-
Running with bulls
Working my miracles
Holding my world together with a boot string
Living the dream
Benzos and gasoline
Coffee and blue light screens till the morning
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkijakiekolwiektyp narracji3os.czas narracjiteraźniejszypostaćautor
Co za durny pomysł.
Stawia niespieszne, ale pewne kroki; pociąga za ciężkie drzwi apartamentowca. Ściska pasek torby, gdy winda podrywa się do góry. Przymyka powieki.
Pomysł jest durny, ale jakimś cudem jedynie rozmowa z Gardnerem może pomóc uciszyć intruzywne myśli o sprawie, którą przejęła po koledze na zwolnieniu w zasadzie tylko po to, by stanąć przed sądem i przedstawić metodologię pracy innego informatyka. To miał być czysto rutynowy, szybki i bezbolesny interwał pomiędzy godzinami pracy przy monitorze; sprawa, która sama się wygrywa.
A jednak gdy wczytywała się w akta coraz dokładniej, zmarszczka między brwiami Peregrine jedynie się pogłębiała, a żołądek opadał coraz niżej. Komendant o jej wątpliwościach wyraził się jasno, chociaż nie wprost: ma pójść do sądu, wyrecytować swoje formułki i nie rozgrzebywać zamkniętego śledztwa.
Ale Helena Peregrine nie potrafi odpuścić zwęszonej w sprawie nieścisłości – próbowała się do tego skłonić. Naprawdę próbowała.
Winda zatrzymuje się z szarpnięciem, a ona wypada z niej na piętro.
Odgłos obcasów odbija się od ścian. Peregrine ściąga słuchawki i wyciąga dłoń do dzwonka; ta zawisa tam przez parę sekund w pierwszym objawie wahania – potrzebuje głębszego oddechu w przygotowaniu na kolejne starcie z najbardziej irytującym człowiekiem pod słońcem.
Sprawie na pewno nie pomaga świeże wspomnienie treściwego spotkania rano w kancelarii. Być może przesadziła, przedstawiając się sekretarce Gardnera jako była premier Ontario, Kathleen Wynne. Dopiero wykonując telefon, zdała sobie sprawę z tego, że Percival raczej nie zechce udzielić jej audiencji. Ta improwizacja spotkała się z donośnym hukiem zamykanych przed nosem drzwi.
Ale przecież potrzebuje tylko kilku minut, by udowodnić mu, że nie ma zamiaru marnować jego czasu. Gdyby nie była pewna, że to wykonalne, nie ryzykowałaby potencjalnym pozwem o nękanie, przychodząc do jego drzwi.
Dlatego naciska dzwonek i taktycznie odsuwa się na kilka kroków, by zniknąć z zasięgu wizjera i sprowokować Percivala do wyjrzenia na korytarz.
Drzwi otwierają się, a Helena wita Gardnera krzywym uśmiechem, spod którego wyziera niechęć.
— To zawsze mogli być Jehowi — mówi, obserwując, jak jego twarz zmienia się na jej widok. — Przychodzę w pokoju, przysięgam — dodaje szybko, zanim element zaskoczenia przestanie działać, a Percival znów zatrzaśnie jej drzwi przed nosem. — A nawet, jakimś jebanym cudem... – tę część mamrocze pod nosem — przychodzę ci pomóc. Posłuchaj mnie przez minutę.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Bez rozgłosu.
Zero dram.
Chciał tylko dać jej czas.
Najbliższe miesiące miały zadecydować czy faktycznie postąpił słusznie.
Pieprzony egoista.
Czyż rozpadające się małżeństwo nie było wszak jego winą? Ona niczemu nie zawiniła. Odpuściła, po prostu. Tak jak i – najwyraźniej – zaczął odpuszczać on sam.
Powoli… to wszystko… do niego… docierało…
W tle leciał przyciszony film z telewizora. Zapalona lampa w rogu nadawała ciemnemu pomieszczeniu senny klimat. Nalewał sobie właśnie whisky i aż nim wzdrygnęło na głośny dźwięk dzwonka. Śpiąca przy kanapie suczka poderwała łeb do góry. Zawahał się raz – niby kto miałby się do niego dobijać o tak późnej godzinie? Podszedł do drzwi, w szarych dresach i czarnej koszulce na krótki rękaw; z lekko mokrymi włosami po prysznicu, niedbale zaczesanymi. Zawahał drugi – nikogo nie widział przez wizjer. Trzecie zawahanie, chwila ciszy; złapał za klamkę i…
— Nosz kurrw… — syknął, kiedy ujrzał Helenę. — Czego rano nie zrozumiałaś? Skąd wiesz, gdzie mieszkam? — Patrzył na nią z wyraźnym wkurwieniem. Z m ę c z e n i e m.
Dopiero co się tam wprowadził, nikt o tym nie wiedział, poza dwoma czy trzema osobami z pracy, które wiedzieć musiały. Ale miał przed sobą przecież panią informatyk. Żeby tego było mało, niezłą hakerkę.
„…przychodzę ci pomóc”.
Parsknął kpiąco, opierając się dłonią o framugę.
— Pomóc? W czym ty mi chcesz pomóc, Peregrine, co?
Nie wierzył w to, co słyszał, a jednak coś mu podpowiadało, żeby dać temu wkurzającemu stworzeniu kilka minut. Skoro po porannej szopce fatygowała się w jego prywatę, musiało to być coś ważnego, prawda?
Zagryzł na moment wargę, jakby bił się z myślami. W końcu sarknął:
— Masz minutę.
Odwrócił się, zostawiając otwarte drzwi, a ruszając w kierunku kuchni rzucił przez ramię:
— Właź i nie rób hałasu.
-
Running with bulls
Working my miracles
Holding my world together with a boot string
Living the dream
Benzos and gasoline
Coffee and blue light screens till the morning
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkijakiekolwiektyp narracji3os.czas narracjiteraźniejszypostaćautor
Na chwilę unosi jedną brew ku górze. — Zadajesz złe pytanie, bo nie mam ochoty ci w niczym pomagać. Wyjątkowo gramy do tej samej bramki — mówi rzeczowo, przyglądając mu się z rezerwą. Nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby zmusić się do kwiecistych kłamstw o nagłej sympatii czy zawodowym szacunku, chociaż podejrzewa, że Gardner jest do tego przyzwyczajony i mogłoby się to okazać skuteczną manipulacją w przypadku kogoś o tak rozdmuchanym ego. Helena nie ma na to jednak ochoty. Zresztą, czy uwierzyłby w taką szopkę akurat z jej strony? Wątpliwe. Być może nie pozabijali się, przez kilka godzin siedząc w jednym samochodzie, ale to wciąż mogła być tylko kwestia czasu.
Właź.
Najwyraźniej Gardner także jest skory zaryzykować, że wieczór zostanie zwieńczony krwią. Peregrine nie czeka, aż ten zmieni zdanie i podąża za nim do mieszkania, zamykając ze sobą drzwi.
W przedpokoju wciąż unosi się zapach jego szamponu, mieszając się z aromatem fabryki mebli; większość przestrzeni wciąż wygląda, jakby nikt tam nie mieszkał. Niedbale ściąga czarne oficerki i zostawia je na środku przejścia. Rozpina kurtkę, gdy rozlegają się rytmiczne uderzenia pazurów o panele. Z zaskoczeniem podnosi głowę na młodą suczkę, która podbiega do niej z czujnie postawionymi uszami. Peregrine wyciąga dłoń do powąchania, a ta korzysta z zaproszenia. Nie mija pięć sekund, zanim Helena nie wygrywa jej sympatii wprawnym drapaniem za uchem. Młoda przewraca się na plecy, a informatyczka parska krótko. Zdecydowanie woli jej towarzystwo od Percivala, ale przecież dostała od niego minutę.
Ściąga kurtkę i niedbale przerzuca ją przez oparcie kanapy, z westchnieniem podpierając dłonie na talii i kierując spojrzenie na Gardnera.
— Jeffrey Park jest niewinny — przechodzi natychmiast do rzeczy. — Możliwe też, że prawdziwy sprawca jest powiązany z policją — dodaje, za chwilę zaciskając wąsko usta. Jej rozterka jest zauważalna, ale w słowach brzmi pewność, mimo że tak naprawdę nie ma żadnych dowodów, jedynie intensywne przeczucie i kilka interakcji, które jedynie pogłębiły jej podejrzenia. Nawet sam oskarżony zeznał, że to był wypadek. Był zbyt nietrzeźwy, by cokolwiek pamiętać – ale obudził się w łóżku ze swoją martwą dziewczyną, narzędziem zbrodni na wyciągnięcie ręki i wcześniejszymi zatrzymaniami za pobicia. W mieszkaniu nie było śladów włamania, a Monica Torres nie miała żadnych wrogów. Wszystko przemawiało za tym, że to właśnie Park, nieświadom swoich akcji, pchnął swoją dziewczynę nożem dwadzieścia trzy razy, zanim sam nie stracił przytomności w plamie jej krwi.
Tyle tylko, że Helena nie potrafiła znaleźć logicznej odpowiedzi na jedno pytanie: dlaczego? A im głębiej grzebała, tym bardziej cała ta historia zaczynała rozchodzić się w szwach.
Peregrine zatrzymuje spojrzenie na butelce whisky. — Mogę? — pyta, ale zanim Gardner zdąży udzielić odpowiedzi, ta chwyta za szklaną szyjkę i przyciska ją do ust, zdążając upić dwa spore łyki, zanim alkohol nie wykrzywia jej twarzy. — Dobra — chwali, unosząc lekko prawy kącik ust.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Zacisnął szczęki tak mocno, że uwydatniły mięśnie twarzy. Pomyślał o kilku opcjach, jak właściwie znalazła jego nowy adres – żadna z nich mu się nie podobała. Do tego starego, a raczej głównego, zapewne również dotarła. Teoretycznie przecież nadal tam mieszkał, część domu wciąż należała do niego.
Przeczuwał, że było w tym coś głębszego. Nie dobijałaby się tak zawzięcie, gdyby chodziło o głupią chęć pomocy. Ona? Miałaby pomagać jemu? A jednak tam stała. Jakby nigdy nic. Jakby z rana wcale nie podszyła się pod byłą premier Ontario, byle tylko wpuszczono ją do góry, tuż pod gabinet adwokata Gardnera, który tak czy siak zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Miał ochotę zrobić to i teraz, cholerną.
Co ta smarkula sobie w ogóle wyobraża?
„Wyjątkowo gramy do tej samej bramki”.
— To ciekawe… — mruknął jeszcze, wcale nieprzekonany, zanim zniknął we wnętrzu mieszkania.
Złapał za butelkę, żeby dokończyć to, co mu przerwano. Po chwili zdobiony tumbler wypełniła bursztynowa ciecz. Zerkał ukradkiem jak Leyla łasi się do Peregrine, na końcu języka mając ciętą, choć trafną z obserwacji uwagę: witała się tak z każdym. Psina, która w całym swoim życiu nie otrzymała pewnie tyle miłości, ile w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Poszczęściło jej się. A może jemu, że na pustej w nocy stacji benzynowej trafił akurat na nią? Może to ona uratowała jego.
„Jeffrey Park jest niewinny”.
Słowa informatyczki wybrzmiały pewnie i wyraźnie, skutecznie przyciągając uwagę Gardnera. To była jedna z tych spraw, przy których Percival miał niemalże stuprocentową pewność, że jego klient był niewinny, mimo, że dowody temu przeczyły. Pijany i nieświadomy, w łóżku ze swoją martwą dziewczyną, z nożem obok siebie. Czy nie brzmiało to jak świetnie przygotowana scena? Nabrało jeszcze większego sensu, gdy Helena wspomniała o kimś z policji.
— A ty przychodzisz z tym do mnie, bo…? — Ściągnął brwi. Utrzymywał czujność. Widział w swojej karierze zbyt wiele, by nie być podejrzliwym. Musiał ją sprawdzić; musiał wiedzieć, dlaczego uparcie nalegała, żeby się z nim spotkać. Żeby o tym porozmawiać. — Nie uwierzę, że tak bardzo zależy ci na wymierzaniu sprawiedliwości, że łapiesz się przypadkowych spraw. Sama stwierdziłaś, że gramy do tej samej bramki, a to raczej niezbyt oczywiste.
Jej nagły ruch sprawił, że usta Percy’ego wygięły się w półuśmiechu niedowierzania. Widok krzywiącej się Heleny wynagrodził mu jednak trochę tą bezczelną samowolkę.
— Powoli, bo się zakrztusisz — rzucił zaczepnie, wyrywając z jej rąk butelkę. Odwrócił się do szafki, w której zdążył ustawić parę naczyń. Wyjął z niej drugi tumbler i nalał whisky, mniej więcej do połowy. Podsunął szkło Helenie, oparł dłonie o stół i nieznacznie się pochylił.
— No, więc o co chodzi? — Wrócił do tematu, obojętnym tonem maskując faktyczną ciekawość. — Dowiem się wcześniej czy później, jeżeli coś kombinujesz. I nie dam się wykiwać. — Nachylił się do niej bardziej, podbródkiem wskazując butelkę alkoholu, z cwanym uśmieszkiem na twarzy. — Następnym razem poproś. — Mógł sobie pomarzyć.
A jeśli naprawdę miała mu coś przydatnego do powiedzenia, może warto było przedłużyć tę minutę do kilku… kilkunastu… ewentualnie kilkudziesięciu minut.
-
Running with bulls
Working my miracles
Holding my world together with a boot string
Living the dream
Benzos and gasoline
Coffee and blue light screens till the morning
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkijakiekolwiektyp narracji3os.czas narracjiteraźniejszypostaćautor
Przygląda mu się uważnie, jakby mogła z jego twarzy wyczytać, w jaki sposób może go przekonać do współpracy przy tej sprawie. Wychodziła z założenia, że wszystkie fakty są już wystarczająco przekonujące – inaczej by jej tu nie było – ale przecież Gardner dał się poznać jako zupełnie absurdalny człowiek, który wiecznie postępuje wbrew temu, co Peregrine wydaje się logiczne. Kto wie, może jest wystarczająco zawistny, by nie skorzystać z przewagi, jaką może dać w tej sprawie jej zmiana stron. Tak naprawdę nie wie, czego się po tym człowieku spodziewać.
Nie spodziewa się na przykład, że Gardner tak chętnie podzieli się alkoholem i postawi przed nią szklankę. Helena aż przygląda mu się z lekko zmarszczonymi brwiami, szukając haczyka – ostatecznie uznaje, że skoro Percival podejrzewa, że Peregrine kręci, whisky może jedynie pomóc z rozwiązaniem języka. Ale to jej przecież nie grozi – nie ma nic do ukrycia w tej kwestii – więc przyciąga do siebie tumbler, obejmując go palcami. Zamiast podziękować, unosi dłoń z naczyniem w stronę Gardnera w geście toastu; tym razem jedynie zamacza wargi w bursztynowym, dymnym napoju.
No więc o co chodzi?
Helena wzdycha lekko. Odkłada szklankę na blat, a potem, opierając się o niego, pochyla się lekko w stronę Gardnera.
— Nie muszę chyba mówić, że nieszczególnie ucieszyło mnie, że akurat ty jesteś obrońcą Parka. — Nie musi, ale mówi, wracając do jego pierwszego pytania – wciąż z tym samym ironicznym półuśmiechem, wciąż nie spuszczając z niego badawczego spojrzenia. Rozważanie nad strategiami przekonywania i intuicyjna potrzeba docinania Gardnerowi spierają się ze sobą; Helena i tak w miarę trzyma się w ryzach. — Ta sprawa jest zamknięta, komendant kazał mi w niej nie grzebać, więc mam trochę związane ręce. Żadne dowody, które uda mi się pozyskać, nie będą ważne w procesie. Ale jeśli dowiem się gdzie szukać, ty możesz zrobić to legalnie — wyjaśnia. Prawda jest taka, że przychodzi z tym akurat do niego, bo jest zdesperowana. Nie ma żadnego innego wyjścia. Prędzej jednak by umarła, niż kiedykolwiek to przyznała.
Powstrzymuje parsknięcie śmiechu na jego komentarz; krzywy uśmiech pogłębia się, a w oczach Peregrine pojawia się przewrotny błysk, gdy spogląda na pełną szklankę. — To nie będzie konieczne — rzuca.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
…współpracować.
I na usta Percy’ego wypłynął ironiczny uśmieszek. Kusiło go, kusiło jak cholera, żeby odpowiedzieć krótko i treściwie: nie. Mógł to zrobić, sprawiając tym samym, że cały jej misterny plan poszedłby się walić, zachowując pełną satysfakcję z utarcia Peregrine nosa. Ale Gardner doskonale wiedział, że wyjdą na tym lepiej, że on wyjdzie na tym lepiej, jeśli przystanie na propozycję zawieszenia niewidzialnej broni na rzecz wspólnego zwycięstwa. Miał przed sobą właśnie żywy przykład najbliższego sukcesu. O ile schowa dumę do kieszeni i tego nie przepaści. O ile ona faktycznie miała coś w zanadrzu.
Przesunął wzrokiem od jej ust do szklanki, którą do nich przyłożyła, by upić nieco alkoholu. Nie odzywał się, z założonymi na piersi rękoma przysłuchując się temu, co mówiła. Rozumiał, że zamkniętej już sprawie chciała nadać nowego obrotu, póki jeszcze były na to szanse. Rozumiał też, że wcale nie widziało jej się pracować akurat z nim (ze wzajemnością!), ale najwidoczniej los chciał, by to Percival bronił Parka. Jeszcze tydzień temu z przekonaniem uznałby, że ta sprawa jest przegrana, teraz widział iskierkę nadziei. Nurtowało go tylko jedno…
— Skąd pomysł, że sprawca jest powiązany z policją? — spytał, gdy wreszcie się odezwał. — Nie ma żadnych dowodów. W czym chcesz grzebać? — Rozłożył ręce. — To praktycznie strzelanie sobie w kolano.
Oparł się jedną dłonią o stół, drugą chwytając za własny tumbler. Zanim przechylił whisky, skupił się na zapachu. Dopiero gdy poczuł słodkawą nutę wanilii i karmelu, upił łyk. Sprawnym ruchem zamieszał trunkiem i napił się znowu.
Krzywy uśmiech Heleny przypominał mu o tym, jak bardzo lubił ją wkurzać. Po każdym przypadkowym spotkaniu łapał się na myśli, że tą drobną kobietę nazywał diabłem tasmańskim. Pewnego razu wyobrażał sobie nawet, jak wywozi ją do lasu i zakopuje ciało. Skłamałby, gdyby stwierdził, że ta wizja nie wydała mu się wtedy piękną. Kim musiał więc być on sam, w jej oczach?
„To nie będzie konieczne”.
Mimowolnie też bardziej się uśmiechnął – trochę kąśliwie, trochę z rozbawieniem. Jak ktoś, kto za moment miał parsknąć śmiechem… albo zabrać jej tą szklankę.
— Ja ci nalewam od serca mojej ulubionej whisky, a ty marudzisz? — obruszył się nagle; tylko roziskrzone oczy zdradzały, że nie mówił poważnie. — Spokojnie, nie zamierzam cię upijać — mruknął, przysuwając szkło do ust. — Jeszcze chciałabyś tu spać, a zostało ci jakieś kilkanaście sekund.
Posłał jej wyzywające spojrzenie. Nadal nie był przekonany. Oczekiwał chyba jakiegoś namacalnego potwierdzenia, że nie wpakuje się przez nią w kolejne bagno.
Czasami zapominał, że te najbrudniejsze sprawy przynosiły najwięcej zysku.
Czasami faktycznie przypominał człowieka – i to całkiem dobrego. Nieskupionego wyłącznie na korzyściach. Bo czasami liczyło się coś ważniejszego od pieniędzy. Rodzina i ludzie, na których mu zależało. Ich bezpieczeństwo. Już nawet nie swoje.
Ale każdy, kto go znał, wiedział, że wcześniej czy później powiedziałby tak.
-
Running with bulls
Working my miracles
Holding my world together with a boot string
Living the dream
Benzos and gasoline
Coffee and blue light screens till the morning
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkijakiekolwiektyp narracji3os.czas narracjiteraźniejszypostaćautor
— To prawda, że nie ma dowodów — jeszcze. Helena zawiesza na chwilę głos. — Może się mylę. Mam nadzieję, że się mylę — bo wtedy udowadniając komuś winę, nie sprawi sobie potężnych wrogów, a jedynie zaryzykuje zawodowe bezpieczeństwo. Z tym się liczy, natomiast wolałaby uniknąć większych kłopotów. — Próbowałam porozmawiać z sąsiadami Torres, żeby ustalić, czy tylko ona i Park mieli klucze do mieszkania, albo czy w wieczór zdarzenia widzieli, by ktokolwiek ich odwiedzał. I zazwyczaj w takich sytuacjach wspominam, że pracuję na policji, bo ludzie rozmawiają ze mną chętniej. Tym razem we wszystkich trzech przypadkach, gdy tylko o tym wspomniałam, potencjalni świadkowie natychmiast wycofali się z rozmowy. — Rozumiała nieufność wobec służb – sama nie ufa instytucjom – ale miała nieodparte wrażenie, że to coś innego. Że ktoś używał swojej odznaki, by zniechęcić ich do podobnych rozmów. Być może to daleko idąca teza, ale intuicja silnie dawała o sobie znać, zwłaszcza z innymi współistniejącymi okolicznościami. — Poza tym, tę sprawę prowadził Rodwick. Chyba też się znacie? — Helena nie raz musiała współpracować z detektywem, który lubił udowadniać jej, że jest tylko informatyczką. — Czegokolwiek by o nim nie powiedzieć, jego sprawy są zawsze skrupulatnie budowane. Nie jest typem gliny, który na podstawie powierzchownych poszlak oskarży pierwszą osobę pod ręką tylko po to, żeby zamknąć śledztwo. Jest pierdolnięty, ale nie leniwy. — Podsumowuje, sugestywnie unosząc brwi. — Wspominam o tym dlatego, że mam przeczucie, że grzebiąc w sprawie Torres, prędzej czy później trop doprowadzi na komisariat. A jeśli morderca ma tam plecy, trzeba podejść do tego bardzo ostrożnie — kończy z westchnieniem, obracając szklankę w dłoni.
Przygląda się, jak Gardner wprawnie kosztuje whisky w rytuale, który Peregrine przeskoczyła. Musi mocno trzymać się w ryzach, żeby nie próbować specjalnie wyprowadzić go z równowagi. Sama nie wie, dlaczego ten odruch jest tak silny. Być może to unikalne połączenie wątpliwej moralności i przekonania o własnej świetności z talentem do nadeptywania na jej odciski.
Musi sobie przypominać, że nie ma potrzeby ścierania tego uśmieszku z jego twarzy, że wyjątkowo to dobry omen.
— Spokojnie, potrzebowałabym czegoś mocniejszego, żeby chcieć tu spać. Na przykład lobotomii. — Nie potrafi się powstrzymać. Wymyka jej się krzywy uśmieszek, a w spojrzeniu pojawia się iskra, zanim jej wzrok mimowolnie wędruje do lekko wilgotnych włosów opadających na skroń Gardnera, a potem do kołnierza czarnej koszulki i materiału opinającego ramiona. Gdyby go nie znała, w tym momencie mogłaby dać oszukać tej ludzkiej twarzy Gardnera – bo najwyraźniej dało się z nim normalnie rozmawiać, gdy tego chciał. Czyli – gdy miał w tym interes.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
— Znamy… — mruknął, ściągając brwi.
O ile Heleny szczerze nie lubił, o tyle Rodwicka wręcz nienawidził. To był typ człowieka, który wkurwiał zapewne wszystkich dookoła.
— Sugerujesz, że Rodwick maczał w tym palce? — Uniósł brew. — Nie twierdzę, że to nie jest możliwe, ale chyba sama wiesz, że jeśli doprowadzi nas to na komisariat, albo wywleczemy wszystko na wierzch, albo oni spierdolą nam życie? — Założył ręce na piersi. Coraz mniej zaczynało mu się to podobać. — I w imię czego, durnej sprawiedliwości? Ja bym wygrał, mój klient by wygrał, ale ty? Skąd mam wiedzieć, że nie próbujesz mnie w coś wrobić? — Powiedział wreszcie to, o czym myślał odkąd tylko zaczęła mu wyjaśniać, o co chodziło. — Jeszcze tydzień temu prawie skakałaś mi do gardła, dzisiaj przychodzisz tu jakby nigdy nic i prosisz o pomoc. Albo więc chcesz mnie gdzieś podłożyć, albo musisz być bardzo zdesperowana. — Posłał jej krzywy uśmieszek, zanim znów złapał za swój tumbler. Przechylił pozostałą zawartość alkoholu do gardła.
Wizja spania z nią w jednym pomieszczeniu nawet go rozbawiła. Kto kogo udusiłby poduszką?
— I tak nie byłoby miejsca. Łóżko mam jedno, a na kanapie śpi ona. — Kiwnął podbródkiem na suczkę. — Chociaż jak tak na was patrzę, całkiem prawdopodobne, że zrobiłaby ci trochę miejsca. Gorzej ze mną. — Uśmiechnął się raz jeszcze, a potem westchnął.
Spojrzał za okno, przez chwilę nic nie mówił. Bił się z myślami, bo oczywiście jej nie ufał. Nie wiedział czy kiedykolwiek zresztą będzie potrafił to uczynić.
— Nadal mnie nie przekonałaś. — Wrócił do niej, patrząc z podejrzliwością, ale i delikatną zmianą. Suczka nie odstępowała kobiety na krok, ale co ona tam wiedziała? Percy z kolei miał w głowie wiele przeciw, by zgodzić się, że można było Peregrine zaufać. A z drugiej strony… czuł, że miała rację. Coś było nie tak. I znając ją, zrobi co będzie trzeba, choćby w pojedynkę. Z nim u boku byłoby to chociaż odrobinę bezpieczniejsze. — Co chcesz zrobić?
-
Running with bulls
Working my miracles
Holding my world together with a boot string
Living the dream
Benzos and gasoline
Coffee and blue light screens till the morning
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkijakiekolwiektyp narracji3os.czas narracjiteraźniejszypostaćautor
Unosi lekko brew, gdy Percival mówi o durnej sprawiedliwości, jakby to nie była wystarczająco dobra motywacja. Jego pytania są zasadne. W układzie, który proponuje Peregrine, wygrywają wszyscy oprócz niej samej – tak przynajmniej wygląda to z dystansu. Nic dziwnego, że Gardner węszy w tym podstęp.
Helena wzdycha głęboko, unosząc tumbler to ust; szklane ścianki pokrywa kondensacja jej oddechu. Tym razem nie zamacza jedynie ust; pozwala whisky rozlać się po języku i z namysłem wpatruje się w przestrzeń nieobecnym spojrzeniem.
— Mój ojciec był sierżantem — mówi w końcu. Szklanka ląduje z delikatnym stuknięciem na blacie, a ręka Heleny jakby automatycznie wędruje za ucho Leyli, która siada na jej stopie i wychyla głowę w stronę dotyku. Peregrine nabiera powietrza w płuca, a gdy przenosi wzrok na Gardnera, w jej twarzy jest napięcie – głównie związane z faktem, że nie chciała opowiadać mu nic osobistego. Uznaje jednak, że sytuacja tego wymaga. Nie zdobędzie zaufania Percivala, jeśli ten nie będzie znał jej motywacji. — Był... hm. Raczej nieprzyjemnym typem. — Unosi lekko brwi na to niedopowiedzenie, ale niczego nie klaruje. — Raz próbowałam go zgłosić, kiedy miałam trzynaście lat. Następnego dnia odebrał mnie ze szkoły radiowóz na sygnale. — Cyniczny uśmiech wykrzywia jej twarz. — Nawet kiedy już nikt nie miał złudzeń co do jego charakteru, wciąż był nietykalny. Tylko dlatego, że chodził na wódkę z odpowiednio ważnymi ludźmi. Nie żeby ktokolwiek w ogóle próbował coś zrobić. — Nie wspomina nawet o tym, że w oczach mieszkańców Whitby zarówno Helena jak i jej matka po prostu zapadły się pod ziemię i nikt nie kiwnął palcem.
Znów upija łyk trunku, prostuje się lekko.
— Dla ciebie to durna sprawiedliwość, dla Parka to potencjalnie reszta życia spędzona w pierdlu. Już nie mówiąc o tym, że sprawca pozostanie na wolności i kto wie, co jeszcze zrobi. Możesz tego nie rozumieć, ale nie potrafię przejść obok tego obojętnie. Nie chcę być na to obojętna — mówi; nawet nie zdaje sobie sprawy, że zaciska palce na szklance do białości. — A tak poza tym wcale nie proszę cię o pomoc, tylko oferuję współpracę — zauważa na koniec tego wywodu. Może i jest zdesperowana, ale istnieją pewne granice tego, co jest skora przyznać przed Gardnerem.
Parska na tyle głośno, że suczka zadziera łeb, by na nią spojrzeć. — Już powiedziałam, że nie chcę tu spać, więc brzmisz trochę, jakbyś sam siebie próbował przekonać. — Uśmiecha się z przekorą. — Pewnie tylko czekasz, aż zacznę prosić o nocleg. — Porusza zaczepnie brwiami, a potem próbuje zabrać rękę z głowy Leyli, ale ta spogląda na Peregrine z żalem tak ogromnym, że nie pozostawia jej wyjścia. Nie miałaby kłopotu, żeby spać z psem na kanapie. Gorzej z właścicielem psa i kanapy. Szkoda, bo wypity alkohol szumi jej już w głowie; nie ma mowy, żeby wsiadła teraz za kierownicę.
Co chcesz zrobić?
Unosi głowę. Wzrusza ramionami.
— Ujawnić prawdę — mówi prosto, praktycznie mimochodem. Jakby nic innego nie było do zrobienia, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
I zrobi to. Niezależnie od tego, czy Gardner zostanie jej sprzymierzeńcem, czy nie. Znajdzie jakiś sposób.
Percival Gardner
-
i'm six feet under, like i'm buried alive
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Wlepił wzrok w bursztynowy kolor whisky, z prędkością światła analizując możliwe za i przeciw. Więcej było tych drugich, a jednak nadal tam stali. W jego kuchni, w której ona nigdy nie powinna się znaleźć. I nawet całkiem dobrze wychodziło im nie skakanie sobie do gardeł (zbyt intensywnie), chociaż podświadomie wiedział, że i Peregrine mocno się powstrzymywała.
„A tak poza tym wcale nie proszę cię o pomoc, tylko oferuję współpracę”.
Parsknął głośno. Brakowało jeszcze, żeby przewrócił oczami.
— A tak świetnie ci szło, ajajaj — rzucił kąśliwie, odpychając się biodrem od stołu.
Odwrócił się w kierunku szuflady, wyjął z niej łyżkę i podszedł do lodówki. Tak naprawdę trochę grał na zwłokę. Udawał, że właśnie nastała godzina karmienia psa, na co Leyla zareagowała instynktownie, zaraz znajdując się przy Percym.
— Nie jestem masochistą — odparł drwiąco na wzmiankę o noclegu, nakładając mokrą karmę do miski na podłodze. — Powoli… — mruknął do suczki i podrapał ją za uchem. Oczywiście nie posłuchała.
Wrócił do stołu, złapał za butelkę i nalał sobie nową kolejkę. Nic nie mówił; nie za bardzo było wiadomo czy trzymał informatyczkę w niepewności, czy po prostu się zastanawiał. Znając Gardnera, jedno i drugie.
— A może właśnie jestem… — mruknął znowu, upijając łyk trunku. — Nie wiem co gorsze, Helena. — Celowo podkreślił jej imię. — Wizja spania z tobą w moim mieszkaniu czy pakowania się w gówno, z którego wyjdę grubo stratny, jeśli wcale tej prawdy nie ujawnimy. — Odstawił szkło na blat, przyglądając się jej z krzywym uśmiechem. — Helena czy Hellie? Jak na ciebie mówią, co? — Jakby to było wówczas istotne. — Nieważne. Zadzwoń w poniedziałek, może odbiorę i może wtedy ci odpowiem, czy nim jestem. Masochistą, bo nikt normalny by się na to nie zgodził.
Droczył się z nią. Już w tamtym momencie wiedział, że powie tak.