ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Five.


Lawrence, jesteś nam potrzebny na lotnisku. Dostaliśmy informacje, że na pokładzie samolotu lecącego do Nowego Jorku zatrzymano osobę z fałszywymi dokumentami. Policja jest już na miejscu, musisz sprawdzić, kim jest ten człowiek. Przyjedź jak najszybciej.

Westchnął głęboko po schowaniu telefonu z powrotem do kieszeni, zerkając z utęsknieniem w kierunku krzątającej się po odsłoniętej kuchni kucharki. Odłożył kartę restauracyjną, nim zdążył ją dokładnie przejrzeć. Chciał zamówić krewetki w tempurze. Te z obrazka wyglądały naprawdę dobrze. Zerkały na niego idealnie przypieczone i k u s i ł y, by je zamówić. Goście restauracyjni wchodzili i wychodzili, zbyt zajęci dyskusjami przez telefon, lub rozmowami z osobami, z którymi przyszli, by zwracać uwagę na inne rzeczy. Zaledwie pięć minut temu do budynku wszedł mężczyzna rozmawiający przez telefon. Strącił ruchem dłoni szklankę z pobliskiego stolika, której zawartość rozlała się po podłodze. Nawet tego nie zauważył. Zareagował, gdy klientka, której szklankę strącono, podniosła się z miejsca i zwróciła mu głośno uwagę. Mężczyzna z początku nie zrozumiał, o co chodzi. Przysłonił dłonią telefon i zerknął na nią pytająco. Zakończył rozmowę i dopiero wtedy poświęcił jej swoją uwagę. Enzo przestał przysłuchiwać się głośnej wymianie zdań. Zajął się przeglądaniem karty. Wahał się między krewetkami i kurczakiem w jakiejś kokosowej panierce. Lubił jadać w restauracjach — głównie przez klimat. Obecność ludzi nie sprawiała mu problemów. Angażowanie się w niewiele znaczące rozmowy nie należało do jego ulubionych zajęć. Nie nadawałby się do rozmów o pogodzie, czy ulubionej kawie — wolał konkrety. Wymyślanie na bieżąco tematów przychodziło mu z niemałą trudnością — być może dlatego unikał randek i spotkań zapoznawczych. Niektórzy mieli problem z prowadzeniem prostych rozmów, Enzo był idealnym tego przykładem.. Wolał ciszę od zbędnego bełkotu i to w niej odnajdywał się najlepiej. Bywało, że brano go za kogoś zgorzkniałego i nieszczęśliwego, choć tak naprawdę to nie był jego problem. Po bliższym poznaniu okazywało się, że Enzo potrafił rozmawiać bez obrażania się i wyrażał szczerze swoją opinię. Unikał linii ognia nie dlatego, że nie potrafił się kłócić i przerzucać argumentami. Robił to doskonale, dlatego czasem wolał coś przemilczeć, niż wejść w niepotrzebną dyskusję. Raczej starał się nie wchodzić nikomu w drogę i nie prosił się o problemy — po prostu wykonywał swoją pracę.
Telefon od jednego z kontrahentów wybił go z rytmu i sprawił, że Lorenzo od razu zmarkotniał. Rzadko miał uśmiechniętą minę, bo z reguły przybierał poważny wyraz twarzy, ale w tym momencie poczuł prawdziwe rozczarowanie.
— Serio, kurwa? Naprawdę teraz? — mruknął do siebie z niezadowoleniem. Wizja zjedzenia obiadu w restauracji rozmywała się z każdą chwilą coraz bardziej, gdy podnosząc się od stolika, zaczął iść w stronę wyjścia z budynku. Nieprzyjemne burczenie w brzuchu wzmagało irytację. Wychodząc za drzwi, dotknął dłonią do brzucha, masując go z niemałym grymasem wymalowanym na twarzy. Będzie musiał zajechać na stację benzynową po hot-doga, albo burgera z frytkami w zestawie. Zamierzał zjeść go w drodze na lotnisko, słuchając radia z muzyką alternatywną.
Jadąc w stronę lotniska, mijał stojące po obydwóch stronach drogi samochody. Wstrzymany ruch oznaczał wypadek na głównej trasie. Zaklął siarczyście, podpierając ze znudzeniem głowę wewnętrzną stroną dłoni. Przedramię ułożył wzdłuż podszybia czarnej, matowej mazdy. Rzadko bywał zniecierpliwiony, ale teraz, gdy spieszyło mu się na lotnisko, poruszał nerwowo głową i rozglądał się na boki, szukając skrótu. Zależało mu na jak najszybszym opuszczeniu głównej trasy. Zerkając w tylne lusterko, zmarszczył lekko brwi, dostrzegając miejsce zjazdowe. Problem tkwił w tym, że z tyłu stał inny samochód, zastawiający pętle. Nie miał jak go wyminąć. Policjanci nie mówili o wypadku śmiertelnym, więc istniało wysokie prawdopodobieństwo, że po przyjeździe służb ratunkowych, kierowcy będą mogli nadepnąć na gaz. Stał piętnaście minut. W tym czasie zdążyły mu się skończyć frytki. Sięgając palcami do torebki, przesunął opuszkami po szeleszczącym dnie. Pusto. Aż zerknął w stronę opakowania, żeby się upewnić, czy ABY NA PEWNO nie było tam żadnej frytki. Nie było. Nacisnął mocno na pedał gazu, ruszając z miejsca, gdy policjant ruchem ręki wydał na to zezwolenie.
Czas na lotnisku jakby się zatrzymał. Zaparkował samochód na wolnym miejscu, szukając ochrony, albo innej osoby, która mogłaby mu pomóc w odnalezieniu odpowiedniego samolotu. Dookoła nie było ani jednej żywej duszy, co tylko wzmocniło przekonanie, że pasażerowie i pracownicy lotniska, znaleźli się w beznadziejnym położeniu. Wstrzymane loty. Spanikowani ludzie stojący pod samolotem, robili sztuczny tłum, utrudniając policjantowi wyprowadzającego delikwenta z pokładu podniebnej maszyny. Enzo zerknął przelotem na prowadzonego z pochyloną głową mężczyznę i na mundurowego z grobową miną. Cokolwiek wydarzyło się w samolocie, musiało odbić się niezłym szumem. Był pewien, że niebawem lotnisko zapełni się dziennikarzami, którzy zaczną zadawać niewygodne pytania. Wyciągając wizytówkę, przedstawił się funkcjonariuszowi pilnującego wejścia na pokład. Lawrence przecisnął się obok niego.
Chyba trafił do piekła.
Wewnątrz panował gwar, odbijający się echem w głowie Lorenzo. Panika. Chaos. Hałas. Rozmowy ze świadkami, których za chwilę ponownie będzie musiał przepytać. Obsługa samolotu nie do końca chyba wiedziała, co robić. Po pokierowaniu przez funkcjonariusza przeszedł do odpowiedniej klasy, zapoznając się wstępnie z raportem policyjnym. Mężczyzna lat 34 podawał się za niejakiego Timothy'ego Stewart. Proste nazwisko dla prostego człowieka. Niemal od razu poczuł, że coś jest nie tak. Nie dlatego, że dokument wyglądał źle. Wręcz przeciwnie, był zbyt poprawny. Papier po wzięciu do ręki, okazał się zbyt gładki. Prawdziwe dokumenty, nawet te nowe, miały specyficzną, lekko chropowatą strukturę pod palcami. Ten był niemal śliski, jakby wyszedł prosto z drukarki wysokiej jakości. Druk był idealnie równy, pozbawiony mikroskopijnych przesunięć, które pojawiają się w oficjalnych drukach seryjnych. Uniósł papier, by lepiej mu się przyjrzeć. Brakowało subtelnych zabezpieczeń widocznych normalnie pod kątem, lub pod światło. Fotografia się zgadzała. Największy błąd tkwił w czymś innym — numerze dokumentu. Formalnie był poprawny, ale nie pasował do regionu widniejącego w danych właściciela. Nie musiał go zbyt długo oglądać, by zrozumieć, że wyprowadzony z samolotu mężczyzna na pewno nie miał na imię Timothy Stewart.
Uniósł wzrok, gdy obok przemknęła jasnowłosa stewardessa. Zatrzymał ją lekkim gestem dłoni, zerkając na imienną plakietkę przymocowaną agrafką do firmowej koszuli. Harper. Wrócił spojrzeniem do jej twarzy — nie wyglądała najlepiej. I nie chodziło tu o jej wygląd zewnętrzny. Aparycję miała ładną, nawet bardzo, ale po krótkim przyjrzeniu się jej; niezdrowej bladości i nieco przerażonym spojrzeniu, wywnioskował, że nie czuła się zbyt dobrze. Chciał zapytać ją o pasażera, ale nie był pewien, czy w tym momencie powinien był to w ogóle robić.
— Harper... Dobrze się czujesz? Bo powinienem zadać ci kilka pytań... — zagaił, wpatrując się z ciekawością w jej twarz. Mogła poczuć się niezręcznie, zważywszy na intensywność spojrzenia. Nie miał jednak na celu niczego złego. Przyjechał, by wykonać swoją pracę i potrzebował kogoś, kto mu to zadanie ułatwi. Nie był policjantem, nie znał się na procedurach, nie znał szczegółów — sam musiał dopytywać.

Harper
26 y/o
For good luck!
152 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I just hope you get agoraphobia some day and all your days are sunny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poranek zapowiadał się wyjątkowo dobrze, ba jak na jej dotychczasowe zajścia emocjonalne nawet zbyt dobrze. Harper obudziła się jeszcze przed dźwiękiem budzika, a pierwsze promienie słońca wpadające przez okno otuliły jej twarz. Przez krótką chwilę leżała nieruchomo, wsłuchując się w ciszę mieszkania, ptaki ćwierkające za oknem i wdychała świeże powietrze, wpadające przez uchylone okno. Nie było nic lepszego… no prawie, gdyby mogła jeszcze mieć przy sobie kogoś z kim czułaby się bezpieczniej, to może ten poranek rzeczywiście należałby do idealnych. Jej myśli pozostawały spokojne, nie fiksowała się pod naporem niepokoju, nie pędziły w chaotycznym tempie sprawiając, że ledwo łapała oddech. To był jeden z tych rzadkich dni, kiedy czuła się stabilnie.
Pozwoliła sobie na drobną przyjemność. W drodze do pracy wstąpiła do niewielkiej piekarni przy przystanku, skąd wyszła z ciepłym rogalem i kubkiem ulubionej kawy. Jechała komunikacją miejską, obserwując budzące się do życia miasto. Kochała, gdy na zewnątrz robiło się cieplej. Toronto sprawiało wrażenie, że znów odżyło po męczącej zimie, a ludzie wydawali się bardziej życzliwi. Oparła czoło o chłodną szybę i przez moment pomyślała, że jeśli ten dzień będzie wyglądał właśnie tak to być może wszystko zacznie się układać.
Na lotnisku również panował porządek. Odprawa przebiegła sprawnie, a rutynowe obowiązki działały na nią prawdziwie kojąco. Kontrolowanie listy pasażerów, sprawdzanie wyposażenia pokładu i uprzejme witanie podróżnych należały do codzienności, w której odnajdywała swoje specjalne poczucie bezpieczeństwa. Uśmiechała się szczerze, a jej ruchy były pewne i spokojne.
Do czasu.

Niepokój pojawił się niemal niezauważalnie… jak pająk sunący po ścianie. Jeden z pasażerów siedzących w klasie biznes od samego początku wzbudzał jej dyskomfort. Był zbyt spięty, zbyt czujny. Unikał kontaktu wzrokowego, a jego spojrzenie nerwowo przeskakiwało z miejsca na miejsce, swoje dłonie zaciskał na podłokietnikach z taką siłą, że pobielały mu knykcie.
Harper podeszła do niego z uprzejmym uśmiechem, pytając czy wszystko w porządku. Odpowiedział zdawkowo z wymuszonym spokojem. Nic, co można by uznać za bezpośrednie zagrożenie. A jednak coś było nie tak. Czuła się źle, jakby ktoś uderzył ją obuchem w tył głowy. Cholera jasna. Niedobrze, bardzo niedobrze.
Kilka minut później napięcie eksplodowało. Mężczyzna zerwał się z miejsca i ruszył w stronę kokpitu, ignorując totalnie polecenia załogi. Na pokładzie wybuchła panika – krzyki pasażerów, płacz dzieci siedzących na kolanach rodziców… dosłowny chaos, którego nie była w stanie opanować. Harper poczuła jak serce przyspiesza, sprawiając że coraz ciężej się oddychało.
Proszę wrócić na swoje miejsce! — zawołała stanowczo próbując zachować profesjonalizm. Mężczyzna nie reagował tylko mamrotał coś pod nosem, jakby znajdował się w zupełnie innym świecie. Może był na jakichś proszkach? Ciężko stwierdzić… Dopiero interwencja ochrony i wspólne działania załogi pozwoliły go obezwładnić. Harper cofnęła się o krok czując jak drżą jej dłonie. Przez moment wydawało jej się, że grunt usuwa się spod stóp. Wszystko potem działo się jak przez mgłę… wstrzymane loty, spanikowani pasażerowie, migające światła i podniesione głosy funkcjonariuszy. Gwar odbijał się echem w jej głowie, nasilając narastający niepokój.
Nici z wyjątkowo przyjemnego poranku i miłego dnia.
Starała się oddychać miarowo. Wiedziała, że musi zachować spokój, nie mogła pozwolić sobie na utratę kontroli. Zbyt dobrze znała cenę tego całego szurum burum.
Bladość nie schodziła z jej twarzy, a dłonie wciąż drżały. Uporczywe napięcie pulsowało pod skronią, przypominając o kruchości równowagi, którą tak starannie budowała każdego dnia. Walczyła z własnym umysłem starając się utrzymać go w ryzach. To nie był odpowiedni moment na słabość.
Gdy poczuła na sobie czyjeś spojrzenie, uniosła nieznacznie głowę i spojrzała na… mężczyznę, który zatrzymał ją w półkroku. Wyglądał na takiego, który emanował spokojem i pewnością siebie. Jego obecność była stanowcza, lecz nie nachalna. Powiedział do niej po imieniu. Skąd znał jej imię?! Tysiące myśli leciały w jej głowie aż miała ochotę po chwili uderzyć się z całej siły w czoło. Plakietka. No tak, brawo idiotko.
Huh? — brakowało jej najwidoczniej dzisiaj piątej klepki — Tak. Wszystko w porządku. To był po prostu… trudny lot. — kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Wcale nie czuła się w porządku, a jej ciągły urywany oddech dawał o tym znać. Nie mogło być lekko, nie mogło być przecież łatwo. Wyprostowała się odruchowo, przybierając profesjonalną postawę. Przynajmniej udawała…
Może pan zadawać pytania. — jej głos był spokojny, ale wyraz jej twarzy, oddech i zimny pot, który spływał jej po karku wskazywał, że daleko jej do stanu harmonii. — Wszystko działo się szybko, nie wiem czy coś przewoził czy był naćpany, ale zachowywał się dziwnie. W pewnym momencie miałam wrażenie, jakby samym wzrokiem mógł nas spalić i potem… potem… — gestykulowała rękoma i mówiła tak szybko, że dosłownie zabrakło jej tchu. — Chwilka… — mruknęła i odsunęła się o krok, aby oprzeć się o najbliższą twardą powierzchnię.
Świetnie, teraz randomowy przystojny facet pomyśli, że jestem jakimś Muppetem, któremu ręka operatora się wyślizgnęła…
Enzo Lawrence
muge
nie zabijać i nie współżyć bez zgody
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”