Moore był jedną z bardzo niewielu osób jakie potrafiły spojrzeć na niego inaczej niż reszta. Nie widział w nim okazji do wybicia się w wielki świat, nie szukał pretekstu do zagajenia o bilety na festiwale muzyczne ani nie traktował go jako breloczka do kluczy, którym można pochwalić się przed znajomymi.
Moore był tak normalny i zwyczajny, że aż niezwykły i choć brzmiało to absurdalnie, Lian przekonywał się do tej myśli z każdym smsem, rozmową prowadzoną twarzą w twarz i wizytą, bo nagle z okrągłego zera liczba odwiedzin w jego cichym mieszkaniu wzrastała systematycznie z tygodnia na tydzień.
Początkowo lubił go tak, jak pudełko winogronowych landrynek; sięgał gdy czuł, że znów miał na nie ochotę, a kiedy zapominał ich i w kieszeni odnajdywał pustkę czuł niezbyt dotkliwe, ale obecne rozdrażnienie. Z czasem jego sympatia przekształciła się w ten sam sentyment co upodobanie do jednej konkretnej filiżanki, tej pistacjowej, z lekko wyszczerbionym w transporcie brzeżkiem, nieprzeszkadzającym jednak w jej użytkowaniu ani nie umniejszającym jego przywiązania. Wybierał ją połowicznie świadomie ilekroć miał chwilę i chęć na tę lepszą herbatę, tak jak lepsze stały się momenty spontanicznych wizyt Daniela z Alonso po tej stronie płotu.
Od niedawna Lian przestał oglądać się na słońce. Moore miał w sobie wystarczająco światła i ciepła by szukać ich gdziekolwiek indziej.
Pocałunki Daniela były - dokładnie tak jak się spodziewał - pozbawione precyzji, ostrożne i w oczywisty sposób brakowało im umiejętności, mimo to dla Liana były czymś wyjątkowym.
Pomijając doświadczenia do których nie chciał bez potrzeby wracać myślami, nawet w ostatnich latach, kiedy partnerów dobierał sobie wedle własnego zamysłu i w pełni samodzielnie, niechętnie wykraczał poza czysto mechaniczne, poganiane potrzebą zbliżenie, ani też wtedy kiedy w ramach kaprysu decydował się na większą kreatywność.
Z Danielem było inaczej, zupełnie jakby jego własne ciało po tylu latach bezowocnych poszukiwań instynktownie czuło, że dotarł do miejsca do którego od dawna zmierzał.
Kątem oka i z nasłuchu zarejestrował ruch, dlatego obecność kolana przytulającego mu się do uda wcale go nie zaskoczyła i gdyby nie to, że jego dłonie grzały się w tej chwili ciepłem obu opalizujących różnymi odcieniami czerwieni policzków, chętnie znalazłby dla nich miejsce gdzieś indziej.
Sposób w jaki Moore lgnął do niego poprzez ławkę rozczulał go do tego stopnia, że na parę sekund kompletnie zapomniał o akwarium, planach na resztę popołudnia i westchnął krótko pomiędzy kolejnymi płochymi muśnięciami jakich z czasem otrzymywał coraz więcej.
Dłoń, która rezydowała niezdecydowanie tuż przy jego szyi, z kciukiem w pobliżu jabłka Adama wydawała mu się lekko wilgotna, co nie umniejszyło chęci posiadania jej w każdym miejscu w jakim Daniel miałby ochotę ją dopasować, a że jej kształt leżałby doskonale we wszystkich - co do tego Mei nie miał żadnych wątpliwości.
一 Nie nie, bardzo dobrze ci idzie 一 wtrącił pospiesznie, na chwilę otwierając szerzej oczy i odzyskując skrawek przytomności umysłu. Przyciszony, bardziej wyczuwalny w postaci ciepłego oddechu niż słyszalny śmiech Moore'a sięgnął nie tylko jego warg, Lian przysiągłby, że wraz z dreszczem spłynął mu rynienką karku wzdłuż kręgosłupa. 一 Ale mogę pokazać ci nieco więcej.
Otulające pyzate policzki dłonie cofnęły się z jego twarzy, wmanewrowały się gładko pod płaszcz i poprzez gruby splot swetra sięgnęły do bioder, za które Lian bez ogródek przeciągnął go przez resztę ławki na swoje kolana. Miał go teraz siedzącego bokiem, ale znacznie bliżej niż jeszcze chwilę temu, a jedną z rąk postanowił pozostawić wplątaną w wełniany rant u dołu. Drugim ramieniem na próbę objął go z zamiarem zapewnienia mu oparcia po czym dał mu moment na zdecydowanie czy ta nowa konfiguracja w ogóle mu odpowiadała.
Czując irytująco zauważalny brak, Lian sprowadził raz jeszcze dłoń Daniela w to samo miejsce, jednak kwestią kilku sekund decyzja uległa zmianie, a Lian poprowadził go głębiej w stronę swojego karku.
Dopiero wtedy znów pochylił się nisko i znów rozmodlił się nad nim kolejnymi powierzchownymi muśnięciami, aczkolwiek zgodnie z obietnicą - choć tą samą wyrozumiałością - po którymś z kolei nie cofnął się lecz sugestywnie liznął go czubkiem języka pomiędzy odruchowo zaciskanymi wargami.
Daniel Moore