. Elena była pod jego ochroną. Ale w momencie, w którym paranoja przysłaniała oczy, nawet najrozsądniejszy człowiek tracił swoje wartości. Ojciec był ostrożny. Miał swoich ludzi, sytuacja w Mediolanie nie wyglądała zbyt dobrze. Lorenzo wiedział, że zwykłe człowiek nie potrafił oszukać diabła, ale tłumaczenie by tu nie pomogło.
— Byłaś kiedyś na wyścigach motocyklowych? — nie tych legalnych. Na torze zbudowanym przez nieprofesjonalne osoby, które po prostu chciały się zabawić i poczuć, czym jest prawdziwa adrenalina. Każdy potrzebował oderwania od rzeczywistości, a tor był idealnym miejscem dla hazardzistów, ludzi, którzy chcieli coś poczuć i tych, którzy gardzili niebezpieczeństwem, bo odnajdywali w nim ukojenie. Wiedział, że powinien udzielić jej odpowiedzi na jedno z tych pytań. Wybrał najbezpieczniejszą opcję — prawdopodobnie dla niej.
— Powiedzmy, że ktoś zamieszany w śmierć twojej rodziny dowiedział się, gdzie mieszkasz i pod czyją jesteś opieką... — powiedzmy, to było nieodpowiednie słowo. Obrócił się w jej stronę. Właściwie to zmienił miejsce i stanął naprzeciw niej, ignorując coś takiego jak dystans, czy bezpieczną przestrzeń.
— I dopóki jestem w pobliżu, nie trzeba mieszać w tę sprawę Giovanniego Salvatore. Na pewno ma dużo na głowie i nie chciałabyś dokładać mu swoich problemów — czy powinien wspomnieć, że jeśli Elena w jakiś sposób go rozczaruje i gdy uzna ją za zagrożenie, Giovanni będzie musiał interweniować? Może powinien, ale nie zamierzał tego robić. Doszedł do wniosku, że skoro zamierzał ją nachodzić, powinien jej podać powód, nawet jeśli był tylko po części prawdziwy.
Elena