A lifeless object, alive
Piekło od zamierzchłych czasów wzbudzało strach i fascynację. Ludzie, obawiając się potępienia, odsuwali od siebie swoją ciemną stronę, wyrzekając się jej i oszukując samych siebie. Poprzez chodzenie do kościoła, wysłuchiwania kazań księży i spowiedź, wierzyli w odkupienie i zmycie ze swojej duszy grzechów przy pomocy kilku kropel wody święconej i słów boskiego posłańca... Obrazy potępienia, śmierci i diabelskiej obecności przez wieki zatruwały ludzką wyobraźnię, aż piekło przestało być tylko symbolem. Stało się niemal namacalną rzeczywistością. Czeluścią pełną ognia i ciemności, do której trafiają dusze napiętnowane złem. Czasem wystarczy jeden zły wybór, by przypieczętować swój los i do końca życia mierzyć się z konsekwencjami podjętej decyzji. Bóg cię rozliczy za twoje grzechy, za to, co zrobiłaś, zostaniesz potępiona.
Za dużo razy straszono ją piekłem, by zaczęła brać te groźby na poważnie.
Dłużnicy, z którymi obcowała, będąc jeszcze członkinią gangu, lubili zasłaniać się bogiem i spychać swoje niewielkie grzeszki na sam koniec świadomości. Łatwiej rozliczało się czyjeś przewinienia niż swoje własne. W końcu w obliczu większego zła to mniejsze nagle przestawało mieć znaczenie — bzdury. Każda podłość zostawiała rysę na duszy i pozbycie się jej było niemożliwe. Słyszała czcze gadanie, coś o odkupieniu zyskanym poprzez przebaczenie samemu sobie. Isobel tak nie uważała. Zdaniem ciemnowłosej dziewczyny droga do odkupienia wiodła przez ogień i zniszczenie. Zmierzenie się z własnym sumieniem i lękami nie miało nic wspólnego z odkupieniem win. Raczej ze świadomością swoich czynów, pogodzeniem się z nimi i odnalezieniem własnej drogi przez pogorzelisko pełne krwi, popiołów i ruin. Odrzucała wiarę w piekło jako w miejsce. Dostrzegała je tutaj, na ziemi, między ludźmi. W miejscu, w którym byli wszyscy, ale każdy toczył batalię ze swoją moralnością. Niewielu wpadło na pomysł, że prawdziwe zło czaiło się w ludzkiej podświadomości, nie w miejscu wymyślonym przez twórców Biblii i zobrazowanym przez malarzy.
Uświadomiła to sobie już dawno temu. Czymkolwiek było to, co czekało na nią po drugiej stronie, będzie musiała się z tym zmierzyć. Własne sumienie potrafiło przytłoczyć. Podobnie jak wspomnienia i przeszłość, którą chciało się zostawić za sobą, ale ona zawsze wracała. Przychodziła pod osłoną nocy, jako sen, albo w ciągu dnia, jako przedmiot działający niczym zapalnik do sumienia. W teorii Isobel zostawiła ten zły czas za sobą. Wyjechała z poprzedniego miasta, by zacząć od nowa. Domknęła wszystkie sprawy i zadbała o to, by zamknąć za sobą ten tragiczny rozdział. Nie odczuwała czegoś takiego jak żal czy tęsknota. Miała to gdzieś. Nie zależało jej na powrocie; właściwie nie zależało jej na niczym. Przeprowadziła się do obcego miasta, które, choć tętniło życiem, było puste. Zupełnie jak Isobel. Miała czystą kartę, choć nie potrafiła cieszyć się tą wolnością — przecież była martwa. Martwi nie odczuwali emocji. Nie znali radości, nie znali smutku — może tylko gniew, jeśli ktoś wierzył w życie pozagrobowe i mściwe duchy.
Stojący na parkingu, stary samochód zmusił ją do refleksji nad tym, co zostawiła za sobą. Złapała głęboki wdech i podeszła do auta, wiedziona w jego stronę przez niewidoczną, nieznaną sobie siłę. Wszędzie rozpoznałaby cechy tego modelu, choć samej nazwy nie potrafiła sobie przypomnieć. Samochód. Zwykły pickup, jakich wiele — a jednak wyróżniający się budową i kolorem. Składając dłonie na klatce piersiowej, obeszła go dookoła. Wiatr szarpał czarnym płaszczem sięgającym do połowy ud, gdy się poruszała, a stukot wojskowych botków w tym samym kolorze, przerywał ciszę. Logika i zdrowy rozsądek, podpowiadały jej, że to niemożliwe, by właściciel przyjechał tutaj za nią — tablica rejestracyjna się nie zgadzała. A jednak poczuła ten nagły zryw złości wewnątrz ciała, bezczelnie przypominający jej o tym mężczyźnie — o swoim porywaczu. Zacisnęła palce na ramieniu, zupełnie niewzruszona bólem — wzburzona natomiast tym, że skoro nawet durny samochód wzbudzał nieprzyjemne wspomnienia, to nie mogła liczyć na spokój ducha. Przyjechała tutaj, by wrócić do normalności, ale normalność okazywała się trudniejsza, niż zakładała.
— Pierdol się. Ty i ten twój samochód. Ciebie tutaj nie ma — fuknęła przez zaciśnięte zęby, odwracając się tyłem do auta.
Unosząc butnie podbródek, zamierzała po prostu o d e j ś ć. I zapewne by tak zrobiła, gdyby nie pogrążyła się w swoim rozgoryczeniu. Oczywiście, że nie zauważyła mężczyzny idącego w jej stronę, na którego omal nie wpadła. Nie była pewna, czy to ona zatrzymała się pierwsza, czy może on. Nie miała czasu się nad tym zastanawiać.
Naturalnie, zamiast wcześniej pomyśleć, przeszła do ofensywy.
Zmierzyła blondyna zimnym, pretensjonalnym spojrzeniem, jakby to o n zawinił.
— Uważaj, jak łazisz — upomniała nieprzyjemnie, strosząc się, jak rozzłoszczony kot, który nie zamierzał ustąpić z drogi.
Max Korhonen