-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Tym razem nie było inaczej, dlatego ostatecznie na jego żart i późniejszą wzmiankę o slajdach pokręciła tylko głową z dezaprobatą. Nie czuła potrzeby dalej się z nim sprzeczać, bo ostatecznie i tak wygrała. Choć czy wygraną można było nazwać współpracę po godzinach?
Nic więc dziwnego, że potrzebowała oddechu na świeżym, nieco chłodnym powietrzu, który pozwoliłby odzyskać jej zachwianą przez mężczyznę równowagę. Liczyła na to, że zmiana otoczenia, spokój i odgłosy słyszanego z dachu zgiełku miasta zniwelują napięcie w barkach i szczęce, do tej pory zaciskanej nerwowo na samą myśl o człowieku, który doprowadzał ją do szału. Niestety, myliła się.
Na insynuacje Marka na temat doświadczenia tego, co dawał klientkom aż parsknęła śmiechem, ale dopiero na wspomnienie o zazdrości na moment uniosła wysoko brwi w niedowierzaniu, by zaraz pokręcić głową z rozbawieniem.
— Masz o sobie zbyt wysokie mniemanie, Rosenhall - skwitowała, lustrując go spojrzeniem, które zatrzymało się odrobinę dłużej na odpinającym się guziku jego koszuli. Powróciła wzrokiem w jego brązowe oczy. - Nie mam żadnych powodów, by być zazdrosną o Twoje klientki, bo nie dorastają mi do pięt. One się sprzedają, ja nie muszę - dodała, unosząc wysoko brodę z prowokacyjnym błyskiem w oku. Przez głowę przebiegła jej intrygująca myśl - czy chciał, żeby była zazdrosna? Bez względu na to, co też w tym momencie chodziło po głowie bruneta, nie zamierzała mu udowadniać swojej wartości, czując się po prostu lepszą od każdej, która przekraczała próg jego biura.
— Acha, najpierw voucher na masaż, potem podwyżka i co jeszcze? - ściągnęła brwi z politowaniem. - Nie jestem fundacją charytatywną - stwierdziła, przewracając przy tym oczami, na końcu języka mając uwagę, że dziwiło ją, iż nie potrafił poprosić o masaż którejś swojej klientki. W porę się jednak ugryzła, upominając się w myślach, że dalsze brnięcie w temat jego klientek rzeczywiście nie miało najmniejszego sensu. To ją przecież nie ruszało, prawda?
Jego poważny i nieco nawet ostrożny ton sprawił, że przez chwilę spojrzała na niego w zastanowieniu, czy on się czegoś z jej strony obawiał? Właściwie nie powinna być zdziwiona, skoro jeszcze chwilę temu podczas spotkania uciszyła go, przypominając o tym, z kim miał do czynienia.
— Nadal nie sądzę, żeby prezentacja na Twój temat wydała mi się wystarczająco absorbująca, żeby zajmować sobie nią głowę - rzuciła z nieznacznym rozbawieniem widocznym w kącikach jej ust, kiedy wzruszyła niedbale ramionami. Spoglądała na niego bystrym wzrokiem, będąc niezmiernie ciekawą jego reakcji, bo wcześniejsza rozmowa na jego temat, pełna aluzji i niedopowiedzeń, wydawała jej się w niego uderzyć. Musiała przyznać, że nie potrafiła oprzeć się przed tą próbą prowokacji.
— Czyli dla mnie już nie trzeba? - Uniosła wysoko brew, wbijając w niego oczekujące spojrzenie. Zakopanie toporu wojennego nie oznaczało, że zapomni o tym, jak potraktował ją przy wszystkich w konferencyjnej. W zasadzie nie musiał być dla niej uprzejmy, wystarczyłoby, gdyby w sytuacjach takich, jak tamta, ugryzł się w ten swój długi język.
— Nazwałabym to raczej sknerstwem - parsknęła śmiechem, choć tym razem w jej głosie na próżno było słuchać wcześniejszej zjadliwości. Jego zachowanie nie miało nic wspólnego z troską, ale z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że sama skłoniła go do oddania jej swojego papierosa.
Na wspomnienie o jedzeniu aż przygryzła dolną wargę, żeby powstrzymać wstępujący na jej twarz szerszy uśmiech. Dobrego jedzenia nigdy nie odmawiała.
— Obym się nie zawiodła - odparła w zamian, zanim zbliżyła się do mężczyzny, by w kilku zdecydowanych ruchach zamienić się fajkami. Patrzyła na jego osłupienie z rosnącą satysfakcją, a na jego parsknięcie przekrzywiła nieznacznie głowę na bok. - Czy ja się śmieję? - zapytała niewinnie, ale uniesiona zaczepnie brew świadczyła o tym, że czekała na jego kolej.
Zdążyła raz zaciągnąć się nowym papierosem, gdy Mark złapał ją za nadgarstek. Zaskoczona tym nagłym, pewnym siebie odruchem wydała z siebie ciche westchnienie, a po jej kręgosłupie przeszedł dreszcz. Gdy pochylił się w jej stronę, znów poczuła zapach jego nieznośnie intensywnych perfum pomieszanych z dymem tytoniowym. Jego bliskość i sposób, w jaki gorąca dłoń zaciskała się na jej nadgarstku, a oddech drażnił skórę jej dłoni, sprawiały, że powietrze między nimi zgęstniało. Przez cały ten czas tylko obserwowała go, bijąc się z myślami, co powinna zrobić, bo nagle nie chciała od niego już tylko fajki. Obecna gra stawała się niebezpieczna, a przecież mieli przed sobą jeszcze cały wieczór.
— Skąpiec - mruknęła, patrząc na niego spod zmrużonych oczu z czającym się w kącikach ust rozbawieniem, aż ostatecznie ją puścił.
Mark Rosenhall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Widział to spojrzenie Adeline na swoim guziku i poczuł satysfakcję, jakby właśnie złapał rybkę na haczyk, ale czy przeszkadzało mu to, że się tak patrzyła? Ani trochę. Poza tym jego kąciki ust automatycznie powędrowały do góry.
- Ach tak? - spytał ironicznie. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem zarówno odpowiedzi, jaką uzyskał, apropos bycia zazdrosną, jak i jej ogólnej reakcji, bo tak, uwierzył jej słowom, choć uważał, iż w jakimś jednym procencie maks. dwóch była zazdrosna - inna kwestia, że to było myślenie z deafultu albo inaczej, z automatu. Po chwili przyłożył papierosa do ust, zaciągnął się, a następnie wypuścił dym.
- Niech będzie, że Ci wierzę. - odparł, wzruszając lekko ramionami, choć oczywiście przekonanie o tym jednym procencie planował zachować dla samego siebie.
- Na pewno by się coś znalazło... - odpowiedział, udając, że zaczyna rozmyślać nad kolejnymi benefitami.
- Może... załóżmy się? Jeśli prezentacja, którą przygotuję, okaże się świetna, dostanę voucher na masaż, a jak nie... zrobię jedną rzecz, jaką będziesz chciała, pasuje? - spytał, nie wierząc, że naprawdę proponował taki układ, no ale z drugiej strony, czy wymagał nie wiadomo czego? Jeden voucher, jeden masaż, jedno... odprężenie się. Wyciągnął prawą dłoń - jak do przywitania - i zatrzymał ją w powietrzu, nie spuszczając z Adeline wyzywającego spojrzenia - oczywiście przez cały czas patrzył jej prosto w oczy. Czy naprawdę mógł wykonać WSZYSTKO, co zechce? Cóż, nie przyjmował takiej opcji, ponieważ byl pewien, iż odwali super robotę.
- Kiedyś jeszcze zmienisz zdanie i zostanie Ci ona na długo w głowie. Jeszcze Ci się przez nią przyśnię... - odpowiedział ściszonym głosem, z łobuzerskim uśmieszkiem, znowu to robiąc. Znowu zmniejszając odległość, prowokując, zaczepiając i będąc pewnym swojej racji. Był pewien, że po zobaczeniu niektórych zdjęć na prezentacji zrobiłoby jej się gorąco i chciałaby zobaczyć więcej.
- Przecież byłem miły. - odparł, marszcząc brwi. - Zgodziłem się pomóc przy prezentacji i dałem Ci papierosa. - wyliczył, wyciągając wpierw jeden, a potem drugi palec. Oczywiście domyślał się, że piła między innymi do jego zachowania wcześniej, ale no... jeśli tak BARDZO chciała, postara się być ciut... milszym. Przynajmniej na czas współpracy.
- No widzisz, Ty byś to tak nazwała i myślisz, że nie wiem... rusza mnie to? - spytał, unosząc brew, a zaraz potem parskając śmiechem, jakby to miało być potwierdzeniem na wypowiedziane sprzed sekundy słowa. Poza tym zawsze mógł jej nie dawać papierosa, ale pewnie wtedy też by usłyszał jakieś wyrzuty i zarzuty.
- Jeśli się zawiedziesz, to ja będę zawiedziony Twoimi kubkami smakowymi. - odparł, choć oczywiście rozumiał, że ktoś mógł czegoś nie lubić, no ale po prostu... chciał w ten sposób odbić piłeczkę. Miał być miły, pamiętał, lecz wypowiedzenie tego było silniejsze od niego - bo przecież nie zamierzał zamawiać z byle jakiej knajpki, a z takiej naprawdę sprawdzonej, posiadającej dość sporo pozytywnych ocen.
Słysząc pytanie, odczekał nieco dłuższą chwilę, jakby celowo budował napięcie, po czym pokręcił głową przecząco, doskonale wiedząc, że Adeline się NIE śmiała. Zaraz jednak jego skupienie przeniosło się gdzie indziej, ponieważ ich twarze zaczęła dzielić niebezpiecznie niewielka odległość. Czuł jej perfumy - subtelne, ale wyraźne - które zaczęły działać na jego zmysły. Na ułamek sekundy zastygł, a podczas każdego zaciągnięcia, patrzył prosto w oczy Adeline z ogromnym zaciekawieniem, ponieważ bardzo go ciekawiło, co sobie myślała i czy wytrzyma to... napięcie. Szczerze? Jemu też się zrobiło jakoś tak cieplej, aż jakoś tak rozpiął kolejny guzik swojej koszuli, choć nie czuł jakiejś znaczącej różnicy. W ogóle nie czuł wiatru... potrzebował wody, tak. Musiał zwilżyć gardło. Planował więc po powrocie, wstąpić do pomieszczenia gdzie ludzie przychodzili żeby zjeść lunch, ponieważ tam stał baniak z wodą.
- Nie lubię, kiedy zabiera się coś, co należy do mnie. BARDZO tego NIE lubię. - powiedział, specjalnie kładąc akcent na przedostatnie słowo, choć rzecz jasna nie tyczyło się to wyłącznie przedmiotów.
Po kilkunastu sekundach posłał Adeline uśmiech.
- Masz jeszcze jednego na później. - wypowiadając te słowa, schował papiersoa za ucho Covington - jasne, mógł jej schować do kieszeni, lecz istniało ryzyko, że szlug zostanie zgnieciony. Przypominała mu malarkę, która zamiast pędzla za uchem miała fajkę. Wyglądała uroczo... znaczy co?!
- Ja będę wracał do biura. Widzimy się o 17-stej. - dodał, salutując i robiąc tył zwrot, zapinając koszulę i idąc w kierunku drzwi, by faktycznie wrócić na swoje miejsce pracy, choć nim usiadł za biurkiem, poszedł nalać sobie zimnej wody do szklanki.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— To dobrze. Bo brzydzę się kłamstwa - skwitowała, marszcząc przy tym nieco nos. I choć swojej wypowiedzi nadała lekki ton, tak mówiła prawdę. Nienawidziła, kiedy ktoś ją okłamywał. Wolała już najbardziej brutalną prawdę niż mydlenie oczu. W drugą stronę działało to tak samo - w poważnych sprawach zupełnie nie potrafiła kłamać, woląc już nie mówić nic, niż wydusić z siebie coś, z czym mentalnie się nie zgadzała.
Słysząc propozycję Marka uniosła wyżej brew, przez chwilę spoglądając ostrożnie z przygryzioną wargą to na niego to na wyciągniętą w jej stronę dłoń, poważnie się nad nią zastanawiając, jednak ostatecznie na jej twarzy pojawił się grymas.
— Kusząca propozycja, ale niestety muszę odmówić. To, że zmusiłam Cię do pracy dla mnie po godzinach nie oznacza, że masz odwalić za mnie całą robotę, a ja mam zgarnąć za to wszystkie zasługi - zaznaczyła nieco poważniejszym tonem. Nie była taką suką, za jaką mógł ją uważać, musiało to wybrzmieć. - Zmiana całej prezentacji nie będzie odzwierciedlała już mnie, tylko Ciebie, a to brzmi jak oszustwo, czyż nie? - Przekrzywiła głowę na bok, patrząc na niego badawczym wzrokiem. Wbrew pozorom nie zamierzała go niecnie wykorzystywać, tylko chciała, by jej osiągnięcia zostały przypisane jej ciężkiej pracy, bez chodzenia na łatwiznę. - Ale może jeszcze znajdzie się okazja, żeby o coś się założyć - dodała po chwili już bardziej zawadiacko, rozszerzając kąciki ust w zuchwałym uśmiechu. Nie zamierzała ryzykować swojej kariery dla zakładu, ale poza tym lubiła podejmować ryzyko. Miała słabość zarówno do rywalizacji, jak i pulsującej w żyłach adrenaliny.
— Widzę, że bardzo zależy Ci na tym, żebyś zagościł w mojej głowie. Zawsze możesz próbować - przyznała z niezmiennym rozbawieniem widocznym zarówno w kącikach jej ust, jak i zielonych tęczówkach. W tych ostatnich było coś jeszcze - nieme wyzwanie, które wraz z jej słowami było czystą prowokacją. Pytanie tylko, czy chciał się tego podjąć, czy tylko sprawdzał jej granice, żeby ostatecznie się wycofać. Podświadomie oboje zaczynali grać w niebezpieczną grę.
— W kwestii współpracy nie miałeś wyjścia, postawiłam Cię przed faktem dokonanym - uniosła wyżej brew, traktując to jako oczywistą oczywistość. Po tym, jak się do niej odzywał, miał jeszcze bardziej się jej sprzeciwić? To zwyczajnie nie leżało w jego interesie. - Poza tym było to konsekwencją tego, jak arogancko podważałeś każde moje słowo - przypomniała mu spokojnie, nie odrywając od niego spojrzenia, jakby chciała się upewnić, że jej słowa do niego dotarły, choć na samą myśl o ich starciu w konferencyjnej znów miała ochotę strzelić oczami.
— Skądże. Gdybym chciała, żeby coś Cię ruszyło, użyłabym innych słów - rzuciła mimochodem, a w jej głosie czaiła się tajemnicza nuta. W zasadzie mogłaby użyć nie tylko słów, by przekonać się, jak bardzo mógłby się jej poddać, co z pewnością by nastąpiło. Po chwili ta gra przybrała jeszcze bardziej zdradziecką drogę.
Zarówno niewielka między nimi odległość, dotyk na jej skórze, jak i jego uważne spojrzenie stwarzały niemal intymną atmosferę, przez którą musiała niezwykle kontrolować swój oddech, by nie pokazać po sobie, co się w niej działo. Mimo to nie spuszczała z niego wzroku, jednocześnie próbując nie ulec temu nagłemu uderzeniu gorąca, które wpływało na jej myśli, bezwolnie idące w coraz mniej moralnym kierunku.
— Ja za to biorę, co chcę i nie boję się po to sięgać - odparła przekornie z czającym się na ustach zadziornym uśmiechem. Efektem tego było wcześniejsze odebranie mu papierosa, ale nie mówiła tylko o tym. W innych kwestiach na razie nie była jeszcze w pełni przekonana, czego albo kogo chciała.
Przygryzła nieznacznie wargę, gdy Mark zatknął jej za ucho kolejną fajkę, próbując nieudolnie powstrzymać wstępując na jej twarz zadowolony uśmiech i zastanawiając się w myślach, czy on naprawdę złagodniał? Przytaknęła na jego pożegnanie i odprowadziła go wzrokiem, po czym odwróciła je na miasto, a w jej głowie huczało pytanie: co tu się tak właściwie stało?
O siedemnastej podeszła do jego biurka ze wszystkimi materiałami, jakie zgromadziła do swojego projektu, by się z nimi zapoznał i na ich podstawie wyłuszczył jej to, co przeoczyła oraz ewentualnie wskazał jej swoje propozycje na podejście do konkretnych spraw. Nie przyszła do niego z własnym laptopem od razu z jednego prostego powodu - naprawdę potrzebowała się skupić. A po ich rozmowie na dachu nie było to takie oczywiste. Nie mogła go jednak unikać zbyt długo, więc w pewnym momencie ostatecznie zgarnęła swoje rzeczy i rozłożyła się na biurku Joela, przez cały czas starając się, by nie zbaczać z tematu pracy, którą mieli do zrobienia. Wszak im szybciej im pójdzie, tym szybciej będą mogli wrócić do domu, prawda?
Skupiona na kolejnych tabelkach i notatkach, z tego wszystkiego całkowicie zapomniała o czymś tak szczególnie istotnym w jej życiu, jak jedzenie. Dlatego kiedy Mark wrócił z papierowymi torbami, uniosła na niego zaciekawione spojrzenie, które zaraz przeniosła na wyciągane przez niego jedzenie.
— Co tam dobrego mamy? - zapytała, odkładając długopis i sięgnęła po jedno pudełko, zupełnie nie przejmując się tym, czy rzeczywiście było dla niej, czy nie ukradła mu kolejnej rzeczy należącej do niego. - Mmm, tacosy. Z czym są? - mruknęła z uznaniem, widząc zawartość, na którą już ciekła jej ślinka.
Mark Rosenhall
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Skinął głową, przyjmując wypowiedziane przez Covington słowa i w sumie to chyba nawet planował tę informację... zapamiętać. Dobrze, że nie było jej przy moich rozmowach z klientami... bo czasami, żeby coś sprzedać, musiał trochę podkoloryzować rzeczywistość. Rzecz jasna robił to, kiedy naprawdę wymagała tego sytuacja, a on stał pod przysłowiową ścianą, ponieważ klienci lub klientki byli bardzo… uparci. Sprzedaż traktował trochę jak grę albo teatr - wiadomo, że na rynku było wielu deweloperów, ale on MUSIAŁ przekonać ludzi, że ICH mieszkania/domy są po prostu N A J L E P S Z E, a pracując w tej branży tyle czasu, przychodziło mu to całkowicie naturalnie.
- Też nie jestem jego wielkim fanem. - odparł poważnym tonem oraz spojrzeniem, które utkwił na oczach Adeline, podtrzymując z nią kontakt wzrokowy, jakby chciał się dowiedzieć o niej czegoś jeszcze. Rosenhall w rzeczywistości też wolał znać gorzką prawdę, aczkolwiek doskonale wiedział, jak działał dzisiejszy świat oraz że ludziom o wiele łatwiej przychodziło oszukiwanie niż bycie prawdomównym. Chociaż może zawsze tak było? Chusteczka wie. Nie wiedział, bo nie mógł cofnąć się do przeszłości, by zrobić rekonesans - aczkolwiek, szczerze powiedziawszy, bardzo czasami chciał się cofnąć do takiego średniowiecza, by przeżyć sobie jeden dzień jako rycerz.
Zmarszczył brwi i musiał przyznać, że go zaskoczyła, gdyż totalnie nie spodziewał się odmowy na zaproponowany zakład. Był pewien, że Adeline pójdzie na taki układ, a on będzie mógł potem cieszyć się z masażu, a tu… K L O P S. Przez sekundę nawet można było zauważyć coś w rodzaju rozczarowania na jego twarzy. Przejechał nerwowo dłonią po włosach.
- Jak uważasz. - odparł, wzruszając lekko ramionami, bo tak, miała rację i doskonale rozumiał, co właśnie do niego mówiła. Wiedział, że jeżeli Adeline przypisze sobie lub po prostu jej zostanie przypisana CAŁA praca, to będzie faktycznie oszustwem, ponieważ pracować będą przy prezce razem - lub głównie on, ale już mniejsza. Mimo wszystko będzie czekał, bo tak łatwo nie odpuści tego masażu.
- Jakbyś jednak zmieniła zdanie, to daj znać. I myślę, że na pewno taka okazja pojawi się prędzej niż później. - dodał od siebie z lekkim uśmiechem. Trochę poczuł coś w rodzaju szczęścia pomieszanego z satysfakcją, gdyż uważał, że skoro Adeline tak powiedziała, to oznaczało, że nie zamykała szlabanu ani nie stawiała kropki, by powiedzieć Markowi, by wsadził sobie te swoje zakłady tam, gdzie normalnie nie dochodziło słońce, albo inaczej, że dawała zielone światło na kolejny - prawdopodobnie taki sam (w sensie nagrody były takie same, o!) - zakładzik.
- Ja w niej pewnie JUŻ zagościłem, tylko nie chcesz tego przyznać. - stwierdził z łobuzerskim uśmiechm, poruszając brwiami, bo z jakiegoś powodu o tym wspomniała i z jakiegoś powodu, odebrała mu papierosa w TAKI a nie inny sposób. Nikt wcześniej… może poza jedną osobą w taki sposób nie zabrał od niego szluga.
- Wiesz… to, że mnie postawiłaś przed faktem dokonanym, to jedno; inna kwestia, że mógłbym polecenie zwyczajnie olać i o siedemnastej opuścić biuro. - stwierdził, szukając drzwi ewakuacyjnych, by pokazać Adeline, iż pomimo przyparcia go do muru mógł wykonać dezercję.
- Mhm... - pamiętał, doskonale pamiętał spotkanie, które miało miejsce kilka minut temu.
- Powiedz mi tylko tak szczerze. Czy byłaś z siebie zadowolona? Czy czułaś, że powiedziałaś wszystko, co chciałaś? Co, twoim zdaniem, sugerowały miny słuchaczy? - spytał, bo był ciekaw, czy Covington nad tym, o co on zapytał, zastanawiała się. Czy w ogóle analizowała wyrazy twarzy osób obecnych na sali, którzy również słuchali i patrzyli na prezentację?
Uniósł brew, kiedy usłyszał kolejne słowa Adeline.
- Ach tak? - musiał przyznać, że zaintrygowała go i bardzo zaciekawiła, ponieważ nie miał zielonego pojęcia, o jakich słowach myślała lub jakie słowa chodziły jej po głowie. No ale zaraz przestał nad tym dewagować, ponieważ czuł perfumy Adeline i zdawał sobie sprawę z niewielkiej odległości, jaka ich dzieliła. Mark patrzył jej prosto w oczy, choć może na sekundę (lub dwie), zjechał wzrokiem ciut niżej... przełknął ślinę - jeszcze brakowało, by zaczął padać deszcz dla lepszego efektu. Przez chwilę ktoś stojący z boku mógł pomyśleć, że Rosenhall i Covington rywalizują ze sobą o to, kto dłużej wytrzyma i nie mrugnie - choć Mark zaczynał uważać, że Adeline miała... naprawdę ładne...
oczy.
- Tylko pamiętaj, by nie podchodzić zbyt blisko ognia… bo możesz się sparzyć, Covington. - odpowiedział, mrużąc nieco oczy i specjalnie używając metafory - a mówiąc o ogniu, mówił o.... sobie. Jakby chciał jej tym powiedzieć, że okej, szanuję, ale ja też tak łatwo nie oddaję.
Mark siedział przy swoim biurku, gdy nagle usłyszał kroki. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie i widząc godzinę 17:00, domyślał się, kto zaszczycił go swoją obecnością. Przejechał wzrokiem po kolejno dokładanych dokumentach i czuł, że zapowiada się dobra zabawa.
A ponieważ nie było czasu do stracenia, wziął pierwszy dokument z góry i zaczął go analizować, a najważniejsze rzeczy zapisywał w Google Docu. Pracował w ciszy, czasami tylko coś mrucząc, że jakaś informacja jest bez sensu albo że nic nie wnosi albo jeszcze co innego. Nagle - całkowicie niespodziewanie - jego telefon zawibrował, ponieważ dzwonił pan dostawca jedzonka. Mark czym prędzej pobiegł odebrać zamówienie, a potem wrócił do biura, gdzie zaczął na biurku wykładać - po wcześniejszym przygotowaniu miejsca - zapakowane w jednorazowe opakowania dania.
- Tacosy, quasadille i burito. I cola do picia. - powiedział, wskazując po kolei każde pudełko, które także otwierał, bo bez tego nie wiedziałby co gdzie było.
- Tacosy są z wołowiną pieczoną z pomidorami i suszoną papryką. Ogólnie mega sosy dodają, bo mango chilli jest jednym, a drugi to sos ranchera i on jest ziołowy, o charakterystycznym smaku maślanki, majonezu, czosnku i koperku. - powiedział zgodnie z tym, co pamiętał. Wziął sobie jednego tacosa i wszystko byłoby super, gdyby jeden z sosów, nie wylądował na jego spodniach. Na udzie. Obok rozporka. Westchnął głośno, widząc to, wziął serwetkę i sprawnym ruchem zgarnął ten sos, a widząc buzię Adeline, uniósł kąciki ust, odwrócił serwetkę na drugą stronę, a następnie odłożył swojego tacosa na papierowy talerz (który miał przed sobą) i wykonał kilka kroków, by znów stanąć naprzeciwko niej. Gdy był już wystarczająco blisko, wyciągnął rękę, aby wytrzeć jeden z jej kącików ust. Zrobił to lekko, z gracją. I mimo, że buzia Adeline była już czysta, to jakoś tak nie wrócił od razu na swoje miejsce, tylko stał chwilę bez słowa, patrząc jej prosto w oczy.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
I choć propozycja Marka w pierwszej chwili wydała jej się naprawdę godna rozważenia, tak w kwestii pracy musiała postawić sprawę jasno. Jednak widząc przejaw rozczarowania i zakłopotania przemykający przez jego twarz, kąciki jej ust drgnęły pod wpływem nieco bardziej zadziornego uśmiechu.
— Och, rozchmurz się, Mark. Jeśli tak bardzo zależy Ci na tym masażu to znajdziesz sposób, żeby sobie na niego zasłużyć - mówiąc to, sięgnęła dłonią jego ramienia, żeby je pogładzić, zatrzymując się na nim odrobinę dłużej, niż wypadało, i spojrzała na niego znacząco. - Rzeczywiście wydajesz się spięty - dodała, ściągając przy tym nieco brwi z udawaną troską, co zdradzał kącik jej ust, który po chwili drgnął w nieco łobuzerskim uśmiechu, zanim odsunęła dłoń. Mimowolnie wzbudził w niej zaintrygowanie, czy było to spowodowane wyłącznie pracą, czy ona również częściowo miała na to wpływ.
Jego następne stwierdzenie o zagoszczeniu w jej głowie i następujący po nich łobuzerski uśmiech sprawił, że kąciki jej ust również mimowolnie rozszerzyły się bardziej.
— Do tego trzeba trochę więcej, niż ładnych oczu i pewnego siebie uśmiechu - odparła w zamian z rozbawieniem. Nie przyznała tego na głos, ale w myślach musiała przyznać, że jak na razie całkiem dobrze sobie radził. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że inicjowała kontakt fizyczny. Drobne gesty mówiły więcej niż słowa.
— Czyli sądzisz, że powinnam być Ci wdzięczna za Twoją łaskawość? - Uniosła wysoko brwi w udawanym niedowierzaniu. Oczywiście, że mógł ją zignorować i stąd wyjść. I może nie wpłynęłaby na jego dalszą pracę w firmie, a przynajmniej nie tak drastycznie, jak wręczając mu wypowiedzenie, ale w odwecie mogłaby mu tę pracę znacząco utrudnić. Jej skromnym zdaniem ta gra nie była warta świeczki.
Na jego pytania przygryzła wargę, przez kilka sekund zastanawiając się nad nimi, bo zanim weszła na spotkanie, uważała, że nie miała sobie czego zarzucić.
— Po to było to spotkanie, żebym mogła jeszcze dokonać poprawek. Byłam gotowa na wszelkie sugestie. Ale nie na całą zmianę prezentacji, bo ktoś ma na nią zupełnie inną koncepcję - odparła po chwili, na moment odwracając wzrok na okoliczne budynki. Dlatego tym bardziej chciała poznać jego pomysły, a nie wszystko w stu procentach z niego zerżnąć i podpisać się własnym nazwiskiem. Miała wrażenie, że na tamtym spotkaniu sugerował jej, że nawet i na swoje obecne stanowisko się nie nadawała. A może tylko wbijała sobie to do głowy? Potrząsnęła głową, próbując odwieść te myśli od siebie. Nie, nie mogła przed Markiem pokazać swoich zgryzot.
Na szczęście zaraz ponownie skupiła się na dalszej części rozmowy z Markiem, odnotowując w myślach błysk w jego oczach, gdy wspomniała o użyciu innych słów, po których nastąpiła pełna napięcia chwila, gdy tak arogancko postanowił złapać od niej bucha papierosa. Jakby właśnie zaznaczał swój teren. A ona bez zastanowienia mu na to pozwoliła.
Jego następnego ostrzeżenia nie skomentowała, jedynie obserwując, jak ostatecznie wrócił do środka, jeszcze przez chwilę analizując jego słowa. Zdecydowanie stała zbyt blisko ognia, ale czy to ją kiedykolwiek zraziło?
Przyjemne zapachy zaczęły unosić się w powietrzu, kiedy Mark przyniósł jedzenie i zaczął je wyciągać z toreb. Na jego odpowiedź, na moment uniosła na niego wzrok.
— Często je jadasz? - zapytała z zaintrygowaniem, bo jego obszerna wiedza na ten temat mimowolnie zrobiła na niej wrażenie. Zaraz jednak ponownie spojrzała na tacosa, którego wzięła do ręki. - Mam nadzieję, że smakuje tak dobrze, jak brzmi - przyznała, po chwili ostrożnie biorąc do ust kęsa. I rzeczywiście, musiała przyznać mężczyźnie rację, bo były idealne. Czując na podniebieniu eksplozję smaków, zdała sobie sprawę, że nie jadła prawie od rana, dlatego zajęła się jedzeniem, nawet nie zwracając uwagi na to, jak wyglądała i czy zaraz nie ubrudzi sobie swojej białej koszuli. Dlatego też w pierwszej chwili nie zauważyła, jak Mark zmniejszył między nimi dystans, dopiero gdy znalazł się przy niej ściągnęła brwi, zatrzymując tacosa w powietrzu.
— Co…? - nie dokończyła, bo mężczyzna pochylił się, żeby ściągnąć chusteczką nadmiar sosu z kącika jej ust, sprawiając, że momentalnie znieruchomiała. Ten niby prosty gest, w połączeniu z podniesionym na nią spojrzeniem czarnych oczu sprawił, że powietrze wokół nich znów powoli zaczynało gęstnieć. Oblizała delikatnie wargi.
— I do tego dżentelmen - zauważyła, odnosząc się do poprzednich cech, które zdążyła w nim nazwać. - Zaskakujesz mnie coraz bardziej - dodała zaraz niższym tonem z czającym się w tonie głosu uznaniem, a kąciki jej ust uniosły się nieznacznie do góry. Przez kilka sekund przyglądała mu się uważniej, jakby coś rozważała. - Chcesz spróbować? - zapytała w końcu, podsuwając mu tacosa pod usta. Patrzyła na niego nie tyle co z wyzwaniem, a raczej ciekawością, czy Mark znów odważy się zrobić coś więcej, przekraczając granice fizyczności, z którą najwyraźniej oboje nie mieli żadnego problemu.
Mark Rosenhall