Więc dlaczego nie potrafił uciec od n i e j?
Dlaczego tkwiła wraz z nim w samochodzie, gdy zatrzasnął drzwi i ruszył przed siebie? Dlaczego czekała na niego przy biurku komisariatu, do którego wrócił - wyjątkowo - by pomimo późnej pory uzupełnić papierologię, której zwykle unikał jak ognia?
Dlaczego wciąż tkwiła w jego łóżku, w tej połowie posłania, której nie potrafił dotknąć, bo nie należała już do niego?
Miesiąc wydawał się wystarczającym czasem rozłąki wcześniej, teraz, z perspektywy czasu, to założenie było naiwne, o ile nie skrajnie głupie. Potrzebowałby wieczności by zabić w sobie te wszystkie uczucia, które żywił do niej. Nie miał wieczności.
Ale mógł spróbować od paru dni więcej.
Zaginięcie Estelle podniosło raban na komisariacie gdy wyszło na jaw, że wraz z nią, zniknęło również malutkie dziecko. Czym innym był domniemany morderca na wolności, a czym innym ktoś posądzony o niepoczytalność, mający pod swoją pieczą potencjalną, kolejną ofiarę. W ich śledztwo zaangażowali się inni ludzie, inne działy, dzięki temu unikanie jej stało się łatwiejsze. Wychodził, gdy wyczuwał jej nadejście w powietrzu. Wychodził po kawę, gdy słyszał jej kroki w korytarzu, bądź na papierosa gdy docierał do niego dźwięk jej głosu z kuchni.
W tym też planował stać się ekspertem. W ignorowaniu tych podrygów serca, które usiłowały pchnąć go w jej kierunku. Które wspominały kawę, którą wypili w jego rodzinnym domu, sposób, w jaki uśmiechała się serdecznie do jego matki i to, jak pod stołem jej noga sięgała do jego nogi by zakotwiczyć go w miejscu.
Im bardziej o tym myślał, tym bardziej opryskliwy się robił. Nie miał w sobie neutralności względem Margo - nie wtedy, gdy nawiedzała go w jego snach i myślach. Gdy więc odzywała się do niego w komisariacie, miał wrażenie, że nie przerywała długiego czasu milczenia, że zamiast tego dokładała kolejną metodę komunikacji, zaznaczania obecności, której nie potrafił się pozbyć.
Estelle miała pojawić się tego wieczora u swojej matki - obiecała jej to, przez telefon, do którego wcześniej się podpięli. Jedyne, co im pozostało, to wysiedzieć w samochodzie odpowiednią długość czasu i zaczekać na kobietę.
Nie zgodził się, oczywiście, na wspólne czekanie. Uwolnił ich od tego ciężaru, natychmiast proponując, żeby się zmieniali - co robili często partnerzy, by jedno pozostawało świeże i tylko jedno się męczyło. Margo i Rhys nigdy się nie zmieniali.
Do teraz.
Ten wieczór był chłodny. Dostrzegł jej samochód zaparkowany w odpowiedniej odległości od domu matki Estelle, ale z dobrym widokiem na drzwi. Wcześniej to on przyjechał odwiedzić starszą kobietę, uznali więc, że samochód Mercer ma lepszą szansę na bycie nierozpoznanym.
A jego właścicielka miała pierwszą zmianę.
Z sercem podjeżdżającym pod gardło chwycił za klamkę drzwi samochodowych i szarpnięciem je otworzył, wchodząc do środka. Wnętrze pojazdu pachniało jej perfumami i szamponem do włosów, który dwa tygodnie temu wyrzucił ze swojej łazienki.
- Moja kolej - rzucił krótko, ochryple, głosem nieprzyzwyczajonym do rozmowy. Całą jej zmianę tkwił w swoim samochodzie, kilka ulic dalej, niezdolny do funkcjonowania myśląc, że tkwiła tutaj sama. - Możesz iść.
margo mercer