—
Jasne, że tak — zgodziła się niemal natychmiast, zanim zdążyła ugryźć się w język. Dopiero po chwili dotarło do Lilian, że po tym, co zgotowała Nico, taka lekkość była co najmniej nie na miejscu. Nawet jeżeli sama inicjatywa wyszła od niego, to poczuła, że nie zachowała się wystarczająco taktownie, bez zawahania godząc się na wszystko. —
To znaczy… — Spróbowała się zreflektować. —
Jeżeli rzeczywiście się gdzieś złapiemy.
Nie chciała udawać, że nic się nie stało; że nie była świadoma, jak bardzo go zraniła i jak bardzo przy okazji zraniła samą siebie. Nico nigdy nie zrobił niczego, co zasługiwałoby na taki finał.
To Lilian była niezdrowo uzależniona od rodziny. On stał się jedynie ofiarą jej braku asertywności i chwili, w której rzeczywiście spróbowała marzyć.
—
Toronto jest naprawdę świetne, ale do Oakville rzeczywiście mam większy sentyment. W końcu tam się wychowaliśmy. — Celowo zboczyła z tematu wspomnień, bo doskonale wiedziała, o czym myślał. Prawdopodobnie przez głowę Lilian przetoczyła się taka sama fala tych przeszłych, wyjątkowo ciepłych scen, związanych z Nico, gdy wierzyli, że będą razem
na zawsze.
Jednak
na zawsze skończyło się wraz z ostatnią klasą liceum. Rozstali się. Poszli w różne strony i już w pojedynkę realizowali życiowe plany.
Przez pewien czas Lilian również próbowała kosztować życia. Spotykała się z koleżankami ze szkoły średniej, czasem z pracownicami pensjonatu, łapiąc się tych znajomości, jakby mogły wypełnić jej tęsknote za Nico. Niestety te relacje szybko marniały, gdy dziewczyny wchodziły w kolejne, większe lub mniejsze miłostki. Lilian w tamtym czasie związki nie interesowały. Nie była na nie gotowa, choć z upływem miesięcy spróbowała otworzyć się przed dwoma innynmi chłopakami.Bezskutecznie. Każda z tych prób zostawiała w niej potwierdzenie, że jeszcze do końca nie potrafiła ruszyć dalej.
Potaknęła z wyraźnym zrozumieniem, gdy Rosenhall opowiadał o Vancouver i o tym, jak bardzo różni się od Nowego Jorku. Nie mogła tego potwierdzić na podstawie własnych doświadczeń, a jednak mimowolnie zawierzyła jego słowom. Chciałaby kiedyś zobaczyć te miasta. Ale nawet teraz, mając dwadzieścia trzy lata, wciąż pozostawała zakotwiczona w Toronto, o czym przypomniała sobie z pewną żałością.
Niezmiernie cieszyła się, że rozmawiali; że mogła go obserwować, słuchać i choć na chwilę znów znaleźć się tak blisko, nawet jeżeli dotyczyło to tych drobnych, pozornie nieistotnych gestach jak pogłaskanie jego psa. Wszystko, co dotyczyło Nico, mimo początkowego szoku i niepokoju wywołanego tym dziwnym dysonansem, wciąż ją intrygowało.
Tak naprawdę Lilian czerpała z tej rozmowy więcej, niż chciała przed sobą przyznać. Była w niej jakaś domieszka ulgi oraz szczenięca radość z tych kilku wspólnie spędzonych minut, które ostatecznie brutalnie przerwał głos babki.
Ona również nie zarejestrowała, w którym momencie dłonie Nico znalazły się na jej tali. Była pod wpływem adrenaliny, więc poczzątkowo nie zwróciła uwagi na ten szczegół, choć gdy znaleźli się już w środku odzyskała więcej świadomości. To wszystko było tak nagłe, tak znajome, że przez moment oddech Lilian utknął w gardle.
Palec dziewczyny, który nadal znajdował się przy ustach Nico, drgnął niespokojnie, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że przekroczyła granicę sfery osobistej. Jeszcze uważniej spojrzała mu w oczy i poczuła ukłucie gdzieś pod mostkiem.
Kiedy odsunął kosmyk włosów z jej twarzy, oddech dziewczyny mimowolnie przyspieszył. Uderzyła w nią fala wspomnień: frasobliwych, intymnych, takich, należących wyłącznie do nich. Ich ciężar sprawił, że na moment zmiękły jej kolana. Zaraz cofnęła dłoń sprzed ust Rosenhalla i odruchowo zacisnęła palce na jego ramieniu, podczas gdy paznokciami drugiej ręki nieświadomie podrapała mu skórę na klatce piersiowej.
Potem zadrżała, bo cichy, męski głos rozbrzmiał tuż przy jej uchu. Spięła ramiona. Miała wrażenie, ze serce lada moment będzie skłonne wyskoczyć z piersi, więc prędko podjęła próbę opanowania się. Przymknęła oczy i mocno zacisnęła usta. Minęło wiele lat, więc nie wiedziała, że bliskość Nico nadal działa na nią w ten dziwny, obezwładniający sposób.
—
To nie tak — szepnęła, nieświadomie zaciągając się nowym zapachem. Następnie odsunęła twarz od jego twarzy, aby więcej nie kusić losu i odzyskać trzeźwość myślenia, która najwyrazniej uciekła gdzieś daleko.
Zerknęła najpierw na profil Nico; na ładne kości policzkowe, delikatny cień zarostu, jakim niecharakteryzował się w liceum, prosty nos, a potem na oczy; te cholerne piękne oczy, w których właśnie zatraciła duszę.
Dopiero po paru sekundach znalazła w sobie siłę, aby go odepchnąć i obejrzała się przez ramię w stronę drzwi, zza którymi cichły już nerwowe kroki babki. Chwilę później rozległo się głośniejsze, siarczyste przekleństwo, jakie Dolores Davenport rzuciła pod adresem
nieróbstwa wnuczki i trzask gdzieś na końcu korytarza.
Wtedy Lilian nie wiedziała, co powinna ze sobą począć, ani gdzie ulokować wzrok. Błądziła nim nerwowo po podłodze i ścianach, wewnętrznie karcąc siebie za ten brak rozwagi. Była przytłoczona i zmartwiona fermentem w sercu, który trawił wnętrzności i buzował we krwi, sprawiając, że poczerwieniała ze wstydu na twarzy.
Nie chciała przecież urazić Nico. Nie chciała odpychać go w ten niegrzeczny sposób, jednak instynkt samoobrony przejął kontrolę nad ciałem Lilian. Jeszcze trochę i rozpłynęłaby się pod wpływem dotyku chłopaka, a już i tak wystarczająco przykra świadomość uderzyła w nią obuchem.
Nie była skorupą.
Nadal coś czuła. Coś, co niezmiernie bolało.
—
Moja babcia jest bardzo nadgorliwa. Ma dużo na głowie i stąd zleca mi ciągle jakieś dodatkowe prace w pensjonacie. To nie tak — zawahała się przy tym głupim tłumaczeniu. —
To nie tak, że jej unikam, ale nie powinna widzieć, że tyle czasu spędzam na rozmowie z... gościem.. — Potaknęła sama sobie. —
No bo jesteś tu gościem — dodała mniej grzecznie, niż chciała w rzeczywistości. Denerwowała się, a kiedy to robiła, paplała wszystko co ślina na język jej przyniosła. —
Mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi, Nico. Przepraszam, że cię popchnęłam.
Nico Rosenhall