Pytanie Hany było lekkie. Prawie ostrożne. Sugerujące, że chyba obie instynktownie wyczuły moment, w którym rozmowa zaczęła zbliżać się do czegoś zbyt miękkiego, żeby dalej bezpiecznie po tym stąpać. I może właśnie dlatego Hana uciekła, a Misty rozumiała to aż za dobrze.
Jej spojrzenie opadło na matchę. Zielona pianka osiadła nierówno przy brzegu kubka, a ciepło, które jeszcze chwilę temu parzyło ją w dłonie, zaczęło powoli słabnąć. Zostawiało po sobie tylko lepki dyskomfort na opuszkach palców i wilgotną plamę na rękawie koszulki. Nagle zaczęło jej to przeszkadzać bardziej niż wcześniej — ta plama, rozczochrane włosy po wilgotnym torontońskim powietrzu, to, że siedzi naprzeciwko Hany po trzech latach milczenia i wygląda, jakby właśnie wróciła z nocnego autobusu, a nie z kilkuletniej podróży przez pół świata, a Hana — jak to ona — nadal wyglądała niby ktoś, kto pasował do miejsc takich jak to. Schludna. Dopracowana. Nawet z lekkim rumieńcem i niepokojem pod skórą.
Misty przesunęła kciukiem po papierowym kubku.
—
Och, wiesz… — zaczęła cicho. —
Trochę mnie nosiło. — Kącik ust drgnął jej ledwie zauważalnie. —
Najpierw było Rio. Bardzo stereotypowo z mojej strony, wiem. Potem São Paulo, Salvador… przez chwilę Recife. — Mówiła spokojnie, ale wzrok znów uciekł jej gdzieś obok Hany. Każde z tych miast miało swoją wersję niej samej, której nie chciała tutaj wyciągać na światło dzienne.
Rio pachniało potem, mokrym betonem i samotnością tak wielką, że pewnego wieczoru naprawdę rozpłakała się pod cieniem Chrystusa Odkupiciela, czując się absurdalnie mała wobec własnego życia. São Paulo było szybkie i obojętne — dobre do znikania. Z kolei Salvador… Salvador był chyba najbliżej prawdy. Duszny, hałaśliwy, trochę rozpadający się na krawędziach. Jak ona wtedy.
Hana nie dostała żadnej z tych historii. Jeszcze nie.
—
Imałam się różnych rzeczy — dodała po chwili. —
Naprawiałam instrumenty, trochę pracowałam zdalnie… nauczyłam się całkiem nieźle kaleczyć portugalski. — Tym razem uśmiech pojawił się naprawdę, choć nadal był mały. —
Brazylijczycy są bardzo wyrozumiali wobec ludzi, którzy próbują mówić w ich języku. Nawet jeśli brzmią wtedy jak kompletni idioci. — Dopiero teraz spojrzała na Hanę i nagle wróciło to dziwne uczucie, jakby nie rozmawiały po trzech latach absolutnej ciszy, tylko po kilku tygodniach. Jakby pomiędzy nimi nie wydarzyło się nic istotnego, a przecież wydarzyło się
wszystko...
Misty pamiętała tamte rozmowy aż za dobrze. Własne wątpliwości wypowiadane półgłosem, zwykle późnym wieczorem, kiedy Daniel znów gdzieś wychodził albo siedział obok niej i zachowywał się tak, jakby jej obecność była oczywistym elementem mieszkania, nie człowiekiem. I Hanę — spokojną, logiczną, zawsze gotową znaleźć uzasadnienie.
— Każdy związek ma kryzysy.
— Nie możesz podejmować takich decyzji pod wpływem emocji.
— Jeśli teraz odpuścisz, będziesz się zastanawiać, czy mogłaś zrobić więcej.
Wtedy Misty chciała wierzyć, że Hana ma rację. Może nawet potrzebowała, żeby ją miała, więc próbowała dalej, dłużej i mocniej, a potem któregoś dnia zrozumiała, że zapomniała o czymś bardzo ważnym. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio była szczęśliwa — tylko kiedy była mniej zmęczona. To był moment, w którym zaczęła odsuwać Hanę od siebie. Nie gwałtownie. Nigdy nie robiła nic gwałtownie. Po prostu coraz mniej mówiła. Coraz rzadziej odbierała telefony. Coraz więcej rzeczy zostawiała dla siebie, bo każde
„daj temu jeszcze szansę” wbijało się w nią jak cienka igła pod paznokieć... a później wyjechała. I nie odezwała się ani razu. Nie napisała o Rio ani o Kapsztadzie. Nie wspomniała nawet o rozwodzie, choć wiadomość od prawnika przeczytała, siedząc na podłodze kawalerki w Salvadorze, przy otwartym oknie i dźwiękach samby dobiegających z ulicy.
Małżeństwo rozwiązane, Pani Sloane.
Tak chłodno. Tak łatwo. Daniel prawdopodobnie zdążył powiedzieć wszystkim wcześniej.
Ta myśl pojawiła się nagle i sprawiła, że Misty poczuła coś gorzkiego pod językiem — bardziej niż matchę. Zaczęła się zastanawiać, ile Hana właściwie wie. Co słyszała od Daniela. Czy była po jego stronie. Czy może… czekała kiedyś, aż Misty sama się odezwie.
Nie zapytała. Nie była pewna, czy chce znać odpowiedź. Zamiast tego wzruszyła lekko ramieniem.
—
Nic bardzo ekscytującego, szczerze mówiąc. Większość czasu próbowałam po prostu… ogarnąć siebie. — To ostatnie zabrzmiało ciszej. Bardziej szczerze, niż planowała. I chyba właśnie dlatego Misty niemal odruchowo odbiła piłeczkę z powrotem. —
A ty? — zapytała łagodnie. —
Poza organizowaniem „minimalistycznego przepychu” dla bogatych wdów z Nowej Szkocji… nadal lubisz to, co robisz?
Nawet kiedy to mówiła, część jej uwagi nadal pozostawała przy Hanie. Przy tym, jak obracała pierścionek na palcu. Jak unikała własnych myśli. Jak bardzo próbowała brzmieć przekonująco i Misty — ku własnemu dyskomfortowi — zaczynała mieć coraz silniejsze podejrzenie, że Hana nie zaprosiła jej do stolika tylko dlatego, że dawno się nie widziały.
Hana Nilsinger 