— A są inne na horyzoncie? Jezu, bracie, jesteś straaasznie tajemniczy — zamarudził, bo on tu chciał wiedzieć szczegóły — kto, z kim, gdzie, dlaczego. Dobrze że chociaż Leo dawał konkrety. Ślub z Luną w Vegas, bo seks był niesamowity, było naprawdę sporym doprecyzowaniem tematu. Co prawda, nie miał wyjścia, bo skoro dał sobie wcisnąć obrączkę na palec, tym samym kończąc swoje podboje miłosne, wypadł z obiegu i pozostało dwóch panów Rosenhall do wydania; ale kto nie chciałby takich przystojnych chłopaków?
Spiorunował spojrzeniem Marka, który uszczypnął go mocniej niż Nico sądził — jednak co poradzić, sam tego chciał. Nie można było teraz przez to płakać.
— Spokojnie, słuchamy nie oceniamy — rzucił, kiwając głową w kierunku pośredniego, bo już najstarszy z całej gromady zaczynał się denerwować; a w tym wieku nie można było narażać się na tak gwałtowne emocje.
— Ty musisz ją lepiej poznać, a my to w ogóle musimy ją poznać. Kto ci powie bardziej szczerze niż właśni bracia? — zapytał, miał nadzieję, że retorycznie, bo w końcu oni byli najbardziej krytycznymi sędziami; na szali było dobro Leo i musieli wybadać sprawę, chociażby dla własnego spokoju psychicznego, aby zaraz nie okazało się, że będzie im jojczyć nad głowami, narzekając na swój wybór.
— No właśnie, w razie co ogarniemy temat. Jak się okaże dziwna to ty też możesz zacząć zachowywać się jak wariat i po prostu ją odstraszyć, sama będzie chciała rozwodu… w sumie za wiele nie będziesz musiał się wysilać — powiedział, jednocześnie posyłając bratu anielski uśmiech. Każda okazja była dobra, aby nieco powkurzać rodzeństwo i dać jakiś
miły komplement; tutaj wręcz samo cisnęło się to na usta.
Wakacje z braćmi byłyby jak powrót do dzieciństwa. Tak jak wtedy, kiedy rodzice zabierali ich pod namioty, gonili siostrę z pająkami na rękach i wpychali siebie w błoto po ulewach. Nico rozmarzył się, już zaczynając myśleć o wszystkich aktywnościach, jak łowienie ryb czy gra we flanki w jednoosobowych drużynach, dopóki Marek nie powiedział, że
nie wie, czy nie będzie potrzebny w pracy. — Halo, a znasz coś takiego jak urlop? Planuje się go z wyprzedzeniem, wcześniej daje się do podpisu i potem korzysta się z życia przez określony czas. Przeżyją bez ciebie kilka dni — rzucił, bo raczej cała firma nie zawali się tylko dlatego, że Rosenhall sobie wyjechał. Spojrzał na Leo i po chwili przeniósł wzrok na pomieszczenie, w którym się znajdowali.
— A ty? Masz jakiegoś zastępcę czy coś? — zapytał, nawet nie wiedząc, w jakiej strukturze pracowniczej funkcjonował ten pensjonat. I w ogóle pensjonaty. Kompletnie się na tym nie znał, ale nie mógł pozwolić, aby drugi zaczął szukać wymówek na brak możliwości wyjazdu.
— Zapytam, czy dostanę tak szybko wolne… — urwał, bo prawie by się wygadał, że po zmianie biura musiał najpierw dogadać się z innymi czy tam z szefostwem; no kompletnie nie wiedział, na jakiej zasadzie to działało, lecz podejrzewał, że i tak z nim może być najmniejszy problem, aby dogadać termin. Już miał na ten rok określone daty, kiedy wychodziło kilka gier, którymi się zajmował, więc tylko w tamtych momentach musiał siedzieć na dupie i być gotowy na poprawki, gdyby cokolwiek wykrzaczyło się w dniu premiery.
— Bez znajomych kobiet. Obce mogą nas oprowadzić po miejscowości — rzekł jakże kulturalnie, choć pierwszy pewnie rzuciłby jakąś gadkę na podryw. Akurat Nico lubił niezobowiązujący flirt, nie musiał on dokądkolwiek prowadzić, ale czasami miło było po prostu po kokietować.
— Wyciąg z żubrów?! — każda kolejna hipoteza brzmiała jeszcze bardziej paskudnie; chwila moment i żubrówka ujrzy z powrotem światło dzienne. Co za wariat wymyśliłby taki alkohol?! Sytuacja szybko została opanowana, żubr jednak nie chciał wyjść z powrotem na stół, ale przez chwilę Nicolaos realnie przestraszył się potencjalnym zagrożeniem. Nie żeby nie wpierdalał chwilę wcześniej schabowego u mamy na obiad… ale to szczegół, tak?
— No może teraz to twoje plemniki wsiadają w wyścigówki i zapierdalają, aby zapłodnić jakąś piękną damę — stwierdził, po czym zmarszczył brwi, uzmysławiając sobie dwie kwestie.
— Ale w sumie, to po pierwsze, czy ty się cieszysz na myśl zostania ojcem? Mamy ci gratulować? — Bo w sumie żaden z nich nie zadał tego konkretnego pytania. Może było to skryte marzenie Leonidasa i tak naprawdę sprawili mu teraz ogromną przykrość, osaczając go w ten sposób?
— A po drugie, tata nie rozmawiał z tobą o bezpiecznym seksie? Jeszcze z nieznajomą?! O bogowie, nie mów mu tego, bo się załamie — rzucił, choć bardziej niż przerażenie, malowało się na jego twarzy kompletne rozbawienie. Miał świadomość, że sytuacje bywają różne i zabezpieczenia nie dają stuprocentowej pewności, ale co jeśli w ogóle ich nie było?!
— Bracie, to że ty jej nie wygooglowałeś, nie znaczy, że ona ciebie nie sprawdziła — zawtórował Markowi. Zdjęcia z pucharami, jakiekolwiek artykuły na stronach internetowych o jego sukcesach, a także o wypadku; wszystko dało się znaleźć, nie był pierwszym lepszym no namem. Jeden z braci zaczął walić wódę z gwinta, na co pokiwał z niedowierzaniem głową i wyprostował plecy, będąc gotowym na biczowanie, z okazji wchodzenia drugi raz do tej samej rzeki — w pewnym sensie.
— Co robiliście? — zapytał ze zdziwieniem, wywracając zaraz oczami. Nie dało się ich okiełznać.
— No co mam wam powiedzieć, szczenięca miłość i te sprawy, istniało prawdopodobieństwo, że nam to nie wyjdzie — wyjaśnił dyplomatycznie, układając dłonie w piramidkę, aby zabrzmieć o wiele bardziej poważnie i wyglądać na tak pewnego swoich słów, że nie będą chcieli mu wejść na głowę. A potem Leo zaczął zjebę,
mając nadzieję, że z nią długo nie gadał, zwrócił się do niego per
Nicolaos i już wiedział, że nie było dobrze. Nico wspomniał tylko w swoich myślach chwilę, w której stał z Lilian naprawdę blisko siebie, czuł zapach jej perfum, a brązowe oczy błyszczały jak pięć lat temu. Stop.
— Tylko chwilę rozmawialiśmy — odpowiedział, nie wchodząc w szczegóły z tego spotkania, bo to na pewno nie przyniesie to żadnej miłej dyskusji w obrębie tego tematu.
— Nieśmieszny żart? Aha to może jednak od razu wrócę do Nowego Jorku — podroczył się, opierając dłonie na stole, jakby zaraz miał wstać i wyjść, co jednak się nie wydarzyło. I nie wydarzy. Klamka zapadła, decyzja była nieodwracalna.
— Nikt nie wiedział. No tylko w pracy, ale to wiadomo, no i Cheetos też miał świadomość, że się przeprowadzamy. — Nie byłby sobą, gdyby nie odwrócił tego w jakimś stopniu w żart. Przeczesał dłonią włosy, uważnie spoglądając na Leo, który dopytał o powód jego decyzji. Wziął od Marka butelkę, samemu chlupając łyka z gwinta, bo w zasadzie to był pierwszy raz, kiedy mówił swoje przemyślenia na głos. Wcześniej krążył wokół tego tematu przy dyskusjach z rodzicami, jednak dla nich jego powrót nie wchodził w grę. No i jednak ich zaskoczył.
— Ogólnie już od świąt o tym myślę… wiecie, sytuacja nieco się zmieniła, nie wiadomo jak będzie. Rodzicom wspominałem już o tym na początku roku, że może bym wrócił, ale mama nie chciała o tym słuchać, więc nie drążyłem dalej tematu, aby nie dokładać jej stresu i zmartwień — wyjaśnił, ciężko wzdychając.
— Rzuciłem gdzieś tematem w pracy i niedawno pojawiło się wolne miejsce w Toronto, więc stwierdziłem, że trzeba wykorzystać okazję póki jest — dodał, zaznaczając, że nie zrezygnował z pracy. Nie rezygnował ze swoich marzeń, dalej miał zamiar je realizować, co było także kartą przetargową w tym, że nie dostał dzisiaj ze ściery w łeb od matki.
— Jestem za. Na pewno ucieszy się, jak wszyscy wpadniemy. — On już zdążył się tam pokazać, z pewnością pomęczy ich przez kilka następnych dni, do końca urlopu, aby mama przypomniała sobie, jak to jest mieć w domu najmłodszego synka, a potem rzuci się w wir życia w Toronto, aby wszystko jakoś sobie ułożyć. Czuł jednak spokój na myśl, że był z dala od nich godzinę, a nie prawie dwie doby nieprzerwanej jazdy.
— Odobraziłeś się? — zapytał z lekkim rozbawieniem, uśmiechając się do Marka. Poklepanie po ramieniu dodawało otuchy; już czuł się zaakceptowany w swojej decyzji, teraz wystarczy się tylko zadomowić.
— Ja się giga cieszę, że wróciłem. Wiecie co teraz możemy robić? Wszystko. Skończyło się umawianie spotkań z miesięcznym wyprzedzeniem — rzucił nieco bardziej radośnie, choć temat rodziny dalej wisiał gdzieś między nimi. Najważniejsze jest bycie dobrej myśli, prawda?
hot daddy casanova