-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Potrzebował cukru.
I chęci do życia, ale w automacie tego raczej nie mógł znaleźć, co? Wstał zbyt szybko, szybko oparł się ramieniem o przeciwległą ścianę jakby wypił o jednego drinka za dużo zeszłej nocy, mimo że nie pił od.. w sumie od dawna. Skupił się na automacie, potem na wyborze batona, który wydawał się największą dostępną cukrzycą, na koniec bardzo uważnie przykucnął, by odebrać swoją nagrodę za ten nieludzki wyczyn. Cukier sprawi, że będzie mu lepiej, na pewno. Oparł się o ścianę plecami, odwijając folię, ledwo przeżuwając dwa pierwsze gryzy, zanim usłyszał coś, co brzmiało jak jego imię, padające z ust drobnej pielęgniarki. Hey ho, let's go. Jak padnie na ryj, miał tylko nadzieję, że ta drobina miała znacznie większych kolegów na zmianie, którzy dali by radę powlec jego ciężkim ciałem.
Nie padł. Usiadł ciężko na leżance, raz jeszcze odpowiadając na wszystkie pytania, która ta miła pani miała do zadania, a potem podniósł spojrzenie ze swojego przesiąkającego opatrunku, na bardzo młodo wyglądającą, blond panią doktor. - Hey. Nie wiem dlaczego, ale to nie chce przestać krwawić. Rozważałem przez chwilę super glue, ale.. No, to by był głupi pomysł chyba. - zmarszczył brwi przez krótki moment zastanawiając się, czy powinien się do niej zwracać w jakiś konkretny sposób, ale szybko stwierdził, że nie miał absolutnie energii na to, żeby myśleć. - Chyba, że macie jakiś specjalny, chętnie przyjmę. Dwa dni to trochę długo. - dodał, siląc się na żarcik, czy raczej swoje typowe zaniżanie własnych obrażeń, ale jeśli miał zgadywać, to powiedziałby, że średnio wychodziło.
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Uciekła od doktora Garcii. Z wielką ulgą przyjęła od niego wiadomość, że jest potrzebna gdzieś indziej. Bez słowa skinęła głową i ruszyła. Wieczór przed Teneryfą. Przecież nie mogło spotkać ją nic niezwykłego, prawda? Nabrała w płuca powietrza. Ostatnio w jej życiu działo się zdecydowanie zbyt wiele. Od zerwania z Dante, chwilowej przeprowadzki do siostry oraz Charliego, doktora buca równającego ją z błotem. Tyle że Ivy musiała patrzeć wprzód. Jutro wyjeżdżała i mogła finalnie wyłączyć myśli. Podeszła do głównej pielęgniarki, by dostać pierwszego pacjenta. Rana palca. Urocze. Z nią nie będzie miała jakichkolwiek problemów, od razu na jej ustach pojawił się większy uśmiech. Chociaż gdy podchodziła do Theo, odrobinę spoważniała. Uśmiechasz się jak uczniak, liczący na piątkę, a tu ludzie walczą o życie. Tu Ezeqiel miał rację. Poprawiła swój wysoko związany kucyk, podchodząc do mężczyzny i siadając obok niego na leżance.
— Dzień dobry, nazywam się Ivy Harrison i jestem rezydentką chirurgii. Zajmę się panem — powiedziała, spoglądając raz jeszcze w kartę pacjenta. Dwa dni krwawienia. Tyle wystarczyło, by była gotowa — bo potrzeba tu szwów. Super glue zostawmy do mebli, a jednak oferowałabym panu medycynę, dobrze? — rzuciła lekko żartobliwym tonem. W końcu kropelkę używała do sklejania zabawek, popsutych przez starszych braci, lub do klejenia mebli przypadkowo strąconych. Założyła na dłonie rękawiczki.
— Wpierw muszę ocenić ranę — powoli zaczęła zdejmować stary opatrunek, by później sprawdzić, czy ścięgna, naczynia i nerwy nie zostały uszkodzone. Pod tym względem było w porządku — kim jest pan z zawodu? I przepraszam, za śmiałość dziwny ma pan akcent. Jest Pan z Kanady? — zagadnęła łagodnym głosem, próbując odwrócić uwagę Bachmanna. Z szafki na leki sięgnęła po lidokainę — hm... delikatnie zakuje, a potem rozpoczniemy szycie — dwa ukłucia oba z różnych stron podstawy palca.
— O, mamy — uniosła ku górze oba kąciki ust. Teraz pięć, dziesięć minut i będzie mogła rozpocząć szycie — czy oprócz palca coś jeszcze się Panu stało? — miała oczy. Zdążyła zauważyć gorsze samopoczucie — dolega coś panu? Mogę pomóc — pierwszy raz uśmiechnęła się szerzej — od tego tuta jestem — dobra samarytanka Ivy Harrison była gotowa do akcji.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Jeszcze kucharzem.. Ale przerzucam się do straży pożarnej. Albo paramedycynę. Muszę się zdecydować. - odpowiedział, podtrzymując własny łokieć zdrową dłonią, żeby dać mięśniowi odpocząć. Ostatnie czego potrzebował, to znów wkurzyć starą kontuzję i znów się cackać przez kilka tygodni, próbując wrócić do sprawności. Wystarczyło, że będzie musiał uważać na dominującą rękę.. Z pozytywów, to będzie dobra wymówka, żeby wziąć dłuższe wolne z kuchni, może nawet do końca jego okresu wypowiedzenia. - Tak jakby? Wychowałem się tutaj, ale jestem Norwegiem, mój akcent przeskakuje z jednego na drugi czasami. - pozwolił, by ułożyła sobie jego dłoń jak chciała, przyglądając się temu, co robiła. Krew zalewała wyrwę dość szybko, a jego ciekawość wzięła górę; - Jak jesteś w stanie widzieć cokolwiek? W ranie to znaczy. - w sumie nic tam takiego nie było, tylko połowa kostki od stawu knykcia. Żyła prowadząca w dół palca, do koniuszka nie była naruszona z tego co sam był w stanie stwierdzić.. ale i tak był ciekawy jak przy aktywnym krwawieniu była w stanie cokolwiek ocenić; on sam przyglądał się tylko pod wolnym strumieniem zimnej wody w domu.
- Nah. Po prostu nie mam czasu na kontuzje, a mogę winić tylko siebie. - wzruszył lekko ramionami, odpowiadając na kolejne pytanie, przesunął też spojrzenie z własnego palca na twarz blondynki. - A moje życiowe problemy są poniżej twojego wykształcenia. - dodał, rzucając wzrokiem na nazwisko wyszyte w białym kitlu i.. Oh. Okay, coś kliknęło, sprawiając, że zmarszczył lekko brwi. - Przepraszam, wyleciało mi z głowy twoje imię. - dopytał, podnosząc znów spojrzenie z jej nazwiska. Był prawie pewny, że szpital się zgadzał. Pozycja się zgadzała. Nazwisko chyba też..? Z drugiej strony jaka szansa, że ze wszystkich praktykujących osób przewijających się przez tą zmianę, trafił na pannę którą nie-moralnie interesował się jego najlepszy przyjaciel, hm?
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Uniosła wysoko brew. Theo, nie pan. Uhh, okej. Czasami próbowała rozgryźć ludzi, a tu tylko skinęła głową. Nie była na neurochirurgii, nie miała przy sobie lekarza prowadzącego, który nie kazał się jej uśmiechać. Ludzie walczyli o życie, ale... potrzebowali też iskry nadziei. Ivy właśnie chciała nią być, dlatego po kilku sekundach konsternacji uśmiechnęła się szeroko.
— Dobrze, niech będzie Theo — kiwnęła krótko głową, przyglądając się szczegółowo ranie. W głowie powtarzała medyczną procedurę. Zaleciłaby też antybiotyk w razie czego. Przez te kilka dni bez szwów rana mogła się zanieczyścić.
— Hm, a skąd taki wybór? — zagadnęła, próbując poprowadzić rozmowę w ten sposób, by leżący mężczyzna skupił się na czymś innym — jakbyś został paramedykiem, to moglibyśmy widzieć się częściej — niektórzy z nich po przywiezieniu pacjentów i wyruszeniu w teren palili z nią papierosa w najbardziej stresujące dni. Ivy rozmawiała z każdym o wszystkim, uwielbiała widzieć na twarzach innych osób szeroki uśmiech — dobrze jest widzieć znajome twarze. Strażacy częściej bywają naszymi pacjentami niż kolegami, ale podziwiam ich — i aż uniosła kciuka do góry — są zajebiści — prościej nie dało się tego ująć. Oglądanie strażaków w mundurach, nawet u Ivy sprawiało, że oczy same się zaświecały. Oboje ratowali życie, ale to strażacy dodatkowo je ryzykowali.
— Oh, Norweg? — ekscytacja w głosie stopniowo rosła — i jak tam jest? Ładnie? — zarzuciła go milionem pytań, na które chciała poznać odpowiedź. Kurka, Ivy co ty robisz? Nie mogła być przecież aż tak narzucająca się, widziała, że pacjent jej odpływa — przepraszam za ciekawość, nigdy nie byłam za granicą, a brzmi to superowo — dodała z nieśmiałym uśmiechem. Naprawdę uwielbiała oglądać piękne miejsca, idealne zachody oraz naturę. Tylko nigdy nie było jej na to stać — lata medycyny, staż i rezydentura robią swoje — poza tym widywała dużo gorsze rany — będę musiała przeczyścić delikatnie ranę, ale wyjdziesz z tego raz, dwa — chociaż przez myśl jej przeszło, by podać Bachmannowi glukozę. Musiał się delikatnie rozbudzić.
— Nikt nie ma na nie czasu — poprawiła go Ivy — wszyscy chcieliby być w najlepszej kondycji, pracować jak roboty, a czasem potrzeba odpoczynku. Niekoniecznie na kanapie z książką, ale i do niego jesteśmy czasem zmuszeni — wzruszyła ramionami. Każdy chciał funkcjonować na najlepszych obrotach, być oparciem dla innych. Sama Harrison również. Może teraz nie była, w głowie dalej kołatały jej przeróżne myśli, ale... nie mogła dać po sobie poznać, że coś jest nie tak — nie mów tak, posłucham i tak mamy chwilę, zanim znieczulenie zadziała — żadne problemy nie były zbyt wielkie dla niej. Przy pacjentach miała wielką empatię, dlatego trafiając do domu była przemęczona wszystkim, tu musiała pozostać wesołą panią rezydent.
— Ivy. Ivy Harrison — powiedziała spokojnym tonem, uśmiechając się szeroko. Znów wybrzmiał ten charakterystyczny wesoły dla niej ton, a oczy błyszczały się. Kochała rozmawiać z pacjentami, nawet jeśli widziała ich raptem pół godziny, zanim nie odeśle ich do domu. Dlatego uwielbiała swoją pracę i chciała zostać w niej najlepsza.
-
come as you are
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkija?typ narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ålesund. Mamy archipelag i fiordy i generalnie to ładne, portowe miasteczko, więc.. Tak, to moje ulubione miejsce na świecie. Generalnie Norwegia. - sam się zastanawiał dlaczego nie zawracał dupy matce, żeby po prostu spakowali manatki i wrócili do Europy. Nie było jakoś specjalnie wiele w Kanadzie, co mogło by ich na dłużej zatrzymać i to nie tak, że to on był pierwszą generacją ich rodziny w tej części świata; przeprowadził się za dzieciaka, a cała jego rodzina była w Norwegii. Eh, może też to musiał przemyśleć. - Domyślam się.. Dużo ci jeszcze zostało? Chociaż pewnie nauka w tym fachu nigdy się nie kończy, prawda? - najwyraźniej lubiła mówić, a on mógłby użyć czyjejś energii obok, żeby nie zjechać do nieplanowanej drzemki. Batonik chwilę wcześniej trochę pomógł, ale zaczynał żałować, że nie kupił dwóch.
Pokiwał tylko głową, gdy zapewniła go, że miała czas słuchać i.. Wszystko spoko, tylko on nie miał ochoty marudzić. To na prawdę nie było w jego stylu, a wszystkie "problemy" które miał nie mogły zostać rozwiązane tabletką czy medyczną procedurą. Na szczycie wszystkiego, po prostu.. Były problemami pierwszego świata. Nic wielkiego. Za dużo możliwości, za mało czasu w dobie i.. Ivy Harrison. Tak, to chyba była jednak kochanka jego przyjaciela. Drogi Boże. Napad wesołości, dokładnie taki, jak kiedy rozmawiał z nim nie tak dawno temu sprawił, że zaczął rechotać jak kretyn. - Nie jedziesz na Teneryfę przypadkiem niedługo? Z takim jednym krawaciarzem? - zagadnął, tłumacząc swój napad, nadal z tym samym rozbawieniem. Kręciło mu się w głowie i naprawdę nie powinien rechotać jak kretyn, ale nie mógł nic poradzić, okay? Musiał zapamiętać, żeby napisać do Charliego i się pochwalić, że poznał jego.. koleżankę. Kochankę? Ubaw po pachy.
Ivy Harrison