ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To miał być naprawdę miły wieczór. I oczywiście noc. Bo kiedy Dante zadzwonił i zapytał czy nie chciałaby po pracy pójść z nim do klubu na drinka albo dwa, a przy okazji potańczyć, oczy jej się zaświeciły jak kule dyskotekowego, choć nie mógł tego zobaczyć to po jej tobie głosu, gdy odpowiadała, że postara się jak najszybciej wyrobić ze wszystkimi klientkami, że była naprawdę zadowolona z tego pomysłu. W końcu ostatnim razem totalnie o tym nie pomyślał, więc miło, że powoli uczył się na swoich błędach.
W międzyczasie poprosiła Larsa, aby przyjechał po swoich zajęciach na uczelni po Olive i zabrał ją do domu rodziców, bo jednak nie przewidywała powrotu do siebie. Wiedziała, że klub, o którym mówił Dante był w dzielnicy, w której to wynajmował mieszkanie, więc chyba najbardziej logicznym rozwiązaniem by było, gdyby noc spędzili właśnie u niego. Zwłaszcza, że nie przewidywała przedłużenia imprezy na najbliższe kilka dni, jak to chłopak miał w zwyczaju… a żeby ułatwić mu podjęcie decyzji o powrocie do domu, ubrała się odpowiednio — opinające pupę skórzane spodnie, bluzka z głębokim dekoltem… istniało też duże prawdopodobieństwo, że zapomniała o staniku. I cóż… oczywiście, że od ich ostatniego spotkania jej kolor włosów znów uległ zmianie. Jakoś tak po sytuacji w jej domu, kiedy pierwszy raz nazwał ją swoją dziewczyną, trzymał ją za rękę i bardzo długo nie puszczał, przykleiły się do niej wspomnienia z imprezy u Chrisa, a że wtedy miała różowe włosy… no to jakoś tak wyszło, że ta farba sama jej się wlała do miseczki. No ale żeby jej buzia nie wyglądała przez to zbyt cukierkowo, postawiła na odpowiednio mocny makijaż oka. I po minie Dantego mogła zgadywać, że chyba mu się podobała w tym wydaniu.
Sama impreza minęła chyba dobrze. Elsa naprawdę świetnie się bawiła. Kiedy tańczyła na parkiecie, uśmiech nie schodził jej z twarzy, nawet pozwoliła sobie na dosyć słabego drinka alkoholowego, bo zgodnie z jej prośbą, barman wlał jej tylko połowę tego, co normalnie powinno się tam znaleźć. No i nie siedzieli tam też niewiadomo jak długo. Sam Dante też nie nalegał. Wystarczyło chyba to, że Elsa raz nachyliła sie nad jego uchem i wyszeptała kilka motywacyjnych słów, a niewiadomo kiedy znaleźli się już na zewnątrz i niemal biegli do jego mieszkania.
Nie trudno się domyśleć finału, którego z pewnością jej struny głosowe i wszystkie mięśnie miałyby pamiętać jeszcze następnego popołudnia.
Ale oczywiście coś musiało pójść nie tak…
Nad ranem obudziły ją silne bóle migrenowe. Nie chciała budzić Dantego i zawracać mu głowy, więc sama udała się do kuchni i zajrzała do szuflady, w której miał trzymać leki. Po omacku wygrzebała szklaną buteleczkę, która łudząco przypominała te, w której zazwyczaj sprzedawany był ibuprofen. I możliwe, że była tak zdesperowane narastającym bólem głowy, że nie zwróciła uwagi na brak etykiety, ani na odmienny kształt tabletek tylko od razu łyknęła dwie pastylki. Przez pierwsze kilka sekund nic się nie działo. Stała oparta o blat, zaciskając palce na krawędzi, czekając aż ból zacznie ustępować.
Ale zbyt długi nie czuła znajomego rozluźnienia, które zwykle przynosiły leki przeciwbólowe. Wręcz przeciwnie — świat jakby… przesunął się o kilka centymetrów. Obraz lekko zadrżał, a żołądek ścisnął się nieprzyjemnie.
Spróbowała zrobić krok, jednak musiała natychmiast oprzeć się mocniej o blat. Podłoga nie była tam, gdzie powinna być. Albo raczej… ona nie była tam, gdzie powinna być względem podłogi.Serce przyspieszyło.
W głowie zaczynało jej szumieć. Migrena nie zniknęła — przeciwnie, pulsowała jeszcze mocniej, tylko teraz dochodziło do niej coś jeszcze. Coś jakby dziwne ciepło rozlewające się po ciele, lekka dezorientacja. I to uczucie… jakby była jednocześnie zbyt lekka i zbyt ciężka.Zacisnęła powieki, licząc, że uspokoi to wirujące obrazy. I może obrazow nie było, ale jej głowa zdawała się jechać kolejną rundę na karuzeli.
Zrobiła jeszcze jeden krok. I to był błąd. Z hukiem upadła na ziemię, wypuszczając z ręki szklaną buteleczkę bez etykiety.

No naprawdę, że też musimy zajmować się ćpunkami. Skoro brała to musiała wiedzieć, co ją czeka, jakie są tego konsekwencje! Co z tego, że się zatrzymała w karetce?

A daj spokój, zajmuje w tym momencie miejsce kogoś, kto bardziej potrzebuje pomocy lekarskiej. Bo co? Bo ma bogatego tatuśka?

On chyba nawet zna ordynatora oddziału… co nie zmienia faktu, że jego córka to ćpunka. Na odwyk z nią a nie do szpitala…


Nie wiedziała, ile czasu minęło od tego wypadku do odzyskania przez nią przytomności. Ale wiedziała, że nie była ani u siebie, ani u Dantego. Charakterystyczne pikanie wszelkich aparatur, założona na twarzy maska tlenowa i uczucie, że była podpięta do setek kabelków było wystarczającą wskazówką. Nie wspominając o tych przemiłych rozmowach prowadzonych przy jej łóżku, które słyszała trochę jak przez mgłę. Ale jedno słowo utkwiło jej mocno w głowie…
Ćpunka
Otworzyła niemrawo oczy. Na szczęście sala, w której się znajdowała była zaciemniona, więc nie zaatakowało ją ostre światło i sterylna biel. Ale wszystko było tak zamazane jakby oglądała świat z wody, nie mając na oczach okularów. Powoli jednak przedmioty nabierały wyraźnych kształtów. Nie mogła się ruszyć, więc starała się objąć wzrokiem jak największą powierzchnię i wtedy kątem oka zobaczyła, że ktoś siedział przy jej łóżku. I gdyby nie te roztrzepane, brązowe loczki… nie byłaby w stanie za cholerę zgadnąć.
— Dante…?

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obudził się na chwilę przed tym, jak miało okazać się, że poprzedni naprawdę udany wieczór miał zmienić się w wyjątkowo fatalny poranek. I to nie za sprawą ewentualnego kaca, który tym razem najwyraźniej zamierzał mu odpuścić. Ani też nie przez to, że miejsce w łóżku, które powinna zajmować Elsa, okazało się być puste. Zwłaszcza, że zanim mógłby w ogóle zastanowić się nad tym, co mogłoby wyciągnąć ją z sypialni tak wcześnie, usłyszał dobiegający z kuchni hałas.
I to zdecydowanie wystarczyło, aby natychmiast zerwać się z łóżka. Bo definitywnie nie brzmiało dobrze – co zresztą potwierdziło się, gdy tylko stanął w progu kuchni i zauważył ją leżącą na ziemi. Choć nawet nie mógł jeszcze domyślać się, jak bardzo beznadziejna była sytuacja. Przynajmniej do chwili, kiedy klękając obok niej, mimowolnie nie zerknął w kierunku leżącej na podłodze buteleczki, która wprawdzie odturlała się nieco dalej i pewnie byłaby dość łatwa do przeoczenia, ale… zdecydowanie wyglądała zbyt znajomo. I z całą pewnością nie kryła w sobie ibuprofenu…
Nie miał pojęcia, w którym dokładnie momencie zadzwonił po karetkę – a przecież musiał to zrobić, powoli wpadając w panikę, kiedy nie był w stanie w żaden sposób jej dobudzić… – a wszelkie szczegóły związane z zabraniem jej do szpitala i jego drogi zamówionym Uberem w to samo miejsce, zlały się w jakąś pogmatwaną i wyjątkowo irracjonalną całość. Podobnie jak to irytujące oczekiwanie na korytarzu, zanim jedna z pielęgniarek uznała wreszcie, że mógł wejść na salę i że może nawet nie powinien tam jakoś szczególnie przeszkadzać. Choć może akurat całkiem dobrze się składało, że nie pozwoliły mu na to wcześniej. Zdecydowanie nie chciałby bowiem słyszeć tej ich rozmowy, do której z całą pewnością nie byłby w stanie nie wtrącić się w żaden sposób. I to w swoim stylu, najpewniej wywołując imponującą awanturę, która raczej ani nie była nikomu potrzebna w tym momencie, ani też nie skończyłaby się tym, że rzeczywiście mógłby zostać na sali razem z Elsą…
Za to zdecydowanie zbyt dobrze pamiętał tę pierwszą myśl, która nasunęła mu się jeszcze w kuchni wynajmowanego mieszkania i która od tamtej pory tkwiła uparcie w jego głowie. Bo przecież to przez niego Elsa wylądowała właśnie tutaj. Gdyby nie te cholerne tabletki, to nic by się jej nie stało. Mieliby pewnie spore szanse na spędzenie wspólnie całkiem miłego poranka, a może i dalszej części dnia, jeśli akurat nie miała zbyt wcześnie umówionych żadnych klientek. Teraz jednak, kiedy tkwił przy jej łóżku wsłuchując się w przyprawiające o ból głowy dźwięki całej tej szpitalnej aparatury i czekając aż miałaby się obudzić, koncepcja miłego dnia, czy choćby tego minionego, naprawdę miłego wieczoru wydawała się zadziwiająco odległa.
Hej… – nie zauważył wprawdzie kiedy otworzyła oczy, jednak słysząc swoje imię, odruchowo mocniej ścisnął jej rękę, której nie puszczał chyba od momentu, kiedy wreszcie mógł obok niej usiąść. – Jak się czujesz…?
Może i było to pytanie, które śmiało można byłoby zaliczyć jednocześnie do tych najgłupszych, jak i chyba najczęściej pojawiających się w szpitalnych salach, ale… co innego miałby jej powiedzieć? Że był idiotą, który pozwolił na to, żeby nieświadomie połknęła jego tabletki, z którymi przy kompletnym braku tolerancji nie powinna w ogóle mieć styczności, jeśli nie chciała wylądować w miejscu, w którym właśnie się znajdowali…? Możliwe, że faktycznie było to coś, co powinno paść z jego strony. Podobnie jak przeprosiny, że przez niego była właśnie tutaj. Tylko… już nawet ledwie tych kilka słów trudno było mu wydusić przez gardło ściśnięte strachem o nią, poczuciem winy i złością na samego siebie. Nie był więc pewien, czy w tej chwili było go stać na jakąkolwiek dłuższą wypowiedź, a takiej chyba wymagałoby wyrażenie wszystkiego tego, co przychodziło mu na myśl. Póki co musiało więc wystarczyć jej spojrzenie, w którym dość wyraźnie wszystkie te odczucia musiały się odbijać. I raczej nie było możliwości, by jakkolwiek mogła je przyćmić ulga wywołana tym, że przynajmniej była już przytomna – i to najwyraźniej na tyle, by móc się do niego odezwać.
Przepraszam… – dodał jeszcze, odwracając przy tym spojrzenie i zawieszając je na stojaku od kroplówki, wciąż jednak nie zamierzając puszczać jej dłoni. I faktycznie nie będąc w stanie sprecyzować, za co właściwie ją przepraszał. Ale to przecież powinna doskonale wiedzieć. Zakładając, że rzeczywiście pamiętała dlaczego trafiła do tej cholernej sali…
A kiedy pojawiła myśl o tym, że w zasadzie całkiem prawdopodobne było, że mogłaby tego nie pamiętać… chyba musiał uświadomić sobie, że ta była jeszcze gorsza od towarzyszącej mu świadomości, że absolutnie była to jego wina. Nie sądził, by był w stanie zrelacjonować jej to, czego mógł bez większego problemu domyślić się znajdując ją na podłodze w kuchni. I naprawdę miał nadzieję, że nie będzie musiał tego robić, bo… wystarczająco uwierająca była myśl o tym, że w sporym stopniu to on za to odpowiadał. Wystarczająco dobijające było przekazanie lekarzowi informacji o tym, co wzięła Elsa i co doprowadziło ją do tego stanu. Szczerze wątpił więc, czy dałby radę opowiedzieć jej mniej więcej to samo, jedynie w nieco mniej rzeczowy sposób…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Potrzebowała dłuższej chwili, aby poczuć ten przyjemny ścisk jej dłoni. Ale kiedy już to do niej dotarło, delikatnie poruszała palcami, nieznacznie miziając palcami rękę Dantego. Znajome ciepło pozwoliło jej się oswoić z sytuacją, w której się znajdowała. Próbowała sobie poskładać wszystkie elementy układanki wczorajszego wieczoru i który moment mógł sprawić, że wylądowała w szpitalnym łóżku połączona do kilku monitorów i kroplówki. Ich wspólna zabawa w klubie była dosyć wyraźnym wspomnieniem, ale nie przypominała sobie, żeby wydarzyło się tam coś złego. Z nikim się nie biła, nie musiała żadnej blondynce tłumaczyć, co oznacza dziesięć metrów od mojego faceta, bo inaczej wyrwę wszystkie tlenione kłaki. Do tego pilnowała wszystkich swoich drinków, zaczynając od samego ich przygotowania przez barmana po wypicie ostatniej kropli. Od czasów nastoletnich ojciec jej wbijał do głowy, że choćby to miała być domówka z samymi znajomymi to ma swoich napojów nie zostawiać, bo nigdy niewiadomo na jakiegoś śmieszka trafi. A jeśli już by jej się zdarzyło to cała zawartość kubka miała lądować w zlewie.
Potem wrócili do domu i tam raczej byli zajęci czymś zupełnie innym… a jeszcze później… pamiętała, że bolała ją głowa. Ale żeby aż tak bardzo…?
Powoli i ostrożnie odwróciła głowę w bok, aby móc spojrzeć na Dantego. Widziała, że się martwił. Po roztrzepanych włosach mogła zgadnąć, że kilkanaście razy je przeczesywał zamaszystym ruchem, a zaczerwienione oczy sugerowały, że nie spał za długo. Znowu coś się działo i to przez nią.
— W… porządku… — wymamrotała cicho, siląc się na delikatny uśmiech. Czuła się odrętwiała, ale nie obolała. Możliwe, że to zasługa leków przeciwbólowych, które jej podano.
Słysząc jego przeprosiny, spojrzała na niego zdezorientowana. Chyba nie bardzo rozumiała, dlaczego to robił. Ale nim zdążyła cokolwiek mu na to odpowiedzieć, drzwi od jej sali otworzyły się w gwałtowanie trzasku, a do środka wszedł jej ojciec. Ubrany w zwykłe jeansy i golf, z jednodniowym zarostem i nieułożonymi włosami. Dyszał, jakby właśnie przebiegł maraton, a rozbiegane oczy uspokoiły się dopiero gdy znalazły Else — przytomną.
— Córcia… króliczku mój… — wypowiedział jak modlitwę, szybkim krokiem podchodząc do jej łóżka. Przyłożył dłoń do policzka i czoła dziewczyny jak zawsze postępował, aby sprawdzić czy nie miała gorączki. Jednak chłodna temperatura skóry wcale go nie uspokoiła.
— Tato… co… co ty…
— Zadzwonili do mnie jak tylko przyjęli Cię na oddział… miałaś płukanie żołądka, bo zażyłaś jakieś podejrzane tabletki… skarbie… — mówił przejętym tonem. Nie był w tej chwili Casperem Eriksenem — bezwględnym prawnikiem, chłodnym, kalkulującym każdy ruch przeciwnika adwokatem. Był ojcem, którego ukochane dziecko prawie umarło w drodze do szpitala. Był przerażony.
Elsa przymknęła lekko powieki, czując dziwny ból głowy, jakby wszystkie procesory w jej mózgu próbowały sobie dokładnie przypomnieć przebieg ubiegłej nocy.
Migrena. Franca ją obudziła i zmusiła do opuszczenia objęć Dantego. Poszła do kuchni i tam w jednej z szuflad znalazła buteleczkę z ibuprofenem.
Buteleczkę bez etykiety. Z pastylkami o innym kształcie niż te przeciwbólowe, które normalnie zażywała.
Faen.
— Przepraszam… musiałam coś pomylić… ja… nie wzięłam nic specjalnie… ja… nie jestem ćpunką… prawda? — Jęknęła cicho, zaciskając mocniej palce na dłoni Dantego. Jeszcze chwilę temu chciała go poprosić, aby ściągnął jej tę przeklętą maskę tlenową, ale czuła, że w tym momencie bardzo jej pomagała. Zdenerwowała się, o czym mogło poinformować szybsze pikanie jednej z aparatur.
— Skarbie, nie jesteś… spokojnie… ja pójdę podpisać kilka dokumentów odnośnie twojego ubezpieczenia, a ty odpoczywaj, dobrze? — Pogłaskał ją czule po włosach po czym odsunął się. Kiedy jednak mijał Dantego rzucił krótkie "chodź ze mną po czym oboje opuścili salę. Nie odchodzili daleko. Zatrzymał się zaledwie kilkanaście metrów dalej, wystarczająca odległość, aby Elsa nie widziała ich przez szybę w swojej sali, ani nie usłyszała jej rozmowy.
— To było twoje, prawda? Możesz mi powiedzieć jakim trzeba być debilem, żeby trzymać takie rzeczy na wierzchu? Bo nie uwierzę, że Elsa grzebała ci po szafkach i dla zabawy postanowiła łyknąć sobie garść tego gówna! Gdzie to było? W apteczce? W szafce z talerzami? A może położyłeś sobie na szafce nocnej? — Gdyby wzrok mógł zabić, Dante najprawdopodobniej byłby właśnie transportowany do szpitalnej kostnicy. Bo o to przed nim stał ten sam Casper Eriksen co w sali Elsy — ojciec dziecka, które prawie zginęło i właśnie miał przed sobą sprawcę tego zdarzenia. — Ćpaj sobie co chcesz i ile chcesz… ale ona… — Głos mu się załamał. — Ona się przez ciebie zatrzymała, rozumiesz?! Mogli jej nie odratować!

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”