Obudził się na chwilę przed tym, jak miało okazać się, że poprzedni naprawdę udany wieczór miał zmienić się w wyjątkowo
fatalny poranek. I to nie za sprawą ewentualnego kaca, który tym razem najwyraźniej zamierzał mu odpuścić. Ani też nie przez to, że miejsce w łóżku, które powinna zajmować Elsa, okazało się być puste. Zwłaszcza, że zanim mógłby w ogóle zastanowić się nad tym, co mogłoby wyciągnąć ją z sypialni tak wcześnie, usłyszał dobiegający z kuchni hałas.
I to zdecydowanie wystarczyło, aby natychmiast zerwać się z łóżka. Bo definitywnie
nie brzmiało dobrze – co zresztą potwierdziło się, gdy tylko stanął w progu kuchni i zauważył ją leżącą na ziemi. Choć nawet nie mógł jeszcze domyślać się, jak
bardzo beznadziejna była sytuacja. Przynajmniej do chwili, kiedy klękając obok niej, mimowolnie nie zerknął w kierunku leżącej na podłodze buteleczki, która wprawdzie odturlała się nieco dalej i pewnie byłaby dość łatwa do przeoczenia, ale… zdecydowanie wyglądała
zbyt znajomo. I z całą pewnością nie kryła w sobie ibuprofenu…
Nie miał pojęcia, w którym dokładnie momencie zadzwonił po karetkę – a przecież musiał to zrobić, powoli wpadając w panikę, kiedy nie był w stanie w żaden sposób jej dobudzić… – a wszelkie szczegóły związane z zabraniem jej do szpitala i jego drogi zamówionym Uberem w to samo miejsce, zlały się w jakąś pogmatwaną i wyjątkowo irracjonalną całość. Podobnie jak to irytujące oczekiwanie na korytarzu, zanim jedna z pielęgniarek uznała wreszcie, że mógł wejść na salę i że może nawet nie powinien tam jakoś szczególnie przeszkadzać. Choć może akurat całkiem dobrze się składało, że nie pozwoliły mu na to wcześniej. Zdecydowanie
nie chciałby bowiem słyszeć tej ich rozmowy, do której z całą pewnością nie byłby w stanie nie wtrącić się w żaden sposób. I to w swoim stylu, najpewniej wywołując imponującą awanturę, która raczej ani nie była nikomu potrzebna w tym momencie, ani też nie skończyłaby się tym, że rzeczywiście mógłby zostać na sali razem z Elsą…
Za to zdecydowanie zbyt dobrze pamiętał tę pierwszą myśl, która nasunęła mu się jeszcze w kuchni wynajmowanego mieszkania i która od tamtej pory tkwiła uparcie w jego głowie. Bo przecież to
przez niego Elsa wylądowała właśnie tutaj. Gdyby nie te cholerne tabletki, to nic by się jej nie stało. Mieliby pewnie spore szanse na spędzenie wspólnie całkiem miłego poranka, a może i dalszej części dnia, jeśli akurat nie miała zbyt wcześnie umówionych żadnych klientek. Teraz jednak, kiedy tkwił przy jej łóżku wsłuchując się w przyprawiające o ból głowy dźwięki całej tej szpitalnej aparatury i czekając aż miałaby się obudzić, koncepcja
miłego dnia, czy choćby tego minionego, naprawdę
miłego wieczoru wydawała się zadziwiająco odległa.
–
Hej… – nie zauważył wprawdzie kiedy otworzyła oczy, jednak słysząc swoje imię, odruchowo mocniej ścisnął jej rękę, której nie puszczał chyba od momentu, kiedy wreszcie mógł obok niej usiąść. –
Jak się czujesz…?
Może i było to pytanie, które śmiało można byłoby zaliczyć jednocześnie do tych najgłupszych, jak i chyba najczęściej pojawiających się w szpitalnych salach, ale… co innego miałby jej powiedzieć? Że był idiotą, który pozwolił na to, żeby nieświadomie połknęła
jego tabletki, z którymi przy kompletnym braku tolerancji nie powinna w ogóle mieć styczności, jeśli nie chciała wylądować w miejscu, w którym właśnie się znajdowali…? Możliwe, że faktycznie było to coś, co
powinno paść z jego strony. Podobnie jak przeprosiny, że
przez niego była właśnie tutaj. Tylko… już nawet ledwie tych kilka słów trudno było mu wydusić przez gardło ściśnięte strachem o nią, poczuciem winy i złością na samego siebie. Nie był więc pewien, czy w tej chwili było go stać na jakąkolwiek dłuższą wypowiedź, a takiej chyba wymagałoby wyrażenie wszystkiego tego, co przychodziło mu na myśl. Póki co musiało więc wystarczyć jej spojrzenie, w którym dość wyraźnie wszystkie te odczucia musiały się odbijać. I raczej nie było możliwości, by jakkolwiek mogła je przyćmić ulga wywołana tym, że przynajmniej była już przytomna – i to najwyraźniej na tyle, by móc się do niego odezwać.
–
Przepraszam… – dodał jeszcze, odwracając przy tym spojrzenie i zawieszając je na stojaku od kroplówki, wciąż jednak nie zamierzając puszczać jej dłoni. I faktycznie nie będąc w stanie sprecyzować,
za co właściwie ją przepraszał. Ale to przecież powinna doskonale wiedzieć. Zakładając, że rzeczywiście pamiętała
dlaczego trafiła do tej cholernej sali…
A kiedy pojawiła myśl o tym, że w zasadzie całkiem prawdopodobne było, że mogłaby tego nie pamiętać… chyba musiał uświadomić sobie, że ta była jeszcze gorsza od towarzyszącej mu świadomości, że absolutnie była to
jego wina. Nie sądził, by był w stanie zrelacjonować jej to, czego mógł bez większego problemu domyślić się znajdując ją na podłodze w kuchni. I naprawdę miał nadzieję, że nie będzie musiał tego robić, bo… wystarczająco uwierająca była myśl o tym, że w sporym stopniu to on za to odpowiadał. Wystarczająco dobijające było przekazanie lekarzowi informacji o tym,
co wzięła Elsa i co doprowadziło ją do tego stanu. Szczerze wątpił więc, czy dałby radę opowiedzieć jej mniej więcej to samo, jedynie w nieco mniej rzeczowy sposób…
Elsa Eriksen