ODPOWIEDZ
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Monachopsis
It's something I could never confront
How to navigate disaster
Sweetheart, come undone
I'm handing you the dagger

Sen nie nadszedł szybko. Granie silnego i pokazywanie, że to wszystko nie jest takie trudne, tak weszło mu w krew, że kiedy w końcu wydawało się, że jest bezpiecznie, on nie potrafił odpuścić. Jakby adrenalina nadal krążyła w żyłach, zmuszając organizm do nieustającej walki. Leżał więc, sprężyny kanapy wbijały się w kręgosłup (nie, kategorycznie naciskał, by nie kładziono go do łóżka jak pieprzonego trupa, jeszcze nim nie był) i wpatrywał się w sufit. Szwy ciągnęły, skóra pulsowała, a w głowie kręciło się od alkoholu i utraconej krwi. Nie powstrzymywało go to jednak, by nadal agresywnie zamęczać się natrętnymi myślami. Cassie pojechała, by odpocząć i żyć swoim życiem, przy okazji próbując utrzymać The Painted Lady w ryzach, zanim Carlos nie dojdzie do siebie. Nienawidził być bezsilny i zależny, a właśnie tak się czuł. Może byłoby lepiej, gdyby została przy nim, w bezpiecznych czterech ścianach? Z dala od latających kul i drapieżników czyhających w mroku? Nie, przy nim też nie było dobrze, bo co sprowadziło na nią kurczowe trzymanie się Carlosa, oprócz niepokoju i bólu? Powinien dać jej działać, tak jak chciała, był jej winny to zaufanie. Czasami zapominał, że nie była już dzieckiem. Ciężko było patrzeć na Cassandrę jak na dojrzałą kobietę, gdy przez lata trzymał się przykazania Martina – opiekuj się moją małą córeczką.
Była jeszcze Joan, którą wplątał w coś, w czym nigdy nie powinna się znaleźć. Stanęła na wysokości zadania i zdała egzamin, zszywając Carlosa. Musiał wyrównać ten dług, a największą zapłatą będzie zniknięcie z jej życia, jakby nic się nie wydarzyło. Wstanie więc rano, założy kurtkę i pomimo wszelkich medycznych przeciwwskazań po prostu wyjdzie z tego domu. Zostanie po nim jedynie nikłe wspomnienie i plamy krwi na panelach. To gorzkie i niesprawiedliwe pożegnanie bez podziękowania, ale może kiedyś Grainier zrozumie, że był to przejaw troski, a nie niewdzięczna bezczelność.

Sen nadszedł, jednak nie przyniósł ulgi. Światło zgasło, ale drzwi zostały uchylone, a zjawom łatwo przecisnąć się nawet przez niewielką szczelinę. Martin nie musiał się starać, Carlos sam by go wpuścił, nawet jeśli napawało go to niezrozumiałym strachem. Wyglądał dokładnie tak, jak tamtej nocy; podziurawiony od kul, mętne oczy pełne niezrozumienia, ręce skąpane we własnej krwi, gdy próbował zatrzymać uciekające z ciała życie. Zawisł przy oparciu kanapy, obserwując Salazara. Dotknął rozgrzanego policzka przyjaciela, jakby chciał zaoferować mu pocieszenie i ulgę.

Obiecałeś.
Wiem – chciał odpowiedzieć, ale nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Powoli przymknął więc powieki i skinął głową, odsuwając policzek od lodowatych palców Martina. Layton uśmiechnął się, ale ten grymas nie przyniósł ze sobą radości i ulgi. Był niebezpieczny i dziki, zupełnie obcy.

Przyjdą po wszystkich, wiesz o tym. Po nią też.
Nie możesz do tego dopuścić, stary druhu. Winy ojców nie powinny dosięgać córek.

Carlos próbował dostrzec wyraz jego twarzy, ale była skąpana w mroku. Wiedział o tym wszystkim, doskonale zdawał sobie sprawę jakie było jego zadanie i jak istotna jest rodzina. Nie musiał tu przychodzić i o tym przypominać. Nie był nieproszonym gościem, ale zawsze gdy się pojawiał, przynosił ze sobą poczucie winy i niepokój. Nie tak chciał go pamiętać. Martin Layton był przyjacielem, a nie aniołem zemsty.

Jeśli będzie cierpieć to wrócę i sprawię, że sam przyłożysz sobie pistolet do głowy, rozumiesz?
Zaciągnę cię do piekła.

Chłodne palce znów pogładziły policzek, prawie troskliwie i czule, by kilka sekund później zacisnąć się na gardle Carlosa i odebrać mu dech.


Sen urwał się gwałtownie. Próbował złapać powietrze, ale nie mógł oddychać. Powędrował dłońmi do szyi, potarł wilgotną skórę, ale nie było tam śladu po nacisku. Chciał podeprzeć się na kanapie i usiąść, jednak zapomniał, że prawa ręka stała się zbyt słaba, by udźwignąć taki ciężar. Poczuł ból promieniujący wzdłuż obojczyka i opadł z powrotem, łapczywie nabierając tchu. Było mu gorąco, było mu zimno, wszystko wydawało się tak lepkie i wilgotne, całe to trzęsące się słabe ciało, zupełnie bezużyteczne i nieposłuszne. Ubrania kleiły się do skóry, krew krzepła pod opatrunkiem, tworząc niewygodną skorupę. Nie miał siły wstać, ale nie chciał tam być, w tym salonie, na tamtej kanapie, z duchem Martina, którego chłód cały czas czuł. Dlaczego za każdym razem, gdy się pojawiał, wydawał się koszmarem? Nie był nim, był jego bratem i najlepszym przyjacielem. Umysł Carlosa postanowił jednak wypaczyć ten obraz, sięgając głęboko do wyrzutów sumienia, szarpiąc za najdelikatniejsze ze strun. Nienawidził go za to tak bardzo, że czasami chciał uciszyć go całkowicie; rozgrzanym ołowiem, gorzką kokainą, ostrym whisky i znajomym bólem. Zbyt często miał jednak wrażenie, że nawet to nie mogło wystarczyć. Co, jeśli gdzieś daleko stąd, poza ziemską pokutą, czekało na niego jeszcze większe piekło?
Przełknął gulę, która urosła w gardle. Ponownie obrócił się na plecy i zaczął wpatrywać się w sufit. Krople potu spływały po czole, mieszając się z rzadkimi strużkami łez. Nie płakał, niemal nigdy tego nie robił. To tylko mimowolna reakcja ciała na napięcie, które nie mogło znaleźć ujścia. Pozwolił wodzie zbierać się w kącikach oczu i płynąć, aż w końcu źródło się wyczerpie, a on pozostanie pusty.


joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
I've been learning about letting go, how to do it without my claws scratching the surfaces
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W domu pełnym duchów Joe Grainier żyła w zasadzie od zawsze.

Jeszcze w dzieciństwie, ich obecność traktowała jak pewnik. W końcu jej matka potrafiła mówić do pustych krzeseł tak przekonująco, że przez chwilę naprawdę wydawało się, że ktoś na nich siedzi, a Johnny, ponoć odkąd tylko nauczył się mówić, często opowiadał o obecności przyjaciół, których nie widywał nigdy nikt oprócz niego. Jako kilkulatka Joe czasami zastanawiała się, czy i ją w takim razie sobie wymyślił, a jeśli tak, to jakim cudem uda jej się kogokolwiek innego przekonać, że w ogóle istnieje naprawdę!?
Z czasem nauczyła się żyć w dwóch światach równolegle: tym, w którym egzystowała jej matka i ukochany brat, i tym, który rozciągał się za progiem ich skromnego domu, jakby naprawdę stała jakimś rodzajem medium, mostem łączącym dwie różne rzeczywistości.
Gdyby ktoś - Carlos? - powiedział jej zatem, że teraz w jej salonie panoszył się Martin Layton, ten sam, który przecież (nie)dawno pożegnał się z życiem, Joe tylko skinęłaby głową i wzruszyła ramionami, może, ale tylko może pozwalając sobie na sceptyczne uniesienie jednej brwi. Duchy przecież nie znikały tylko dlatego, że ktoś upierał się, że w nie nie wierzy.

W towarzystwie zjaw, czy też bez ich obecności, teraz Joe zaparzyła sobie kawę — czarną, mocną i kompletnie niepotrzebną. Mimo desperackich próśb i zachęt Cassandry, by odpoczęła i nabrała sił przed jej nieobecnością, za żadne skarby i tak nie zmrużyłaby dziś oka. Nie miała też teraz ani czasu, ani siły na takie luksusy jak długi, gorący prysznic; ulgę, jaką w mig przyniosłaby jej chłosta wodnych strumieni, mogła sobie na razie tylko wyobrazić. Zdołała natomiast przebrać się w szare dresowe spodnie i zbyt luźną koszulkę, na stopy wsuwając grube, ciepłe skarpetki antypoślizgowe, w których czuła się jak mała dziewczynka.
I tak też pewnie teraz wyglądała w materiale przepastnych ubrań połykających jej szczupłe ciało, i z kosmykami zmatowiałych włosów okalających policzki w nieładzie mysiej barwy. Zarówno młodziej, jak i starzej. Jak dziecko, które dojrzawszy przedwcześnie, przeskoczyło w życiu kilka etapów, nie mając szansy, by się do nich naprawdę przygotować.

Stojąc w progu własnego domu, na granicy z wąską werandą, odprowadzała samochód Cass wzrokiem aż do momentu, gdy błysk tylnych świateł zniknął za zakrętem. Wzdrygnęła się i wycofała do wnętrza, zamknąwszy wcześniej drzwi na klucz i na zasuwę. Głupie to, pomyślała. Była pewna, że ludzie, którzy mogli mieli przyjść po Carlosa, świetnie radzili sobie i ze znacznie bardziej imponującymi barykadami.
W kuchni, nad zlewem, w którym zwykle myła naczynia i płukała owoce przed starannym, dorosłym ułożeniem ich na jedynej posiadanej przez Grainierów platerze, po raz kolejny umyła teraz ręce. Który to już? Trzeci? Piąty? Siódmy? Czuła, jak skóra na jej kłykciach piecze i pęka od podrażnienia, a jednak wciąż miała wrażenie, że pod jej cienką warstwą, i pod krótko przyciętymi paznokciami, nadal nosi zgromadzoną tam krew. Ciepłą, lepką, cudzą.
Było to uczucie tak irracjonalne, że aż wstydliwe. Jak wszystko, co bolesne i niewygodne, postanowiła je zatem zignorować.

Usiadła przy kuchennym stole, z plecami wspartymi o pałąkowaty kształt oparcia, podwinęła stopę lewej nogi pod pośladek — dokładnie tak, jak Pani Bloomfield w czwartej klasie zabraniała jej tego robić (bo nabawi się wady postawy, dysplazji biodra i stu innych tragicznych przypadłości, których nazw Joe nie rozumiała i którymi naprawdę się nie martwiła, szczególnie jako ośmiolatka) — i otworzyła krzyżówkę. Była to jedna z tych rzeczy, które z jakiejś przyczyny Grainierowie zawsze posiadali w domu, choć ani Joe, ani Johnny nie byli szczególnie sumiennymi fanami tego typu intelektualnych łamigłówek. Większość ze stronic nosiła tylko kilka odpowiedzi, urywających się dokładnie tam, gdzie jedno z rodzeństwa straciło zainteresowanie głowieniem się nad tym, jak nazywa się mitologiczna rzeka zapomnienia, albo kto był autorem "Zbrodni i kary".
I dokładnie wtedy, z ołówkiem o karykaturalnie obgryzionej końcówce wpisującym pierwsze z haseł w rubryczki krzyżówki, usłyszała go przez przepierzenie ściany. Nie musiał jej nawet wołać, ani tym bardziej krzyczeć. Ciało Joe i tak zawsze czuwało — napięte gdzieś głęboko, gotowe na nagłe dźwięki, na trzask, na oddech za ścianą. Lata życia w cieniu cudzych kryzysów, a potem miesiące szpitalnych praktyk, nauczyły ją słyszeć to, co inni przegapiali. Uniosła głowę, rejestrując cichutki szelest. Ruch. Nierówność oddechu.
Wstała. Wylała do zlewu przestygniętą kawę; napełniła za to nową, czystą szklankę wodą, dziękując sobie w duchu, że ledwie parę miesięcy wcześniej uparła się, by zamontować w kuchni silny filtr. Strach pomyśleć, jak wyrzuty sumienia zżarłyby ją od środka, gdyby miała poić rekonwalescenta nieoczyszczoną kranówką. Owinięte dookoła szkła, jej palce były teraz równie zimne jak wypełniająca szklankę ciecz.

Idąc w stronę salonu, przez ułamek sekundy poczuła, jakby mijała kogoś w progu — może Martina, a może własny strach. Nie zatrzymała się jednak i nie obróciła przez ramię; być może z nielogicznej obawy, co mogłaby tam dostrzec.
Półmrok rozlewał się po salonie ciężko i miękko, podbarwiany nikłym światłem w kolorze zjełczałego masła, docierającym do pomieszczenia spod klosza kuchennej lampy.
— Carlos? — zapytała ciszę, szybciej, niż zdążyłaby się rozmyślić albo pozwolić sobie na odczuwanie strachu. Po raz pierwszy w jej życiu wypowiadane pod nieobecność Cassie, imię mężczyzny ułożyło się na jej języku dziwnie, niewygodnie i obco. Jak coś, co nie należało do niej.
Bo przecież nie należało.
Carlos Salazar — choć Grainier przecież doskonale wiedziała o jego istnieniu — zawsze był tą częścią świata Cassandry, do której Joe zwyczajnie nie miała dostępu. Czy nie było bowiem tak, że w przyjaźniach z dzieciństwa istniały klarowne zasady odnośnie tego, kto jest czyj? Tak więc, jak Johnny był Joe, Carlos niemalże stanowił własność Cassie; jej najcenniejszy skarb, zaraz po ojcu. Joe nigdy nie ważyła się przekraczać tych niewidzialnych granic. Aż do teraz, kiedy po prostu nie miała innego wyboru.
Podeszła bliżej, niemal bezszelestnie w tych swoich głupich skarpetkach. Widziała, że brunet nie śpi. Widziała, że —
płacze?
Widok ten sprawił, że coś na wysokości jej sternum zacisnęło się jak ukryty w ciele węzeł. Joe nie wyobrażała sobie jednak, że mogłaby to jakkolwiek skomentować; Carlos nie wyglądał na człowieka, który zniósłby bez słowa czyjąś uwagę o własnej słabości — ani na takiego, który pozwala ją zobaczyć bez konsekwencji.
Uklękła przy kanapie, ostrożnie, jakby gwałtowniejszym ruchem mogła go spłoszyć i zmusić do ucieczki, choć nie wyobrażała sobie, że w tym stanie zdołałby dobiec choćby do drzwi przed utratą nie tylko równowagi, ale i kolejnej, cennej porcji krwi. Na moment zawahała się, zawieszając spojrzenie na jego twarzy — zbyt blisko, zbyt długo. Dostrzegła napięcie w linii szczęki, wilgoć na skórze, ciężar oddechu, który unosił i opuszczał jego klatkę piersiową w nierównym rytmie.
— Przyniosłam ci wodę — powiedziała cicho, nie fatygując się nawet, by spytać go czy śpi, albo czy ją słyszy. Odstawiła szklankę na niski stołek, który jeszcze przed wyjściem Cassandry przyciągnęła do kanapy w roli prowizorycznego stolika — Spróbujesz się napić? Chociaż odrobinkę?


Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Jego ciało też czuwało, choć było znacznie bardziej zmęczone. Był więc boleśnie świadomy, że kobieta nadchodzi, jeszcze zanim zobaczył jej sylwetkę w przytłumionym świetle. Dźwięk cicho skrzypiącej podłogi sprawił, że coś w jego wnętrzu spięło się, jakby wyczuwał zbliżające się niebezpieczeństwo. Umysł najeżył się i zaczął krzyczeć, starając się zmusić Carlosa do jakiejkolwiek reakcji. Nie mogła zobaczyć go słabego i bezbronnego, nie powinien odsłaniać tych wszystkich wrażliwych punktów przed kimś obcym, nie teraz, kiedy tak łatwo było to wykorzystać. Bez znaczenia było to, że Joe nie miała żadnych powodów, by go zranić. Uratowała mu życie, uratowała również Cassandrę od kolejnych miesięcy żałoby, ale w tamtym momencie nie potrafił myśleć logicznie – paranoicznie szukał zagrożenia wszędzie, nawet tam, gdzie go nie było. Zupełnie tak, jakby jedyne co nim kierowało to instynkt przetrwania, tak skrupulatnie pielęgnowany przez lata. W tym życiu nie było już przyjaciół, bo wszyscy odeszli – była tylko Cassandra i cała reszta świata, której nie można zaufać.
To zabawne, że jednak postanowił zignorować te wszystkie sygnały ostrzegawcze i jazgot, który sprawiał, że jego głowa pulsowała. Może nie miał siły walczyć, a może po prostu nie dbał o to w jakim stanie zobaczy go Joe. To i tak nie miało znaczenia, skoro niedługo zniknie z jej życia. Nie otarł więc śladów wilgoci z policzków, nie próbował udawać, że wszystko było w porządku. Nadal wpatrywał się w sufit, tym nieobecnym i znużonym spojrzeniem, zupełnie jakby był gdzieś daleko. Pozwolił jej się przyglądać, całą wieczność, bo najwidoczniej próbowała zrozumieć. Nie była w stanie, ale też nie chciał, by rozumiała. Chciał żeby wyciągnęła rękę i pożałowała tego kontaktu, tak jak dziecko, które pierwszy raz dotyka płomienia. Niektóre rzeczy powinny pozostać niedostępne.
Odwrócił głowę w jej stronę dopiero gdy się odezwała. Przesunął spojrzeniem po stoliku i szklance, jakby nie do końca wiedział co powinien zrobić. Nie potrzebował żeby się nim opiekowała, nie był jej zmartwieniem. Nie chciał, by mówiła do niego jak do kolejnego pacjenta, który wymaga uwagi.
Uniósł się powoli. Wciąż czuł zimne palce Martina, które zaciskały się na jego szyi. Nie potrafił wypowiedzieć ani słowa, bo gardło miał zaciśnięte i suche jak wiór. Rana na ramieniu paliła, wysyłając falce ostrego bólu aż do palców, ale tym razem uparcie starał się to zignorować. Zapewne chciała mu pomóc, ale był jak ranne zwierzę – jego spojrzenie mówiło, że nie potrzebuje wsparcia, tylko czas i przestrzeń mogły dać mu poczucie odzyskania kontroli. Usiadł, nierówna walka wprawiła jego mięśnie w drżenie. Złapał za szklankę i zanim zrobił łyk, część wody wylała się na jego spodnie, wsiąkając w materiał. To bez znaczenia.
Napój był przyjemnie chłodny w kontakcie z jego rozgrzanymi wargami.
Dziękuję za to co zrobiłaś. — Wydawało się, że mówił jak najbardziej szczerze. Odchylił głowę i oparł ją o zagłówek kanapy, obserwując Joe spod półprzymkniętych powiek. W półmroku wydawała się drobniejsza, bardziej zagubiona niż wtedy, gdy go zszywała. Nie tak pewna siebie i zdeterminowana, by coś mu sobie udowodnić; a może tak po prostu chciał ją postrzegać, jak kolejną osobę, którą trzeba ochronić przed nim samym. — Spłacę ten dług, powiedz tylko czego oczekujesz. — Zamkną ten wątek szybko i bezboleśnie. Wrócą do własnych światów, gdy wszelkie zobowiązania zostaną uregulowane. — Najlepiej jednak będzie, jeśli po prostu zapomnisz, że to miało miejsce — dodał, tym razem brzmiąc niemal zbyt ostro. Był chłodny i zdystansowany, zupełnie inny, niż przed kilkoma godzinami, gdy ściskał dłoń Cassandry, zapewniając ją, że wszystko będzie dobrze. To prosta gra – próbował zniechęcić do siebie Joe, przyjmując maskę nieprzyjemnego człowieka (czy naprawdę musiał udawać?), bo tylko to mogło zapewnić jej bezpieczeństwo. Niechęć jest prostsza i bardziej znośna niż współczucie i sympatia.
Chciał dodać coś jeszcze, wbić pod jej skórę kolejną igłę zwątpienia, ale kątem oka wyłapał ruch. Cienie falowały, a powietrze gęstniało i zamykało się wokół niego coraz bardziej. Wiedział co czaiło się pod płaszczem nocy. Jedyna rzecz, której się bał. I choć był świadomy, że to tylko kolejna sztuczka umysłu ogarniętego gorączką, nie sprawiało to, że prościej było się jej oprzeć. Strach, który go ogarniał był dzieckiem wyobraźni. Gniew, który tak często w sobie nosił, był natomiast dzieckiem strachu.

Obiecałeś.
Upił kolejny łyk wody, niemal się nią krztusząc. Bardzo nieudolnie starał się zamaskować panikę, która wypełniała ciało. Nie teraz, tylko nie teraz. Nic nie było tak jak powinno. Był tutaj, w tym domu, w obecności Joe i okrutnej karykatury Martina, a Cassandra była gdzieś daleko i nie wiedział czy jest bezpieczna. Chciał wyjść, ale został uwięziony w niesprawnym ciele. Powinien coś zrobić, c o k o l w i e k co…


Obiecałeś.

Zerwał się z kanapy. Dużo gwałtowniej niż chciał, dużo szybciej niż mógł. Szklanka wyleciała z dłoni i roztrzaskała się na podłodze z głośnym brzdękiem. Szkło prześlizgnęło się po panelach, a resztki wody zgromadziły się pod ich stopami. Carlos zachwiał się, gdy uderzyła go fala mdłości i ten piekielny, duszny gorąc. Światło kuchennej lampy przygasło, a obraz na chwilę stracił ostrość. Kątem oka widział, jak cień porusza się, a później rozmywa się w martwym polu.
Kurwa — wydusił, łapiąc się oparcia. Znów oddychał ciężej. Zamrugał szybko, chcąc odgonić mgłę, która pokrywała jego oczy. — Muszę się przewietrzyć. — Wyprostował się i chciał ruszyć dalej, ale przeszedł tylko kilka kroków, zanim wpadł na stół. Drewno zajęczało, gdy naparł na nie ciałem, ciężko opierając się o blat. — Proszę... — cichy szept wydostał się z gardła. Niemal na pewno nie była w stanie go usłyszeć. Sam Carlos nie wiedział też, do kogo kierował te słowa – do Martina, by zostawił go w spokoju? Do Boga, chcąc prosić o cudowną interwencję? Do samego siebie – o stabilność, a może do Joe – o pomoc?
Ślina była gęsta i smakowała jak żółć. Krew dudniła w uszach, tłumiąc inne dźwięki, a mimo to wydawało mu się, że wyraźnie słyszy ten ponury szept, który sprawiał, że po jego kręgosłupie prześlizgnął się dreszcz.

Obiecałeś.


joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
I've been learning about letting go, how to do it without my claws scratching the surfaces
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Joe była przyzwyczajona, że pacjenci - rozdzierani od wewnątrz lękiem i bólem, skonfundowani i skołowani, złapani w szpony emocji, nad którymi żadnym sposobem nie potrafili zapanować - widzieli w niej najróżniejsze rzeczy. Jedni - zagrożenie, na jasne płótno jej smukłego ciała projektując dawne lęki. Inni - wybawienie, w chudych, ale zwinnych palcach i poważnym, skupionym spojrzeniu dziewczyny pokładając resztki ostałej im się jeszcze nadziei. Zdarzali się tacy, którzy rozpoznawali w Joe dawno zmarłe żony albo córki, z którymi od lat nie mieli kontaktu. Pewna mała dziewczynka targana wyjątkowo wysoką gorączką pomyliła Joe z własną matką, przylgnąwszy do jej ramienia przez sztywny materiał kitla jak małe, zlęknione zwierzę. Innym razem, starszy mężczyzna o kłykciach jak sęki i zmąconym bielmem spojrzeniu pewien był, że zamiast Joan nad jego szpitalnym łóżkiem pochyla się jego pierwsza miłość. Amelie. Amelie, Amelie, Amelie - zapętlone na jego wargach jak modlitwa. Grainier nie zaskoczyłoby zatem wcale, gdyby i Carlos Salazar zamiast przyjaciółki Cassandry, w której ręce wbrew własnej woli musiał, przynajmniej na jedną noc, powierzyć własne losy, dostrzegł w niej kogoś kim nie była.
Ona sama przysięgła sobie natomiast - między jedną rozsądną myślą i kolejną, którymi póki co jeszcze dość skutecznie odganiała każdą kolejną z fal ogarniającego ją lęku - że nie pozwoli sobie zobaczyć w nim niczego więcej, niż właśnie pacjenta. Jednorazowego zobowiązania, przysługi, którą - chcąc, nie chcąc - była w obowiązku wyświadczyć przyjaciółce. Od pierwszego dyżuru, podczas którego w szpitalu powierzono jej cięższe przypadki, Joe uczona była - do znudzenia! - żeby nigdy, pod żadnym pozorem, się nie przywiązywać. Czuć empatię? Tak, jak najbardziej - empatia była podstawą i głównym narzędziem jej pracy, zaraz obok skalpeli, nierdzewnych nożyczek i igłotrzymaczy potrzebnych na sali operacyjnej; jej brak był pierwszym zwiastunem wypalenia zawodowego, którego nie wolno było przegapić. Ale nie angażować się bardziej, niż wymagał tego profesjonalizm. Bo problemy zaczynały się tam, gdzie emocje brały górę, a odpowiedzialność brana za pacjenta przekraczała próg zdrowego rozsądku.
Dlatego może faktycznie o wiele łatwiej i lepiej byłoby, gdyby żarem Carlosa sparzyła się wystarczająco mocno, by nigdy, przenigdy, nie chcieć po niego sięgnąć. Mieszanina chłodu i - wydawało się - szczerej wdzięczności, splątanych w męskim tonie, okazywały się mieć jednak dokładnie przeciwny efekt. Nawet, jeśli świadomie nie zdawała sobie z tego jeszcze sprawy, Joe zaczynała czuć potrzebę, by zajrzeć głębiej, i przekonać się, co czai kryje się pod ich przykrywką.
- Niczego nie oczekuję - Powiedziała trochę zbyt szybko, by zabrzmiało to w pełni wiarygodnie. Miała na myśli chyba tyle, że nie chciała nic w zamian. Pragnęła jedynie, żeby brunet cofnął czas o jakieś dwadzieścia godzin, albo dwadzieścia lat. Żeby trzymał się od Cass z daleka - i tym samym, trzymał się z daleka od Joe. Żeby wraz z własną krwią, która nadal miejscami plamiła podłogę przedpokoju, zmył wszelkie wspomnienia, które miał pozostawić w domu Grainierów. Nie wiedziała tylko, jak go o to wszystko poprosić? Albo jak tego zażądać. - Jasne. - Westchnęła ciężko, i nie bez ironii, w odpowiedzi na jego sugestię. Zapomnieć? Chyba zgłupiał. Do tego stopnia, że Joe miała ochotę roześmiać mu się prosto w twarz. Ale i na to brakowało jej teraz siły.

W pierwszej chwili, gdy Salazar wziął w dłonie szklankę, Joe myślała, że wszystko idzie (zbyt) dobrze - zwłaszcza jak na kogoś, kto jeszcze parę godzin wcześniej dosłownie szamotał się w walce z samą Śmiercią. Nie spuszczała z niego oka tak, jak można wpatrywać się w pożar domu albo samochodową kraksę: uważnie, nie bez lęku, z jakąś dozą napiętej uwagi i krztą niezdrowej fascynacji. Czy nie w ten sposób lekarze patrzyli zazwyczaj na wyjątkowo ciężkie przypadki?


I czy nie w ten sposób kobiety patrzyły niekiedy na wyjątkowo niebezpiecznych mężczyzn?
Nie potrafiłaby tego wyjaśnić, ale oddech wstrzymała jeszcze zanim Carlos upuścił szklankę - jakby nadciągającą katastrofę przeczuła na ułamek sekundy przed jej nastąpieniem. Nie krzyknęła; nie jęknęła nawet gdy szkło roztrzaskało się o podłogę. Drgnęła jednak tak gwałtownie, jakby sama została uderzona. Na moment, pamięć przeniosła ją gdzieś indziej; do dzieciństwa — do stłuczonego talerza na kuchennej posadzce, do matki stojącej w koszuli nocnej, boso pośród odłamków; do Johnny’ego walącego pięścią w ścianę, kiedy świat wymykał mu się spod kontroli.
— Carlos— Męskie imię wymknęło się spomiędzy jej warg wraz z przyspieszonym oddechem. Ciało rwało się do walki i ucieczki jednocześnie, sparaliżowane tym konfliktem, i zastygłe nagle w bezruchu, jakby w spotkaniu z dzikim zwierzęciem. I może była to adekwatna reakcja, bo i Salazar nie wydawał się być teraz już tylko, po prostu człowiekiem, siłą gorączki i lęku zredukowany do czegoś znacznie pierwotniejszego, i znacznie bardziej nieprzewidywalnego.
Nie zdążyła go zatrzymać, choć wyciągnęła dłonie, ale palce minęły się z męskim ciałem o centymetry. Nie była pewna, czy nadepnął na szkło, czy też jakimś cudem udało mu się tego uniknąć. Ruszyła za nim pchana w przód wyłącznie instynktem. I dopiero gdy oparł się o blat stołu, zobaczyła naprawdę, jak bardzo był słaby. Drżenie barków. Spięty kark. Pot sperlony natychmiast pod linią włosów na szyi. I strach na jego obliczu - tak niepasujący do twarzy człowieka, który jeszcze przed chwilą próbował odstraszyć ją chłodem.

Joe zatrzymała się o krok od niego, ze stopami rozstawionymi tak szeroko, jakby próbowała utrzymać równowagę na rozhuśtanej sztormem łodzi. Nie powiedziała uspokój się, bo to nigdy przecież nie działało - ani na ojca, ani na matkę, ani na Johnny'ego. I na żadnych innych ludzi w panice.
- To ja - Przypomniała mu w zamian, bardzo, bardzo ostrożnie unosząc dłoń tak, by mógł ją zobaczyć. Dała mu przestrzeń na oddech. Jeden, drugi. Trzeci. - Dotknę cię teraz - Nie w ramach pytania o pozwolenie, a jedynie stwierdzenia prostego faktu. I dopiero wtedy ułożyła dłoń między jego łopatkami. Dotyk jak kotwica, która mogła przytrzymać go w rzeczywistości. — Hej — Odezwała się znów, półszeptem. - Jesteś tutaj. Sam. Tylko ze mną. - Nie wiedziała, do kogo mówi bardziej — do niego czy do zjawy, która najwyraźniej ścigała go od środka. Gotowa by go podtrzymać, jeśli zacząłby tracić panowanie nad ciałem, krzesło stojące przy stole odsunęła stopą i jeśli tylko jej pozwolił, pomogła mu usiąść — Nie wiem, kto cię dziś nawiedza... — Pokręciła głową, sięgając ręką ku jego nadgarstkowi. Pod skórą rozpaloną skórą, jego krew zdawała się toczyć jak ogień — Ale nie oddam cię dzisiaj żadnym duchom — Zapewniła, natychmiast dziwnie zakłopotana wagą tych słów. Odchrząknęła, odwracając wzrok od jego twarzy - ku odłamkom szkła, które zdawały się być bezpieczniejsze niż to, co mogłaby zobaczyć w jego oczach — Cass by mnie zabiła.

Rozumiała - albo przynajmniej wydawało jej się, że rozumie, nauczona wiedzą z podręczników, i epizodami manii Johnny'ego - że Salazar potrzebuje czegoś, co wybije go z rytmu urojeń; jakiejś namiastki ulgi i ukojenia. Nie wyobrażała sobie jednak, że mogłaby go teraz wypuścić za próg domu choćby o krok.
— Nie ma mowy — Odparła tonem, który najwyraźniej pojawiał się za każdym razem, gdy ktoś wykrwawiał się, albo rozpadał na jej oczach. Nie tyle zacisnęła palce na jego barkach, co umocniła ich lekki, ale pewny uchwyt — Jeśli się przewrócisz, rozerwiesz szwy i będę cię zszywać drugi raz, a przysięgam, tym razem policzę sobie odsetki — Z cieniem wymuszonego żartu. Z cieniem niepewnej nadziei - Ale mogę podejść z tobą do okna, jeśli obiecasz, że dasz mi się poprowadzić.

Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Niczego nie oczekiwała, ale Carlos wiedział, że to nie była prawda. Każdy czegoś chciał. Może to, o co chciała poprosić, było zbyt trudne do wypowiedzenia. Może wiedziała, że i tak nie mógłby spełnić obietnicy. Może chodziło o coś niematerialnego, o prośbę sięgającą znacznie dalej niż mógłby przypuszczać. Niczego nie oczekiwała, ale on bardzo chciał, by czegoś zarządzała. Tak byłoby prościej, dla ich obojga. Długi należy spłacać, a on był jej winny bardzo wiele, w końcu uratowała mu życie. Nie dając jej nic w zamian już zawsze będzie z nią połączony tą dziwną więzią, tym czymś, co przez kolejne długie miesiące będzie odsyłać go do tamtych chwil, gdy wykrwawiał się w jej mieszkaniu. Chciałby zamknąć ten rozdział. Wyjść przez drzwi i odciąć ją (siebie) od wszystkich zobowiązań i niedokończonych spraw. Nie było w jego świecie miejsca dla takich relacji – dla niedomówień – ich koniec zawsze był tragiczny i pełen goryczy.
Dlaczego nie mogli po prostu zapomnieć? Wiedział, że to nigdy nie było proste. Nie da się wymazać z pamięci czegoś takiego, tak jak nigdy nie da się do końca zmyć krwi, która wsiąknęła w strukturę drewna. Nie da się oszukać umysłu, próbował robić to już tyle razy. Z czasem jednak, gdy człowiek bardzo próbuje odciąć się od przeszłości, pewne obrazy zaczynają się rozmazywać. Szczegóły przestają być tak wyraźne i bolesne. Nadchodzi wyparcie i usprawiedliwienie, łańcuch logicznych wyjaśnień. To co się stało musiało się stać i nic tego nie zmieni, ale otwieranie starych blizn nie prowadzi do uzdrowienia. Carlos nie chciał być jątrzącą się raną i nie chciał, by Joe stała się dla niego kolejnym wyrzutem sumienia. Gdyby tylko mógł, opuściłby jej dom od razu. Okazało się jednak, że nie był tak silny jak sądził. Jego ciało poddawało się wyczerpaniu, a silna wola umykała w popłochu, pozwalając aby do głowy wkradały się zjawy. Nie zawsze tak było. Wystarczyła jednak jedna noc – Martin odszedł, a wraz z nim odszedł również stary Carlos – jedna noc i puściły wszelkie hamulce. Bóg go przeżuł i wypluł. Diabeł nie chciał go u siebie, jeszcze nie. Pozostał więc ten czyściec, stan oczekiwania na zbawienie lub potępienie, wymiar duchów. Byłoby prościej gdyby umarł, może nawet właśnie tego pragnął. Była jednak Cassandra – największa i najbardziej wiążąca z niedokończonych spraw – i nie mógł odejść.
Dlatego tym bardziej nie mógł pozwolić, by Joe stawała się kolejną osobą, która trzymała go na Ziemi dłużej niż by tego chciał.
Nie reagował na jej obecność, wydawał się zupełnie niedostępny. Zaciskał palce na blacie stołu, próbując unormować oddech, który drżał niespokojnie. Całe jego ciało trzęsło się, jakby za moment miało załamać się pod własnym ciężarem, ale to nie był wynik zmęczenia i pulsującej rany – bał się, właśnie dlatego jego mięśnie kurczyły się niekontrolowanie, a obraz rozmazywał się na krawędziach. Nie czuł chłodu, nie czuł już nawet bólu, towarzyszyła mu tylko ta wszechogarniająca trwoga, której nie potrafił zrozumieć i opanować. Niemoc wrzucała go głębiej w odmęty paniki, więc trwał w tym cyklu, pełen frustracji i strachu, że już nigdy nie ściągnie pętli, którą śmierć Martina założyła ne jego szyję.
Podniósł spojrzenie, dopiero gdy Joe znalazła się w zasięgu jego wzroku. Rozszerzone źrenice śledziły powolny ruch jej dłoni. Podchodziła do niego jak do dzikiego zwierzęcia – bała się o niego czy o siebie? A może to nie był strach tylko coś znacznie gorszego, coś, czego nie mógł przyjąć i czego nie chciał widzieć - t r o s k a. Odruch serca, który przed niczym ich nie uratuje. Chciał więc zaprotestować, gdy powiedziała, że go dotknie, nie potrafił jednak otworzyć ust. Próbował się cofnąć, ale to sprawiło jedynie, że zachwiał się i mocniej naparł na stół, przesuwając go z piskiem po panelach.
Subtelny ciężar wyczuwalny między łopatkami sprawił, że mocniej zadrżał. Pierwszy raz od dłuższego czasu uniósł spojrzenie na jej twarz. Znalazł drogę do jej oczu, które – w przeciwieństwie do jego własnych – wydawały się ciepłe. Chyba tylko dlatego zatrzymał się na nich na chwilę dłużej.
Jesteś tutaj. Sam.
Pokiwał głową i wypuścił powietrze przez zęby. Niechętnie pozwolił usadzić się na krześle, bo nie potrafił znaleźć w sobie siły na kolejną walkę. Nie opierał się też, gdy ujęła jego nadgarstek, dociskając palce do niespokojnie pulsującej żyły. Protest, który jeszcze przed chwilą tak żarliwie manifestował w swojej głowie, powoli się oddalał. Głos Joe był spokojny, wystarczająco przekonujący, by częściowo powrócił do rzeczywistości. Jej dotyk, choć tak niechciany, przynosił komfort. Nie zasługiwał na niego, jego krew powinna wrzeć i zdradzać ciało, bo na ukojenie nie zasłużył żadnym ze swoich czynów, ani teraz, ani nigdy przedtem; mimo to nie potrafił wyszarpnąć dłoni.

Nie oddam cię dzisiaj żadnym duchom.
Nie mogła wiedzieć. Martin był jedynie wymysłem jego chorej wyobraźni, a mimo to jej słowa wydawały się wpływać na jego obecność. Zupełnie jakby go zdemaskowała, tym samym sprawiając, że powoli zanikał. A może to wspomnienie o Cassie sprawiło, że karykatura Laytona zupełnie się poddała, w końcu pozwalając Carlosowi zaczerpnąć tchu?
Powoli zabrał dłoń, obserwując twarz Joe. Na jego własną spłynęła nieśmiała ulga, blada skóra nabrała kolorów. Urywany oddech nabierał stałego rytmu, a drżenie mięśni niemal całkowicie ustało. Powrócił do rzeczywistości, ale już nie próbował udawać chłodnego i zdystansowanego – nie miałoby to żadnego sensu, skoro Grainier widziała jak stracił kontrolę. Nie wiedział kim powinien być i jak wybrnąć z tej sytuacji, która była naznaczona dziwną intymnością. Długo więc milczał, po prostu udając, że to wszystko nie miało miejsca. Cisza była ciężka do zniesienia, ale prostsza niż próba wytłumaczenia tego, co się zdarzyło.
W porządku — odezwał się w końcu, przystając na jej warunek. Mógłby próbować przekonać ją, by jednak wyszli na zewnątrz, ale coś w tonie jej głosu sprawiło, że po prostu odpuścił. Gdyby faktycznie rozerwał sobie szwy, jego pobyt w tym domu znacznie by się przedłużył, a tego zdecydowanie nie chciał. Wciąż trzymał się swojego pierwotnego założenia – jutro zniknie z życia Joe, choćby miał się wyczołgać przez frontowe drzwi. Zanim to jednak nastanie, musiał przetrwać noc i nie dopuścić, by po raz kolejny stracił rezon. — Może być okno, pod warunkiem, że przyniesiesz mi papierosy z kurtki — zaproponował, powoli unosząc się z krzesła. Wyciągnął rękę w jej stronę, by pomogła mu utrzymać równowagę. Przełknął dumę, próbując grać na jej zasadach. Chwilowy rozejm, którego zapewne będzie żałował, ale na ten żal mógł poczekać do świtu.

joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „#102”